środa, 4 grudnia 2019

Hi, Hi, Hi, Hipsosmoczek!

Jak Chrumkająca Ciemność organizuje imprezę, to możemy mieć pewność, że będzie blisko nas, a przynajmniej po słusznej stronie Wisły. Tak było i tym razem z Oswojem Smoka, który zawędrował na Marysin Wawerski, więc praktycznie rzut beretem. Zaplanowaliśmy sobie, że pojedziemy najwcześniej jak się da, szybko wyjdziemy na trasę i szybko wrócimy. Szacowałam nasz czas na maksimum półtorej godziny, bo trochę mi się spieszyło.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy:  pierwsza - zwykła topograficzna z całą masą różnokolorowych kółeczek i druga - 36 wycinków z mapy hipsometrycznej i ortofotomapy. Niektóre wycinki dodatkowo były poobracane albo zlustrowane. Noooo, ostro pojechali. Jak przeczytałam cały opis to mina zrzedła mi jeszcze bardziej. Wyglądało, że przed świtem to my raczej z tego lasu nie wyjdziemy. Już sama ilość punktów do zebrania była porażająca, bo aż 30, a ponad dwugodzinny limit czasu pozbawiał wszelkich złudzeń.
Technicznie wyglądało to tak, że trzeba było najpierw znaleźć w terenie kółeczko z pierwszej mapy, a potem w obrębie tego kółeczka dopasować wycinek. Może w dzień byłoby to wykonalne, ale w nocy??? Kiedy nic nie widać, a sama hipsometria jest już zagadką?
W pierwszej chwili zirytowałam się straszecznie, bo wydawało mi się, że przecież nic nie znajdziemy. Szłam więc za Tomkiem naburmuszona i przekonana, że to bez sensu. Ruszyliśmy w stronę wycinka 35, ale tak jakoś wyszło, że najpierw dotarliśmy do 33.
- A nie mówiłam, że to się nie uda!? - pomyślałam sobie, ale ku mojemu zdziwieniu na miejscu szybko dopasowaliśmy hipsometrię i znaleźliśmy odpowiedni lampion. Z kolejnymi też nie było większych problemów. Najłatwiej było z zielonymi wycinkami, bo nie były ani obrócone, ani zlustrowane. Te to i ja po chwili zaczęłam rozpoznawać. Bałam się luster, ale Michał wybrał tak jednoznaczne miejsca w terenie, że raczej trudno było o pomyłkę. Tylko kilka punktów było takich, że pasowały co najmniej dwa wycinki.
Obeszliśmy teren po okręgu przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Już tak przed połową trasy zaczęło mi się podobać, a pod koniec byłam przekonana, że to świetny etap. Co prawda nie była to mapa dla kategorii TO (bo za trudna), na noc (bo g.... widać), no i limit czasu taki trochę od czapy, bo jeszcze najmarniej godzinka by się przydała. Ale było super.
Kiedy wyszliśmy z lasu i zaczęliśmy zbierać punkty z obszarów ucywilizowanych zorientowaliśmy się, że od jakiegoś czasu jesteśmy już w ciężkich minutach, a meta dawno powinna być zamknięta. Co prawda po drodze wciąż spotykaliśmy innych uczestników, więc nie tylko my byliśmy zapóźnieni, ale postanowiliśmy wracać. Z bólem serca odpuściliśmy dwa punkty, uznawszy, że organizatorzy na pewno chcą już wracać do domu, bo przecież nazajutrz normalny dzień roboczy. A w sumie mogliśmy je wziąć - organizatorzy i tak jeszcze długo czekali na ostatnich maruderów, a nam już nie robiło różnicy ile ciężkich minut doniesiemy:-) Mimo dwóch braków, jednego stowarzysza i nadliczbowych minutek zajęliśmy dobre ósme miejsce, w połowie całej stawki.  Rekordzistą w długości czasu na trasie został Przemek , który błąkał się po lesie 250 minut! Pełen szacun!


I już na mecie.


Nasza karta startowa.

niedziela, 1 grudnia 2019

Uniwersytet Bushcraftu

Nocne Manewry są jedną z moich ulubionych imprez, ale mają jedną wadę - odbywają się w listopadzie i do tego w nocy. Tak jakby nie można ich było zrobić w piękny słoneczny wiosenny dzień na przykład. Bo zimną noc to jednak najlepiej spędzić w ciepłym łóżku - chyba się zgodzicie. Ale co było robić? Tak organizatorzy wymyślili, to trzeba było się dostosować. Nawet w sobotę nie można było naspać się na zapas, bo przecież rano miał przyjść mail z informacją gdzie zawody się odbędą. Sadowne całkowicie nas satysfakcjonowało, bo nie trzeba było przebijać się przez Warszawę i jeszcze po drodze nam było zgarnąć Kamila z Agaty zespołu. A dodatkowo w okolicach Sadownego już byliśmy na zawodach, co oczywiście w moim przypadku nie jest żadnym ułatwieniem, bo jak powszechnie wiadomo mi można codziennie robić zawody na tym samym terenie, a ja i tak nie wiem gdzie jestem.
Do bazy dotarliśmy na tyle wcześnie, że jeszcze znaleźliśmy dobrą miejscówkę na rozbicie obozowiska, zdążyliśmy zjeść po kanapce, załapać się na oficjalne rozpoczęcie i dopiero wtedy powoli zebraliśmy się do autobusu. Podczas jazdy usiłowaliśmy wypatrzyć przez okno gdzie to nas wiozą, ale ciemno, to nawet tabliczek z nazwami miejscowości nie było widać. Autobus zatrzymał się na ostatnim metrze asfaltu, bo dalej był już tylko las. Do startu musieliśmy dojść jeszcze prawie kilometr.

 
 W oczekiwaniu na naszą minutę startową.

Nasza mapa miała jakby proroczy tytuł: Uniwersytet Bushcraftu. Bushcraft to takie survivalowe krzalowanie i mniej więcej tego można było oczekiwać na trasie. Mapa składała się z dwóch części - podstawowa w skali 1:25000 i załącznik z gęstymi punktami w skali 1:10000. Wyjątkowo na mapie nie było żadnych przeszkadzajek zasłaniających najważniejsze dla podejmowania decyzji miejsca, nic nie trzeba było dopasowywać, a jedynie na małej mapce wycinki zamieniły się miejscami, ale w tak prosty sposób, że nawet małpa powsadzałaby je na swoje miejsca. Nie wyglądało to źle, ale pomni ubiegłorocznej sromotnej porażki  woleliśmy zachować najwyższą czujność. Na starcie jeszcze tylko dopytaliśmy, czy bogaty opis jest istotny, czy tylko sztuka dla sztuki, a dowiedziawszy się, że można go pominąć od razu ruszyliśmy w las. Punkt pierwszy był łatwy i wszedł bez problemu, więc cieszyłam się, że już łapiemy się na sklasyfikowanie, oczywiście pod warunkiem dotarcia na metę:-)) Punktu drugiego nie bardzo wiedzieliśmy na czym szukać. Przy tej skali mapy widzieliśmy tylko całą masę gęstych poziomnic powyginanych jak ósmy paragraf i nasz punkt mógł być równie dobrze na górce jak i w obniżeniu. Nie pomogła nawet moja lupa, którą przewidująco wzięłam ze sobą. Żeby nie pogubić się przy czesaniu terenu nie rozbiegliśmy się każde w innym kierunku, jak robimy to za dnia, tylko ja zostałam w ustalonym miejscu jako świecący znacznik, a Tomek oblatywał pobliskie górki i dołki. Coś tam znalazł, ale jak się okazało potem, był to stowarzysz. Chociaż czy na pewno? Tylko 4 z 12 zespołów nie ma  na tym punkcie stowarzysza, więc coś jednak musiało tam być nie halo. Tak myślę.
Punkt trzeci stał uczciwie na skrzyżowaniu ścieżek i o dziwo, mimo że mapa prehistoryczna to ścieżki były. Tomkowi jak zwykle nie podobały się odległości i sprawdzał wszystkie skrzyżowania, ja zaś stanęłam sobie przy upatrzonym lampionie i czekałam. Oczywiście, że w końcu do niego wrócił:-) Przy trójce przegonił nas Kazio, który startował kilka minut po nas, więc z trójki na czwórkę ruszyliśmy biegiem. Prawdę mówiąc biegliśmy też po to żeby się rozgrzać, bo nachalnie gorąco to nie było.
Do piątki szliśmy drogą na skraju wycinki, potem przez wycinkę, bo drogę gdzieś wcięło, ale staraliśmy się iść po linii, tak jakby droga była. Ślad pokazuje, że nawet nam to dobrze wyszło. Końcówkę musieliśmy już brać na azymut, tyle tylko, że na obranym azymucie nie było żadnej górki, bo przyjęliśmy założenie, że szukamy górki. Ludzie!!! Górkę nam zajumali!!! Tam to sobie trochę pospacerowaliśmy, ale że podobno w przyrodzie nic nie ginie, to i górka się znalazła.
Do szóstki udało się nawet większość trasy pokonać drogami, a u celu czekał na nas śliczny, kolczasty młodnik. Uwielbiam to smaganie igłami po twarzy i tę adrenalinę - ocalę oczy czy nie? Na szczęście udało się nam od razu wstrzelić na punkt, więc młodnikowe atrakcje nie trwały długo.
Po podbiciu punktu szybko uciekliśmy, bo nadciągała jakaś silna grupa, to co mieliśmy im ułatwiać i pokazywać gdzie iść. Tacy wredni jesteśmy:-)

 PK 6 

Siódemka - prościzna. Dojście drogami, a dużej dziury nie można było przeoczyć. Ósemka i dziewiątka też były podejrzanie łatwe - znowu wszystkie drogi się zgadzały, a lampiony wisiały tam, gdzie powinny. No co jest??? I to ma być bushcraft??? Według mapy uszliśmy od startu już kawał drogi, a ja nawet nie poczułam lekkiego zmęczenia. Fakt, że po Przejściu Smoka, Dużej Hale i GEZnO manewrowa trasa pod względem trudności terenu była jak bułka z masłem, pikuś, kaszka z mlekiem i małe piwo. Jedyną przeszkodą terenową były elektryczne pastuchy, którymi gęsto były usiane pola, bo nawet ciek wodny okazał się wyschnięty. Ta łatwość terenu i łatwość nawigacji podstępnie uśpiła naszą czujność i dziesiątkę wzięliśmy stowarzyszoną. Zaczęliśmy jej szukać dużo za wcześnie, ale z nią też musiało być coś nie tak, bo oprócz nas aż 8 zespołów wzięło stowarzysza, a jeden nie znalazł dziesiątki w ogóle. W okolicach punktu znowu spotkaliśmy liczną konkurencję, bo wszyscy mieli problemem z trafieniem. Tradycyjnie robiłam za świecący znacznik i tylko bałam się jakim cudem w tym roju światełek będę wiedziała, które jest Tomka, a on będzie wiedział, które jest moje. Jakoś się nam udało odnaleźć, a nawet przy podbijaniu punktu byliśmy zupełnie sami, bo reszta grupy gdzieś nagle zniknęła. Stojąc jako ten świetlny znacznik trochę zmarzłam, ale na szczęście do jedenastki dało się biec, bo trafiliśmy jakąś drogę, której co prawda na mapie nie było, albo miała inny przebieg, ale miała pasujący nam kierunek. Potem skrajem lasu poszliśmy aż do linii wysokiego napięcia, która była dla nas dobrym znacznikiem, a od linii na azymut idealnie na punkt.
Z jedenastki na azymut przedarliśmy się do drogi, potem już luksusowo pod sam PK 12, który znowu był nie wiadomo na czym. Na mapie była jakaś powyginana poziomnica, ale przy tej skali mapy wyglądała raczej jak punkcik, który mógł być zarówno górką, jak i dołkiem. Dla mnie to jest trochę irytujące, kiedy nie wiem czego tak dokładnie szukam i w efekcie zamiast punktu w terenie, trzeba patrzeć za lampionem, a chyba nie o to chodzi. Gdzieś w okolicach punktu spotkaliśmy Dorotę z Arkiem, którzy byli mocno zdegustowani faktem, że nie znaleźli dziesiątki. Do trzynastki lecieliśmy za nimi, ale po asfalcie, a potem dobrej drodze byli nieco szybsi. Spotkaliśmy się znowu przy PK 13 na ornym polu, którym oni szli już od punktu, a my dopiero na punkt. Trzynastka była na skrzyżowaniu rowów, chociaż tego skrzyżowania to dobrze trzeba było wypatrywać, tak było niepozorne i zarośnięte krzakami. Wzdłuż rowu poszliśmy do drogi, takiej z cywilizacją czyli zabudowaniami. Czternastka okazała się być chyba najtrudniejszym punktem, chociaż samo luksusowe dojście prawie na miejsce nie wskazywało, co nas czeka. Lampion miał wisieć na przełączce między dwoma górkami na lekkim wybrzuszeniu - a przynajmniej my tak odczytaliśmy mapę. Niestety cała okolica porośnięta była młodnikiem i zorientowanie się, gdzie jest która górka graniczyło z cudem. A właściwie było cudem. Ponieważ my cudów nie potrafimy robić, więc właściwego lampionu nie udało się nam znaleźć. Powiedzmy sobie szczerze - znalezienie jakiegokolwiek wydawało mi się zupełnie nierealne. Czy ja narzekałam na poprzedni młodnik? Nooo, to ten był dużo, dużo większy, a ponieważ w młodnikach w ogóle nie powinno się stawiać punktów, więc byłam przekonana, że szukamy w kompletnie złym miejscu i szłam za Tomkiem jedynie po to, żeby się nie rozdzielić i potem nie błąkać samotnie - zespół to zespół. Oprócz nas ktoś jeszcze przedzierał się przez iglaki i ciekawa jestem co znalazł. Czy tego tytułowego bushcraftu to nie dało się jakoś równomiernie rozłożyć na całej trasie? Musiał się cały zmieścić w tym jednym miejscu?? W każdym razie w młodniku myślałam sobie bardzo złe rzeczy o autorze trasy, którego bardzo lubię, ale w tamtym momencie jakoś o tym nie byłam w stanie pamiętać:-) 
Jedyne co mnie podtrzymywało na duchu to fakt, że następny punkt to już miało być ognisko i chwila relaksu. Co prawda wciąż jeszcze nie byłam jakoś szczególnie zmęczona, ale manewrowe ognisko to rzecz święta i trzeba je zaliczyć. Manewrowe ognisko to dość rozlegle przedsięwzięcie, więc nic dziwnego, że nie mogliśmy znaleźć lampionu i musieliśmy spytać obsługę gdzież to go schowali. A schowali kawałek za namiotem, w którym oddawało się mapy i karty startowe. Przy ognisku, jak zwykle, spotkaliśmy masę znajomych i jak zwykle zamiast kiełbasy upiekliśmy sobie twarze. Ja to mam taki pomysł racjonalizatorski na przyszłość. Jeśli drodzy Organizatorzy będziecie mieli miejsce (zadbajcie o to!), to zamiast jednego ogromnego ogniska, do którego i tak nie daje się podejść, zróbcie dwa, trzy mniejsze. Gwarantuję, że to lepsze rozwiązanie. Chociaż raz chciałabym sobie upiec kiełbaskę, a nie tylko potrzymać ją w odległości metra od najbliższego płomyka, bo bliżej nie da się podejść.

 Przy ognisku spotkaliśmy Chrumkającą Ciemność

Większość trasy mieliśmy już za sobą, ale za bardzo nie rozsiadaliśmy się, bo lepiej wcześniej wrócić do bazy i walnąć się w śpiwór, niż posiedzieć przy ognisku, ale za to później wrócić.
Przez szesnastkę przelecieliśmy jak burza, siedemnastka też nie przysporzyła nam zmartwień. Jakoś w tym terenie chyba w ogóle nie ma żadnego postępu cywilizacyjnego, bo drogi sprzed czterdziestu lat wciąż są w tym samym miejscu. Spodziewałam się asfaltu w lesie, nowych osiedli, jak w większości lasów, a tu nic. Na osiemnastce daliśmy się strasznie głupio nabrać na stowarzysza. Tak sobie myślę, że te łatwe fragmenty trasy były specjalnie wstawione, żeby uśpić czujność zawodników i my po raz drugi nabraliśmy się na ten trik. Kiedy skończyła nam się ścieżka i zobaczyliśmy lampion, bez namysłu go podbiliśmy, no bo tak to wyglądało też na mapie: punkt na końcu ścieżki. A że było sto metrów za wcześnie? Niby Tomek coś tam napomknął, że punkt powinien stać trochę dalej, ale nie upierał się przy tym.
Zbliżaliśmy się do mniejszego wycinka mapy z gwiazdką zawierającą wycinki kołowe. Czujnie zauważyliśmy, że północ jest w inną stronę niż podpisy punktów - za starzy wyjadacze jesteśmy na takie numery:-) Myślę, że nikt się na to nie nabrał.
Do przejścia przez tory (przed którymi nas ostrzegano na odprawie, że pendolino nimi pędzi) poszliśmy trochę naokoło, ale za to drogą, a nie po chaszczach wzdłuż torów. Do chodzenia wzdłuż torów zniechęciła nas skutecznie jesienna edycja Hały, którą jeszcze dobrze mieliśmy w pamięci. Przez tory można było przejść w dwóch miejscach - drogą i potokiem. W pierwszym odruchu mieliśmy iść drogą, ale uznaliśmy, że od rzeczki będzie dużo łatwiej namierzyć się na punkt. Kiedy doszliśmy do przecięcia rzeczki i torów, okazało się, że obok wybetonowanego koryta nie ma żadnej choćby najmniejszej dróżki w prześwicie pod torami i nie ma zmiłuj - trzeba iść wodą. Na szczęście woda nie sięgała nam powyżej podeszew i udało się przejść suchą stopą. Jak to dobrze, że nie trafiła się nam pora deszczowa:-). Dziewiętnastkę znaleźliśmy bez problemu.
Między dziewiętnastkę a dwudziestkę musieliśmy wpasować fragment z gwiazdki  i przestawić się mentalnie na nową skalę mapy 1:10000. Dopasowanie wycinków, które były jedynie pozamieniane miejscami, a trzy obrócone, poszło błyskawicznie, zwłaszcza, że wstępne rozeznanie zrobiłam już wcześniej. Zaczęliśmy od PK A, potem zgarnęliśmy E, a przy D pojawiły się problemy. E i D leżały blisko siebie, po przeciwnych stronach ścieżki, tyle, że D... nie było. Owszem, natknęliśmy się na lampion, ale był tak bardzo w nieodpowiednim miejscu, że zdecydowaliśmy się wbić BPK. I to była bardzo dobra decyzja, bo osobie rozstawiającej punkty najwyraźniej pomyliły się końce górki.
Od D zeszliśmy do przecinki i idąc nią w stronę PK 20 robiliśmy krótkie wypady na boki żeby zebrać PK C, F i B. Dwudziestkę na skrzyżowaniu drogi i mało widocznej przecinki trafiliśmy z marszu, a potem coraz większymi drogami i asfaltami gnaliśmy w stronę bazy żeby wyrobić się w wyznaczonym przez organizatora czasie i uniknąć punktów karnych. Udało się. Na mecie byliśmy 5 minut przed limitem. Ponieważ posiłek był w innym budynku niż nocleg, więc nawet się nie przebieraliśmy tylko gnani głodem poszliśmy od razu na stołówkę. Na ziemniaki już się nie załapaliśmy, ale żurku dla nas jeszcze starczyło. Podobno ci, co wrócili później już nie mieli tego szczęścia.

 Pyszny żurek, tylko wszyscy bezskutecznie szukali w nim jajek:-)

Ranek przywitał mnie miłą niespodzianką - okazało się, że zajęliśmy drugie miejsce. I to mimo czterech stowarzyszy. No to odkuliśmy się za ubiegłoroczną porażkę:-) Naszą nagrodę od razu zaanektowała Agata, a nam na pocieszenie zostało ptasie mleczko. I bierz tu rodzinę na zawody:-)

Autor trasy wręcza nam dyplomy, a my pękamy z dumy.

W przyszłym roku odbędzie się jubileuszowa - dziesiąta edycja Nocnych Manewrów i już jestem ciekawa co też Organizatorzy wymyślą za atrakcje. Jedno jest pewne - jak zawsze będzie perfekcyjna organizacja i świetna zabawa.

czwartek, 28 listopada 2019

Leśne przysmaki na Beskidzkiej 1

Moja relacja się pisze, a tymczasem zobaczcie jak poszło Agacie i Kamilowi:



Rok temu nasz start w Nocnych Manewrach SKPB był bardzo nieudany – spędziliśmy w lesie ładnych kilka godzin, a gdy byliśmy mniej więcej w połowie trasy, okazało się, że za pół godziny zamykają metę. Tym razem poszło nam trochę lepiej.
Tak jak w zeszłym roku startowaliśmy na trasie Beskidzkiej 1, ale tym razem bez Natki w składzie (Natka startowała niedługo po nas ze swoimi znajomymi, którzy na InO byli pierwszy raz).

 Przed zawodami 

Na start musieliśmy dojść korzystając z osobnej mapki. Trochę się baliśmy, że uda nam się zabłądzić jeszcze przed właściwa trasą, ale na szczęście dotarliśmy bez problemów. Startowaliśmy z 100 minutą i tym razem przy starcie włączyłam stoper, żeby kontrolować czas. Mapa na pierwszy rzut oka była łatwa – bez przekształceń i bez wycinków. Do zebrania było 10PK z obowiązkową kolejnością potwierdzeń i jedno zadanie polegające na podaniu nazw 3 gatunków borówek.
Do pierwszego punktu doszliśmy bez przygód, ale zwykle pierwszy punkt na Manewrach był dosyć prosty. O dziwo do 2 także trafiliśmy bez problemu (co było już trochę podejrzane)*. Na szczęście w drodze do punktu 3 wreszcie udało nam się zgubić. Najpierw podczas przejścia przez drogę zginęła nam przecinka, którą szliśmy, więc poszliśmy jakąś drogą lub przecinką biegnąca nieco obok. Wydawało nam się, że idziemy dobrze, ale w miejscu, gdzie według nas powinna być trójka wcale jej nie było, za to natknęliśmy się na sporą grupę innych zagubionych ludzi szukających tego samego punktu. Wspólnymi siłami (czy też raczej dzięki mojej analizie słupka z liczbami na skrzyżowaniu przecinek) udało nam się ustalić, gdzie dokładnie jesteśmy. Ruszyliśmy dalej zostawiając resztę osób w tyle. Punkt 3 zebraliśmy bez problemu, chociaż niepotrzebnie weszliśmy w gęste krzaki dosłownie obok przyzwoitej ścieżki… Czwórka była prosta – stała w bardzo charakterystycznym miejscu nad rogiem przepaści. Gorzej było z późniejszym dotarciem do drogi – postanowiliśmy obejść wzdłuż płotu stojący przy drodze budynek, więc znowu weszliśmy w jakieś straszne chaszcze i przedzieranie się przez nie zajęło nam sporo czasu. Punkt 5 odpuściliśmy bojąc się, że znowu dotrzemy na metę z dużym spóźnieniem. Idąc do 6 przez chwilę myśleliśmy, że znowu się zgubiliśmy, bo na skrzyżowaniu przecinek jedna przecinka się kończyła, mimo że według mapy powinna prowadzić dalej prosto… W końcu poszliśmy tam, gdzie według mapy powinna być i wyszliśmy na jakieś pustkowie. Kierunek nam się zgadzał, więc szliśmy dalej aż doszliśmy do miejsca, które już nam się zgadzało z mapą. Sam punkt 6 nie sprawił nam trudności, do 7 też udało nam się trafić. Potem opuściliśmy 8 (znowu bojąc się o czas) i poszliśmy do 9, a potem po drodze do mety wstąpiliśmy po 10 (po drodze znajdując jeszcze rozwiązanie zadania o borówkach). A potem okazało się, że mamy jeszcze spory zapas czasu i w sumie niepotrzebnie opuszczaliśmy 5 i 8… Na metę dotarliśmy pół godziny przed upływem czasu.
Chodzenie po lesie zajęło nam tylko 3 i pół godziny! Nocne Manewry SKPB zawsze kojarzyły mi się z wielogodzinnym błądzeniem po lesie, a tym razem nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć…


* Po fakcie okazało się, że wzięliśmy stowarzysza.


 Po zawodach


W trakcie zawodów


Smoku daj pola!

Smok w tym roku przed nami ucieka. Ucieka, bo albo nie pasuje z terminem, albo coś nie pasuje i idziemy rekreacyjnie, a nie walcząc o punkty w smoczym pucharze. Także tym razem poszliśmy z nastawieniem rekreacyjno-wypoczynkowym na Pole Mokotowskie. Na starcie dostaliśmy mapę (no, ciut nietypową bo w wydaniu de luxe, na kartonie kredowym) i oczywiście od razu włączył się duch rywalizacji. Nie doczytawszy do końca legendy (bo kto normalny czyta w języku elfów?) poszliśmy szukać pierścieni. Wyszło nam, że trzeba znaleźć wszystkie pierścienie, zarówno te ludzi, elfów i krasnoludów. Tyle że na żadnym nie było punktu o nieparzystej wadze. Więc jak uzbierać sumie 89? Można wziąć wycinek extra za 7 PP, ale wtedy nie odwiedzimy wszystkich pierścieni! Zostało wczytać się w regulamin i…. liczyć na stowarzysze. Kalkulacja w ruchu wykazała, że najłatwiej zrobić je na jakichś okrągłych PK np. tych za 2PP. Przy karze 25% za stowarzysza jak nic wyszło, że muszą być cztery. Oczywiście ruszyliśmy nieco nieoptymalnie zaczynając od PK na wycinku ze startem. Jako, że te elementy dopasowaliśmy od razu, to skręciliśmy w kierunku Biblioteki Narodowej i dalej zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. O dziwo punkty wchodziły, stowarzyszy nigdzie nie było widać. Dopiero po 1/3 trasy trafiliśmy w miejsce, gdzie dostrzegliśmy stowarzysza do PK 27. Sam PK 27 miał być w krzakach. Takich ciemnozielonych na mapie BnO. W nocy z ciemnozielonego robi się czarnozielone, więc przebieżność spada co najmniej o dwa stopnie. Z rozpędu wbiliśmy się w te krzaki, ale po chwili przypomnieliśmy sobie o planowanych 4 stowarzyszach. Po chwili wyczołgaliśmy się z zieloności i podbiliśmy lampion stowarzyszony. Dla pobliskiego PK także znaleźliśmy stowarzysza – zostały jeszcze dwa do znalezienia!

Dobra nasza! Jeszcze dwa stowarzysze i będziemy w domu! Dalej poszliśmy na zdemolowany stadion Skry (strasznie daleko, ale skoro musimy wszystkie pierścienie…), potem przez dziury w płotach w stronę GUSu.
Chyba najdalszy PK 46, ten przed dziurą w płocie
Już się martwiliśmy, bo nigdzie ani śladu stowarzyszy. Dopiero na jednym z końcowych wycinków udało się znaleźć brakujące dwa niewłaściwe lampiony.

Dumni z siebie, z niewielkim spóźnieniem zameldowaliśmy się na mecie. I wtedy nastąpiło olśnienie. Musieliśmy gdzieś zgubić 1PP na stowarzyszach. 25% z 2 …. To wcale nie jest ¼ PP jak liczyłem tylko ½!!! W efekcie zamiast planowanych 89 PP poszliśmy na 88! Do tego spóźnienie (źle doczytaliśmy instrukcję - wystarczyło być na każdy rodzaju pierścienia, a nie na wszystkich!) i jeden nieplanowany PS wrednie postawiony na kołku wbitym w trawę przez budowniczego. Takie kołki powinny być zakazane!!!!

Czyli jak zwykle "nic się nie stało" i zamiast walki o puchar wyszła rodzinna smocza wycieczka😉
Mapa przecudnej urody

niedziela, 24 listopada 2019

GEZnO 2019 TV

GEZnO - etap drugi: muldy i bliźniacze jary.

Już w sobotę dostaliśmy opaski z numerami punktów i od razu rzuciliśmy się do internetów oglądać sobotnie mapy innych niż nasza kategorii, żeby zobaczyć, czy aby gdzieś nie znajdziemy numerków, których będziemy szukać nazajutrz. I znaleźliśmy! Dwa! Może to nie jest dużo, ale przynajmniej wiedzieliśmy, po której stronie drogi będziemy chodzić. Punkt pierwszy znaleźliśmy w pobliżu  naszego pierwszego punktu sobotniego, tak więc problem jak ruszyć mieliśmy rozwiązany:-)
W internetach pilnie śledziliśmy też pogodę i mina nam rzedła coraz bardziej - deszcz, deszcz, a potem deszcz. Zmieniały się tylko godziny, w których będzie bardziej padać, a w których mniej, ale ogólnie źle to wyglądało. Dodatkowo miało się ochłodzić, więc brrrr. Już w nocy obudziło mnie bębnienie kropel deszczu o dach. Ranek może i nie był ulewny, ale przyjemnie to na pewno nie było. Jaśniejszym promyczkiem w ciężko zapowiadającym się dniu były odwiedziny Krysi - koleżanki z MnO, która akurat była w Rymanowie w sanatorium i przyszła zobaczyć, czy nie trafi na kogoś znajomego. Przy tej ilości uczestników to w sumie miała to zagwarantowane:-)

Walka o mapy:-)

W drugim dniu kolejność podbijania punktów była obowiązkowa, więc nie było, że jedni idą tam, drudzy tam, tylko najwyżej którędy do tego samego punktu. Ponieważ mieliśmy już obcykane dojście w okolice punktu, poszliśmy tak samo jak poprzedniego dnia, a z nami całkiem spora grupa innych zawodników. Oczywiście kiedy zaczęło się podejście, wyprzedzał nas kto tylko chciał, ale kilka osób było tak miłych, że trzymało się w zasięgu wzroku. Czułam się podbudowana.
Pierwszy błotozjazd zaliczyłam jeszcze w drodze na pierwszy punkt, kiedy po przeskoczeniu przez strumyk musieliśmy wspiąć się na strome zbocze - odpadłam od ściany i ześlizgnęłam się, na szczęście nie na sam dół do potoku. Jednak moja piękna nowa kurteczka nieco straciła na urodzie.

Aaaaaaa!!!!!!

Na pierwszym punkcie mogłam poczynić kolejne obserwacje związane z muldami. Tym razem mulda okazała się być zwykłym niezbyt głębokim jarem. Ja to chyba jakąś rozprawę naukową napisze na ten temat, np. " Mulda, a sprawa polska".

 PK 1-74 - mulda.

Na kolejny punkt poszliśmy drogami, bo skoro były zaznaczone na mapie, a i w terenie się znalazły, to czemu nie skorzystać. Po drodze mijaliśmy krzyż na górce i już z daleką widzieliśmy dwie postacie wyraźnie klęczące przy nim. Byłam pewna, że to miejscowi, a tymczasem przy krzyżu wisiał lampion (nie z naszej trasy), a jakiś zespół właśnie go podbijał. Punkt 2-34 znowu w opisie miał "mulda" i ta mulda dla odmiany wyglądała jak niezbyt głęboki rów.

Fotka niewyraźna bo zamgliło obiektyw kamery.

Trójka z kodem 70 była za górką, dość blisko w linii prostej, ale przecież z moimi możliwościami nie było sensu iść na azymut, wiec pracowicie obeszliśmy górkę dookoła, a w zasadzie to nawet obiegliśmy. Błocko było niemiłosierne, ale już przywykliśmy i nie robiło na nas wrażenia. W opisie wyjątkowo nie było słowa "mulda", a siodło. Z zupełnie nieznanych powodów zaczęliśmy szukać lampionu na szczycie. A nie był to łatwy szczyt. I bynajmniej nie z powodu wysokości, ale roślinności. Wszystko było zarośnięte, a na każdej wysokości czyhało jakieś niebezpieczeństwo - a to jeżyny łapiące za kostki, a to krzaczory wybijające oczy, a to leżące gałęzie, miedzy którymi łatwo mogła utknąć noga. Dopiero kiedy przeczesaliśmy szczyt, Tomek dokładniej spojrzał na mapę i stwierdził, że to jednak nie tu. Lampion wisiał sobie spokojnie w przebieżnym kawałku lasku, gdzie bezpiecznie dawało się podejść.

PK 3-70
Od punktu zeszliśmy na krechę po stromym zboczu na południe, żeby dojść do strumienia. Potem wystarczyło pójść wzdłuż strumienia poprzecznego, znaleźć rozgałęzienie rozgałęzienia i na końcu muldę. Tak - moją ulubioną muldeczkę:-) Szło dobrze, znaleźliśmy drogę biegnącą prawie równolegle do wąwozu, potem pojawiło się rozgałęzienie i tylko... nigdzie nie było lampionu. Już byliśmy skłonni przypuszczać, że  ktoś ukradł lampion, albo organizator nie powiesił, ale zastanowiło nas, że od jakiegoś czasu nie spotykamy innych zawodników, a do tej pory ciągle kogoś mieliśmy w zasięgu wzroku. Tomek zaczął podejrzewać, że jesteśmy o jeden wąwóz za wcześnie i po dokładnym obejrzeniu mapy musiałam mu przyznać rację. Normalnie osłabiło mnie. Na myśl, że musimy wracać kawał drogi lub alternatywnie zejść do głębokiego wąwozu, a potem wyjść z niego z drugiej strony aż mi się płakać chciało. Absolutnie nie miałam na to siły - ani fizycznej, ani psychicznej. Najgorsze, że jedyną alternatywą było pozostanie w niewłaściwym wąwozie już na zawsze. Trochę marne rozwiązanie problemu. Uznawszy, że w tym momencie łatwiej mi będzie poradzić sobie ze słabością ciała niż psychiki zdecydowałam, że tniemy po wąwozach, bo wracać na pewno nie będę. Faktycznie, w sąsiednim jarze lampion wisiał sobie spokojnie i czekał na nas. Mój stan psychofizyczny nie pozwolił jednak na analizę uformowania kolejnej muldy, a zdjęcie z punktu niewiele mówi na ten temat:

PK 4 - 35

Z czwórki na piątkę było w pieron daleko, a dodatkowo po drodze musieliśmy obejść dwa płoty, wspiąć się na górkę, zejść na dół, znowu podejść, utrzymać się na poziomnicy, no i finalnie znaleźć lampion. Ja w wersji zombi, Tomek kwitnący jak szczypiorek na wiosnę. Dość niewygodny duet.
Po drodze spotkaliśmy najpierw gołego mężczyznę, którym okazał się Włodek, a po chwili resztę ekipy OK! Sport. Kurcze, nam nawet przez myśl nie przeszło, żeby po drodze przebierać się w suche ciuchy, a ludzie jednak noszą je ze sobą i wykorzystują. Przy okazji wyszło na jaw, że stojąc metr od siebie byliśmy w zupełnie innych miejscach, a przynajmniej każdy zespół był o tym przekonany. Tomek i Marek dźgali mapę palcami i każdy miał swoją rację. Ostatecznie racja Marka okazała się słuszniejsza. Punkt, w odróżnieniu od poprzedniego, nie stał na muldzie tylko nosku, ale nosek jest dla mnie równie tajemniczym zjawiskiem co mulda.

5 - 37 - nosek

Zostały nam jeszcze tylko dwa punkty do zebrania i powrót do bazy, ale i tak było jeszcze bardzo, bardzo daleko. O ile na początku trasy deszcz był dla nas dość łaskawy bo tylko drobił kropelkami, to w miarę upływu czasu krople stawały się większe i jakby gęściej spadały. Pod względem przemoczenia było nam wszystko jedno, ale na mapę patrzyło się coraz trudniej, a las stawał się ciemny i zamglony.Z piątki zeszliśmy na zachód, by dotrzeć do szlaku Jaga-Kora.

 Trasa Kurierska Jaga-Kora

To już były znajome okolice i przynajmniej mieliśmy pewność, że się głupio nie zgubimy. Błoto geznowe, choć uciążliwe, wciąż było niczym w porównaniu do błota jagokorowego, O, taka różnica:

GEZnO 2019

Jaga-Kora 2019

Szlakiem dotarliśmy do kapliczki i od niej już na azymut zaatakowaliśmy punkt - grzbiet nad rozwidleniem jarów. Był to jeden z piękniej położonych punktów, z widokiem na głębokie, rozchodzące się promieniście w trzy strony jary, tajemniczo zasnute mgłą,

PK 6-47

Z grzbietu mogliśmy wrócić tak jak przyszliśmy, albo ruszyć przed siebie, żeby do szlaku Jagi-Kory, którym dalej mieliśmy iść, dołączyć już dalej. Co nas podkusiło do drugiej opcji??? Za mało nam było atrakcji??? Żeby wykonać zaplanowany manewr musieliśmy w pierwszej kolejności dostać się na dno wąwozu, a potem niemal pionowo wdrapać się na przeciwległy stok. Ktoś przed nami chyba testował taką opcję, bo gliniaste pionowe zbocze było już wyślizgane. Nie wiem czy Tomek tak mi chciał zaimponować, czy tylko grunt mu ujechał spod nóg, ale rzuciwszy okiem w dół natychmiast zjechał aż do samego strumienia. Stylowo może nie był to najpiękniejszy zjazd - taki tylno-boczny z przewagą bocznego, ale lądowanie w wodzie wyglądało odjazdowo. Nie mogłam być gorsza. Przykucnęłam nad samym brzegiem przepaści, spojrzałam w dół i... czym prędzej się wycofałam. Wysoko, kurde, naprawdę wysoko. I co teraz zrobić jak Tomek tam, a ja tu? Dwa kolejne podejścia poskutkowały jedynie zjechaniem mojej mapy, ale ja wciąż tkwiłam na górze. Przy kolejnej próbie siła ciążenia wzięła górę i nic już nie miałam do gadania oprócz pisku przerażenia, ale i zachwytu. Bo w gruncie rzeczy to była fajna jazda z mokrym lądowaniem. Przez te kilka sekund Tomek miał straszny dylemat moralny - ratować, czy filmować? Zrobił to:


Aaaale jazda!

Kiedy już Tomek wyjął mnie ze strumienia, byłam do niczego niepodobna, cała oblepiona błotem i
jedynie miałam nadzieję, że padający deszcz trochę mnie doprowadzi do porządku. Jeszcze musieliśmy wdrapać się na górę jaru i to tak żeby nie ześlizgnąć się z powrotem na dól. Jakoś się udało na czworaka, łapiąc się po drodze wszystkiego wystającego. Po chwili dotarliśmy na szlak Jagi-Kory i było fajnie, bo cały czas w dół aż do Polany Zbójeckiej. Tam przeszliśmy przez rzeczkę i korzystając z okazji, doprowadziliśmy się trochę do porządku. Ja to nawet mapę uprałam, bo tak była ubłocona, że nic na niej nie było widać.

 Pucu pucu, chlastu, chlastu...

Został nam do wzięcia ostatni punkt na górce za drogą. Z mapy wynikało, że nie na samym szczycie, tylko na jakimś pipancie na zboczu i byłam za to ułatwienie bardzo wdzięczna organizatorom. Na szczyt już bym chyba nie wlazła. Po drodze jeszcze poratowaliśmy jakieś uczestniczki innej trasy, które nie mogły znaleźć punktu i były skłonne się poddać.

Ostatni punkt!

Na metę mogliśmy wracać albo po prostej na azymut, albo naokoło drogami. Ponieważ teren był mało przyjazny, a do drogi blisko, więc woleliśmy naokoło. Pewnie i tak wyszło szybciej. Podobnie jak dzień wcześniej najgorsze były ostatnie metry przed furtką - strome podejście, na które mój wyczerpany trasą organizm absolutnie nie wyrażał zgody. Tak jak w sobotę, Tomek wpychał mnie pod górę, bo inaczej chyba nie dotarłabym do mety.
W bazie przeżyliśmy totalne rozczarowanie - na obiad był ten sam bigos co poprzedniego dnia. Znowu podziubałam w nim wybierając nieliczne kawałeczki mięsa i wciąż głodna wróciłam do pokoju. Aaaa, tego dnia na obiad poszliśmy już wykąpani i przebrani - pełen wersal:-) Tak utytłani jak wróciliśmy, było nam już wstyd siadać do stołu. Sądząc po stanie białych krzeseł w jadalni, niektórym osobom wstyd nie było.
Z basenu znowu zrezygnowaliśmy, bo wolałam leżeć w łóżku i obżerać się ciastkami, których ogromną ilość przytargał Tomek ze sklepu. Dopiero wieczorem poszliśmy do... kawiarni, gdzie urządziliśmy sobie spotkanie Stowarzyszy. Potężny kawał tortu zniknął w czeluściach mojego żołądka i tym sposobem mimo intensywnego wysiłku osiągnęłam dodatni bilans kaloryczny. Cóż, bywa...
W poniedziałek rano (jak dobrze, że to był dzień wolny) niespiesznie zebraliśmy się do wyjazdu. Oczywiście po drodze musieliśmy zaliczyć jakieś TRInO, żeby nam się przejazd nie zmarnował. Tym razem padło na Iwonicz Zdrój. Mi najbardziej spodobał się PK 13 - źródło potoku Bełkotka. Polecam!


Obelisk na jazie nad potokiem Bełkotka.

Przy Źródle Józefa.

W ostatecznym rozrachunku zajęliśmy przedostatnie miejsce w naszej kategorii. Gdyby nie PK 51 z etapu pierwszego i nie ten jar z etapu drugiego moglibyśmy powalczyć z Małgosią i Grześkiem, ale reszta z moimi problemami na podejściach była nie do ruszenia. Dla mnie nie było więc żadnego rozczarowania, Tomek na pewno liczył na więcej.
W przyszłym roku to już chyba trzeba iść na rodzinną:-)

UWAGA! jeszcze będzie film - nie przegapcie!

czwartek, 21 listopada 2019

GEZnO - etap pierwszy: 1:0 dla PK 51

Jak kilka tygodni temu (a może to już miesiące) pisałam, że nigdy więcej górskich zawodów, to oczywiste, że nie miałam na myśli GEZnO:-) Bo jak to tak - nie pojechać na GEZnO??? Nie da się! No to pojechaliśmy.
Podczas wyjazdu na Hałę nie zdążyliśmy zrobić TRInO po Bochotnicy, więc postanowiliśmy to nadrobić w drodze do Rymanowa. Nawet specjalnie wzięliśmy sobie urlop na piątek, żeby na spokojnie dojechać zwiedzając po drodze co się da. TRInO zrobiliśmy, ale w muzeum misiów, na którym mi najbardziej zależało, zastaliśmy taką informację:

Nie mam szczęścia do misiów:-(

Tym razem na GEZnO zakwaterowaliśmy się w bazie imprezy, więc spodziewaliśmy się, że jak dojedziemy, to zastaniemy tłum znajomych, imprezę, tańce, hulanki, swawole. Tymczasem byliśmy jednymi z pierwszych uczestników, bo reszta to takie pracusie, co na zawody jadą dopiero po robocie. Większość znajomych spotkaliśmy dopiero na starcie:-)

Stowarzysze (nie wszyscy) przed startem.

W pierwszy dzień na trasę wyruszaliśmy już o ósmej. W porównaniu do ubiegłego roku na naszej trasie miało być mniej przewyższeń i bardzo mi się to podobało.
Na starcie nastąpił drobny (dla niektórych może i nie drobny, a duży) zgrzyt - zabrakło map. Organizatorzy chyba trochę przesadzili z oszczędnością:-) Ci, którzy na zawody mapę noszą tylko dla szpanu, pooddawali tym, którzy rzeczywiście korzystają i jakoś udało się ogarnąć sytuację. Podobno. Bo my mapy mieliśmy.

Ufff, starczyło.

Do zebrania na naszej trasie było 12 PK, z czego 4 po wschodniej stronie głównej drogi, a reszta po zachodniej.Wschodnie punkty były rozmieszczone z rzadka, zachodnie gęściej. Ruszyliśmy na wschód. Tradycyjnie za bramką część osób pobiegła w prawo, część w lewo. Zasadniczo wybierając wariant lewy nie traciło się wysokości, ale ponieważ fajniej biegnie się w dół, to my wybraliśmy prawy. Niestety, podejścia nie dało się uniknąć i wkrótce mozolnie pięliśmy się w górę. To znaczy - ja mozolnie, bo Tomek to na luzie. Najpierw mieliśmy porządną drogę, potem krzaki, łąki i w końcu dotarliśmy do SBB, czyli Słynnego Beskidzkiego Błota, które miało nam towarzyszyć już do końca wędrówki. Na nas błoto po majowej Jadze Korze nie zrobiło specjalnego wrażenia, ale uwagi innych uczestników rzucane z cicha pod nosem były co najmniej interesujące.

SBB

Pierwszy punkt położony jakieś półtora kilometra od bazy znaleźliśmy już po pół godzinie od wyjścia w teren. Cóż, nasze tempo nie było specjalnie imponujące.

Pierwszy punkt zdobyty!

Kolejny punkt był nie dość, że daleko, to jeszcze na górce. Po drodze pocieszałam się, że jak zbierzemy te cztery wschodnie punkty, to dojdziemy do asfaltu i w razie czego będę mogła wrócić do bazy. Wiedziałam, że tego nie zrobię, ale jakoś musiałam podtrzymywać się na duchu. Na górce oprócz lampionu było mnóstwo krzaczorstwa, przez które musieliśmy się przebić, a najgorsze były jeżyny łapiące za nogi.

PK 32

Jak było pod górkę, to musiało być i z górki i do kolejnego punktu zbiegaliśmy wzdłuż strumienia, w większości drogami i to nawet porządnymi, pominąwszy oczywiście warstwę błota, która wywoływała niekontrolowane poślizgi. Na dole niczym rącze łanie przeskoczyliśmy strumyk i znowu zaczęła się wspinaczka do samotnego drzewa, które nie wiedzieć dlaczego musiało wyrosnąć sobie na samej górze jaru, na zboczu górki 673. Na szczęście nie musieliśmy włazić na szczyt. Przy punkcie (podobnie zresztą jak i przy wcześniejszych) spotkaliśmy ludzi z przeróżnych tras.

Lampion wisiał na innym drzewie, ale to było bardziej fotogeniczne.

Zbiegając z PK 65 (tak!, znowu było w dół!) do PK 81 mieliśmy okazję podziwiać widoczki, bo większość trasy wiodła otwartym terenem. Zawsze w takich momentach żałuję, że nie ma czasu żeby się zatrzymać, popatrzyć, strzelić parę fotek. 
Do punktu biegła cała grupa zawodników z różnych tras, więc wystarczyło lecieć za innymi. 81 był ostatnim punktem z wschodniej części trasy i teraz pozostał nam zbieg do asfaltu i część zachodnia. Znowu biegliśmy w grupie, a na samym dole, za drogą musieliśmy przedostać się za rzeczkę. Ci przed nami bez zastanowienia wbiegli w wodę, więc i my nie mogliśmy być gorsi, chociaż mostek znajdował się jakieś 150 metrów w prawo. Ech, ta siła sugestii... Oczywiście, że nad rzeczkę nie dotarliśmy w suchych butach, bo te były wilgotne już przed pierwszym punktem, ale jednak nie chlupotało w nich. Mimo wszystko takie ekstremalne schłodzenie stóp dla mnie było bardzo przyjemne.

Mosty są dla mięczaków:-)

 Asfalt trochę próbował kusić do powrotu do bazy, ale że akurat od ostatniego punktu było w dół, więc nie czułam zmęczenia, które mogłoby mnie zwieść na manowce. Zresztą wiedziałam, że nigdy bym sobie takiego powrotu nie wybaczyła.
Za drogą zaczęliśmy spotykać  uczestników zaczynających od zachodniej strony, czyli przeciwnie do naszego kierunku. Oni mieli już za sobą większą część trasy i troszkę mnie to niepokoiło, że oni już tu, a my dopiero.

 Tak, na tamtej górze byliśmy.

Znowu wdrapywaliśmy się po zboczu. Po chwili ledwo lazłam, a Tomek pokazywał mi górę za plecami i pocieszał, że jak na tamtą weszłam, to i tej dam radę. Marne pocieszenie, ale zawsze.
PK 66 miał być w rozwidleniu strumieni. Kiedy już doszliśmy do właściwego jaru, widząc z daleka, że jakaś grupa idzie dnem wąwozu, również i my zeszliśmy na dół.

Dnem tego jaru poszliśmy.

To była bardzo ciężka przeprawa - zwalone drzewa, kamienie, błoto, a chwilami płynąca woda.  Na błoto i wodę już w ogóle nie zwracaliśmy uwagi, bo bardziej brudni i bardziej mokrzy i tak nie mogliśmy być. Jakieś kilkadziesiąt metrów przed punktem Tomek zauważył, że co rozsądniejsi zawodnicy idą nie dnem, ale górą wąwozu, a na punkt schodzą już przy lampionie. Że też na to wcześniej nie wpadliśmy? Ewidentnie jesteśmy zaprogramowani na ekstremalne doznania:-)
Tuż przed punktem spotkaliśmy Joannę z Mariolą z naszej trasy, które mieliśmy nadzieję spotkać trochę dalej. Wychodziło, że mają sporą przewagę nad nami.
Po zdobyciu sześćdziesiątki szóstki pocieszałam się myślą, że teraz punkty będą już gęściej, więc nie będzie długaśnych nużących przejść, tylko szybkie akcje.
Do kolejnego punktu znowu szliśmy łąkami, nawet bez większych podejść, prawie po poziomnicy. Przed nami zasuwała jakaś duża zorganizowana grupa idąca na tyle wolno, że udało się nam ich dogonić. Skorzystaliśmy z okazji i poprosiliśmy o chwilowe potrzymanie kamery nakierowanej na nas, dzięki czemu wreszcie na filmie będziemy razem w całej okazałości, a nie albo jedno, albo drugie.

W drodze na PK 67

Po drodze spotkaliśmy kolejną konkurencję z naszej trasy - Ewę z Andrzejem i Małgosię z Grzegorzem. No dobra, w tym miejscu mogliśmy się już spotykać - szanse były mniej więcej równe.
PK 67 na początek jaru okazał się dziurą, do której trzeba zejść, a jak ktoś miał mniej szczęścia, to zjechać, bo ślisko.
Za 67, po wyjściu z lasu, kierowaliśmy się na krzyż, który widać było z daleka, a był zaznaczony na mapie, więc stanowił świetny punkt orientacyjny. Od krzyża już na azymut prosto do PK 54 w rozwidleniu strumieni. To był chyba najbardziej malowniczy punkt - kilkanaście małych strumyczków, czyli praktycznie kilkanaście małych wąwozików leżących tuż obok siebie stanowiło jakby miniaturkę całego terenu zawodów. Czuliśmy się trochę jak Guliwer w krainie Liliputów:-)

PK 54 w mini wąwoziku.

Kolejny punkt to drzewo na szczycie. Znowu cały czas w górę. Na szczęście znowu szliśmy terenem otwartym i można było przynajmniej widoczki podziwiać. No i szczyt było z daleka widać, a jak cel jest w zasięgu wzroku, to jakoś łatwiej.

PK 68

Do mety zostały nam już tylko cztery punkty, ale czułam ogromne zmęczenie. Zaczynałam tracić kontakt z mapą i coraz częściej szłam jak automat. Drogi do PK 36 praktycznie nie pamiętam, zresztą samego punktu też nie. 
Do PK 53 był stosunkowo długi przelot, ale na szczęście drogami i wreszcie nie pod górę. To, że drogami może nie było jakimś specjalnym ułatwieniem, bo drogi wyglądały mniej więcej tak:

Błotko w całek okazałości.

53 miał być na muldzie, a dla mnie mulda jest nieustającą zagadką, bo za każdym razem w terenie zastaję coś innego. Ogólnie to na własny użytek przyjęłam założenie, że należy szukać jakiegoś odkształcenia terenu, w zupełnie dowolny sposób. Tak przynajmniej wykazała kilkuletnia praktyka.

Tutaj mulda przyjęła postać rowu.

Z 53 ruszyliśmy pod górę na azymut, żeby wyjść na drogę, którą planowaliśmy dalej iść. Ponieważ nie byliśmy pewni, w której jej części wyszliśmy, przelecieliśmy się kawałek w lewo, potem w prawo i w końcu trafiliśmy na skrzyżowanie zaznaczone na mapie. Wyciąg był kolejnym punktem orientacyjnym, a od niego to już Tomek jakoś nas doprowadził. Ja skupiłam się na utrzymywaniu tempa różnego od 0 km/h. PK 52 był na kolejnej muldzie, ale niestety nie pamiętam jakąż to postać tym razem mulda przyjęła. Może na filmie będzie widać. Ten punkt podbijałam już na siedząco, żeby złapać choć kilka sekund odpoczynku.

Kawałek za PK 52

Na 51 postanowiliśmy pójść trochę naokoło, drogami, żeby nie przedzierać się w poprzek wąwozów, bo moja kondycja na to nie pozwalała. Szło nam dobrze do skrzyżowania, na którym mieliśmy odbić na południe. Z jakiego powodu zamiast w lewo poszliśmy w prawo - nie umiem powiedzieć, szczególnie że prowadzeniem już całkowicie zajmował się Tomek, a ja sporadycznie zaglądałam do mapy, tylko wtedy gdy było po równym lub w dół. Dlaczego potem ruszyliśmy na zachód nie wiem tym bardziej.  Na widok czerwonego szlaku automatycznie i bezmyślnie zeszliśmy nim niemal pod szałas, koło którego przechodziliśmy w drodze na 53. Na widok nadchodzącej z naprzeciwka Ani P. z koleżanką bardzo się ucieszyliśmy, bo wreszcie ktoś nam mógł powiedzieć gdzie właściwie jesteśmy. Byliśmy już tak zakręceni, że przestaliśmy ogarniać sytuację. W pierwszej chwili trudno nam było uwierzyć, że aż tak nas zniosło, ale dziewczyny były bardzo przekonywające. Szkoda tylko, że ten czerwony szlak prowadził dość ostro w dół i teraz musieliśmy wleźć na górę z powrotem. Prawdę mówiąc dla mnie była to wręcz dramatyczna wiadomość. Ale co było robić? Wróciliśmy. Niby już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, nawet zaczęłam uważnie studiować mapę, a i tak na południe weszliśmy o jedną drogę za wcześnie. Jak coś idzie źle, to po całości.  Miotaliśmy się tam przez chwilę, bo raz nam wszystko pasowało, a za moment nic, no i lampionu nigdzie nie było widać. W końcu uznaliśmy, że to jednak nie ta droga, poszliśmy jeszcze dalej na wschód i ostatecznie wróciliśmy do skrzyżowania, na którym popełniliśmy pierwszy błąd. Tu już nas odblokowało i wreszcie znaleźliśmy właściwą drogę. Z PK 52 do PK 51 jest w linii prostej jakieś 900 m. Pokonanie tego odcinka zajęło nam godzinę i dwadzieścia minut.


Tak już byłam zirytowana tym beznadziejnym błąkaniem się po bezdrożach i drożach i błotach i chaszczach, że wstąpiłam na wojenną ścieżkę, przybrawszy barwy i nastrój wojenne. Na razie co prawda w naszej rozgrywce GEZnO prowadziło 1:0, ale nie zamierzałam się poddawać.

Na wojennej ścieżce.

PK 51 był naszym ostatnim punktem i pozostał nam już tylko powrót do bazy. Lecieliśmy ścieżkami wzdłuż strumienia, zbiegając gdzie tylko było to w miarę bezpieczne. Już blisko bazy, zamiast biec mostem nad rzeką, specjalnie przeszliśmy w bród, żeby umyć buty, bo strach było wejść do bazy z kilogramem gliny pod każdym.

Pokonujemy rzekę Tabor.

Na metę wpadliśmy prawie godzinę przed limitem czasu, ale ze względu na ten nieszczęsny PK 51 w zasadzie wiadomo było, że mamy przechlapane i wynik żałosny.

 Wreszcie meta!

Ponieważ po kąpieli w Taborze byliśmy czyściutcy, od razu poszliśmy do jadalni na obiad, nie przebierając się, bo w końcu nie byliśmy na dworze królewskim. I tu spotkało nas ogromne rozczarowanie - świetnie wyglądający bigos, na który napaliłam się jak szczerbaty na suchary, okazał się zupełnie niejadalnym kwasem. Brrrr. Teraz już rozumiałam dlaczego organizator tak usilnie namawiał nas przy zapisach na płatne obiady w bazie:-) Wygrzebałam z tego kwasu wszystkie nadające się do zjedzenia kawałki mięsa i kiełbasy i dopchałam trzema kromkami chleba. Jechać gdzieś na prawdziwy obiad nie miałam już siły.
W planach mieliśmy wypad na pobliski basen, żeby się wyluzować i zrelaksować, ale kiedy poczułam pod sobą łóżko, kategorycznie odmówiłam wszelkiej współpracy. Dopiero wieczorem, po usilnych namowach Tomka, wygrzebałam się z pościeli i poszliśmy do delikatesów, gdzie na zakupach miała spotkać się nasza "stowarzyszona" grupa (Klub InO Stowarzysze). Nabywszy odpowiednie napoje wróciliśmy do bazy na ognisko. Prawdę mówiąc długo nie poimprezowaliśmy, bo jakoś ducha w narodzie nie było. Zmęczeni byliśmy, czy co? :-)

 Kiełbasa, piwko i pogaduchy.

C. D. N.