piątek, 4 kwietnia 2025

Mistrzostwa Polski LONG 2025, czyli jak otarłam się o podium.

Po prelongu zbieraliśmy siły na longa i nawet zachód słońca nad morzem sobie odpuściłam. Trochę żal, ale mistrzostwa to mistrzostwa. Tym razem na etap przyjechaliśmy wcześnie, zaparkowaliśmy blisko, a potem mieliśmy kupę czasu, z którą nie było co zrobić. Miałam ochotę zobaczyć latarnię morską, ale była na terenie zakazanym, więc nie. W międzyczasie okazało się, że dotarła moja konkurencja, której dzień wcześniej nie było, więc moje szanse ciut zmalały. Znaczy szanse na lokatę, bo szanse na miłe spędzenie czasu ani trochę.
 
Czekamy na start.

Tym razem nie było dojściówki, a start i meta były na terenie bazy. Ja startowałam ciut przed Tomkiem, ale nie na tyle żeby zdążył zrobić porządne fotki, bo musiał pilnować swojego wejścia do boksu.
 
Ostatnie pożegnanie? :-)

Miejsce startu to sobie organizatorzy wymyślili! Przez bagienko i pod górę. Śmiesznie wyglądało jak każdy kicał z kępy na kępę, żeby się nie pomoczyć na dzień dobry.

Tak to wyglądało.

Mapy dostaliśmy wielkie (A3) i zindywidualizowane, czyli każdy z nadrukiem swojego imienia i nazwiska. I nawet pozwolili je wziąć do ręki jeszcze w boksie:-)
Moja trasa miała 6,7 km (nominalnie) i prawdę mówiąc zapisując się na longa spodziewałam się dłuższej. Ale prawdą jest, że nikt mi nie zabronił wydłużyć sobie przebiegów, ile tylko zechcę:-) 
Na tych niecałych siedmiu kilometrach miałam tylko 9 punktów kontrolnych, czyli odległości między nimi były spore.
Do jedynki postanowiłam kawałek pobiec drogą, a od przecięcia drogi z rowem już na azymut. W sumie można było dobiec drogą prawie pod sam punkt, ale tak trochę naokoło, a mi chciało się biegać raczej po lesie. Od rowu pobiegłam do skrzyżowania, a po chwili zauważyłam paśnik. To oznaczało, że jestem tam, gdzie powinnam być. Jeszcze chwilka i szczęśliwie zaliczyłam jedynkę.
Między jedynką a dwójką rozciągał się solidny pas młodnika i to takiego raczej nie do przejścia, więc postanowiłam go obiec. Odległościowo - dalej, ale czasowo - na pewno szybciej. Kawałek za jedynką uzmysłowiłam sobie, że zapomniałam włączyć zegarka. Zaklęłam szpetnie w myślach i szybko odpaliłam nagrywanie trasy. No bo jak to tak bez śladu? Musiałabym chyba lecieć drugi raz:-)
Obiegłam zielone, kawałek poleciałam rowem, a potem do drogi, znowu rowem, ale innym i myk, myk do dwójki. 

Do dwójeczki naokoło.

Trójka znowu z omijaniem gęstwiny (no, duża była, a punkty dookoła niej). Na samej końcówce chwila zawahania i rozglądania się dookoła, ale w końcu - jest!
Między trójką a czwórką trzymałam się zębami azymutu i pobiegłam niemal po prostej. Na szczęście to była jedna z nielicznych krótszych odległości.
Za czwórką na mapie miałam zaznaczony wodopój. W sumie jeden z trzech na trasie, tyle, że tylko ten  był po drodze, bez nadkładania. W pierwszej chwili stwierdziłam, że nie zatrzymuję się, bo nie chce mi się pić, ale jak tylko zobaczyłam butelkę wody, od razu poczułam się jak na Saharze i oczywiście musiałam przystanąć i skorzystać. Od wodopoju do piątki nie było nic tak charakterystycznego, żeby lecieć na oko, bo i tak się jest z czego namierzyć, więc w miarę trzymałam azymut, nawet przedzierając się przez zielone. Na szczęście jasnozielone. Jeszcze przed zielonym spotkałam dziewczynę z innej trasy, z którą miałyśmy ten punkt wspólny, więc dalej ruszyłyśmy razem ściśle współpracując. Efekt był taki, że każda liczyła na tę drugą i obie zeszłyśmy na manowce. Punkt oczywiście docelowo wyczesałyśmy, ale szkoda tych paru minut.
 
Nie wstrzeliłyśmy się.
 
Szóstka poszła lepiej niż piątka, ale szukałam jej samodzielnie i byłam bardzo czujna.
Między szóstką, a siódemką, która była bardzo, bardzo daleko rozciągało się duuuże ciemnozielone, z tych nie do przejścia. A obiec było strasznie nieporęcznie. Na szczęście "nie do przejścia" mnie nie dotyczy, bo nie takie gęstwiny my ze szwagrem.... Przedarłam się, przeżywając po drodze chwile grozy. W pewnym momencie usłyszałam dość blisko jakieś szelesty i inne odgłosy przedzierania się. W pierwszej chwili chciałam zawołać do tego czegoś i spytać czy jest człowiekiem, ale jak pomyślałam sobie, że odpowie, że jest dzikiem, to się porobię ze strachu, a nie politycznie wbiegać na metę z pełnymi gaciami. Zamilkłam więc i wzmogłam intensywność przedzierania się. W sumie to dopiero po powrocie do domu i dokładnym przeanalizowaniu mapy zauważyłam, że przez gęstwinę biegła w pobliżu przecinka i spokojnie mogłam sobie odpuścić te heroiczne wyczyny. W każdym razie za gęstwiną zbiegłam do ścieżki, ścieżką do drogi, a na końcówce ze skrzyżowania już na azymut. Na punkt wyszłam idealnie.
Do ósemki nie było daleko, ale miałam dylemat czy zachodzić ją od góry mokradła, czy od dołu. Na skrzyżowaniu, gdzie musiałam podjąć ostateczną decyzje najpierw miotnęłam się w jedną stronę, potem w drugą i wreszcie wygrała wersja od dołu. Najważniejsze, że lampion znalazłam bez problemu.
Został jeszcze tylko ostatni punkt i wyznakowany dobieg do mety. Bułka z masłem - wystarczyło tylko biec do drogi i resztę już było widać. Po ostatnim punkcie (moim ostatnim) droga się rozdzielała - w jedną stronę na metę, w drugą na dalszy ciąg trasy dla tych kategorii, które miały dużo dłuższe trasy. Przez moment się zawahałam, w którą powinnam wbiec i zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież cały czas myślałam o mecie. Żeby nadrobić to zatrzymanie ruszyłam sprintem i pomknęłam jak strzała dzięki czemu miałam najlepszy czas w swojej kategorii na dobiegu do mety. Przynajmniej w tym jestem dobra.
 
Na mecie ciastka, banany, woda.
 
Muszę powiedzieć, że mimo długiej trasy biegło mi się nadzwyczaj dobrze, do tego stopnia, że nawet pod górki podbiegałam. A przecież przeważnie pod górę to muszę stawać, a często nawet i siadać. Chyba klimat morski tak dobrze na mnie działa. To, że biegło mi się dobrze i lekko, niestety nie przełożyło się na wynik i o podium tylko się otarłam zdobywając czwarte miejsce.
Po biegu poszliśmy się umyć, ale ponieważ nie wiedzieliśmy, że ciepła woda tylko na hasło: wrzuć monetę (a tej nie wzięliśmy), więc musieliśmy się hartować i myć się w zimnej. W ramach rozgrzania się, zaraz po kąpieli i obiedzie poszliśmy zobaczyć wreszcie tę latarnię Stilo. Z zewnątrz w sumie taka, jak każda inna, a do środka nie wpuszczali.
 
Tak wyglądała.

Żeby jeszcze trochę nasycić się atmosferą mistrzostw, zostaliśmy na rozdaniu medali i oklaskiwaliśmy znajomych, a potem długa podróż do domu. Podobają mi się zawody nad morzem. Trzeba to kiedyś powtórzyć.
 
Cały mój przebieg (z dorysowanym początkiem).

czwartek, 3 kwietnia 2025

Prolong, czyli przedsmak Mistrzostw Polski w longu.

Tomek przetarł nadmorskie szlaki, więc tydzień później już oboje pojechaliśmy na kolejne zawody na Pomorze. W piątek późnym wieczorem dotarliśmy do Choczewa, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg i od razu padliśmy. Za to całe sobotnie przedpołudnie mieliśmy do własnej dyspozycji, bo starty zaczynały się od czternastej. Oczywiście pojechaliśmy nad morze. A nad morzem wiadomo - spacer, plażowanie, kąpiel. Nie wiem tylko dlaczego wszyscy poza nami plażowali okutani w kurtki puchowe, a przecież naprawdę było bardzo ciepło!
Z tym spacerem to trochę przesadziliśmy, bo wyszła nam kupa kilometrów, a przecież trzeba było oszczędzać nogi na bieganie. Ale jakoś tak nas samo niosło.
 
Ale przyjemnie!

Do bazy przyjechaliśmy dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby zaparkować bardzo blisko i szkoda, bo przecież co chwilę coś jest potrzebne z samochodu. Mieliśmy wczesne minuty startowe - ja szóstą, Tomek szesnastą, a na start trzeba było dojść troszkę ponad pół kilometra.
 
Baza. W tle meta.

Start oczywiście zgodny z procedurami - boksy startowe, sprawdzenie czipów, opisy punktów (ja nie biorę, bo i tak zapominam użyć) i na końcu mapa. Tu mnie trochę organizatorzy zaskoczyli, bo mapę do ręki można było wziąć dopiero w momencie startu, a nie po wejściu do ostatniego boksu, jak bywa zazwyczaj.
 
Pierwszy boks.
 
I start!

Podczas dobiegu do lampionu startowego nie zdążyłam przeczytać mapy i musiałam się na chwilę zatrzymać, żeby ogarnąć, w którą stronę biec. Jak nic na azymut i szukać końca cieku wodnego. Ubiegłam może kilkanaście kroków, kiedy poczułam, że coś wpada mi do ust i waha się - lecieć do żołądka, czy do płuc? Jak nic mucha, czy inny owad. Oddychać za pośrednictwem muchy nie planowałam, głodna też nie byłam, więc rozpaczliwie usiłowałam pozbyć się tego obrzydlistwa ze swojego wnętrza. Ale gdzie tam? Uparte stworzenie trzymało się mocno, więc co było zrobić? Połknęłam i pobiegłam dalej. W czasie szamotaniny z muchą zboczyłam trochę z azymutu i oczywiście nie wybiegłam czysto na punkt. Co dziwne - zniosło mnie na lewo, a nie jak zawsze w prawo. Na szczęście punkt wypatrzyłam z daleka.
Dwójka stała w wieeelkiej piaskownicy, czyli na wydmie. Poza niewygodą biegania po osypującym się piasku, to spoko. Trójka i czwórka również okazały się łatwe, nawet bym powiedziała - ku mojemu zdziwieniu. Jakoś byłam nastawiona na gubienie się na wydmie. Chyba sama siebie nie doceniam. W sumie jedynym problemem był piasek, który skutecznie spowalniał, a czasami znosił zawodnika spod upragnionego szczytu do samego podnóża:-)
Piątka już poza piaskownicą, na kopczyku, a szóstka tuż obok.
Siódemka znowu na wydmie i nie chwaląc się pobiegłam do niej idealnie po kresce. Ósemka w obniżeniu, już w lesie i to takim gęstszym, a dziewiątka na granicy lasu i piasku. Z dziewiątką miałam mały kłopocik i przez chwilę szukałam jej razem z inną zawodniczką, ale udało się znaleźć. Pewnie gdybym od razu pobiegła na azymut, a nie skrajem lasu, to wyszłabym od razu na punkt. Chociaż... kto to wie...?
Do dziesiątki był najdłuższy przebieg, ale na szczęście po drodze były miejsca według których łatwo się namierzać. Kluczowym było wstrzelenie się w ostatnie przed punktem skrzyżowanie i nawet mi się udało. Stamtąd już prosto na azymut. Jedenastka jak po sznurku, a przy dwunastce wyszłam między dwoma lampionami (jeden po prawej, drugi po lewej) i musiałam wybrać, który jest bardziej mój. Wybrałam słusznie, a potem wystarczyło biec za wszystkimi na ostatni punkt. Dobieg do mety załatwiłam w trybie ekspresowym, mało nóg nie pogubiłam. Ku swojemu zdziwieniu zajęłam trzecie miejsce, ale potem się okazało, że jedna z moich rywalek, która zawsze jest szybsza, po prostu nie dojechała na zawody. Gdyby była, pewnie byłabym czwarta. W nagrodę za niezły wynik pożarłam gofra z bitą śmietaną, bo być nad morzem i nie zjeść gofra, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć Koloseum:-)))))

Pycha!
 
Mój przebieg.

środa, 2 kwietnia 2025

Wyspa zatopiona czy jakoś tak;-)

Wyspa O-CUP dzień drugi. Tym razem dystans klasyczny, czyli trochę dłuższa trasa. Znów na start daaaaaleko. Razem z dojściówką to taki long wychodzi;-) 

Start pod lekką górkę. Wreszcie załapałem się na jakieś zdjęcie ze startu! 

Dobieg do lampionu START
Na pierwszy PK asekuracyjnie – zamiast przedzierać się przez górki i dolinki – drogą. Może ciut naokoło, ale za to wygodnie, akurat by się rozgrzać. 

PK 2 miał być tuż obok, zaraz za drogą i górką. Biegnę sobie, po lewej widzę jakieś obniżenie pasujące na zaznaczone na mapie mokradełko, jest górka i w obniżeniu powinien być lampion. Ale go nie ma. Pojawia się droga - jestem za daleko. Zdezorientowany cofam się i szukam. Wreszcie dostrzegam lampion dość daleko na wschód. Czyli można powiedzieć „po zawodach”. Szansa na dobre miejsce daje tylko bezbłędny bieg. Ci najlepsi biegają szybciej – szczególnie po trudnym terenie, nie mylą się i nie tracą czasu na punktach. Te kilka minut straty na PK 2 od razu zrzuca mnie gdzieś do tyłu w klasyfikacji. 

Na PK 3 biegnę za jakąś konkurencją. Tu bez pomyłki. 

Na PK 5 pierwszy z długich przebiegów. Nie tylko długich, ale dodatkowo z premią górską. W mojej kategorii nie było premii górskiej zapowiadanej w biuletynie, ale był podbieg pod skarpę, gdzie trzeba było pełznąć „na czworaka”. Do tego po terenie nie sprzyjającym pełzaniu w ogóle, przez jakieś zaorane przestrzenie;-) 

PK 5, 6 i 7 prawie nad samym morzem. Było słychać szum fal, choć biegłem dolinką i morza nie zobaczyłem. Zresztą trzeba było patrzeć pod nogi, by nie wywinąć fikołka, a nie podziwiać widoki. 

Z PK 8 na PK 9 długi przebieg, ponad kilometr w linii prostej. Nawet udało mi się kogoś przegonić! 

Przebieg na kolejny PK 10 wydawał się prosty. Udało się znaleźć drogę wrysowaną na mapę, dobiegłem do dziury oznaczonej niebieskimi kreskami i… dałem ciała. Zamiast trzymać się azymutu poleciałem w miejsce skąd wybiegała duża grupa ludzi. Nie skojarzyłem, że tu był PK na etapie 2 i zacząłem szukać lampionu nie tam gdzie trzeba. Do trzech minut straconych na PK 12 dodałem kolejne trzy minuty;-( 

Jeszcze ostatnie 2 PK i meta. W etapie drugim do ostatniego PK przebiegałem „na skróty” – tym razem postanowiłem inaczej – obiec górę drogą. Jak się okazuje obieganie wcale nie popłaca, a subiektywny pomiar czasu szwankuje, gdy porównuje się pełzanie pod górę z obieganiem jej drogą. O czterdzieści sekund szybciej wyszłoby „na skróty”, ale człowiek mądry po fakcie. 

Było zdecydowanie chłodniej, więc polarek na mecie się przydał
Liczyłem, że w etapie trzecim odrobię straty i awansuję – zwykle w zawodach wieloetapowych zyskuję w ostatnich etapach, gdy konkurencja słabnie fizycznie – niestety dwa głupie błędy i tylko powiększyłem swoją stratę do poprzednika. Ale cóż – teren inny, wymagający – warto tu przyjechać za rok – wtedy mądrzejszy o tegoroczne doświadczenia na pewno osiągnę lepszy wynik! 


 

 

wtorek, 1 kwietnia 2025

Morze, wydmy i przewyższenia jak w górach czyli Wyspa O-CUP dzień pierwszy

W zeszłym roku udało mi się uzbierać śmieszny dorobek punktowy w rankingu PZOS. W ramach uzupełniania dorobku i przy okazji treningu przez MP Long pojechałem na wyspę. Konkretnie na zawody Wyspa O-CUP w Sztutowie – prawie na Mierzei Wiślanej.

Mapa Sztutowa w Internecie wygląda obłędnie – poziomnica na poziomnicy - jak z zawodów w Finlandii czy Szwecji. Filmy reklamowe zawodów pokazywały pagórki i lasy takie jak nasze – sosnowe, przebieżne - aż nie wypadało pojechać. Wpłacone, więc zostało nastawić budzik na 3 rano i ruszyć na północ. 

Orlik w Sztusowie - baza zawodów w przygotowaniu
Dotarłem do Sztutowa przed godziną ósmą. Miałem nocleg w szkole, a start w pierwszych minutach, więc chciałem się odpowiednio wcześnie zakwaterować. Na miejscu Orlik przyozdobiony lampionami. I pusty. Wyciągam komunikat techniczny, a tam jak wół napisane – „biuro czynne od godziny 9:00”. Trochę marnie, bo start mam o 9:38, a do startu jest ponad 2 km! W ramach oczekiwania pojechałem sobie obejrzeć drogę na start. Gdy wróciłem coś zaczynało się dziać na Orliku. Poszedłem tam, gdzie w biuletynie narysowano krzyżyk z lokalizacją biura z nadzieją, że może biuro ożyje jakoś wcześniej. Krzyżyk na niczym. Z opisu domyśliłem się, że chodzi o piwnicę. Tam pustki – to znaczy tylko lampiony czekające na wędrówkę do lasu.
Na szczęście jakieś 15 minut przed dziewiątą biuro się znalazło. Oczywiście w innym miejscu niż wskazywał na to biuletyn. Załatwiłem co trzeba, ale w sprawie zakwaterowania wysłali mnie do odwiedzonej wcześniej piwnicy. Tam znalazł się organizator, który wysłał mnie do szkoły. Do drzwi zamkniętych na amen. Słowem pełna dezorganizacja. No cóż, zakwateruję się pomiędzy etapami. 

Dojście na start E1 dwa kilometry...

Zawsze mnie zastanawia, co za sens jest robić 2 km dojścia dla etapu, który ma 3 czy 4 km długości… 

Zaraz moja minuta startowa
Wreszcie zegar zapikał i ruszyłem. Pierwszy PK tuż obok, na drugiej z kolei górce. Wbiegam w las, wczołguję się na pierwsza górkę, a tam… górek po horyzont. Wybieram jakąś i szukam lampionu – nie ma. Konsternacja. Dopiero po chwili dostrzegam na mapie, że dołek jest na zboczu górki. W praktyce skutecznie zasłonięty jakimś krzakiem. 

Do PK 2 poszło już lepiej – udało się „wejść w mapę”. PK 3, PK 4, PK 5 – wszystko OK, poza tym, że to co ładnie wyglądało z daleka, w rzeczywistości okazało się średnio-przebieżnym jagodowiskiem. 

Pomiędzy PK 5 i PK 6 długi przebieg. Pokonałem pierwszą parę wydma-dołek i zwątpiłem. Obiegam drogami. Jak pokazują wyniki, ci co biegli po kresce, zrobili to szybciej. Ale Polak mądry po szkodzie. Reszta punktów wchodziła w miarę dobrze. Żadnych spektakularnych wpadek, kilka minimalnych niedokładności. Jedyne co sobie mogę zarzucić, to zbyt wolne bieganie po ciężkim poszyciu – ale ciągle mam uraz po skręceniu kostki i w taki terenie zwalniam. Może i słusznie, bo człowiek, który spał w tej samej sali w szkole, na drugim etapie załatwił sobie staw skokowy walcząc o dobry wynik na takim podłożu… 

Po pierwszym etapie udało mi się zakwaterować w szkole. Dało o sobie znać wczesne wstanie i zamiast iść nad morze, wziąłem do ręki książkę i się regenerowałem. 

Start na etap 2
Etap 2 – na start niby trochę bliżej, ale także dobrze ponad kilometr. Znowu wczesna minuta startowa. I teren na starcie jakiś taki podmokły – obecnie raczej suchy, ale wiadomo jak to wygląda – wyrwy pełne błota, zwalone drzewa, zarośla… 

Do PK 2 przeciąłem taki pobagienny teren – było sucho, ale szybkość biegu raczej marna przy skakaniu z kępki na kępkę. 

Przy PK 3 pierwsza skucha – jak mówi ślad, wybiegłem tuż obok lampionu, ale go nie dostrzegłem i szukałem we wgłębieniu obok. 

W drodze do PK 6 zainspirował mnie jakiś obcy lampion i nadrobiłem dystansu oglądając co to za jeden. Zaś azymut na PK 7 mi nie wyszedł i zniosło mnie znacznie – na szczęście szybko zorientowałem się gdzie jestem i sprawnie znalazłem lampion. 

Na PK 8 i 9 ścigałem się z konkurencją, która mnie dogoniła, a potem przegoniła. PK 11 dał popalić: wysoka góra obłożona ściętymi gałęziami. Pełzanie, a nie bieg! 

Do następnego punktu, zamiast jak najszybciej zbiec do drogi – brnąłem za konkurencją przez te ścięte gałęzie. Gdy dostrzegłem wreszcie drogę, zbiegłem do niej, nie patrząc uważnie na kompas – w efekcie zacząłem szukać PK 12 za bardzo na południe. Może nie bardzo daleko, ale za mokrym tym razem terenem podmokłym. Dotarcie do lampionu nie okazało się suche… 

Z mety do szczytwania chipów kolejne kilkaset metrów

 Ostatni lampion za górą. Pobiegłem po kresce – przez dobrze mokre bagienko, a potem całkiem stromą górę. Prawie wyprułem płuca na tej górze. Wynik – marny. Liczyłem na jakieś podniesienie się w klasyfikacji, a tylko zwiększyłem stratę do poprzednika. Te kilka błędów skutecznie zniwelowało to, co zyskiwałem na innych przebiegach. No cóż, należy liczyć, że najdłuższy 3-ci etap coś zmieni.. 

A po bigach chwilka relaksu i pięciokilometrowy spacer nad morze...

 



 

 

czwartek, 27 marca 2025

Wiosenny ZAW-OR

Ostatnio rzadko bywamy na Marszach na Orientację. W tym roku padło na ZAW-OR bo: blisko domu, wybrać z nami chciała się Agata i dodatkowo musiałem powręczać puchary i dyplomy za TMWiM 2024. 

Przyjechałem wcześniej, bo impreza miała się zacząć od „wręczania”. Oczywiście Ci, na których czekałem wcale się nie speszyli. Zresztą jest tak co roku – muszę łapać zwycięzców na wielu kolejnych imprezach;-) 

Puchary czekają na zwycięzców TMWiM

Załatwiłem co dało się załatwić, na start dotarły dziewczyny, więc ruszyliśmy na trasę etapu pierwszego.

Start etapu 1 na rolkostradzie
Do ręki dostaliśmy puzzle. No, może nie prawdziwe jak na jednej z imprez na Podkarpaciu, ale porządnie narysowane na kartce. Puzzle nie są dla nas większym wyzwaniem (bo mamy fazę układania puzzli w internecie) więc zaraz „ułożyliśmy” co gdzie trzeba. Zostało tylko znalezienie właściwych lampionów. Teren nie był także jakoś specjalnie wymagający – jedna górka, kilka dołków w okolicy i kilka dróżek. Teren zawodów ograniczał mur cmentarza, więc naprawdę trudno było się zgubić. Jedyne wątpliwości to PK E, gdzie było wiele wyżłobień i wiele lampionów. Ewentualnie PK N, gdzie ścieżek w terenie ciężko było uświadczyć, ale mur cmentarza pozwalał dobrze namierzyć się na punkt. 

Przy jednym z PK
W końcówce las był mniej przebieżny z powodu pościnanych gałęzi, które zostały „rzucone pod nogi” przez leśników. Gałęzie te skutecznie zakrywały doły, ścieżki i co nieco utrudniały przemieszczanie się. Spokojnie pokonaliśmy etap i spacerkiem wróciliśmy na metę. 

Meta E1
Etap nr 2 – pusta kartka z kółkami, w które należy wstawić treść. Dobrze, że pierwszy PK był tuż przy starcie i dało się dopasować właściwe kółko. Drugie kółko dopasowaliśmy na podstawie obserwacji – okop i doły na lidarze. Ale co dalej? Zostaje iść gdzieś w kierunku kolejnego kółka i szukać właściwego dopasowania. Sprawę trochę ułatwiała linia WN, która była na 3 wycinkach, a w terenie widoczna była ze startu. Poszliśmy więc na wschód wypatrując lampionów. Idziemy i patrzymy jakoś nic nie widać. I to na dość długim odcinku. Potem zaczął się wysyp lampionów, ale nic jakoś nie pasowało do wycinków: ani kopczyka ani muldy… Doszliśmy tak do „końca lasu” - znaczy do bunkra, kiedy mnie olśniło. Zidentyfikowałem PK 4 – po drugiej stronie linii (to tak trochę z pamięci) i połączyłem ten wycinek z tym „po naszej stronie linii WN), czyli PK 7. W międzyczasie, trochę „na czuja” zaznaczyliśmy PK 3 w wyraźniej muldzie. 

Szukamy PK 3

Wiosna znaleziona w lesie
Co dalej? Marsz „na azymut”. Oczywiście nie chciało nam się wyznaczać skali, więc azymut z poszukiwaniem czegoś podobnego do mapy. Poszliśmy i znaleźliśmy. Dołek z punktem ZPK i lampionem płaskim. Nadał się, to wzięliśmy. 

Kolejny azymut i poszukiwanie trzech wycinków. Nie udało nam się ich złożyć na sucho więc znowu szukanie lampionów. Znaleźliśmy lampion, jakiś ludzi przy nim i usłyszeliśmy coś o „PK 8”. Tu burza mózgów, trochę zlustrowaliśmy nasze spojrzenie i dostrzegliśmy sens w podbiciu PK 8 w tym miejscu. Jako że zostało nam już mało wycinków, metodą eliminacji dopasowaliśmy PK 2 (nie żebym to ja dopasował, tylko dziewczyny, które są bardziej spostrzegawcze). Nie chciało już nam się iść na PK 3 i sprawdzić, czy dobry lampion podbiliśmy (a szkoda, bo w rozliczeniu mogliśmy mieć lepszy wynik, gdybyśmy to zrobili), tylko poszliśmy na dwa ostatnie PK 9 i PK 5. 

Na metę dotarliśmy o dziwo w czasie, pomimo zawirowań związanych z sytuacjami „nie wiemy, gdzie jesteśmy”. Właśnie pojawiły się wyniki – mamy jednego stowarzysza na PK 3 w etapie 2 - tego, którego nie chciało nam się sprawdzić. 

Tak chodziliśmy an etapie 1 (puzlle nie przestawiane)



Etap 2 wycinki włożone na swoje miejsca

 

 

środa, 19 marca 2025

FalInO - ostatnia runda okraszona medalem.

Ostatnia runda FalInO byłaby się odbyła bez nas, bo w sobotę ramo musieliśmy pilnie jechać z kotem do weterynarza. Zdążyliśmy jednak dojechać do Falenicy przed zakończeniem startów i mogliśmy ruszyć na trasę.
 
Tuż przed startem.
 
Tym razem mapa sięgała tylko do autostrady i nie przekraczała jej. Oznaczało to, że w nielicznych dostępnych fragmentach lasu punkty będą jeden na drugim. I faktycznie tak było. We fragmencie, w który celowałam stało aż jedenaście lampionów, podczas gdy ja potrzebowałam tylko dziesięciu.
Ruszyliśmy razem z Tomkiem, ale po ubiegnięciu kilkunastu kroków poczułam silne kłucie w bucie. Nie miałam wyjścia - trzeba było sprawdzić. Zdejmuję buta, a tam wieeelki kolec. Nic bym z nim nie ubiegała. W międzyczasie Tomek pobiegł w nieznanym kierunku, a ponieważ on zbierał wszystkie punkty, więc praktycznie mógł pobiec w dowolną stronę. Spotkaliśmy się chyba gdzieś przed siedemnastką, na którą tak biegłam:
 
Uciekam, bo Tomek mnie goni.
 
 Razem podbijaliśmy PK 17 i razem ruszyliśmy dalej.
 
PK 17

Razem polegało na tym, że bardzo usiłowałam nadążyć za Tomkiem i przez dwa kolejne punkty nawet mi się to udawało. Potem gdzieś mi zniknął.
Kiedy podbiłam już dziewięć punktów, stwierdziłam, że nie opłaca mi się brać dziesiątego z lasu, tylko lepiej wrócić w okolice bazy i wziąć trojkę z terenu przykościelnego, tuż przy szkole. I tak zrobiłam. 
Ta runda okazała się najkrótsza z całego cyklu, bo przebiegłam raptem 3 km z małym hakiem.
Potem czekaliśmy na oficjalne wręczanie medali za całokształt, bo załapałam się na jeden z nich. 

Dekoracja.

A tak wygląda mój przebieg:
 

 

niedziela, 16 marca 2025

Prymulek 2025

Wiosna za płotem, więc czas na Prymulka. Niby taka kameralna impreza, ale w tym roku jakaś taka prawie o randze mistrzowskiej się zrobiła. Lista startujących całkiem imponująca. Na TP50 - Karol, Marcin, Tomek – tacy co spokojnie mogli by wygrać Mistrzostwa Polski, gdyby tylko chcieli. I to nie zwyczajowe 10 osób, ale dobrze ponad 20. Do tego na TP25 i TP10 to już cały tłum! 

Pogoda dopisała, gorzej z samopoczuciem. Cały tydzień męczył mnie kaszel i prawdę mówiąc w dniu zawodów dalej wypluwałem płuca. Oczywiście przez tydzień nie ruszałem się, to i nogi straciły swoją kondycję. 

Start w dowolnej minucie – to lubię. Bez pośpiechu, jesteś gotowy, to dostajesz mapę i ruszasz. Byle wyrobić się w 720 minut i zdążyć przed zamknięciem mety;-) 

Przyjechałem wcześnie (jak wjeżdżałem na parking widziałem już wybiegających pierwszych uczestników), by wyrobić się z powrotem przez zmrokiem. Szybkie formalności i start. Wybiegłem ze szkoły (by zrobić dobre wrażenie, wybiegłem szybko) i stanąłem, by popatrzeć na mapę. Wszystkie PK gdzieś na zachód od bazy. Rozsiane w miarę równomiernie po mapie, brak jednoznacznej pętelki do zatoczenia – trzeba będzie przemieszczać się zygzakami. Nie ma co dywagować, ruszam na najbliższy PK 11. Od razu wychodzi wiek mapy – na mapie ledwo widoczna polna ścieżka, w naturze porządna, szeroka asfaltowa droga z rondami. Ale staw tam gdzie być powinien, na nim pomost i pierwszy PK. 

Pierwszy PK11 zaliczony!

Do PK 5 i 6 droga najpierw przez łąkę, potem przeskakiwanie elektrycznych pastuchów, forsowanie starych ogrodzeń…. Aż trafiam na wielki ziemny wał. Rozjaśnienie pokazuje obiekt typu strzelnica. Zastanawiający jest opis „na dole schodów”. Szukam tych schodów z jednej strony wału, w budynku, potem z drugiej i znajduję – schody do tunelu pod strzelnica! Fajny PK! I kolejny tuż obok - PK6 oczywiście na szczycie najwyższego wału – przewyższenia muszą być:-)

PK 7 i PK 8 to typowe leśne punkty na szczytach okolicznych wydm. Dla utrudnienia w szałasach;-)

Logiczna dalsza marszruta to kierunek północ, do PK 15, a potem zygzak na południe. Ruszam w kierunku PK 15. Droga się kończy prawie tak, jak powinna. Bo powinna być tu ulica na zachód, prosto do PK 15. Ale jej nie ma. Wiadomo, domy rosną jak grzyby po deszczu i na pewno coś się Magdalenka rozbudowała – domy zajęły las lub jakieś lokalne ulice. Obiegam zabudowę od południa. Coś mi się dłuży to obieganie. Kończy się zabudowa, więc zbaczam w las. Ale coś mi się nie zgadza. Nie ma wydmy tam, gdzie być powinna. Po chwili wahania szukam bardziej na północ, bo tam teren ma jakąś wypukłość. Po chwili znajduję „dziurę w wydmie” i zmierzam do lampionu. Na czworaka pod stromą górę. Tyle że na górze brak lampionu. No cóż, organizatorzy wcześniej wieszając lampiony w tak cywilizowanych okolicach lubią je ukrywać- znajduję wreszcie lampion pod kupą gałęzi:-)

Dalej idzie normalnie dobrze. Pojawiają się zawodnicy biegający pod prąd lub z prądem. Ja wytrwale szukam dołów, rowów lub pomników. Pomimo że mapa jest dobrze nieaktualna, wszystko się udaje. W lesie w miarę się wszystko zgadza, to przy zabudowie widać jak domy wypierają kolejne połacie lasu. 

Za drogą DK 7 wracam na tereny mniej zurbanizowane. Mniej zurbanizowane, ale za to bardziej nasycone elementem dekoracyjnym, typowym dla dróg przebiegających przez las, a związanym z najstarszym zawodem świata…. 

Zygzakuję północ-południe zaliczając kolejne PK. Docieram do PK 35 - ambony. Na mapie ambona stoi nad jakimś ciekiem wodnym. Pora sucha, więc większość cieków jest tylko na mapie. Ale nie w tym przypadku. Za amboną w kierunku kolejnego PK 25 widać dobrze podmokłą łąkę. Rów z wodą okazuje się porządnym rowiszczem z wodą – do przepłynięcia raczej, a nie do przeskoczenia. Nie, nie będę się moczył – wracam po śladach i nadrabiam kilometry naokoło – suchą nogą. 

Po „zakrzaczonym” PK 25 czas na najdalszy punkt – za stawami PK 24. Tyle że stawy okazują się ciężkie do sforsowania. Na wprost drogi – na mapie pokazane jest „wejście” na stawy – a tu jakaś posesja, bramy, ogrodzenia. Kieruję się na południe. Do przeskoczenia nieprzeskakiwalny rów z wodą. Dopiero gdy kończy się staw i zaczyna kolejna zabudowa, pojawia się szansa przekroczenia wody suchą nogą. Przemieszczam się wzdłuż ogrodzenia, pomiędzy murem a rowem z wodą. Płoszę jakiegoś bobra, który w popłochu wskakuje do wody. Po chwili przestrzeń pomiędzy rowem z wodą a murem kurczy się wartości zerowej. Pierwsza przeprawa przez wodę. Niewiele wyżej niż do kolan. Ale to nie koniec moczenia się – z drugiej strony stawy otacza kolejny rów z wodą. Ciut głębszy, ale udaje się przebyć go bez pływania. I teraz następuje szukanie PK 25. Na rozjaśnieniu są doły i tereny zakazane. Zakazany to zakazany. Znajduje tabliczki typu „teren prywatny stęp wzbroniony” „Obcy będą zastrzeleni bez ostrzeżenia”, a nawet jakieś biało-czerwone taśmy odgradzające teren zabroniony od reszty ludzkości. Teren niby podobny do tego z lidaru, ale nie do końca. Nie ma dołka z lampionem. A że skala rozjaśnienia nieznana, to nie ułatwia orientacji czego właściwie szukam. Błąkam się tak ze dwadzieścia minut, zanim wpadam na genialny pomysł, że należy szukać bardziej na południe, a teren zakazany to … zabudowa, ogrodzenie, coś rzeczywiście nie do przejścia! 

Zniechęcony ruszam dalej. Spada morale i od razu szwankuje tempo. Kolejna woda do przepłynięcia i mam PK 29 na grobli miedzy stawami. Teraz przebijam się przez teren zabudowany i mam PK 28 - miał być na szczerym polu, a jest w ternie zabudowanym).
W planie powrót za Utratę do PK 32. Tyle, że przy próbie sforsowania okazuje się, że rozlewiska rzeczki rozciągają się „po horyzont”. A za nimi zwarta zabudowa, nie wiadomo czy będzie przejście. Nie ryzykuję – postanawiam obiec od południa. Niby na mapie pusty teren, a w praktyce pełna zabudowa wzdłuż ulicy. Dopiero gdy zabudowa się kończy dostrzegam szansę przebicia się na drugą stronę wody. Tym razem woda tylko po kolana, „prawie” do przeskoczenia. 

Do PK 33 , chyba z jakiegoś zamroczenia, po raz kolejny i niepotrzebny forsuję Utratę. Tam i z powrotem bo PK jest po „mojej stronie” rzeczki. 

Od PK 30 do PK 31 na mapie jest pusto. W terenie – zabudowa, ulice, szeregi takich samych domków, taka typowa patodeveloperka. Zero skracania, wszystko jak należy naokoło ulicami. Na szczęście to ostatni PK po tej stronie DK 7. Powrót na właściwą stronę drogi w miejscu dozwolonym i…. wtopa. Nie wiem jak patrzyłem na mapę – może jest to spowodowane tym, że autor nie zaznaczył wszystkich terenów zabudowanych, tylko wybrane. Wzdłuż ulicy zwarta zabudowa (na mapie dopiero w pewnym oddaleniu) i zamiast przedrzeć się za szereg zabudowań i lecieć na PK 14 – szedłem wzdłuż DK 7 i zabudowa skończyła się dopiero w okolicach PK 22. W ten sposób zmieniłam planowaną kolejność i dodałem sobie kolejny kilometr do przebiegu. I tak zaliczałem kolejne PK na terenie zurbanizowanym – czyli mało zgodnym z mapą. Na szczęście bez większych wpadek. 

Na PK 13 kończy mi się woda. Do mety jeszcze jakieś 8 km, a tu ani kropelki. Na szczęście po chwili trafiam na JEDYNY na trasie sklep! Przy sklepie Kasia z Kokoskiem, a w sklepie….PICIE! Jestem uratowany!

Przy wyschniętych źródłach Perełki spotykam dzielną grupę Adama i Mariusza z TP25. Przez chwilę idziemy razem, ale mają za wolne tempo jak na mnie. 

Do mety ostatnie trzy lampiony. Wreszcie meta. 

Nie jestem zadowolony z czasu – 20 minut przy PK 24, brak kondycji zaczynający się koło 30 km…. Liczyłem na 8 godzin, a jest ponad 40 minut więcej. Ale jak się okazuje sporo uczestników odpuściło jakieś punkty! Karol, którego wszyscy typowali na zwycięzcę i to z czasem rzędu 5 godzin odpuścił połowę PK! Oczywiście wygrał Marcin deklasując rywali. Ja – cóż, przeżyłem i to się liczy;-) 

Dla tych co doczytali do końca - ruchome obrazki prosto z YouTube!


 

 

piątek, 7 marca 2025

GPM w Lucynowie, czyli grunt to dobry towarzysz podróży.

Kolejnego dnia po FalIno pojechaliśmy do Lucynowa na GPM Tour. Organizator zapowiadał długie trasy i ładny, przebieżny las. Przyjechaliśmy trochę przed czasem, ale szybko puszczono nas na trasy.
Mapa nieco mnie przeraziła ilością ścieżek (a niemal wszystkie równoległe do siebie), a wiadomo, że jak jest więcej niż dwie ścieżki, to na pewno się zgubię orientując się według nich. Postanowiłam więc zupełnie ignorować ścieżki, nie liczyć, nie zauważać, nie brać pod uwagę.

Start.

Tak jak sobie obiecywałam, starałam się nie zauważać dróg, ale już na inne elementy krajobrazu musiałam zwracać uwagę. Na przykład wiedziałam, że jedynka będzie pomiędzy dwoma szczycikami minigórki, więc uważnie się za nią rozglądałam. W końcu wypatrzyłam górkę, ścieżkę biegnącą między szczycikami i tylko punktu nie zauważyłam i pobiegłam dalej. Nie ja jedna. Biegnąc  na punkt, już wcześniej widziałam kogoś przed sobą i w końcu dogoniłam zawodniczkę. 
 
Ciut się rozminęłam.
 
Wspólnym wysiłkiem znalazłyśmy lampion i ruszyłyśmy na dwójkę. Starałyśmy się nie wchodzić sobie w drogę, więc ona pobiegła kawałek ścieżką, a ja od razu w las. Oczywiście spotkałyśmy się na punkcie. 
Gdzieś tak po trójce zaczęłyśmy biec razem, a kilka punktów dalej dokonałyśmy oficjalnej prezentacji:
- Karina.
- Renata. 
Oczywiście od dawna znałyśmy się z widzenia, ale z widzenia to się zna setki ludzi. Ponieważ obie biegłyśmy bardziej rekreacyjnie niż na wynik, więc postawiłyśmy na współpracę, a nie rywalizację. Co prawda wspólny bieg (czy raczej marsz) był ryzykowny, bo głównie mieliłyśmy językami, tylko od czasu do czasu zerkając na mapę. Nie wiem jakim cudem zaliczałyśmy bezbłędnie kolejne punkty i jedynie przy piętnastce miałyśmy lekkie zawahanie. Najwidoczniej wciąż co dwie, nawet zagadane głowy, to nie jedna, nawet milcząca:-)
Gdzieś tak w drugiej połowie trasy spotkałyśmy Tomka, więc mamy uwiecznioną naszą współpracę:

Widzicie jakie jesteśmy zgrane?
 
Jeszcze nie zdążyłyśmy obgadać wszystkich tematów, bo byłyśmy dopiero gdzieś przy odchudzaniu, a tu nagle za chwilę meta. Ja jak zawsze, niczym szkapa dorożkarska, która przyspiesza czując dom, ruszyłam sprintem, Karina została w tyle. Próbowałam ją zdopingować, ale została nieczuła na moje ponaglenia. A może po prostu chciała mi sprawić przyjemność i pozwolić wygrać? Kto ją tam wie? W każdym razie dziękuję za współpracę i... musimy to kiedyś powtórzyć:-)
Na mecie był już Tomek, bo on nawet dłuższe trasy kończy wcześniej niż ja. Oczywiście tradycyjnie cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę, tym razem z końmi w tle, bo akurat były.
 
Konik! Konik!
 
Zrobiłam prawie 7 kilometrów, ale że w dobrym towarzystwie czas szybko płynie, to nawet tego specjalnie nie odczułam. I w sumie to jest dobra metoda na długie trasy:-)
 
Nasz przebieg.
 

poniedziałek, 3 marca 2025

FalInO - szybko i łatwo.

Strasznie mi się nie chciało wstać, żeby pojechać do Falenicy. Za oknem padało i nic nie motywowało do wyjścia z domu. W efekcie musiałam wstać bez motywacji. Biedna ja:-(
Przed wyjściem razem z Tomkiem sprawdziliśmy czy mam zegarek, pas, kompas i czip. Wydawało się, że tym razem mam wszystko, a nawet nadmiar, bo czip w Falenicy nie jest potrzebny. Tymczasem na miejscu okazało się, że nie mam smyczki do karty startowej i muszę ją sobie powiesić na sznurku. Strasznie tego nie lubię, bo sznurek się zwija i po chwili zaczyna człowieka dusić.

Czekamy na start.

Mapa okazała się być taka, jak w pierwszej rundzie, czyli 10 punktów można zebrać bez biegania za autostradę i nie ma punktów w moim ulubionym lasku. Uzbrojona w tę wiedzę ruszyłam, kiedy zegar odpipał moją minutę startową.

Start.

Wybiegliśmy razem z Tomkiem. Pierwszy punkt był jeszcze na terenie szkolnym, blisko bramki wejściowej, a potem pognaliśmy na teren przykościelny. Logiczne było pobiec potem na siódemkę, a potem na północną część mapy. Do siódemki jeszcze nadążałam za Tomkiem, ale potem już zniknął mi z oczu. Z PK 7 do PK 8 był dość długi przebieg ulicami miasta. Po ósemce trzynastka w mikrolasku, tuż przy autostradzie. Dziewiątka była po drugiej stronie drogi wjazdowej na autostradę. Droga niestety była na nasypie i choć widziałam śmiałka, który się na nią wdrapywał, wolałam obiec  chociaż do miejsca, gdzie nie będzie aż tak wysoko i nie będzie potrzeby skakać nad barierkami. Dumna byłam z tego pomysłu aż do powrotu do domu, gdzie Tomek mnie uświadomił, że między autostradą a nasypem było przejście i nie musiałam lecieć naokoło. I tak to jest z moim sprytem. Ale ostatecznie tego nadkładania nie były kilometry, tylko metry, więc da się przeżyć.

Można było niemal po kresce, ale nie...

Po dziewiątce znowu był długi miejski przebieg do kolejnego skrawka lasu, gdzie stała reszta punktów. Było wręcz śmiesznie łatwo, no bo co tam można nakombinować jak się ma trzy drzewa na krzyż.
Wróciłam dumna i blada, że mi tak sprawnie tym razem poszło i szkoda tylko, że nie przełożyło się to na wynik:-) Ale co tam. W generalce i tak po tej rundzie jestem druga w swojej kategorii.
 
Wyjątkowo łatwa trasa tym razem.
 

piątek, 28 lutego 2025

Bocianowskie Bagno

W niedzielę OK!Sport zorganizowało trening w ramach Zimowych Zawodów Kontrolnych. Najbardziej przyciągająca była nazwa mapy: Bocianowskie Bagno. Pojechaliśmy więc zobaczyć, czy to bagno nas wciągnie, czy zostaniemy obojętni.
Ja wybrałam sobie zwykłą mapę, a Tomek jakąś zwydziwianą i przez to miał start masowy, za którym nie przepada. Ja tam mogłam startować kiedy chciałam. Tyle tylko, że do startu z bazy trzeba było dojść aż 800 metrów. Na przełaj byłoby dużo krócej, ale pewnie musieliśmy ominąć miejsca z punktami. I tak na jeden wlazłam szukając odosobnionych krzaczków:-) W drodze na start zorientowałam się, że zapomniałam zmienić zegarka wyjściowego na sportowy i nici z zapisu biegu:-( Na szczęście Tomek miał telefon i dał mi, żeby chociaż ślad gps był, ale to już nie to samo. To nie wezmę pasa, to zegarka - kiedyś chyba głowę w domu zostawię.

W drodze na start.

Zanim doszliśmy na start, to jeszcze spotkaliśmy po drodze metę i zrobiliśmy sobie fotkę, bo to nie wiadomo, czy potem byłaby okazja.

Metę zaliczamy przed startem:-)

Ja startuję, Tomek czeka.

Do jedynki ruszyłam drogą, a potem musiałam wstrzelić się w niezbyt wyraźną na mapie ścieżkę i trochę bałam się, czy jej nie przeoczę (bo to moja specjalność), ale udało się, skręciłam tam, gdzie trzeba i nawet lampion znalazłam bez problemu.
Do dwójki niby prowadziły jakieś ścieżki i mikrościeżki, które znikąd się pojawiały, potem zanikały i w sumie tak niepewnie to wyglądało, Oczywiście można było wszystko obiec drogą, ale aż tak naokoło to mi się nie chciało. Zaryzykowałam i ruszyłam jedną ze ścieżek. Oczywiście po jakimś czasie  gdzieś mi się zgubiła, przez chwilę szłam tak na rympał, potem znowu coś się pojawiło, ale wiedziałam, że docelowo i tak wyjdę gdzieś na poprzecznej drodze. Kluczowe okazało się to "gdzieś". Bo jak tu się dobrze namierzyć, kiedy droga długa, a nie wiadomo w który jest się miejscu? Tak na ogląd terenu umiejscowiłam się nieco i ruszyłam szukać punktu. Miał być w dołku, blisko drogi, na wysokości bagienka. Faktycznie przede mną było takie miejsce, były dołki, tylko lampionu nie znalazłam. Wróciłam na drogę i poszłam kawałek na północny zachód, że może stoi gdzieś dalej, ale tam teren już mniej pasował do mapy. Wróciłam skąd przyszłam planując szukać w nieco szerszej perspektywie i wiecie co? Okazało się, że ja już byłam niemal na punkcie i gdyby lampion nie był przysłonięty roślinnością, to po rozejrzeniu się, na pewno bym go zauważyła. Ale swoją drogą, to i tak wydaje mi się, że stał nie w tym dołku, co zaznaczono na mapie. Ale w granicach błędu, na który w sumie zawsze bierze się poprawkę.

PK 2

Trójka i czwórka weszły gładko, ale żeby nie było nudno, to na piątkę odeszłam w przeciwnym kierunku niż powinnam. A tak mi się jakoś północ z południem na kompasie poprzestawiały. Zorientowałam się, kiedy po krótkiej chwili pojawiła się przede mną ścieżka, której stanowczo nie powinno tam być. Normalnie aż mi się przed samą sobą zrobiło głupio, bo takie błędy robić po tylu latach biegania...

A na piątkę to sobie pójdę w przeciwnym kierunku:-)

Po tej kompasowej wpadce to już się bardzo pilnowałam, więc i efekty były lepsze. Między siódemką a ósemką musieliśmy przebiec przez rezerwat, ale przebiec wyznakowaną trasą. Na mapie narysowane było schematyczne obejście, które w rzeczywistości okazało się dużo dłuższe. Biegłam, biegłam i końca nie było widać. To znaczy - było widać, bo obiegaliśmy spore bagno i ono miało koniec, ale to była tak odległa perspektywa, że jednak nie było widać:-)

Obiegamy bagienko w rezerwacie.

Z ósemki na dziewiątkę najprościej było lecieć azymutem, czyli troszkę przez rezerwat. Obejście nie było wyznaczone, ale jako praworządna obywatelka postanowiłam obejść granicę rezerwatu we własnym zakresie i tak też zrobiłam. W sumie to była nawet wygodniejsza wersja, bo po ścieżkach i bez przedzierania się przez niebieskie. 

Praworządny przebieg.

Dziesiątka z jedenastką stały daleeeko, ale za to przy drodze, a część trasy przebyłam z Jacentym, więc było miło i czas się nie dłużył. Ponieważ byliśmy na różnych trasach, w pobliżu punktów rozdzieliliśmy się i każde ruszyło w swoim kierunku. Ja tam co swoje w miarę szybko znalazłam, choć dziesiątka była ukryta i nie zauważyłam jej od razu. W efekcie poszłam kawałek za punkt i dopiero na nawrocie zauważyłam lampion. Jacenty spotkany ponownie, też marudził, że nie wycelował w punkt.
Do dwunastki powrót tą samą drogą, równie daleko, a na końcu okazało się,  że nigdzie nie widać lampionu. Pokręciłam się trochę po okolicy, bo może mnie zniosło, może schowany, może ciemna masa ze mnie. A okazało się, że lampion po prostu źle stał. Na szczęście pojawiła sie grupa zawodników i dopytałam, gdzie szukać.

Wypustek w lewo to nie to samo co wypustek w prawo! :-)

Trzynastka nie dość, że była banalnie łatwa, to jeszcze wszyscy do niej biegli. Poza tym to był ten punkt, który zwiedziłam przed startem, więc od razu wiedziałam, gdzie jest. Dobiegając zauważyłam Tomka, który już odbiegał, ale nie wołałam za nim, bo tak był skupiony na biegu, że strach było rozpraszać. Myślałam, że spotkamy się na mecie, ale kiedy dobiegłam już nie było po nim śladu. Za to była Ula, która cyknęła mi fotkę metową. No dobra, ustawianą, ale zawsze lepsze to niż nic.

Meta.

Z mety trzeba było jeszcze wrócić do bazy zawodów, a ponieważ organizatorzy zdjęli już oznaczenia dojścia, nie bardzo wiedziałam, gdzie iść. Widząc w oddali jakiegoś człowieka ruszyłam za nim, choć wcale nie byłam pewna, czy to "nasz". A dodatkowo po drodze zorientowałam się, że mój czip został u Uli, bo dałam jej do potrzymania. Nie wracałam, zakładając, że Ula i tak musi przyjść do bazy. A w bazie odbywał się festiwal ciast, jak to u OK!Sport. Co prawda załapałam się na końcówkę, ale było pysznie. Za zrobione siedem kilometrów należało mi się. Zwłaszcza, że bez zegarka nie wiedziałam ile kalorii spaliłam, więc mogłam fantazjować, że dużo.

Cały przebieg.