Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beniaminów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beniaminów. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

7 lat od Covida czyli Korona Mazowsza w Beniaminowie

Beniaminów – robi się taką drugą Falenicą dla warszawskich BnO;-) No dobra, teren jest ciut większy i bardziej zróżnicowany, znajdzie się jeszcze kilka dołków, gdzie nie było lampionów, ale zostaje takich już coraz mniej.
Nie zdążyłem się zapisać na drugi etap Korony Mazowsza VII i została mi tylko mapa Wkręcony;-( Tak to bywa , gdy w regulaminie nie ma podane do kiedy są zapisy aktywne… 

Gotowy do startu

Dotarłem na start. Według prognozy pod koniec biegu miało zacząć padać. Gorąco, jak to przed deszczem. Dostaję mapę, tylko 6,3 km. Idę na start i ruszam chwilkę za konkurencją Markiem (no, niby konkurencja startuje na krótszej trasie, ale tak się utarło, bo zwykle ze sobą konkurujemy). 
Do PK 1 twardo po kresce, choć może szybciej byłoby naokoło drogami przez biuro zawodów? Znajduję kopczyk z lampionem, ustawiam kompas i ruszam na PK 2. Pierwsza wtopa. Szukam górki „ najbardziej po lewej” i znajduję taką, tyle że to nie ta górka – ta którą znalazłem została zakryta przez okrąg PK i linię na PK 3. 

Dalej twardo na azymut, pomimo licznych przeszkód rzucanych pod nogi (czytaj gałęzie). PK 3 i PK 4 są na tyle charakterystyczne, że ciężko nie trafić na nie od razu. Za to do PK 5 mnie znosi w prawo i trafiam na stowarzyszony rów. Ale szybko odnajduje się na mapie i po chwili PK 5 zaliczony. 

PK 6 to mozolne przedzieranie się przez ścięte gałęzie… Zmęczony tym przedzieraniem się, do PK 7 biegnę naokoło drogami. Trafiam idealnie i szybko. 

Przy PK 8 przebiegam lampion. Może drzewo nie było tak charakterystyczne? Chyba jednak źle spojrzałem na mapę i myślałem, że biegnę drogą bardziej na południe – chyba upał zaczyna dawać mi się we znaki! 

Tragedia zaczyna rozgrywać się na PK 11. Z PK 10 przedzieram się przez zielone do drogi poprzecznej, skręcam w lewo i szukam ścieżki w prawo. Jest. Skręcam w nią, powinna mnie doprowadzić do punktu tuż po wybiegnięciu z zielonego, gdy zacznie się wzniesienie. Niby wszystko się zgadza, ale brak dołka z lampionem,. Pod nogami zwały ściętych gałęzi i nadmiarowych młodych drzewek. Szukam, krążę, w świat lecą niecenzuralne słowa, gdy demoluję swoje najnowsze skarpetki biegowe (i przy okazji goleń). Pamiętam, że kiedyś także tu gdzieś był punkt i także było szukanie… Dopiero po dłuższej chwili dochodzę, co jest nie tak: Ścieżka w którą skręciłem na mapie, nie dochodzi do głównej drogi, ta granica zielonego gdzie zaczyna się przezierność… na mapie nie istnieje, w terenie jest jeszcze jedna droga, której brak na mapie. Naokoło docieram do lampionu. 8 minut zamiast trzech? 

Szukanie PK 11

Dalej biegnie się coraz ciężej – bądź co bądź na trasie jestem już ponad 40 minut. A upał nie odpuszcza. Za to nie ma błędów – trafiam tam, gdzie założyłem i to w miarę po optymalnym wariancie. Idzie tak dobrze do PK 20. Tam szukam właściwego dołka kilka minut za długo. Chodzę w tę i we w tę i jakoś nie mogę znaleźć tego z lampionem. 

Gdy wybiegam z PK 20 w lesie robi się ciemno. Za PK 21 słyszę szum – to ściana deszczu sunie po lesie. Za PK 22 zaczyna już dobrze padać, za PK 23 ściana deszczu. Widoczność: w okularach: 1 m, bez okularów: 1m. Uważam, że okularnicy przy takim deszczu powinni mieć czas dzielony przez 2! 

Chciałbym mieć taką widoczność w deszczu...

Docieram na metę. Najbardziej z całej zabawy zapamiętam te dwa ostatnie punkty – nawigacja „na ślepo”. 


 

 

środa, 25 marca 2026

Do 10-ciu razy sztuka czyli Dystans Stołeczny nr 10

Dystans Stołeczny - odsłona nr 10. Znów Karol wymyślił nietypową formułę: taki „One Man Relay” z przerwą pośrodku. Ta przerwa to przebieg obowiązkowy ponad 400 m drogą bez pomiaru czasu, a właściwie z czasem „wyciętym” w wynikach. Jak nietypowo to należało spróbować. A żeby zabawa była lepsza, to oczywiście start nocny;-) 

Gdy przyjechałem na start Karol biegał jeszcze po lesie i rozwieszał lampiony. Podziwiam Karola, że mu się chce w pojedynkę robić tyle biegów, rozwieszać te lampiony, a potem je zbierać późną nocą… 

Wreszcie organizator wrócił z lasu i dostałem mapę. Poszedłem na start i poleciałem w ciemną noc. Starty zawsze są najtrudniejsze – mapa jeszcze nie ułożyła się w ręku, kierunki także się jeszcze nie ustabilizowały…. Oczywiście pobiegłem „w kierunku” lampionu, o ile pojęcie „w kierunku” oznacza odchylenie nie większe niż +- 45 stopni;-) Gdy po długich poszukiwaniach znalazłem lampion, okazało się, że nie przeszedłem procedury startu. Nie było daleko więc wróciłem i ruszyłem raz jeszcze od nowa na trasę… Tym razem kierunek był już dokładniejszy;-) 

Start, który zaliczyłem dwa razy...
Gdzieś koło trójki okazało się, że biegnę z kimś równolegle na mojej trasie. Widać nie odczekałem na starcie odpowiednio długo – bywa i tak, gdy startuje się z puszki. 

Przy PK 4 coś mi się nie zgadzał teren. Zacząłem krygować swój bieg bardziej na północ – szukając „końca górki”. Może niewiele, ale straciłem kilkadziesiąt sekund, zanim odbiłem się od rozwidlenia ścieżek we właściwym kierunku – tam gdzie stał lampion. Konkurent z którym się ścigałem także przestrzelił ten PK, ale z drugiej strony – jak podbijałem punkt, zmierzał do niego z południa. 

Dalej szło o wiele lepiej. Chwilami jakbym widział kreski wyrysowane w terenie;-) 

Dopiero PK 8 minimalnie przestrzeliłem szukając muldy na górce w młodniku. Ale bez przesady – wiedziałem, że mam szukać lampionu bardziej na lewo;-) 

Przy PK 9 dogoniłem Sylwię. Biegła za mną do PK 10. PK 10 przestrzeliłem zupełnie. Źle odczytałem mapę i szukałem lampionu nie na tym końcu zielonego lasu. W moim wieku wzrok już nie ten i w nocy nieraz oglądany na mapie rysunek się zbytnio generalizuje;-) Pocieszam się, że Sylwia młodszymi oczami także miała problem z tym PK 10;-) 

Aby nie było zbyt prosto, do następnego PK ruszyłem ścieżką, zamiast przedzierać się przez krzaki – myślałem, że nie ma jej na mapie, ale potem okazało się, iż niezbyt uważnie spojrzałem na kompas – ścieżka na mapie była, tylko w kierunku nie do końca mi pasującym… Niestety, przedzieranie przez krzaki mnie nie ominęło… 

Coś mi z tym wyznaczanie azymutów zaczęło się psuć, bo zamiast na PK 12 trafiłem na drogę asfaltową, którą dojeżdżałem do startu. Nie ufałem kompasowi i na następny PK 13 trzymałem się dróg, zamiast ciąć na krechę. 

Do PK 14 nie dawało się dobiec drogami, został azymut. Znalazłem jakieś dołki, górkę z dołkami, ale lampionu ani śladu. W nocy wystarczy kilka zakrętów i człowiek nie jest w stanie dokładnie wskazać gdzie jest na mapie. Co chwila znajdowałem górki i dołki bez lampionów. Po czterech minutach błąkania się po lesie wreszcie trafiłem na lampion. Jak pokazuje ślad – azymut którym biegłem nie kłamał – znalazłem pierwsze dołki i zamiast trzymać się dalej azymutu pognałem w bok w kierunku górki, gdzie był dołki, ale nieoznaczone na mapie. 

Kolejny PK 15 – podobny scenariusz – miała być karpa w białym lesie. Las nie był biały, przebieżność i widoczność marna (jałowce), znowu odbiłem z azymutu tuż przed punktem. Na szczęście szybko odmierzyłem się od ścieżki, więc strata czasowa nie była tak duża. 

Jeszcze dwa PK i koniec pierwszego podetapu – chwila na spokojny, regeneracyjny bieg na 400 m. 

Druga strona mapy – drugie rozdanie. PK 20 – wszedł. PK 21 – znowu nie trafiłem. Coś mnie dzisiaj znosi w lewo, po raz kolejny! Świadomy tego „znosu” nawigowałem ostrożniej i lepiej trafiałem w punkty. Minimalne zawahanie przy PK 27, poza tym dobrze. Dumny jestem z przebiegu PK 27-28 – jakbym widział azymut w terenie;-) 

Wreszcie meta!

W efekcie zajmuję 6-ste miejsce. To chyba mój najlepszy rezultat w Dystansie Stołeczny. Oczywiście długość trasy i środek tygodnia trochę wpłynęły na frekwencje na Chojraku, ale moim powodem do dumy jest to, że wyprzedziłem wszystkich konkurentów, z którymi zwykle rywalizuję. I to pomimo kilku większych błędów na jakieś 6 minut! 


 

 

niedziela, 22 lutego 2026

Rogaining czy nie rogaining - Oto jest pytanie

Rogaining to chyba to, co lubię najbardziej. Choć ostatnio rozpętała się dyskusja, czy jak biegniesz sam, to jest to rogaining? Najbardziej spodobał mi się głos Mateusza: 
Nie ma błędu w nazewnictwie. Niedawno był Tłusty Czwartek, więc każdy może powiedzieć: biegło nas dwóch - ja i mój brzuch:-)

Jak zwał tak zwał – E7 Dystansu Stołecznego miał formę rogainingu. Dla Chojraka był to rogaining tylko 2 godzinny, choć może przy tak niskiej temperaturze to całkiem dobry wartość, bo pozwala nie zamarznąć organizatorom na mecie. 

Mapy pod butem, Agnieszka robi za mistrzynię drugiego planu;-)

Czas start, dostaliśmy mapy formatu A3 w skali 1:12500, 42 PK do wyboru. W tym nawet jeden PK o wartości 10! Rzut oka na mapę – PK 100 za daleko, a wokoło pustka w lampionach – wariant dobry tylko dla wytrawnego biegacza. Na lewo od startu – dużo PK koło siebie, niby o małej wadze, ale niewielki dystans – idealne na zakończenie, gdy zostało trochę czasu i dobiera się na powrocie lampiony do podbicia wg dostępnego czasu. Czyli decyzja: kierunek północ i ruchem odwrotnym do kierunku ruchu wskazówek zegara… 

Ze startu wypadłem na lodowisko (czyli drogę dojazdową) i czym prędzej za jakimś biegaczem skręciłem w boczną drogę. Jak to przy startach masowych mało patrzyłem w mapę, bardziej gdzie kto biegnie. Nie wiem czemu tu ktoś skręcił – droga prowadziła dokładnie pomiędzy dwoma lampionami, a nie w kierunku któregoś z nich. No cóż, zostało brnąć przez śnieg (raczej kopny), by dotrzeć do pierwszego lampionu (PK 31). 

PK 38, 39 wydeptanym już z lekka śladem, trochę ścieżką, trochę na azymut. Bieganie na azymut niezbyt szło – po kilkuset metrach człowiek nie miał już siły podnosić nóg i przebijać się przez warstwę chrupiącego śniegu. 

PK 37, 65, 80 – zawsze ktoś był w zasięgu wzroku, przebiegi głównie drogami. Do PK 80 – na skróty, po lodzie przez Jezioro Zapadliska. Zawsze marzyłem, by przebiec to jeziorko „na skróty” i wreszcie się udało. Może niezbyt dokładnie nawigowałem, ale wreszcie trafiłem w pobliże PK 71. 

Bunkier. Wokół kłębi się mały tłumek orientalistów. Patrzę na opis PK: budynek i jakaś kropka w półkwadracie. Budynek jest – więc szukamy. Wejście do bunkra - lampionu nie ma. Gdzieś dalej w ciemności pali się jakaś świeczka. To chyba nie tu. Ale może na górze? Tam są jakieś „kominy”. Wbiegam na górę i szukam (inni także szukają) - także nic nie ma. Ale jest drugie wejście do bunkra. To MUSI być tu. Ale przy wejściu nie ma. Ktoś na początku grupy brnie dalej w ciemności. Wpada w jakąś dziurę (środek to jakaś dziura przy brzegach niewielkie gzymsiki, śliskie od lodu, ciemność). Wreszcie okrzyk JEST! Lampion wisi dokładnie w środku bunkra tam gdzie wcześniej widziałam świeczkę. Od pierwszego wejścia można było dojść wygodnie, bez wpadania w dziury, ale człowiek nie pomyślał. 

PK 71 w bunkrze - zdjęcie organizatora

 Lecę dalej. Drogi coraz mniej wydeptanie. PK 53, potem kolejne jeziorko „po lodzie” i PK 72. 

Dłuższy przebieg. Na granicy zasięgu wzroku jakiś konkurent. Biegnę za nim, tak trochę „na tramwaj”. Jak się okazuje, jest to chyba mój największy błąd. Nieuwaga. „Tuż obok” był PK 92. Z 400-500 m więcej, po drogach. Nie zauważyłem i pobiegłem od razu na PK 73. 

PK 82 chwilkę szukałem. Obiegając Parów Karski spotykam grupę biegnących z naprzeciwka Wkręconych. 

Pomiędzy PK 57 i 54 zaczynają się w pełni oblodzone drogi. Biegnie się trudno. Przez chwilę waham się, czy biec na PK 91 czy na PK 54. Nie – biorąc PK 91 zbyt dużo będę musiał pomijać na nawrocie i pewno będę w niedoczasie. Nie warto – zostaje PK 54, a potem ślizganie się do PK 81. Nie są to chyba zbyt popularne punkty – do lampionów prowadzą wręcz pojedyncze ślady. 

Na zegarku mam 1:08, czyli zostało 52 minuty na powrót. Muszę zaliczyć klubowy PK 44, a dalej na Parów Karski po wartościowy PK 67. Niestety, droga się psuje, tylko ślady zwierząt na niewyraźnej przecince. Teraz patrząc na mapę, myślę, że mogłem wybrać inną kolejność i po lodzie pokonać Parów Karski wcześniej, zaliczyć PK 67 przez PK 57. Ale rogaining to wyższa matematyka, nie tylko liczenie kilometrów, ale uwzględnianie jakości drogi, zmęczenia…. 

Przed PK 67 widziałem jakąś dziewczynę. Taką bardziej szybkobiegaczkę. Punkt miał być na końcu pomostu… tyle że pomost był bardzo „teoretyczny”. Bez lodu trzeba by ten koniec pomostu zdobywać po pas w wodzie – zostały z niego słupki i jakaś deseczka „pływająca” po lodzie. Dziewczę przede mną przebiegło tą niepozorną konstrukcją ukrytą w trzcinach wyraźnie szukając widocznego z dala pomostu. 

PK67

PK 74, 61. Zostało 28 minut. I kolejna „zła decyzja”. Skusił PK o wadze 5 i 4 … gdybym pobiegł na północ, to na mniejszym dystansie zamiast 12 pp zebrałbym ich 14 lub nawet 17. W rogainingu nie należy w pełni sugerować się wagami lecz szybko sumować wartości punktów. Boleśnie odczuli to ci, co połakomili się na PK100 – na dystansie ok. 3 km zebrali 17 pp (PK 70,100), a w środku mapy, czy na zachodzie na takim dystansie można było zebrać blisko 30 pp.

 


sobota, 10 stycznia 2026

Dystans Stołeczny i znikający ludzie.

W poniedziałek odpoczywałam po niedzielnych kontaktach z UFO, ale już we wtorek znowu pojechaliśmy biegać, tym razem w okolice Beniaminowa. Choć moja trasa była dość długa, to punktów  jak na lekarstwo - zaledwie 11. No, ale inny organizator niż w niedzielę, to i inna koncepcja.  W sumie przy jedenastu punktach trudniej coś głupiego zrobić niż przy ponad dwudziestu:-)

Gotowi do startu

Na początek Tomek chciał mnie wyprowadzić w las, zamiast na start, ale nie dałam się, bo najważniejsze to dobrze zacząć. A początek od razu był azymutowy i trzeba było się skoncentrować. Jeszcze na starcie chwilę przeczekiwałam zawodniczkę przede mną, żeby nie sugerować się jej widokiem i wreszcie ruszyłam.

Start.

Biegło się dobrze. Już od startu w lesie były dziesiątki inostrad, więc postanowiłam trochę skorzystać. Zauważyłam, że co chwilę na mojej trasie pojawiał się pojedynczy ślad, ale tak idealny z moim azymutem, jakbym to ja sama przed sobą biegła. Normalnie to ludzie coś tam omijają, lecą mniej więcej, a potem korygują, a ja prę naprzód bez względu co mam na drodze. No i ten ktoś też tak biegł. Powiem, że dość dziwne uczucie. Ale żeby tylko to było dziwne? Te różne inostrady -  mniejsze, większe, czy wręcz pojedyncze ślady, co jakiś czas nagle ucinały się, kończyły w miejscu i dalej już był tylko gładki śnieg. No to co się działo z tymi biegaczami? Czy w całym lesie nagle zaczęli znikać ludzie? A jeśli ja też zniknę i będzie jak w niedzielę? Że nagle pojawiam się nie wiadomo skąd? Na szczęście tym razem nic mnie nie porwało i szczęśliwie, a co najważniejsze bezbłędnie przebiegłam całą trasę. No dobra - przebyłam, bo z tym bieganiem to raczej nie przesadzałam. Tyle, żeby było mi ciepło, szczególnie, że do butów nasypało mi się mnóstwo śniegu (znowu nie wzięłam stuptutów) i w butach mi chlupotało. No i teraz nadeszło najgorsze - czekanie na Tomka. Czekanie w zimnym samochodzie, w przemoczonych butach. Czekanie ponad godzinę! Już prędzej bym myślała, że katastrofa nastąpi gdzieś na trasie, ale żeby na mecie??? Niby mogłam odpalić samochód i się grzać, ale moje ekologiczne sumienie mi nie pozwoliło. Następnym razem muszę pamiętać o stuptutach i butach na przebranie. Koniecznie!

Moja trasa.

środa, 22 października 2025

IX Puchar Bielan czyli MM nocny

Wreszcie doczekałem się Mistrzostw Mazowsza w nocnym BnO. Choć szkoda, że w imprezie niby podsumowującej sezon w naszym regionie, zabrakło „prawdziwych” kategorii, tylko z założenia takie łączone. Rozumiem, że brakuje chętnych do zrobienia zawodów, zawody do kalendarza wpadają w ostatniej chwili i oczywiście nie będzie wyników liczących się do jakiś wszech rankingów… 

Wracając do tematu – zawody ogłoszono, niestety z powodu innych zobowiązań w weekend mogłem brać udział tylko w jednym biegu – tym nocnym – w piątek przed weekendem właściwym. 

Teren niby znany – chwilę wcześniej biegaliśmy tu na treningu przed nocnymi MP. Ale tym razem start był jakoś tak z boku… tam, gdzie do tej pory nigdy startu nie było… 

Piątek – korki – nawigacja poprowadziła mnie jakąś abstrakcyjną trasą przez Radzymin, potem drogami gruntowymi, leśnymi…. Grunt, że dojechałem i to dosyć wcześnie. Miałem chwilkę na dobre zaparkowanie, formalności i nawet rozgrzewkę. 

Gdzieś tam na drugim planie czekam na swoją minutę startową

Start w 12 minucie. Kategoria „odmładzająca”: M55. Pogoda – coś tam czasami pokapywało – prawdziwe opady miały być w sobotę. 
Start. Dobieg do lampionu. Udało mi się nawet znaleźć start na mapie w miarę sprawnie. Pierwszy dylemat - jak pobiec do PK 1? Zwyciężył rozsądek i wybrałem bieganie drogą. Zaraz z PK 1 wyprzedziłem poprzednika, czyli Jasia Cegiełkę. Słowem: nie jest źle! 

Do PK 2 po kresce, pomimo sporej ilości gałęzi pod nogami. 
Przed PK 3 trochę zielonego – musiałem przebić się na drogę, ale punkt z daleka świecił w krzakach. 

Zastanawiałem się, czy do PK 4 biec drogą, czy na kreskę. Próbowałem na kreskę, ale zniosło mnie na drogę. Tyle że akurat przy górce, więc namierzenie się na punkt było proste. Lubię, gdy nocne lampiony widać „z daleka”, wtedy nawet gęstwiny nie straszne. 

Coś nie pykło przy PK 7. Niby biegłem na azymut, ale jak widać, był to jakiś koślawy azymut. Gdy dobiegłem do wydmy, nie wiedziałem w której jej miejscu jestem. Niby lampion miał być w pobliżu najwyższego fragmentu – więc piąłem się pod górę i wreszcie wypatrzyłem lampion! Ale strata czasowa jest. 

PK 8 – po kresce, na PK 9 troszkę drogami. Szkoda, że na końcówce zamiast obiec młodnik przedzierałem się przez największe gęstwiny. 

Dobieg do mety
Przed PK 12 ktoś przedzierał się przez krzaki po mojej lewej stronie. Ten „ktoś” miał te same PK co ja i właściwie do końca miałem przewodnika, bo biegał on szybciej niż ja i wkrótce mnie wyprzedził. Punkty były raczej z tych łatwych, ale światełko przed tobą zawsze ułatwia ostateczne trafienie do dołka. 


 

Na mecie wydruk – jestem drugi. Wyników on-line brak. Miał prawo wyprzedzić mnie Tommy, a że startował przede mną, więc wychodziło mi, że to on jest pierwszy. Teoretycznie ktoś ze startujących później mógł mnie przegonić, bo jak pokazywał paragon, na PK 7 miałem jakąś znaczącą stratę 2:49. Jak się okazało następnego dnia – utrzymałem pewnie 2 miejsce. Ale cóż, nie mogłem w sobotę odebrać zasłużonego medalu i dyplomu uznania – może kiedyś do mnie dotrze;-) 


 

 

piątek, 7 października 2022

Po nocy z Watahą

Kolejna noc w lesie. Tym razem z Watahą. Okolice Beniaminowa i obsada prawie międzynarodowa: Na trening zajechali zawodnicy ze Szczecina, Wrocławia… normalnie cała orientacyjna śmietanka!



Dojeżdżając do miejsca zbiórki z daleka widziałem ustawione przy drodze błyskające pomarańczowe światła i stojące na poboczu auta. Wypadek? Nie – to tylko „oddolna inicjatywa” bezpiecznego oznakowania miejsca zgrupowania chętnych. Oddolna, bo organizatora ani widu ani słychu. Znaczy ktoś tam słyszał (lub się słusznie domyślał), że organizator jak zwykle lata po lesie i wiesza lampiony;-) 

Tam po prawej widać te migające światełka. Pomysł wart propagowania!

Umówiona godzina startu mija, a organizator dalej w lesie. Wreszcie widać migające światełko w lesie. Przebiega w naszych okolicach i biegnie gdzieś w okolice zakrętu drogi przy forcie. Pewno to już ostatnie punkty. Mamy rację - za chwilę wyłania się organizator i niewinnie stwierdzająco pyta: „Chyba zdążyłem?” 

Rzucamy się po mapy (fot A. Krochmal)

Jeszcze rozstawić stolik i wydawanie map. Start po drugiej stronie ulicy. Biegniemy we trzy osoby. Jest droga w bok i po chwili lampion. Tyle, że to stacja „check” – gdzie zginął „clear”? Ponoć stoi na skraju lasu… Wstyd się tak zgubić przed startem;-) 

Mapa jest w wersji „mini”. Moja trasa „Chojrak” 5,9 km/21 PK mieści się na kartce A5. Wręcz na kawałku kartki bo jest tu także tabelka z opisami PK! 

Odbijam start i ruszam w krzaki. PK 1 bezbłędnie, PK 2 dobrze, choć może nie optymalnie, do PK 3 przez mocno zielone – za wcześnie wbiegam na wydmę (przy PK 16), ale nie jest źle. Biegnę do PK 4 i… skucha. Szukam końca wydmy z karpą – tyle, że trafiam nie na ten koniec. Przebiegam za daleko – muszę się wracać. Dwie minuty w plecy;-( 

Do PK 5 obiegam drogami, bo mam już dość zielonego. Kolejne punkty wchodzą dobrze – na tej mapie kompas dobrze wskazuje kierunek, dobrze naniesione zieloności i mikrorzeźba pozwalają korygować ewentualne odchylenia w biegu. Po prostu dobra mapa. 

Problem pojawia się przy PK 9 - dołek ukryty w młodniku na górce. Młodnik nie trudno znaleźć, ale światełka zdezorientowanej konkurencji rozpraszają. Błąd trafienia rzędu 20m nie pozwala dostrzec właściwego dołka z lampionem i zwiedziony błędnymi światłami szukam najpierw ze złej strony. A teren trudno przechodni (o przebieżności zapomnijmy), więc dobra minuta straty.

 PK 10, 11.. żeby tak wchodziły PK na Mistrzostwach Polski! 

PK 12 - znosi mnie lekko, gdy widzę jakąś konkurencję, trafiam na poziomnicę i biegnę według rzeźby do punktu… Niestety, to nie ta poziomnica i znowu kolejna strata. Niby nie jakaś wielka, ale kolejne 2 minuty w plecy. 

Za to 13-stka nie jest wcale pechowa – tu pojawiają się jacyś szybkobiegacze za którymi można biec, a wiadomo tacy raczej nawigują dobrze. 

Koło PK 15 dogania mnie Mateusz. Staram się go gonić, ale za PK 16 znika mi z oczu. 

PK 19 to chyba ten, co ostatni stawiał organizator, gdy spóźniał się na otwarcie startu. Nie doczytuję w opisach i szukam go na kupie kamieni, a nie na górce. 

Przedostatni PK 20 ma być na mocno zielonym. Pamiętam, że jak były jakieś zawody na tej mapie w tych okolicach i zawsze miałem problemy nawigacyjne. Tu także jakoś nie idzie mi znalezienie drogi, za którą ma być dołek. Wreszcie ją znajduję i widzę w krzakach buszujące światełka. Wydaje mi się, że odległościowo jest OK, więc także wpadam w krzaki. Chodzimy tyralierą w tę i we wtę, a lampionu brak. Okazuje się, że cześć ludzi szuka PK 2, a część PK 20. Niby zero to nic, ale jednak robi pewną różnicę. Wśród szukających jest także Mateusz, który mi wcześniej uciekł. Po dłuższej chwili udaje się namierzyć w najgęstszych krzakach dołek z lampionem. Teraz grupowo biegniemy w kierunku ostatniego PK 21 - ten jest na szczęście widoczny z daleka. Dobieg do mety – za innymi – byle nie zostawać w tyle;-) Na przebiegu widać, że mało optymalnie;-) 

Trening zaliczony - te kilka błędów powoduje, że nie jestem w czołówce, ale pamiętajmy że to tylko trening. Właściwe bieganie ma być w weekend - oby tam było mniej błędów:-) Choć z drugiej strony na zawodach sporo uczestników robi większe błędy ze stresu! Zobaczymy jak wyjdzie tym razem;-) 


 

czwartek, 24 grudnia 2020

Stołecznie zdystansowani

Planując niedzielę stanęliśmy przed dylematem: ChoInO czy Dystans Stołeczny? ChoInO to tradycyjna impreza naszego klubu Stowarzysze organizowana zawsze tuż przed świętami, z kolei Dystans to nowy cykl zimowych treningów BnO, więc byliśmy go bardzo ciekawi. Obskoczenia obu imprez nie braliśmy pod uwagę, choć byli tacy, co dali radę:-) 
Ponieważ ostatnia impreza marszowa - BarbarInO pokazała mi dobitnie, że chodzenie szkodzi na kręgosłup, więc wolałam się nie narażać i wybrałam biegi. Agata chętnie dołączyła do nas i we trójkę , w niedzielne przedpołudnie stawiliśmy się w lesie w okolicach Beniaminowa. Tradycyjnie Agata wybrała trasę krótką, ja średnią, a Tomek najdłuższą. 
 
Radośnie biegniemy na start.
 
Pogoda była równie marna jak w sobotę, ale mój nastrój już znacznie lepszy.
Wystartowałam jako pierwsza z naszej trójki, a tuż za mną Agata. Ponieważ miałyśmy inne punkty, więc od razu rozbiegłyśmy się w różnych kierunkach. 
 
Start!
 
Już pierwszy rzut oka na mapę poinformował mnie, że o drogach to raczej mogę zapomnieć i wszystko pójdzie na azymut. Bałam się, że znowu będzie mnie znosiło w prawo i oprócz pilnowania kierunku patrzyłam też, co mijam po drodze. Piktogramy dwóch pierwszych punktów nic mi nie mówiły (no, taka niedouczona jestem), więc raczej rozglądałam się za lampionem niż miejscem charakterystycznym z mapy. Podziałało.
Szło dobrze aż do PK 11. Po drodze część lampionów było w dołkach, ale jakich dołkach! To były takie doły, że człowiek z nich nawet nie wystawał (to znaczy ja nie wystawałam bom mikrus). Ponieważ były strome, trzeba było uważać przy schodzeniu na dno, żeby nie spaść na twarz lub odwłok. W lesie był dziki tłum, a z podbijanych punktów wnioskowałam, że większość osób była z mojej trasy. 
Na PK 11  jak zawsze ustawiłam azymut i ruszyłam. Co zerknęłam na mapę, to coraz bardziej nie zgadzało mi się ukształtowanie terenu. Punkt powinien stać na płaskim, w przebieżnym lesie, a tymczasem azymut prowadził mnie przez krzaki w kierunku wydmy. W końcu już całkiem zgłupiałam i nie wiedziałam co jest grane. Postanowiłam zejść do drogi, znaleźć skrzyżowanie i namierzyć się od niego. Po chwili zobaczyłam lampion. Dobrze, że mam nawyk sprawdzania kodów, bo pewnie wróciłabym na metę z NKL-ką. Punkt do którego dotarłam okazał się być dziewiętnastką. Ale jakim cudem? No tak - przy kołeczku oznaczającym dziewiętnastkę znacznie bliżej była wydrukowana dwunastka niż dziewiętnastka. Noż kurła!!! Jak tak można podpisywać punkty??? Tak dobrze żarło do tej pory i dupa blada. Z dziesięć minut w plecy, bo to najpierw do tej durnej dziewiętnastki, a potem trzeba było dopiero znaleźć dwunastkę i lecieć dalej. Wrrrr... Wściekłam się, ale szybko mi przeszło. W końcu biegam dla przyjemności, a nie dla wyniku.
 
Kiedy dziewiętnastka wlezie między wódkę, a zakąskę.
 
Dalej szło bez niespodzianek. Zaraz za czternastką zaczepiła mnie zawodniczka z mojej trasy, żeby upewnić się czy na pewno jest na tym skrzyżowaniu co myśli. Była. Zastanawiałyśmy się przez chwilę jak lepiej lecieć na piętnastkę - drogą, czy do granicy kultur i wzdłuż niej. W końcu ona pobiegła drogą, a ja... na azymut. Bo tak. Spotkałyśmy się w okolicy lampionu. Kolejne punkty brałyśmy praktycznie razem, mobilizując się wzajemnie do biegu. Żadnej wpadki już nie zaliczyłam, zresztą we dwójkę trudniej się zgubić, bo zawsze druga osoba może przywołać do porządku. Tradycyjnie na końcówce dodałam gazu i aż musiałam poganiać Grzegorza, który biegł nieco wolniej, a ścieżka była wąska i nie dawało się wyprzedzać.
Na mecie nigdzie nie widziałam Agaty, która była na krótszej niż ja trasie, ale za to kilka minut po mnie zjawił się Tomek z trasy najdłuższej. 
 
Zaparowany Tomek na mecie.
 
Już myśleliśmy, że się nam "dziecko" zgubiło i w końcu ruszyliśmy w stronę mety żeby jej wypatrywać. Nie zdążyliśmy dojść, kiedy wyłoniła się z lasu na drogę. Tak więc byliśmy w komplecie i mogliśmy wracać do domu.
 
Nie zginęła!