Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parkrun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parkrun. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2020

Ech te dołki....

Falenica zawsze kojarzy mi się z dzieciństwem. Zawsze czekam na punkty gdzieś koło domu, w miejscach gdzie się za młodu bawiłem. Były już kiedyś lampiony w dołku, gdzie budowaliśmy ziemiankę, był lampion w dołku, gdzie graliśmy na gitarach… Ciekawe gdzie będzie na tym FallInO?

Janek zapowiedział trasę ponad 8 km, czyli jakieś 10 km w praktyce. Jak nic pobiegniemy gdzieś do Pomnika Lotników – choć z drugiej strony mapa BnO tak daleko nie sięga. Zobaczymy.

Dostaliśmy mapę i pobiegliśmy. Tak dla jasności – tradycyjnie po Parkrunie, gdzie zacząłem umierać po trzecim kilometrze. Jeszcze nie udało mi się pobić życiówki z zeszłego roku, ale zaczyna się regularność zwiastująca, że niedługo się to uda;-)

Takie rzeczy to tylko na Parkrunie;-)

Pierwszy PK gdzieś tam za zabudowaniami koło startu FBG. Oczywiście pobiegłem nieoptymalną ścieżką, ale i tak wyprzedziłem zawodnika z trasy B, który startował w tej samej lub nawet wcześniejszej minucie. PK 2 za wydmą FBG. Nawet bezproblemowo udało mi się przedrzeć przez szpaler Biegaczy Górskich – biegali jakoś tak niemrawo;-). Przy odbiegu z PK 2 zaliczony pierwszy orzeł (jak się próbuje patrzeć na mapę w czasie biegania, to widomo ;-) PK 3 na przepuście przy cmentarzu. Dobiegam samotnie, bo zgubiłem zupełnie zawodnika, co go wyprzedziłam przy PK 1. Dobiegam i nie ma lampionu. Wczołguję się do przepustu, na wszelki wypadek sprawdzam z drugiej strony drogi – lampionu brak. Przybiega jakaś dziewczyna i także szuka, ale lampionu nie ma. Ponad minuta straty na szukanie tego, czego nie ma. Lecę dalej. Tym razem skrótem, co go nie obczaiłem na jednej z poprzednich edycji. Strasznie długi przebieg. Na wydmie za ul. Podkowy miga mi Ula w bajecznie kolorowym stroju biegowym. Potem gdzieś ginie i nagle pojawia mi się za plecami gdy dobiegam do młodnika pod Łysą. Musiała pobiec jakoś dziwnie naokoło. Mam PK 4. Pod PK 5 można podbiec ścieżką i tylko końcówkę na azymut. Przyspieszam. PK 5 ma być gdzieś przy młodniku. Ścieżka się kończy, widzę młodnik, więc biegnę na azymut, a właściwie na oko. Za młodnikiem ma być dołek i lampion. Tyle, że nie ma ani dołka, ani lampionu. Pojawia się zaś ścieżka na szczycie wydmy. Okrążam młodnik – jakaś grupka śniadaniuje na stoliku wbitym w ziemię. Zerkam zdezorientowany na mapę… może to nie ten młodnik? Rozglądam się – coś tam dalej widać gęściejszego i jakaś taka „polanka”, a PK 5 miał być na końcu podłużnej polanki. Biegnę tam. Widzą tylko starszego Paprocha gnającego w poprzek. Staję i patrzę na mapę – może oni biegną do PK 13? To byłbym za daleko na południe. Wracam, ale coś mi się nie zgadza. Dostrzegam jeszcze jedne zarośla, ruszam w ich kierunku… i widzę przed sobą strzelnicę. Dobra – wiem gdzie jestem. I olśnienie – ten młodnik ma być po drugiej stronie wydmy. Zawracam. Po chwili z naprzeciwka nadbiega Ula, którą odsadziłem przed poprzednim PK – ona już jest po PK 5, a ja dopiero do niego biegnę;-( Dobre 6 minut w plecy;-(

Teraz zaczyna się hardcore – PK 6 – teren gdzie wariuje kompas (tak, tu są anomalie i można się fajnie zakręcić patrząc na igłę kompasu), a sam lampion na jakimś mało widocznym dołku w praktycznie płaskim terenie. Dodatkowo teren jest pokryty ściętymi gałęziami i odrostami. Zostaje próbować lecieć na wskazania niedokładnego kompasu. Dołek po chwili znajduję, ale nie w tym miejscu co się go spodziewałem. Późniejsza analiza śladu potwierdza moje obiekcje – lampion był nie w tym dołku co trzeba;-( Przede mną PK 7. Także niełatwy do znalezienia. Na azymucie znajduję serię dużych dołów. Odmierzam się od ostatniego, mam gdzieś po prawej mieć plamkę zieleni, a szukam jakiegoś fragmentu ogrodzenia. Nie znajduję, lampionu także nie widzę. Widzą dalej ścieżkę, którą jedzie rowerzysta – muszę być za daleko. Wracam i dostrzegam lampion – stanowczo za daleko od miejsca gdzie go szukałem. I oczywiście żadnego ogrodzenia nie widać. Znowu późniejsza analiza śladu mówi, że mógłbym go szukać długo, bo na mapie był zaznaczony w innym miejscu.

Na czerwono miejsca gdzie wisiały lampiony

Dobra, lecimy dalej, choć oba te punkty to po 2-3 minuty straty. Na PK 8 pasuje biec po prostej przez teren odkryty. Tyle, że teren odkryty okazuje się młodnikiem, takim ze 2-3 metry wysokości, więc zupełnie nieprzebieżnym. Trzeba okrążać. W nogach po Parkrunie i sześciu km FallInO zaczyna brakować siły. Pod wydmę do PK 9 podchodzę, a nie podbiegam. Dobrze, że dalej jest z górki;-) Ale przynajmniej zaczyna iść dobrze z trafianiem na punkty. Na PK 15, koło ul. Narcyzowej wyprzedza mnie jakiś szybkobiegacz – biegnie tak na oko dwa razy szybciej niż ja!

PK 16 tuż obok mojego domu – do mety jeszcze 4 punkty. PK 17 w dołu, gdzie mieliśmy swoją bazę w dzieciństwie (ale dołek się zmienił, las wyrósł, ledwo można poznać). Przy PK 17 dogania mnie konkurencja. Ale taka biegnąca ostatkiem sił. Pod górę chodzi, biegnie niemrawo – jednak ciut szybciej niż ja. PK 20 znowu stoi nie w tym dołku co powinien, ale tu mapa od zawsze jest mało aktualna. Uff, nareszcie dobieg do mety, choć z powodu wpadek i problemów z lokalizacją PK wynik niezbyt rewelacyjny;-( Tym razem lepiej poszło Renacie – czekała na mnie już na mecie, gdy dobiegłem.

Nie ma o czym pisać...

Wczoraj byliśmy na parkrunie i na FalInO, a ja nie mam o czym pisać. Tak to jest jak za dobrze pójdzie. Na parkrunie postanowiłam nie wysilać się, żeby starczyło sił na dłuższą niż zwykle orientację, więc zaczęłam spokojnie, a skoro nie zużyłam się od razu, mogłam potem przyspieszyć Wynik poniżej 29 minut w pełni mnie usatysfakcjonował.

 Parkrun - przed startem.

 Na FalInO wzięłam mapę, pobiegłam, nie zgubiłam się, podbiłam wszystko, wróciłam w przyzwoitym czasie i... już.
Za to Tomek... Oooo, on miał różne przygody. Zaraz się pochwali. Zaglądajcie.

Rozciąganie pośladka:-)

niedziela, 16 lutego 2020

Parkrun i WesolInO

Pewnie po przygodach na BPK-u wszyscy czekacie na opowieść, jak się haniebnie zgubiłam na WesolInO, a tymczasem  - chała! Wcale się nie zgubiłam! Nooo, prawie wcale. Ale przyznam się - poszłam na łatwiznę. Zapisałam się na trasę C, a pobiegłam na B. Dlaczego? Kiedy dojechaliśmy do Wesołej po parkrunie (będzie i o parkrunie, będzie),Karolina właśnie skończyła swój bieg i od razu zasypaliśmy ją pytaniami - jak było? Okazało się, że mapa kategorii C jest bez drożni i ona na trasie spędziła prawie godzinę. Ponieważ mi zawsze schodzi to co najmniej dwa razy dłużej niż Karolinie, jak nic musiałabym siedzieć w lesie dwie godziny. Bez gwarancji, że kiedykolwiek z tego lasu wyjdę. A tymczasem nie miałam tyle czasu, bo wieczorem szykowałam imprezę rodzinną i musiałam trochę postać przy garach i polatać na miotle.
Trasa B miała niecałe 3,5 kilometra i tylko 10 PK. Trochę mało, ale co poradzić. Punkty zasadniczo były łatwe, teren obiegany, więc szło dobrze. Aż do PK 7. Z szóstki na siódemkę było dość daleko, punkt w dole, a dookoła milion podobnych dołów. Pamiętałam, że na mapie północ jest przekoszona o kilka stopni, ale nie pamiętałam o ile, postanowiłam więc biec na azymut z mapy, a potem czesać. Choć trochę czasochłonna metoda, to skuteczna i siódemkę znalazłam. W nagrodę do ósemki poleciałam idealnie,a czemu w drodze na dziewiątkę nagle skręciłam na południe, to nie wiem. Kiedy dobiegłam do poprzecznej ścieżki, to nawet się nie zmartwiłam, bo punkt był zaznaczony w dość charakterystycznym miejscu i byłam pewna, że sobie poradzę. Oczywiście najpierw natknęłam się lampion z trasy C i dobrze, że mam nawyk sprawdzania kodów, bo byłaby NKL-ka. Jeszcze tylko dziewiątka i meta.

Przy dwójce włączyłam zapisywanie trasy.

A wracając do parkruna. Ponieważ ostatnio na każdym poprawiam się o około minutę, więc tym razem pasowało mi złamać 29 minut. Rozgrzewka przed biegiem nie nastrajała mnie optymistycznie, bo nogi miałam jak z ołowiu i nie nadążałam z oddychaniem. Kiedy jednak ruszyliśmy okazało się, że utrzymuję tempo grupy i jakoś specjalnie nie odczuwam tego boleśnie. Przy drugim okrążeniu zaczęła mi kiełkować nadzieja, że nie będzie źle, a potem wystarczyło nie zwalniać. Dałam radę i na metę wpadłam z czasem 28.26.Sukces na miarę moich możliwości, w pełni mnie satysfakcjonujący. Tylko jak na kolejnym biegu złamać 28 minut????

Ostatnie metry przed metą.

środa, 15 stycznia 2020

Parkrun i cud na WesolInO

Po noworocznej sześciodniówce zrobiliśmy sobie kilka dni przerwy (bo też i w najbliższej okolicy nie było żadnych imprez) i kolejny weekend postanowiliśmy zacząć z przytupem - w sobotę najpierw parkrun, a potem WesolInO.
Na parkrun udało nam się wyciągnąć Agatę i był to jej debiut  w bieganiu zorganizowanym.  Jej udział miał być dla mnie świetną zasłoną dymną odwracającą uwagę od mojego marnego (jak przewidywałam) wyniku.

 Przed startem. (Za zdjęcie dziękuję Agnieszce)

 Zaczęłyśmy razem - najpierw powoli - jak żółw ociężale, ruszyła - maszyna - po szynach - ospale. Przez spory kawałek tak sobie truchtałyśmy, aż w końcu Agata przeszła do marszu, a ja poleciałam dalej. Po trzech kilometrach nawet ogarnęłam się w sobie i ciut przyspieszyłam i choć wynik faktycznie wyszedł marny, to jednak nieco lepszy od poprzedniej próby, kiedy to pobiłam już wszelkie swoje rekordy w długości pokonywania 5 km. Tak za bardzo to się nie wysilałam zresztą, żeby zachować siły na bieganie z mapą.
Na WesolIno pojechaliśmy już tylko we dwójkę z Tomkiem. Pogoda w międzyczasie zrobiła się z lekka wilgotna, aczkolwiek nie padało tak regularnie. Zmieniłam więc warstwę wierzchnią na mniej przemakającą, co dawało mi gwarancję zapocenia się na śmierć w razie szybkiego biegu.  No i jak to dobrze, że biegam powoli:-))
Start tym razem był w innym miejscu niż start biegaczy górskich i musieliśmy dość daleko dojść z bazy. Ale przynajmniej mieliśmy od razu rozgrzewkę. Moja trasa miała mieć niecałe sześć kilometrów. Teren milion razy już obiegany, co oczywiście w moim przypadku nic nie wnosi, no może tyle, że nie boję się zgubić.
Pierwszy punkt dostępny niemal ze ścieżki, więc bezstresowo, tak na dobry początek. Do dwójki między zabudowaniami, a potem ze skrzyżowania na azymut - idealnie na punkt. Jak widać z przebiegu (a i Tomek posprawdzał na lidarach) trójka stała w złym dołku, ale najwidoczniej bliski był mi tok myślenia osoby wieszającej lampiony, bo trafiłam bez problemu:-) Do czwórki na wszelki wypadek namierzałam się trzyetapowo - do skrzyżowania, do wykrotu i dopiero dołek. Zadziałało. Piątka była bardzo blisko i myślałam, że ją z daleka zobaczę, ale lampionów z dna dołka nie widać i oczywiście najpierw trafiłam do dołka stowarzyszonego. Za to do szóstki poleciałam jak po sznurku. Przy szóstce teren już się zaczął fałdować, a do siódemki trzeba było przeciąć wydmę. Starałam się nawet biec pod górkę i prawie mi się udało. Ale zmachałam się tak, jakbym wbiegła. Więc uważam, że zaliczone. Tak mi dobrze szlo nawigacyjnie, że w końcu straciłam czujność, zdekoncentrowałam się i przed ósemką zniosło mnie na zachód, na skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam na które. Na szczęście czasy wpadania w panikę przy zgubieniu się dawno mam już za sobą, więc po prostu przeleciałam się kawałek drogą patrząc jaki ma przebieg, gdzie z czym się krzyżuje, gdzie zakręca. A może ze zmęczenia tak się zakręciłam, bo od siódemki znowu trzeba było wrócić na drugą stronę wydmy. A zgadnijcie gdzie była dziewiątka!? Oczywiście znowu za wydmą. I proszę - żadne biegi górskie mi niepotrzebne, wystarczy sama orientacja, żeby się zarżnąć. Na dziewiątkę wyszłam prawie idealnie i nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamiast podejść do najbliższego dołka (z lampionem) zacząć przeszukiwać te dalsze. Zaćmienie umysłowe normalnie. Dziesiątka i jedenastka weszły bez problemu, a w drodze na dwunastkę coś zaczęłam omijać (za cholerę nie pamiętam co, a na mapie nic do omijania nie ma). Trochę mnie znosiło, ale że punkt był między dwoma posesjami, więc wiedziałam, że i tak trafię, bo miejsce zbyt charakterystyczne żeby je zgubić. Trzynastka chyba przeniosła się do sąsiedniego dołka, ale i tak ją zdybałam. Do czternastki, przez wydmę, już nie miałam sił biec, ale za to idąc spokojnie mogłam się dobrze namierzyć i wyszłam na nią idealnie. W połowie drogi do piętnastki zmieniła mi się koncepcja i zeszłam z azymutu, żeby dojść do drogi prowadzącej do zabudowań. Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem po co zrobiłam taki manewr, bo wcale ani szybciej, ani łatwiej nie było. Chyba tylko dla urozmaicenia sobie trasy. A potem już tylko meta, metunia, meciątko. Na mecie czekał już Tomek, który swoją dłuższą trasę jakoś pokonał szybciej niż ja swoją krótszą i wstrzeliłam się w moment, kiedy opowiadał komuś o przekoszonej północy na mapie. Kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Więc jakim cudem trafiłam na wszystkie punkty, a na niektóre do tego idealnie??? Cud, normalnie cud.
A poniżej dowód, że nic, ale to nic nie naściemniałam:-)



poniedziałek, 13 maja 2019

A tak sobie biję...

W czasie długiej majówki nie pojechaliśmy ani na Rudawską Wyrypę, ani na Jaszczura, a dodatkowo okazało się, że w okolicy nie ma w tym czasie żadnego InO. Na te wolne dni mieliśmy co prawda czasochłonny plan ocieplania strychu, ale zostać tak zupełnie bez żadnej imprezy to jednak trochę głupio. Dobrze, że Tomkowi się przypomniał Bieg Konstytucji i rzutem na taśmę zdążyliśmy się zapisać. Pogoda na bieg trafiła się taka ambiwalentna, bo z jednej strony wolę biegać jak jest zimno, ale z kolei czekać na start w dość skąpym odzieniu przy kilku stopniach powyżej zera to brrrr. Depozyt, w którym można było zostawić swoje rzeczy był dość oddalony od startu, a trudno też było przylecieć tak na ostatnią chwilę. W końcu wymyśliliśmy, że weźmiemy jakieś stare łachy na grzbiet, które najwyżej porzucimy na pastwę losu i jak się po biegu znajdą to fajnie, a jak nie, to żadna strata. Taki był plan, a tymczasem inni biegacze pojechali nam po ambicji, bo od depozytu szli już porozbierani, więc nie chcąc wyjść na mięczaków, zrobiliśmy podobnie. Na miejsce startu oczywiście ruszyliśmy biegiem żeby nie marznąć, a potem robiliśmy dłuugą indywidualną rozgrzewkę oraz trzy krótkie oficjalne. Tomek zrobił dwie, bo startował w grupie przede mną, więc na moją się nie załapał.

W przerwie między rozgrzewkami.

Nie wiem jak organizatorzy to zrobili, ale w porównaniu do ubiegłego roku trasa była jakaś krótsza, a podbieg na Agrykoli mniej stromy i też jakby krótszy. W związku z powyższymi ułatwieniami biegłam krócej - dokładnie tyle, ile Tomek w ubiegłym roku. Czy on rok temu miał jakąś skróconą wersję trasy???

 Na trasie. (Fot. ze strony FotoMaraton.pl)

Tak, czy siak - oficjalnie nazywa się to, że zrobiłam życiówkę i choć może nie była imponująca, cieszyłam się jak głupia. Tak się cieszyłam, cieszyłam, ale tylko przez jeden dzień. Sama sobie tę radość zepsułam, bo następnego dnia na parkrunie pobiegłam jeszcze szybciej i ustanowiłam nowy indywidualny rekord. Piątkę konstytucyjną pokonałam w 27 minut i 11 sekund, a już dzień później byłam szybsza o 24 sekundy.
I tak to z własnej głupoty człowiek nawet się rekordem nie ma kiedy nacieszyć.

 Tuż przed metą, z nowym rekordem.

annn

środa, 13 marca 2019

300 parkrun Warszawa-Praga!

W parkrun wsiąkamy coraz bardziej, więc na trzechsetnej edycji nie mogło nas zabraknąć. Szczęśliwie nie mieliśmy w tym czasie żadnych konkurencyjnych zawodów. Rano łyknęliśmy znowu po szklance soku z buraka, w razie gdyby się nam zachciało bić rekordy, ale muszę powiedzieć, że po informacji o konieczności wypicia pół litra, moja wiara w skuteczność jednej szklanki mocno podupadła. Na dodatek nawet ta jedna szklanka wchodziła opornie. Na domiar złego obudziłam się z bólem głowy i wysokim ciśnieniem. Jakoś jednak zebrałam się w sobie i pojechaliśmy.

Parkrunowa ramka.

Na miejscu zbiórki zastaliśmy zdecydowanie więcej biegaczy niż normalnie, a nawet po raz pierwszy pojawili się Sylwia i Krzysztof - najwyraźniej udało się nam ich zachęcić. Były baloniki, przebierańce różnej maści, fotoreporterzy (my oczywiście wzięliśmy kamerkę), a dla każdej kobiety przed startem talon na goździki, które miałyśmy odebrać na mecie. Po okolicznościowych przemówieniach i tradycyjnym odpytaniu  kto pierwszy raz?, kto z innej lokalizacji? oraz przypomnieniu sponsorów w końcu (tradycyjnie spóźnieni) ruszyliśmy.

I wystartowali!

Tak jakoś wyszło, że wokół nas na starcie stali sami młodzi i silni mężczyźni, więc jak ruszyli, to z kopyta. Ponieważ nie chciałam zostać przez nich stratowana, też musiałam ruszyć w ich tempie. Oczywiście to było dla mnie dużo, dużo za szybko. Jak tylko się ciut przeluźniło, od razu zwolniłam. Daleko nie ubiegłam, kiedy poczułam silny ból głowy. W połączeniu z porannym ciśnieniem nie wróżyło to nic dobrego. Ponieważ biegam raczej dla przyjemności, nie miałam zamiaru umierać ani nawet cierpieć za wynik, więc zwolniłam do bardzo wolnego truchtu i zaczęłam rozważać opcje zejścia z trasy. No ale jak to tak zejść z trasy na trzechsetnym parkrunie? To już lepiej dojść albo się doczołgać! Postanowiłam więc truchtać sobie powoli, a w razie czego maszerować. Na szczęście trucht wystarczył, a chwilami nawet zrywałam się do biegu, ale ostrożnie.

Biegnę, biegnę...

Ania, moja tradycyjna rywalka łyknęła mnie dość szybko, a potem wyprzedzał mnie kto tylko chciał. O dziwo, nie wszyscy chcieli i wcale na metę nie dotarłam taka ostatnia. Gdybym dała radę na końcówce ciut przyspieszyć to przybiegłabym jako setna osoba, no ale nie dałam rady i byłam sto pierwsza.

Upragniona meta!

Na mecie otrzymałam też obiecane wcześniej goździki:
Były także ciastka, ptasie mleczko, ciasto domowej roboty - jak impreza, to impreza! Potem kto chciał mógł sobie zrobić fotkę w parkrunowej ramce, a na koniec oczywiście wszyscy ustawiliśmy się do grupowej fotki.

Nas to tylko oprawić w ramkę:-)

Uwaga: wszystkie zdjęcia (oprócz goździków) pochodzą z parkrunowego FB, a autorami są Agnieszka i Michael.

A teraz najlepsze - film!

niedziela, 3 marca 2019

4 sekundy wyciśnięte z buraka.

Tak się czasem włóczę po Internetach i czytam różne takie biegowe strony i na którejś z nich wyczytałam, że anemicy to tak średnio mają szansę na szybkie bieganie. Ponieważ ja zawsze miałam dość marne wyniki krwi, więc od razu poleciałam zrobić sobie morfologię, bo jak wyjdzie nie bardzo, to będę miała czarno na białym, że to nie ja jestem winna marnemu bieganiu, tylko anemia. Wyszło tak sobie - jeszcze w granicach normy, ale na samiutkim dole widełek. No to (naczytawszy się uprzednio jak polepszyć parametry bez leków) od razu poleciałam do sklepu i kupiłam wątróbkę, kaszankę i salceson. Za wątróbką nie przepadam prawdę mówiąc, kaszanka jest dla mnie raczej neutralna, a salceson lubię. Tak poleciałam po mięsnych rzeczach, bo ponoć żelazo hemowe lepiej się wchłania. Ale, ale - co sobie będę żałować? Następnego dnia dokupiłam worek buraków, pęczek pietruszki i chciałam jeszcze kilo gwoździ, ale w Auchan nie mieli:-( Pocieszyłam się, że w takiej pędzonej pietruszce to oprócz żelaza mam jeszcze pewnie całą tablicę Mendelejewa, więc i tak jestem do przodu i na swoje wyjdę. Z buraków utoczyłam trochę soku, spróbowałam, powstrzymałam odruch wymiotny i czym prędzej dorzuciłam do sokowirówki marchewkę i jabłko. Takie trio weszło bezproblemowo. Po fazie eksperymentów na własnym, żywym organizmie, postanowiłam napój przetestować na większej próbie badawczej, czyli na Tomku (większy ode mnie). Ustaliliśmy, że w sobotę przed parkrunem wypijamy po szklance soku i lecimy zrobić życiówki. Udało nam się wcisnąć w siebie po niepełnej szklance cudownego napoju, bo wcześniej zjedliśmy śniadanie i miejsce w żołądku było zajęte. Przed biegiem zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, żeby nie było to czy tamto i od startu ruszyliśmy ostro. Moja tradycyjna konkurentka, podobnie jak tydzień wcześniej, została z tyłu, a ja gnałam napędzana tymi burakami. Gdzieś w połowie trasy konkurentka dogoniła mnie, wymieniłyśmy grzeczności, po czym przyspieszyłam zostawiając ją za plecami. Nooo, tego jeszcze nie przerabiałam.

 Fotka z parkrunowego fejsa - autorem jest Arek.

Gdzieś tak przed ostatnią prostą trochę chyba musiałam zwolnić, bo parę osób mnie wyprzedziło, chociaż może po prostu zaczęli tak wcześnie finiszować. Konkurentka dopadła mnie przed ostatnim zakrętem, ale słyszałam, że dyszy nie mniej ode mnie. Długą chwilę biegłyśmy łeb w łeb. Zdekoncentrował mnie Tomek, który widząc co się dzieje, zaczął mnie dopingować. Niestety, okazało się, że doping bardziej pomógł rywalce i wyprzedziła mnie o 5 sekund. Ale i tak pobiłam własny rekord i mam nową życiówkę! Poprawiłam swój rekord o całe CZTERY sekundy!Tomek swój też! Ale tylko o trzy:-) Ludzie! Jakie te buraki człowiekowi dają przyspieszenie! :-)
W drodze do Wesołej (bo pojechaliśmy jeszcze na WesolInO) doczytałam w Internetach, że tego soku to trzeba wypić pół litra żeby zadziałał, a nie - jak my - małą, niepełną szklaneczkę. Bo widzicie - najważniejsze, że my w te buraki uwierzyliśmy! Pomogło! Zresztą gdybym wypiła pół litra soku, to czas miałabym dużo, dużo gorszy, bo na trasie biegu nie ma toalet i musiałabym pewnie lecieć na najbliższą stację benzynową.

Na WesolInO już nie planowałam bić żadnych rekordów, a jedynie nie zgubić się i dotrzeć na metę. Kiedy zobaczyłam mapę, jeszcze bardziej zapragnęłam nie zgubić się. Na mapie większą część kartki zajmował opis punktów i legenda, tak 2/3 strony było po prostu białe, niezadrukowane, a w rogu widniały kółeczka oznaczające PK i linie łączące te kółeczka. Jak się dobrze przyjrzeć, to można było jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć jakieś szczątki treści pod kółeczkami i liniami i... to wszystko. Jednym słowem - trasa Świętego Azymuta.

Chyba na tuszu oszczędzają:-)

Całe szczęście, że akurat azymuty, to jedna z niewielu rzeczy, które mi w tej orientacji dość dobrze wychodzą, więc założyłam, że jakoś dam radę. Zresztą, dość niepostrzeżenie, przeminęły już czasy, kiedy zgubiwszy się wpadałam w panikę i albo biegłam gdziekolwiek przed siebie, albo wracałam na metę, jeśli wiedziałam gdzie ona jest. Teraz potrafię się zlokalizować porównując mapę z terenem i zamiast histeryzować, myślę. Nawet działa.
Moja trasa miała pięć kilometrów i trochę podbiegów. Ponieważ po rekordach byłam już ciut wycięta, więc nie nastawiałam się na szybkość, a jedynie celność. I muszę przyznać, że z tym ostatnim nie miałam problemów. Truchtałam sobie z punktu na punkt, na azymut oczywiście i z reguły zawsze wychodziłam na lampion, a jak nie, to przynajmniej był w zasięgu wzroku. Pod górę częściej podchodziłam niż wbiegałam, przez las też nie zawsze dało się biec, toteż i czas miałam taki mniej ambitny - prawie godzinę. Na dobiegu do mety spotkałam Tomka i na ostatniej prostej zrobiliśmy sobie wyścig. Wygrałam. Albo dał mi wygrać:-)
Muszę przyznać, że sobota była dobrze wybieganym dniem!

Tak wygląda mój przebieg. Chyba dość przyzwoity?

czwartek, 28 lutego 2019

Sobotnie rytuały

Chyba zaczyna nam się wykształcać nowa, świecka, sobotnia tradycja - rano parkrun, potem FalInO lub WesolnO, w zależności, co jest akurat dostępne. Tak było i w ostatnią sobotę. Na parkruna jechaliśmy bojowo nastawieni, przekonani, że ustanowimy nowe rekordy. Własne oczywiście, nie światowe. Tomek opracował mi plan działania:
- Najpierw zapie….asz, potem trochę wolniej, a na koniec znowu zapie….asz!
Ponieważ jestem ambitna, postanowiłam trochę zmodyfikować plan i zapie….ać cały czas. Na starcie ustawiliśmy się w pierwszej linii, no bo życiówka, nie? Ruszyłam od razu ostro. O dziwo, nogi nie odmówiły współpracy, a i z oddychaniem jakoś wyrabiałam. Moja bezpośrednia konkurentka (z przedziału wiekowego) została w tyle i postanowiłam nie dać się jej wyprzedzić. Już mniej więcej pamiętam trasę, więc łatwiej mi było rozkładać siły, no i mogłam się pocieszać: jeszcze do jeziorka, do mostku, do siłowni. Tak gdzieś w trzech czwartych trasy ciut mnie przymuliło i nieco zwolniłam. Moja rywalka wykorzystała chwilę słabości i dogoniła mnie przyjaźnie zagadując.
- Kurczę, to ona ma jeszcze siłę gadać??? - pomyślałam, wysapując krótką odpowiedź.
Chwilę biegłam tuż za jej plecami, ale odległość wciąż się powiększała. Nie tak drastycznie jak dotychczas, ale jednak. Pod koniec znowu przyspieszyłam, a na ostatnich metrach, gdzie zwykle wlokę się ostatkiem sił, nawet za bardzo nie zwolniłam. Niestety, rekordu nie było - zabrakło marnych 25 sekund:-( Tomkowi zabrakło jeszcze mniej, bo 6 sekund. W następną sobotę to już na pewno nam się uda!
Po parkrunie Falenica i FalInO. Tym razem organizator nie pomylił map i panie biegały na swoich mapach, a panowie na swoich. Ponieważ ostatnio wyszło na jaw, że panie spokojnie radzą sobie z trasą męską, więc dostałyśmy traskę dłuższą niż zwykle, czyli 6 km. Faceci dostali ponad 8 km.
Ja tam byłam zadowolona, bo na takie trzy, czterokilometrowe to już mi się za bardzo nie chce wychodzić, bo to więcej dojazdu niż samej zabawy. Chętnie bym napisała, ze przeleciałam bezproblemowo, ale dwa razy się zacięłam. Najpierw  z trójki na czwórkę trochę się zapędziłam i wylądowałam przy strzelnicy, ale na szczęście od razu wiedziałam gdzie jestem, a czwórka była blisko. Do kolejnych punktów biegłam jak po sznurku i popadłam w końcu w taki samozachwyt, że to się musiało źle skończyć. Już stosunkowo blisko mety, przy grupie punktów 13-17 byłam tak wyluzowana, że prawie nie patrzyłam na mapę, a i w teren tak jakoś nieuważnie. I w efekcie zgubiłam PK 14. Oddalałam się od niego i tylko troszeczkę mi coś nie pasowało. A powinno bardzo nie pasować! Dopiero kiedy dotarłam do zabudowań, na metę Biegów Górskich skapnęłam się, że powinnam być bardzo gdzie indziej. Musiałam wrócić kawał drogi, do tego na szczyt wydmy, a przy tych wszystkich biegaczach górskich wstyd mi było włazić krok za krokiem, więc wbiegłam na tę pioruńską górę mało nie wyzionąwszy ducha. Na ostatnie punkty już się bardziej skupiłam. Ponieważ trasę pokonywałam spokojnie, świńskim truchtem, to i miejsce odległe. Ale podobno im wolniej się biegnie, tym szybciej się chudnie (czy jakoś tak), więc nie narzekam.
Szybko to było na parkrunie, a FalInO to rozrywka.


Trasa kobieca.

piątek, 1 lutego 2019

Dałam sobie w kość

Po nieudanym Szybkim Mózgu taka byłam niedobiegana, że w sobotę postanowiłam to nadrobić i zamiast wybierać między parkrunem, a FalInO, postanowiłam zaliczyć obydwa. Tomek zawsze chętny do wielkich wyczynów od razu poparł inicjatywę.
Na parkrunie planowałam co najmniej pobić swój rekord, a w ostateczności nie dać się przegonić Ani - mojej rywalce z kategorii wiekowej. Tak mi się wydawało, że jak przebiegłam w niedzielę 15 kilometrów i przeżyłam, to taka piątka będzie jak bułka z masłem. O, jak bardzo się myliłam. Zaczęłam takim średnim tempem - więcej niż marsz, mniej niż w trupa. Trzymałam się blisko pleców Ani, a po drugim okrążeniu miałam w planach ją wyprzedzić. Nadeszło drugie okrążenie, a jej plecy zaczęły się niepokojąco oddalać. Usiłowałam przyspieszyć, ale gdzie tam... Od razu zaczynałam dyszeć jak stara lokomotywa, a nogi usiłowały załamać się pode mną. Zwolniłam, bo co miałam zrobić? Na ostatniej prostej biegłam już siłą woli, aż Louis widząc moją mękę poczekał i biegł obok dopingując mnie z całych sił. Na metę "wpadłam" z mroczkami w oczach (nie, nie tymi z telewizji) i czasem mocno mizernym. I wcale nie satysfakcjonowało mnie to, że nie byłam ostatnia. Za mną maszerowali jeszcze nordic walkingowcy.
Odkuć planowałam się w Falenicy, ale im bliżej celu, tym bardziej zdawałam sobie sprawę, że sił to mi na pewno braknie. Po głupiej piątce wciąż nie mogłam dojść do siebie. Z braku innych możliwości przyjęłam więc założenie, że w Falenicy biegam dla przyjemności, w takim tempie jakie odpowiada mojemu organizmowi.  Organizator tym razem nie zrobił mi głupiego numeru z pierwszym punktem nie wiadomo gdzie, tylko tak jak ustawa przewiduje powiesił go w lasku przed szkołą. Potem trasa prowadziła pod nasz stary dom (mieszkaliśmy kiedyś na Tyszowieckiej) i to było bardzo miłe. Szło mi całkiem dobrze i nawet biegłam. Drogami nie zawracałam sobie głowy i leciałam uporczywie na azymut. Przy PK 6 okazało się to moim błędem.Co prawda dotarłam do lampionu, ale niestety stowarzyszonego, czyli z trasy męskiej. Ponieważ nie miałam go na mojej mapie, to nawet nie mogłam się z niego namierzyć:-( Błąkałam się więc chwilę po okolicy usiłując jakoś dopasować teren do mapy, czy odwrotnie i w końcu udało mi się ustalić gdzie jestem. W tym momencie znalezienie punktu nie było już trudne. Tomek powiedział mi potem, że w tamtym rejonie są jakieś anomalie i kompasy niezbyt sobie radzą. Mój nie poradził.
Na kolejne punkty leciałam już ostrożniej, bacznie rozglądając się gdzie jestem. Szło dobrze do dziesiątki. Tu zgubiłam się już tylko i wyłącznie na własne życzenie. Punkt stał na przedłużeniu asfaltu, który zakręcał o dziewięćdziesiąt stopni i prawie pod sam punkt prowadziła ścieżka. No, ale ja przecież nie hańbię się lataniem po drogach i ścieżkach. Ja mam azymuta. Ten azymut to mnie co prawda podprowadził niemal pod lampion, ale ja z rozpędu poleciałam dalej, dalej i dalej. W końcu dotarło do mnie, że dużo za daleko... Potulnie wróciłam na zakręt i skorzystałam ze ścieżki. Pokora czasem popłaca:-) Kolejne punkty wpadły bez większych problemów nawigacyjnych, ale tempo miałam już bardziej spacerowe niż wyczynowe. Tutaj też nie byłam taka ostatnia, aczkolwiek zdecydowanie pod koniec stawki. Ale co tam - grunt, że pobiegane!
Po tych dwóch biegach byłam taka wycięta, że w drodze powrotnej zasnęłam w samochodzie oparta o deskę, którą wieźliśmy do domu, a potem do końca dnia jakoś nie mogłam się pozbierać w sobie. Chyba coś mi się starość dobiera do skóry.


czwartek, 22 listopada 2018

Bijemy rekordy

W sobotę po raz drugi udało nam się dotrzeć na parkrun. Po GEZnO już nas przestały boleć nogi, więc uznaliśmy, że pora się poruszać. Ponieważ ogólnie czułam się jeszcze trochę zmarnowana, zakładałam, że tak się tylko przelecę rozrywkowo i nie nastawiałam się na żadne dobre wyniki. Ponieważ poprzednio zarżnęłam się zaczynając za szybko, obiecałam sobie, że najpierw potruchtam i dam się wszystkim przegonić, a potem się zobaczy.
Znowu natrafiliśmy na jubileuszowy parkrun, bo jeden z biegaczy dwusetny raz wyruszał na trasę, a żeby uczcić to wydarzenie, rzucił wyzwanie gołej klaty, co oznaczało bieg bez koszulki. Tylko jedna osoba podjęła rzuconą rękawicę i to osoba płci żeńskiej. Aż mię ciarki przeszły po grzbiecie kiedy w tym zimnie zrzucili z siebie wszystkie warstwy i tak byłam tym poruszona, że zupełnie zapomniałam o truchtaniu i rzuciłam się w pogoń za odbiegającą czołówką. Zresztą było tak zimno, że szybki bieg był jedyną metodą rozgrzania się. Jak zawsze metoda zadziałała i już po pierwszym kilometrze byłam gotowa porzucić w krzakach kamizelkę, ale trochę mi było szkoda, bo prawie nówka sztuka, a przynajmniej mało śmigana. Zaczynałam żałować, że nie podjęłam wyzwania gołej klaty i następnym razem zastanowię się nad tym.
No to tak biegłam i biegłam zamiast truchtać (to znaczy dla postronnego obserwatora to pewnie był trucht, ale dla mnie bieg wyczynowy), sapałam niczym mała lokomotywa, a inni i tak mnie wyprzedzali. Nie chciałam dobiec do mety tak na samym końcu stawki, więc na ostatnim półkokrążeniu (bo biegamy dwie i pół pętle) przyspieszyłam i przed ostatnią prostą udało mi się dogonić i wyprzedzić kilkuosobową grupkę. Nie był to specjalny wyczyn, bo panowie biegli wyraźnie rekreacyjnie konwersując z ożywieniem całą drogę. Na dobiegu do mety chciałam jeszcze przyspieszyć, kiedy nagle zaczęło odcinać mi zasilanie. W momencie poczułam, że zaraz padnę na pysk i żadna siła nie zmusi mnie do podniesienia się. Noo, głupio tak paść plackiem przed metą, więc zwolniłam, zacisnęłam zęby, spięłam pośladki i siłą woli dowlekłam się do punktu pomiaru czasu dając się w ostatniej chwili wyprzedzić bezpośredniej rywalce Ani z mojej kategorii wiekowej.

Upragniona meta.

A potem opadłam na ławkę i dochodziłam do siebie. Tomek dziwił się, co tak szybko dobiegłam, a ja nawet nie mogłam sprawdzić swojego czasu, bo oczywiście tak kombinowałam przy stoperze, że nie zadziałał. Kiedy kilka godzin później na stronie parkrunu pojawiły się wyniki, ze zdziwieniem i niedowierzaniem gapiłam się w mój nowy rekord - 28:25. Poprawiłam się o ponad minutę! Tomek też poprawił swój czas, ale tylko o 6 sekund. Wyszło mi, że jeśli w takim tempie będę ustanawiać nowe rekordy, to przed emeryturą zdążę osiągnąć w biegu prędkość światła. I kto mnie wtedy wyprzedzi mądrale, no kto???

P.S.
Zdjęcie autorstwa Agnieszki zapożyczone z parkrunowej tablicy na fejsie.

piątek, 26 października 2018

Parkrun - podejście pierwsze.

Po Biegu z Radością tak się rozochociłam w biciu własnych rekordów, że od razu zaczęłam rozglądać się za jakąś kolejną piątką. Ponieważ wyjątkowo mieliśmy wolną sobotę postanowiłam przetestować parkrun. Parkrun ciągle gdzieś mi się obijał o uszy i ciągle nie było okazji zobaczyć czym to się je. Tomek oczywiście też się od razu zapalił do tego pomysłu, więc zarejestrowaliśmy się i w sobotę rano ruszyliśmy bić rekordy:-)
No dobra, przyznam się - przez moment, kiedy trzeba było rano wyleźć spod ciepłej kołdry, pomyślałam sobie, że po co mi to było, ale kiedy już wstałam entuzjazm powrócił.
Biegać mieliśmy w Parku Skaryszewskim, a wszyscy uczestnicy mieli się zebrać pod Pomnikiem Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej. Jak się okazało była to ostatnia okazja zobaczenia pomnika, bo właśnie był demontowany.
Zebrała się całkiem spora grupa - nie przypuszczałam, że parkrun jest aż tak popularny. Zidentyfikowaliśmy organizatorów, zasięgnęliśmy języka co i jak i czekaliśmy na start od czasu do czasu machając to ręką, to nogą w ramach rozgrzewki. Myślałam, że rozgrzewka też będzie zorganizowana i ktoś nią pokieruje, ale okazało się, że każdy robi we własnym zakresie. W końcu ruszyliśmy na linię startu gdzie jeszcze przez kilka minut organizator wygłaszał orędzie do ludu. W końcu padło hasło do biegu i poooszli.
Usiłowałam na początku za bardzo nie zostawać w tyle, więc biegłam ciut powyżej swojego normalnego tempa. Oczywiście wiedziałam, że nie dam rady tak lecieć do końca, szczególnie, że jestem przyzwyczajona do opcji - najpierw wolno, potem przyspieszyć. To tak zgodnie z radami kolegi, który mi zawsze mówił, że jak się zmęczyłam, to trzeba przyspieszyć. W sumie ma to sens, bo im szybciej się biegnie, tym szybciej koniec męki:-) Ponieważ parkrun to nie żadne zawody, postanowiłam więc poeksperymentować i pobiec na odwrót. Do przebiegnięcia mieliśmy dwa i pół okrążenia parku. Już pierwsze okrążenie ciągnęło się w nieskończoność, a przede mną widniało coraz mniej biegaczy. Jeszcze nigdy w życiu widok jakiegokolwiek pomnika nie wywołał we mnie takiej radości, jak widok tych żołnierzy radzieckich, bo to oznaczało, że pierwsze okrążenie mam za sobą.
- Dobra, dałam radę jedno, to i dam radę drugie - pomyślałam.
Drugie okazało się jednak jakby dłuższe i trudniejsze. Zaczęłam dyszeć jak stara lokomotywa, ale starałam się jeszcze utrzymać tempo. No ale gdzie tam, nie dałam rady i musiałam zwolnić.
- Kurde, wyprzedzają mnie starcy, kobiety i dzieci.
- Czy ktoś w ogóle jeszcze za mną biegnie?
- No przecież się nie odwrócę, bo stracę cenną sekundę!
- Dobrze, że chociaż zamykający trasę nie może mnie wyprzedzić.
Takie myśli przebiegały mi przez głowę i to jest chyba główna różnica między zwykłym biegiem, a BnO. W BnO nie ma czasu na myślenie o pierdołach, czy użalanie się nad sobą, bo jak się człowiek nie skoncentruje na mapie, to poleci na manowce i po ptokach.
Wciąż biegnąc udało mi się pokonać drugie okrążenie i zostało już tylko pół. Niektórzy wyprzedzający mnie biegacze pocieszali, że już niedaleko i stąd wnioskuję, że musiałam przedstawiać sobą obraz nędzy i rozpaczy. Przeważnie na ostatniej prostej do mety znacząco przyspieszam, ale tym razem byłam wykończona za szybkim początkiem i nie byłam w stanie. Ale przynajmniej nie zwolniłam! Jakie było moje zdziwienie kiedy po sczytaniu wyników okazało się, że poprawiłam swój rekord o jakieś pół minuty. Zakładając oczywiście, że trasa miała faktycznie 5 km, a pomiar czasu był dokładny.
Kiedy już złapałam oddech po biegu i byłam w stanie ustać na nogach szybciutko wróciliśmy do domu, bo akurat miał przyjść fachowiec od remontu. Tym sposobem nie zobaczyłam co dzieje się na parkrunie po biegu, bo może akurat są jakieś atrakcje. Ale spoko - nadrobię to. Spodobało mi się i planuję pojawiać się w te soboty, kiedy akurat nie będziemy mieć zawodów.  Czyli najwcześniej w połowie listopada:-(
W tygodniu zdecydowanie powinny być dwie soboty - inaczej w żadnym razie nie wyrobię się ze swoimi planami!