Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mapą na spacer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z mapą na spacer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 listopada 2019

Z mapą na spacer, w znaczeniu doslownym:-)

Nie, świat nie skończył się na Przejściu Smoka, to tylko ja mam znowu opóźnienia. We środę po Smoku pojechaliśmy biegać na "Z mapą na spacer" na Białołękę. W tym roku, chociaż byłam zapisana na cały cykl, jakoś nie składało mi się i to miał być chyba mój drugi występ w imprezie. Teren zawodów był niewielki, więc nawet trasa długa miała mieć poniżej 3 km. Ale nawet zmieszczenie 2 km na tym małym kawałeczku wydawało mi się pomysłem dość karkołomnym, więc tym bardziej byłam ciekawa jakież to mapy przygotują nam organizatorzy. No i wyobraźcie sobie, że udało im się upchnąć na skraweczku lasu aż 27 PK


Punkty były naćkane jeden koło drugiego i były aż trzy motylki. Z jednej strony łatwo, bo wszędzie blisko, to nawet czesząc po centymetrze można wszystko znaleźć, z drugiej strony trudno, bo człowiek się jeszcze nie rozpędzi, a punkt już zostaje w tyle.
Wyruszyłam w ciemność zaraz za Tomkiem, korzystając z czyjejś nieobecności, bo moja minuta startowa była znacznie późniejsza. Już po kilku krokach wiedziałam, że nie będzie żadnego biegania. Po pierwsze to nic nie było widać, no bo ciemno, a po drugie pod warstwą spadłych liści kryły się różne nieprzyjemne niespodzianki, a bardzo nie chciałam się uszkodzić.
To była taka trochę śmieszna runda - szłam  (no bo przecież nie biegłam) na jakiś punkt, trafiałam kierując się światłem czołówek i albo docierałam na właściwy, albo na całkiem inny i z niego namierzałam się dalej. Jakoś to nawet powoli szło. Bardzo powoli w zasadzie. Błąkałam się praktycznie przy każdym punkcie, mimo że uczciwie i skrupulatnie ustawiałam kompas, więc może trafiłam na jakieś anomalie magnetyczne, albo co:-) Najlepiej wyszedł mi jeden z dłuższych przebiegów - z PK 5 na PK 6. Z dziewiątki zamiast na dziesiątkę powędrowałam na dwójkę i dobrze, że mam nawyk sprawdzania kodu, więc przynajmniej wiedziałam gdzie jestem. Był jeden jedyny odcinek, kiedy biegłam, tak jak powinnam przez cały czas - z dwunastki na trzynastkę, oczywiście zahaczając wcześniej o PK 14, bo czemu nie? Ścieżek zasadniczo unikałam, bo przecież nie jestem cienias, co spaceruje po ścieżkach, a poza tym przecież nie pozwalał mi na to święty Azymut.
W okolicach PK 24 czekał na mnie Tomek, który już dawno zaliczył trasę i chciał uwiecznić moje zmagania z mapą.

PK 25

Nawet z ostatnim punktem stojącym tuż przy szkole i mecie, tyle, że po drugiej stronie ulicy, miałam problem. Konrad pokazywał mi go palcem, a ja niczym totalna ślepota patrzyłam nie widząc.
Muszę przyznać, że tak abstrakcyjnego śladu to nie miałam chyba z żadnych zawodów - wygląda jakbym się snuła po lesie w jakimś pijanym widzie nie wiedząc gdzie i po co lezę.


czwartek, 6 czerwca 2019

Gdy brakuje lampionów....

Miało być tydzień wcześniej, ale przeniesiono na 29.05.2019. Z Mapą na Spacer - Runda 3. Dzięki tej zmianie terminu udało mi się wystartować, bo tydzień wcześniej jechaliśmy właśnie na Jagę-Korę. Tylko mi, bo Renata znowu odmówiła wyjazdu na Białołękę. Ja myślę, że skojarzyła, iż były tam zawody rok temu. Zawody opisywane i komentowane. Gdzie w małym prostym lasku zabrakło jednego lampionu, a mapa się zgadzała… z niczym. Przypomniała sobie ile czasu spędziła w lesie, chodzenie po krzakach, wątpliwe punkty i znalazła wymówkę by nie jechać;-)
Dopchałem się do startu jako jeden z pierwszych. Dostałem mapę i….pierwszy punkt daleko. Niestety, po pierwszych krokach okazało się, że czuję w nogach jeszcze Beskid Niski. Nawigacja także nie szła rewelacyjnie - tu lekko przebiegłem punkt, tu nie dobiegłem – ale skoro mapa średnio zgadza się z terenem…
Pierwsze poważne ostrzeżenie - PK 9, gdzie kod lampionu nie zgadzał się z tym na mapie. Chwila zastanowienia czy na pewno dobrze i bieg dalej. Potem feralna 11-stka. Brak lampionu. Dobiegłem bezbłędnie, ale nic. W zeszłym roku, chyba na tej samej lub sąsiedniej górce, także nie było lampionu. Tzn. był gdzieś dalej, na innej niż powinien. Na wszelki wypadek przeczesałem wszystkie okoliczne górki. Jako że byłem jednym z pierwszych upewnienie się, że nie ma lampionu zajęło mi najdłużej. Inni wiedząc, że go nie ma, po prostu biegli od razu do 12-stki. Dzięki temu mam najgorszy czas pomiędzy 10 a 12-stką. W takiej sytuacji organizator powinien wszystkim „wyciąć” z międzyczasów przebieg 9-12, a tak spadłem praktycznie na koniec klasyfikacji;-(
No cóż, nie mam szczęścia do lasku Anecińskiego, może za rok….
A mapa wygląda tak niepozornie...


sobota, 20 kwietnia 2019

Wypasiony spacer z mapą


Na spacer z mapą było daleko. Na tyle daleko, że Renata stanowczo odmówiła udania się do Łomianek. Skoro zapłacone, zostało mi pokonać trasę dwukrotnie, by wpisowe się nie zmarnowało.
Niby Łomianki nie są tak daleko od mojej pracy, ale korki i te sprawy, więc spokojnie zdążył się ułożyć w brzuszku obiad wchłonięty tuż po wyjściu z pracy.
Impreza zapowiadała się ciekawie – pierwotnie start i baza były awizowane „pod chmurką”, ale na kilka godzin przed startem pojawiło się info na faceboobku, że baza będzie…w domu zakonnym Sióstr Niepokalanek. Już z daleka przed kościołem było widać lampion XXL. Słowem  „full wypas”.
Takie lampiony powinny być wszędzie zamiast tych standardowyh 30cm x 30cm

Startowałem we wczesnej minucie startowej. Jeszcze za dnia. Trasa „nienormalna” miała mieć coś koło 5,5km. Teren niby znany – był tu kiedyś Puchar Bielan, ze sławnym wielokilometrowym przebiegiem pomiędzy dwoma PK przez całą mapę formatu A3 (1:10000).
Wybiła godzina i wystartowałem. Pierwszy punkt ze ścieżki. Na drugi PK – na azymut – niestety po wertepach i z ciągle kontuzjowaną kostką od razu wyszło wolniej. Dobiegłszy do ścieżki, mając przed sobą dość gęsto zarośniętą górkę postanowiłem okrążyć ją lepszymi drogami. I pierwszy błąd nawigacyjny – szukałem górki zamiast obniżenia. Tak to jest gdy ślepemu da się mapę!
Na PK 3 także jakimś łukiem wyszło – stanowczo miałem znoszenie w prawo!
PK 4 daleko. Ale jest jakaś droga zbliżona do optimum. Lecę. I znowu wychodzi ślepota - drogą okazał się rów (aktualnie bez wody, ale na mapie wyraźnie niebieski). Pewno szybciej było pobiec szerokimi i równymi drogami lekko naokoło! Do PK 5 i PK 6 świadomie pobiegłem na azymut – a co – las wydawał się nawet przebieżny! Na siódemkę to nie dawało się inaczej niż na azymut – znowu mnie zniosło w prawo!
PK 8 daleko. Zaczyna się ściemniać. Co się dało na azymut, ale dalej ciemno, gęsto i pod górę. Wybieram ścieżkę. Powinna mnie doprowadzić blisko punktu, na koniec odbić w lewo i jestem na miejscu. Biegnę sobie ścieżką i widzę, że z prawej wybiegają ludzie z mojej i nie mojej kategorii. Myślę sobie – skąd oni się tam wzięli? To bardzo mało optymalna trasa! Biegnę już wystarczająco, lampion powinien być po lewej. Ktoś biegnie w lewo pod górę – lecę za nim. Za szczytem jest lampion – podbijam. I jestem zadowolony, bo wyprzedzam Przemka, który wyprzedził mnie przy PK 2.
 Zaraz na wschodzie powinna być ścieżka i za dwa centymetry po prawej powinna być dziewiątka. Lecę, dobiegam do tych 2 cm i trafiam na główną drogę „obwodnicę” i polanę z wiatami. Co jest!!! Dla wyjaśnienia – W Lasku Młocińskim jest pętla („hipodrom”) przypominająca kształtem bieżnię na stadionie. Porządna szeroka droga, co chwila ławeczki i inne atrakcje. Tylko dystans znacznie dłuższy niż 400m.
Zatrzymałem się i analizuję – nie jest możliwe bym z PK 8 dobiegł tu w takim czasie. Co ja podbiłam??? Numer na lampionie wydawał się słuszny… ale kto pamięta co podbił? Może mi się pomyliły kody? Trzeba wracać. Już jest ciemnawo, trzeba zapalić latarkę. Do tego telefon (co za idiota bierze telefon na zawody) od dziecka – czy je przywiozę z łyżew. Jak mam przywieźć jak jestem zagubiony w  środku Lasku Młocińskiego? Rozproszyłem się i chwilę szukałem właściwego PK. Bo oczywiście podbiłem ostatnio PK 10, a nie PK 9. Znajduję PK 10 i mozolnie szukam PK 9. Teraz wiem skąd wybiegali Ci, których posądzałem o nieoptymalny przebieg. Patrząc w domu na ślad okazało się, że przeoczyłem właściwą ścieżkę, która powinna odbić w prawo i stąd całe to zamieszanie.
Trzeba przestawić się na bieganie nocne. Wyraźnie zwalniam, bo jednak kostka po Wiosennym 360 nie jest w pełni sprawna, a w nocy to łatwo wpaść w jakąś dziurę i dorobić się poważniejszej kontuzji.
Do PK 11 biegnę z młodym Paprochem. 12 i 13 to banał przy głównych drogach. Na PK 14 wybieram azymut, zamiast biec drogą tuż obok. Znowu znosi mnie w prawo, muszę wracać kawałek. Na PK 15 zostaje tylko azymut. Teren mało przebieżny. Do znalezienia niewielka polanka w gąszczu za ścieżką. Wpadam w krzaki wraz z Andrzejem Krochmalem. Szukamy, szukamy i nic. Jak tu wypatrzyć polankę w gęstwinie w  środku nocy? Ogólnie szukają lampionu spore tłumy. Jako że znosiło mnie do tej pory w prawo – szukam polanki bardziej na lewo. Nie ma. Zrezygnowany lecę do przepustu i znajduję  wreszcie lampion. Do PK 16 bezpiecznie ścieżkami, a przy PK 17 znowu mnie znosi na prawo. Czemu nie zniosło mnie tak przy PK 15??? Dobieg do mety i zakończone. Wyszło mi 8 km, czyli zaliczyłem trasę za siebie i prawie całą za Renatę. Skoro się płaci…
Chyba muszę wymienić kompas – ostatnio coraz więcej mam takich wpadek azymutowych. Kiedyś trafiałem bez problemu w lampion biegnąc tylko na wskazanie igły magnetycznej, a teraz  mam zbyt duże odchyłki. Coś czytałem, że biegun magnetyczny przyspieszył swoją wędrówkę… może to przyczyna?


sobota, 23 marca 2019

Z mapą do d..., a nie na spacer

Urwał nać!
I na tym w sumie mogłabym zakończyć.
No dobra, powiem dlaczego ma urywać.
Pojechałam na to Koło. Zapłaciłam za bilety (pociąg i tramwaj) jak za woły. Nie zapomniałam ani kompasu, ani czipa, ani lampki. Nastawiłam się na bieganie. Cyknęłam sobie pamiątkowa fotkę z duuupnym lampionem. Poszłam na start. Wzięłam mapę. Wystartowałam.
I wszystko szlag trafił:-(
Już ze startu wybiegłam w kompletnie absurdalną stronę. Wszyscy biegli w prawo, więc ja, chociaż pasowało mi w lewo, pobiegłam na wprost. Nie pytajcie: dlaczego? Niezbadane są wyroki mojego mózgu. Pobiegłam na wprost i chociaż już wiedziałam, że to bez sensu, biegłam jak nakręcona dalej. Aż mi się ścieżka skończyła, bo dobiegłam do torów. Mocno naokoło, ale sytuację dawało się jeszcze odratować - wystarczyło pobiec w lewo i punkt miał być niemal przy samej ścieżce. Ale jak się nie sprawdzi skali mapy, a cztery dni wcześniej biegało na 1:50000, to niemożliwym wydaje się szukanie punktu tak blisko. A kompletnie niemożliwym jest znalezienie go, kiedy wypatruje się lampionu i olewa wszystkie mijane słupki, bo to przecież inna bajka, nie? A można było sobie przeczytać regulamin.
Jedynki szukałam więc długo, namiętnie i bezskutecznie. W końcu już nie miałam pojęcia gdzie jestem i w akcie desperacji zatrzymałam przebiegającą Joannę, żeby pokazała mi na mapie. Dobrze, że było ciemno, bo aż płonęłam ze wstydu. To, że dowiedziałam się gdzie jestem, wcale nie znaczyło, że tak od razu trafiłam do jedynki. Ja tak mam, że po ciemku kompletnie tracę orientację, poczucie odległości i nawet strony mi się mylą. A kiedy jadę po ciemku samochodem dodatkowo mam halucynacje i widzę nieistniejące rzeczy. Dlatego raczej nie jeżdżę. Ale żeby nie dać rady nawet biegać??? Ba, biegać... - chodzić, bo przecież to co robiłam trudno nazwać nawet biegiem. Biec to można jak się wie gdzie.
Kiedy już w wielkich bólach znalazłam tę nieszczęsną jedynkę, rozpoczęłam zmagania z dwójką.  Nie, nie udało mi się trafić od razu. Pomyliły mi się strony, a dodatkowo połowy ścieżek nie byłam w stanie zauważyć. Ależ oczywiście, że "biegałam" z czołówką, a nie w całkowitych ciemnościach. Ale dla mnie to w sumie żadna różnica. Za to trójkę udało mi się znaleźć bez większego problemu, bo akurat ktoś ją podbijał i doświetlił swoją lampką. Czwórkę przeleciałam i musiałam ciut wrócić (na śladzie nie do końca trasa zgadza się z rzeczywistością), a na piątkę to chyba w ogóle zapomniałam pobiec. Na szóstce byłam, wbrew temu co pokazuje ślad, a na siódemkę zachowawczo pobiegłam drogami, a nie na azymut, ale za to naprawdę pobiegłam. Do ósemki przedzierałam się przez jakieś absurdalne chaszcze i cud, że nic sobie nie uszkodziłam (w odróżnieniu od Ani i Karoliny). Pomału zaczynał mnie trafiać szlag, ale jeszcze spróbowałam iść na dziewiątkę. Przez krzaczory oczywiście, bo przecież nagle zachciało mi się na azymut. I tak gdzieś w połowie drogi między ósemką a dziewiątką doszłam do kresu wytrzymałości psychicznej. Zaklęłam szpetnie i wielokrotnie, a z wściekłości aż mi łzy stanęły w oczach.
- A pitole takie łażenie po ciemku - warknęłam w duchu, tylko trochę dosadniej i zakręciłam w stronę bazy. Zlekceważyłam mijane PK 25 i 26, a do mety nawet się nie zbliżałam. Bo i po co? W bazie starałam się jak najszybciej ochłonąć zanim pokąsam kogoś i zarażę wścieklizną. Udało się. Postanowiłam sobie, że już nigdy w życiu nie będę sama wychodzić nocą do lasu. To nie ma żadnych szans powodzenia:-(
Tak wyglądała moja rozpaczliwa walka z mapą, lasem i egipskimi ciemnościami:


A ten wspomniany wcześniej wielki lampion był naprawdę wieelki. O, taki:


wtorek, 13 listopada 2018

Z mapą na ... AWF

"Z mapą na spacer" miało być rozruszaniem obolałych nóg po Hale i jednocześnie treningiem przed GEZnO, bo tak wypadło akurat pomiędzy tymi imprezami. Biegać mieliśmy na niewielkim terenie AWF-u, do tego ze startu masowego, więc zapowiadało się ciekawie.

Do startu ustawiliśmy się na schodach.

Pierwszy punkt był na tyłach budynku, jeszcze za dwoma ogrodzeniami, w lasku. Najpierw to sobie myślałam - taki tam lasek, pewnie bardziej park, a tymczasem okazało się, że to istna dżungla. Pod gęstą warstwą liści kryły się zasadzki w postaci wilczych dołów i gałęzi łapiących za nogi lub nagle pękających pod stopą. Widząc jak trup (to znaczy - zawodnik) ściele się gęsto, od razu zarzuciłam pomysł biegania i szłam powolutku ostrożnie wybierając miejsce gdzie postawić stopę. Ponadto okazało się, że moja czołówka w lesie nie daje rady - nie wymieniałam baterii licząc na wsparcie ulicznych latarni, a tu wpuścili nas w las. Mapę to nawet jeszcze widziałam, ale terenu przed sobą to już tylko mały skraweczek. Tym sposobem od PK 1 do PK 8 nie było żadnego BnO, a co najwyżej SnO, czyli Spacer na Orientację, co nawet korespondowało z nazwą imprezy. Prawdziwe bieganie zaczęło się od PK 11, ale to już było zdecydowanie za późno żeby osiągnąć jakiś przynajmniej niezawstydzający wynik. Najlepszym dowodem tego był fakt, że kiedy w końcu dotarłam na metę, nie było już wody i ciastek. Tak zabalowałam na trasie.

Wreszcie na mecie.

Ale co radochy miałam z udziału, to moje. I jeszcze jaki korzystny mi wyszedł przelicznik ceny w stosunku do kilometra, czy liczby punktów! Jednym słowem - bardzo ekonomiczna impreza:-) No, może poza ciastkiem, które mi przepadło. Ale jak patrzę na zdjęcie metowe, to może i nawet lepiej …

sobota, 13 października 2018

Z mapą na spacer spacerowym tempem

Październikowe "Z mapą na spacer" miało być rozgrzewką przed Jurajską Jatką, ale organizatorzy zmienili termin i tym sposobem stało się próbą rozruszania obolałego człowieka po Jatce. Ponieważ potłuczone kolano wciąż trochę mi dokucza, od razu założyłam, że to będzie dosłownie spacer, a nie bieg. No, chyba żeby...
Pomna wpadek z poprzednich imprez - a to ubraniowych, a to oświetleniowych - tym razem zbierałam się powoli i rozważnie i wyobraźcie sobie - wszystko wzięłam! Jaka byłam dumna z siebie! :-)
W pociągu do Ursusa spotkałam mistrza Marcina i to mnie uspokoiło w kwestii trafienia na start, bo przecież z mistrzem nie zginę. Przed szkołą czekał już Tomek i przytupywał nerwowo, że mnie nie ma, a start za chwilę. Miałam pierwszą minutę startową, ale przecież do minuty zerowej był jeszcze kwadrans z okładem.

Za plecami dokładnie widać kwadrans z okładem:-)

Spokojnie zdążyłam się przygotować i punktualnie stanąć na linii startu. Najpierw oczywiście chwilę szukałam na mapie trójkącika , a potem jakoś poszło. No dobra, potruchtało. Kiedy gdzieś koło czwórki dogonił mnie Tomek, który startował trzy minuty po mnie, to nawet zerwałam się do biegu, ale kolano szybko przywołało mnie do porządku. Zresztą - spacer, to spacer. Nawet jeśli wybrało się najdłuższą trasę:-)
Po dziesiątce doznałam jakiegoś zaćmienia i ubzdurałam sobie, że jedenastkę już brałam i poleciałam na dwunastkę. Dopiero przy punkcie zorientowałam się, że owszem - w miejscu gdzie stoi jedenastka faktycznie już byłam, bo to punkt podwójny z siódemką. Jak to trzeba być czujnym. Pikanterii pomyłce dodaje fakt, ze jedenastka stała na terenie ogrodzonych, a do furtki było w pieron daleko. Zresztą sporo było ogrodzeń, które trzeba było obiegać i pilnować gdzie da się wbiec, a gdzie nie. Byłam więc maksymalnie czujna i więcej niespodzianek nie było.
Na mecie już od dawna czekał Tomek, a miejsce oczywiście zajęłam ostatnie. Ale kto bogatemu zabroni?

poniedziałek, 14 maja 2018

Niedokończony spacer z mapą

Jeszcze nie zdążyłam złapać oddechu po Rudawskiej Wyrypie, a tu już nadeszło "Z Mapą na Spacer". Nawet przemknęła mi przez głowę nieśmiała myśl, żeby odpuścić, no ale jak to tak odpuścić?? Nie uchodzi! Ostatecznie zawsze można nazwę imprezy potraktować z całą powagą i tylko pospacerować. Już na starcie zorientowałam się, że ze spacerowania nici i trzeba będzie biec jak najszybciej się da, w przeciwnym wypadku grozi pożarcie żywcem przez muszki i komary.
Oboje z Tomkiem startowaliśmy pod koniec stawki, groziło nam więc dodatkowo bieganie po ciemku. Oczywiście zaopatrzyliśmy się w czołówki.
Wystartowałam. Pierwszym problemem było znalezienie na mapie znaczka startu. Nawet cofanie się od PK 5 nic nie dało, bo po PK 1 za nic nie mogłam znaleźć linii doprowadzającej do trójkącika. Dopiero biegaczka z innej trasy pokazała mi palcem na mapie gdzie jesteśmy. Ale obciach!
Biegnąc do jedynki nagle znalazłam się przy dwójce. Noo, w sumie blisko, ale jednak nie w to celowałam. Potem okazało się, że Tomek zrobił ten sam manewr. Nic to, za to do dwójki było po jedynce już łatwiej. Punkty były blisko siebie, ale tak zakręcone i zamotane w motylki, że trzeba było zachować najwyższą czujność.  Na siódemce trochę się pogubiłam, bo pobiegłam za daleko i nawet jak już się zorientowałam, to z rozpędu i tak leciałam przed siebie.  Z siódemki na ósemkę był dłuższy przelot i był to dobry czas na ogarnięcie się intelektualne. Dało to efekt w bezproblemowym dotarciu do kolejnych punktów. A na czternastce zepsuła mi się noga. Nie jakoś strasznie, zwykłe kłucie w kolanie przy każdym kroku, ale w perspektywie Dymna za trzy dni, to jednak trochę niefajnie. Starałam się nie stawać na prawej nodze i iść tylko lewą, ale sami spróbujcie, czy to się da. Ponieważ na metę i tak musiałam wrócić, postanowiłam zbierać resztę punktów już bez biegania i zrobić prawdziwy spacer z mapą. Powolutku jakoś szło. Nawet z jedną nóżką bardziej.
Przy PK 18 zdechło. Nie, nie noga, zdechło z lampionem. Przeczesałam wytypowane miejsce dość dokładnie, namierzyłam się z dwóch sąsiednich punktów i z ogrodzenia, a lampionu jak nie było, tak nie było. W tym momencie opuścił mnie hart ducha i wola walki i postanowiłam najkrótszą drogą wrócić na metę. Lazłam jak ofiara losu, bo choć noga jakoś dramatycznie nie bolała, to zwyczajnie bałam się na nią stawać. No bo Dymno...
Tuż przed metą dowiedziałam się, że organizatorzy właśnie wyszli zbierać lampiony, ale mnie to w sumie nie dotyczyło, bo i tak miałam NKL-kę. W bazie zaś okazało się, że lampion z PK 18 ktoś najzwyczajniej w świecie ukradł i nie było czego szukać. Trochę to pewnie wypaczyło wyniki bo niektórzy stracili na szukanie dużo czasu, ale w sumie biegamy tam dla przyjemności a nie na wynik. Prawda?
W bazie jeszcze Tomek udekorował medalem Marcina i przekazał trofeum z Rudawskiej Wyrypy. Marcin udawał, że jest wzruszony:-)


niedziela, 1 kwietnia 2018

Przedświateczny spacer z mapą

Święta nadeszły, a tu jeszcze "z mapą na spacer" zaległy czeka na opisanie. Tym razem zapisałam się na trasę nienormalną, bo ostatnio normalna była taka krótka, że w ogóle nie opłaciło mi się przyjeżdżać na zawody. Startowałam w dwudziestej czwartej minucie, a tuż przede mną leciał Paweł. Tomek jakieś dziesięć minut przed nami. W swej naiwności planowałam, że będę się trzymać Pawła, ale przez minutę dzielącą nasze starty, zdążył mi zniknąć z oczu. Na szczęście trasa nie okazała się przesadnie trudna, trzeba było tylko dobrze liczyć bloki i osiedlowe uliczki. Co mi się przypomniało, że trzeba się spieszyć (bo na trasie nienormalnej to taka lepsza konkurencja startuje), przyspieszałam niemal do granic możliwości i prułam przed siebie z całych sił. Wydawało mi się więc, że wynik powinnam mieć całkiem porządny, a tu po ogłoszeniu wyników okazało się, że tradycyjnie jestem na szarym końcu. A dodatkowo w ogóle nie zostałam sklasyfikowana, bo podbiłam nie ten punkt co trzeba.
Wszystko rozegrało się na PK 26.Wybiegłam z dwudziestki piątki, minęłam plac zabaw, dopadłam bloku i zaczęłam okrążać go wzdłuż ogrodzonego zielonego terenu, szukając stojaka z czipem. Wlazłam między jakieś krzaczory, czy żywopłoty i nic. Jakiś metalowy pręt wbity w pasującym miejscu znalazłam, ale bez stacji i odblasku. Czyżby ktoś ukradł? Odsunęłam się nieco od ogrodzenia żeby spojrzeć z szerszej perspektywy i wtedy zauważyłam odblask i stację - w zupełnie abstrakcyjnym miejscu. Stowarzyszy przecież nie ma, więc to musi być właściwy - pomyślałam. Widocznie ktoś źle rozstawił, ostatecznie czasem się zdarza. Niestety, najwyraźniej musiałam pomylić bloki i szukać przy sąsiednim, chociaż w tamtym momencie dałabym sobie głowę uciąć, że szukam tam, gdzie trzeba. Na metę wpadłam w dobrym nastroju:

... i dopiero sczytywanie czipa mi go zepsuło. Chociaż też tak nie do końca, bo co sobie pobiegałam, to moje. I nikt mi tego nie odbierze!
I tego się trzymam.
Kurczowo:-)
O, tyle sobie wybiegałam:


czwartek, 1 marca 2018

Z mapą na mróz

Przed zawodami zastanawialiśmy się, kto do którego PK przymarznie. Bo szykowały się chyba najzimniejsze zawody tej zimy. Renata wyczuwając pismo nosem (no, może bardziej patrząc na termometr) przezornie nie zapisała się na start. Ja niestety, jak przystało na mężczyznę, zapisałem się na trasę nienormalną.
Przybyłem na start, gdy baza była jeszcze w proszku. Mapy się kleiły, bannery rozwieszały się i szukano chętnych do rozstawienia punktów. W szatni wszyscy zastanawiali się, co by tu na siebie jeszcze założyć, by za bardzo nie zmarznąć.
Co chwila pojawiali się znajomi, ale tak zamaskowani i poowijani, że ciężko było ich rozpoznać zanim nie wydali głosu;-)
Litościwie start zrobiono tuż za oszklonymi drzwiami – zawodnicy rozgrzewający się przy kaloryferze mogli patrzeć na zegar i wybiec we właściwej chwili na zewnątrz.
Wreszcie przyszła moja minuta na wejście do boksu. Wydano nam mapę raczej minimalistyczną. I nie dla ślepych. Na kartce A4 sama mapa z 22 PK zajmowała stanowczo mniej niż połowę kartki. Plątanina kresek, punkty wielokrotne i w tej plątaninie pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu. Godzina wybiła i ruszyłem. Do PK 1 – na drugi koniec mapy nawet dobiegłem sprawnie. Podobnie na PK 2 i PK 3. Na PK 4 przelot znowu na przeciwległy koniec mapy. Biegnę sobie i wypatruję na mapie jak się przedostać przez płoty, a tu nagle rzuca się na mnie władza. Konkretnie jakaś mało żywa władza w postaci „martwego policjanta”. No cóż… zmrożony asfalt jest stanowczo bardziej twardy niż taki, co rozpływa się przy plus 30 stopniach. Rozbiłem sobie kolano i wiarę w lepsze jutro. Wstałem, sprawdziłem czy nic mi nie odpadło i ruszyłem stanowczo wolniej do PK 4. Takim zmęczonym starczym truchtem, jak to wypada w mojej kategorii wiekowej.
Co tu dużo pisać – wlekłem się, co chwila odwiedzając te same miejsca, wokół coraz mniej światełek i zostałem sam. Zastanawiałem się, czy mi punktów nie zdejmą, jak kiedyś Renacie. Po prawdzie jak przybiegłem na metę, na placu boju zostały chyba jeszcze trzy osoby – jednak startowałem w końcówce. Tyle, że zebrałem wszystkie PK właściwie, ale wynik nie wyszedł najlepszy. Tak to jest, gdy ślepy zabiera się za bieganie po nocy;-( A na przyszłość – proszę o usunięcie tych martwych policjantów z mojej trasy!

GPS także zgłupiał po wywrotce i zarejestrował dziwne przebiegi

wtorek, 19 grudnia 2017

Normalnie Z mapą na spacer po Żoliborzu

Ponieważ Tomek ma nie mniejsze zapóźnienia niż ja, więc na raport z pierwszej części UrodzInO trzeba będzie poczekać. Tymczasem już we środę trzynastego odbyła się ostatnia runda spaceru z mapą. Tym razem przynajmniej dojazd miałam łatwy, bo metro podjeżdżało mi prawie pod próg bazy. Oczywiście, to wcale nie znaczy, że tak od razu trafiłam gdzie trzeba. Wejście w najbliższe drzwi wydawało mi się zbyt banalne, obeszłam więc całą Szkołę Główną Służby Pożarniczej, żeby wrócić do punktu wyjścia i zauważyć, że jednak te najbliższe drzwi były słuszne.
Tradycyjnie zapisałam się na trasę normalną, ale jak się później okazało, po wycieczce pod Gdańsk na poprzedniej rundzie, z moją normalnością coś jest nie tak, bo trasa wydala mi się za krótka i na mecie czułam się zupełnie niespełniona.
Na starcie stanęłam obok Beaty i na trasę ruszyłyśmy razem. Postanowiłyśmy nie lecieć za wszystkimi, tylko własnym wariantem. Co prawda jeszcze ktoś się nam podpiął pod wariant, ale ostatecznie ulice są dla wszystkich. Już na pierwszy punkt był długi przelot i, o dziwo, zostawiłam Beatę z tyłu i pognałam przed siebie. Na ogół to ja oglądam jej plecy w takich sytuacjach. Musiała mieć zły dzień. Dwójkę wzięłam niemal nie zatrzymując się, ale przy trójce już przedobrzyłam. Tak mi się dobrze biegło, że minęłam punkt i ocknęłam się przy czwórce. Tak mnie to zdziwiło, że chwilę trwało zanim ogarnęłam co jest grane. Aż do PK 11 lataliśmy w kółko, jak chomiki w karuzeli, bo tak nam organizatorzy ułożyli trasę. Zapętlenie totalne.
Po trzynastce przenieśliśmy się na drugą stronę dużej ulicy i trzeba było pokonać schody w górę i w dół. Wiecie, że nawet za bardzo nie zwolniłam? Ja, co na każdych schodach dotąd umierałam? Ale przyznam się - w robocie jak już ścierpnę nad komputerem, to sobie idę pobiegać po schodach. Jak widać nawet taki trening działa.
Z czternastki na piętnastkę był drugi długaśny przelot i mogłam trochę pobiegać bez myślenia. Czyżbym zaczynała lubić biegi liniowe? Ło matko! Od piętnastki mieliśmy drugą chomiczą karuzelę i znowu biegaliśmy w kółko. Gdzieś tam w międzyczasie dogoniłam i przegoniłam Beatę, która na trzecim punkcie odrobiła stratę i przegoniła mnie.
Przed metą czekał już na mnie Tomek i trochę mi ułatwił finisz, bo pobiegł ze mną do stojaka. Nie żebym sama sobie nie poradziła, ale pewnie parę sekund dłużej by to trwało. To jak by co, to można mnie zdyskwalifikować za pomoc osób trzecich:-)
Trasa nienormalna okazała się tylko o 600 metrów dłuższa od normalnej i o trzy punkty treściwsza, więc to właściwie żadna różnica i strasznie żałowałam, że pobiegłam na normalnej. W przyszłym roku będę musiała zapisywać się już na nienormalnych.
Ponieważ to była już ostatnia runda imprezy, po powrocie na metę wszystkich ,odbyła się dekoracja zwycięzców całego cyklu, więc zostaliśmy oklaskiwać swoich. Ani ja, ani Tomek nie załapaliśmy się na pudło, ale w przyszłym roku na pewno będzie lepiej. Za to, co wybiegaliśmy, to nasze!

czwartek, 16 listopada 2017

Z mapą na spacer ... pod Gdańsk???

To nie był dobry dzień. Zaczęło się od tego, że o szóstej zadzwonił budzik. Pięć razy w tygodniu mi to robi i to nigdy nie jest dobry znak. W pracy musiałam bliżej zapoznać się z nielubianym (z wzajemnością) excelem i bynajmniej nie odniosłam sukcesu. Kiedy wróciłam do domu okazało się, że nie ma obiadu, ani nawet żadnych półproduktów, więc na szybko zrobiłam zupę na winie, czyli wrzuciłam do gara (rozsypując po drodze cukier) co się nawinęło w lodówce, zamrażarce i szafce, ale egzotycznej zupy ze szpinaku, przecieru pomidorowego, mieszanki meksykańskiej, ziemniaków i makaronu już nie zdążyłam zjeść, bo musiałam zawieźć córkę na autobus. Kiedy wróciłam jedną ręką włączyłam pralkę (rozsypując proszek do prania), drugą ubrałam się i już musiałam wyjść, żeby jakoś dojechać do Warszawy. Dopóki Tomek pracował w domu, to wracając miałam obiad na stole, a samochód czekał pod progiem i nic mnie nie obchodziło, a teraz jak chcę na zawody, to muszę sama pokonać masę przeciwności:-(
Na Żoliborz udało mi się dojechać wyjątkowo bez przeszkód, czyli nie pomyliłam środków transportu, kierunków, w których należy jechać i nawet bilety na wszystko miałam. Wystarczyło jeszcze tylko podejść z Placu Wilsona na Spójnię. I tu już dostałam pierwsze orientalistyczne ostrzeżenie. Włączyłam nawigację i poszłam zgodnie ze wskazówkami. Na środku ulicy, ni w pięć, ni w dziewięć dowiedziałam się, że jestem u celu. Noż, Kulson! Owszem, za płotem to może i gdzieś tam był mój cel, ale płot ciągnął się w obie strony i żadnego wejścia nie było widać. Poszłam więc najpierw w jedną stronę, potem - nie widząc perspektyw - w drugą i po chwili znalazłam się na tyłach obiektu, tuż nad Wisłą. Ciemno, dookoła krzaki, strach iść. Ale co było zrobić? Tomek telefonicznie raportował, że stoi w korku, więc sterczeć na ulicy w oczekiwaniu też mi się nie chciało. W efekcie obleciałam cały zagrodzony teren od strony Wisły, żeby dojść do parkingu przy głównej ulicy, do którego za pierwszym podejściem  brakowało mi tylko kilkudziesięciu metrów. W tym momencie miałam już dość całej imprezy i najchętniej wróciłabym do domu. Tymczasem Tomek wjechał innym wjazdem i czekał na mnie w biurze zawodów. Ja na niego na parkingu. Gdyby nie Paprochy to pewnie do teraz czekalibyśmy tak na siebie, ale podpowiedziały Tomkowi gdzie stoję.
Listy startowe mówiły, że mam minutę zerową. Od razu mnie to przeraziło, bo gdybym miała dalszą, to przynajmniej wiedziałabym, w którą stronę ruszyć, a tak to byłam zdana tylko na siebie. Ostatecznie wystartowałam w pierwszej minucie, co nie zmienia faktu, że i tak jako pierwsza, bo w zerowej nikogo nie było. Na szczęście zdążyłam dopytać się którędy najlepiej wydostać się nad Wisłę, gdzie miały rozegrać się dalsze akty dramatu.

Tomek robi mi wyjściową fryzurę, żebym dobrze wyglądała na trasie.

Do punktu pierwszego pobiegłam za Michałem. Co prawda był na innej trasie, ale założyłam, że też musi jakoś wydostać się za ogrodzenie. Kiedy Michał zniknął mi z oczu, podążałam za Przemkiem. Biegłam sobie powolutku, a wręcz uprawiałam slow jogging, bo po Hale pioruńsko bolą mnie kolana. No i zepsuta kostka.Ostatecznie nie miałam się kiedy zregenerować, bo Hała była w niedzielę, a już we wtorek poszłam na gimnastykę i znowu za dużo namachałam się nogami. Ten cały sport mnie kiedyś wykończy!

Tuż przed startem.

Punkt pierwszy i drugi znalazłam bezproblemowo, bo świeciły odblaskami z daleka, a przy triadzie 3, 4, 5 aż roiło się od światełek czołówek (kto chciał, to mnie wyprzedził w międzyczasie). Kiedy zobaczyłam gdzie jest PK 6, to aż jęknęłam z przerażenia - taki kawał drogi! Trzeba zupełnie nie mieć sumienia żeby tak skonstruować mapę! Ale co było robić, pobiegłam. Trochę miałam cykora, bo skończył się teren cywilizowany, a zaczęły nadwiślańskie zarośla, ale widziałam jakieś światełka przed sobą, to było mi trochę raźniej. Szóstkę zgarnęłam. Do siódemki nie chciało mi się lecieć naokoło, ustawiłam więc azymut w kompasie i bohatersko weszłam w krzaki. Od razu natknęłam się na leżące drzewo - jakoś przelazłam. Przez następne i kolejne też udało się przedrzeć. Trochę zaniepokoiło mnie, że tych leżących drzew jest coś dużo, ale azymut to azymut i nie ma zmiłuj. Za którymś nastym drzewem i kolejnej plantacji dorodnych (acz ciut uschniętych) pokrzyw drogę zastąpiła mi ściana roślinności, której już bez maczety nie udało się sforsować.
- Piiii, piiii, piiii - wymamrotałam pod nosem.
W tym momencie przypomniało mi się, że kilka osób radziło poruszać się tylko po ścieżkach, bo poza nimi teren jest trudny. Chyba mieli rację. Wróciłam więc na ścieżkę i pobiegłam dalej. Usiłowałam znaleźć skalę mapy, ale poszukiwania zostały uwieńczone sukcesem dopiero po powrocie do domu. Skala była wydrukowana jasnoszarym kolorem na białym tle. Idealnie na nocne zawody. Gratulacje dla pomysłodawcy. Ponieważ nie wiedziałam ile mam przebiec do skrzyżowania ścieżek, więc rozglądałam się truchtając z wolna. Nagle po prawej stronie coś zaszeleściło, zaszurało i z nadrzecznej ciemności wyłoniło się stado dzików, nosorożców, lwów, a za nimi czterdziestu rozbójników! To już było ponad możliwości moich napiętych jak postronki nerwów. Odezwał się we mnie atawistyczny odruch, zerwałam się i pognałam przed siebie na oślep. Gdzieś pod Bydgoszczą zwolniłam i skonstatowałam, że wciąż żyję i nikt mnie nie goni. Uffff. Za to nie wiedziałam gdzie jestem i ile przebiegłam. Tak z rozpędu pobiegłam jeszcze pod Gdańsk, ale słysząc szum morza stwierdziłam, że ciut się chyba zapędziłam. Jak nic, trzeba było zacząć naginać na zachód. Łatwo powiedzieć, jak na zachód prowadziły ledwo widoczne ścieżynki, co to nie wiadomo czy się nie kończą w ciemnym lesie. Ponieważ jednak nie planowałam wycieczki do Szwecji, w końcu wlazłam w jedną ze ścieżek i po tysiącu zakrętów wyszłam w okolice, skąd było widać jakąś cywilizację w postaci estakady przechodzącej w drogę. Postanowiłam pójść równolegle do tej cywilizacji, w kierunku południowym (bo na północy Polska zaczęła mi się kończyć). Po trzech dniach marszu przeplatanego biegiem (dla rozgrzewki, bo przecież ubrałam się na lekko) i urozmaicanego przypominaniem sobie treści "Słownika polskich przekleństw i wulgaryzmów" Grochowskiego, zobaczyłam jakiś znajomy budynek - Centrum Olimpijskie. Byłam uratowana. Nawet zlokalizowałam się na mapie i teoretycznie mogłabym namierzyć się na resztę punktów, ale rozrywka w ogóle nie była mi w głowie. Chciałam jedynie wrócić do domu. Już blisko mety minęła mnie Barbara, która biegła na najdłuższej trasie i startowała ostatnia. Dopingowała mnie do biegu, ale ja w ramach kontestacji szłam najwolniej jak potrafię, mając w du...żym poważaniu całą tę biegacką nocną imprezę. Z tego stresu, nerwów i wściekłości zgubiłam się jeszcze na ostatnich metrach i do bazy zawodów doszłam mocno naokoło. Tomek już niemal organizował wyprawę ratunkową. Kontynuując protest, w ogóle nie odbiłam się na mecie, tylko od razu oddałam czipa. Na usta nieustannie cisnęły mi się wyłącznie słowa typu: piiii, piiii, piiii, wolałam więc nie odzywać się w ogóle do nikogo, bo jeszcze oberwałoby się niewinnym ludziom.
Szczerze i z całego serca nienawidzę sama latać w nocy po lesie. Po mieście daję radę, ale las doprowadza mnie do stanu paniki, a w panice zupełnie zapominam o myśleniu, tracę orientację, poczucie czasu i przestrzeni. Nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło, bo trzydzieści lat temu sama łaziłam nocą po górach i takich schiz nie miałam. Ale jak człowiek młody, to głupi i wydaje mu się, że jest nieśmiertelny, a jak do tej śmiertelności coraz bliżej, to się i ostrożniejszym staje.


A tak wygląda moja wyprawa nad morze:-) Dobre, nie?

czwartek, 7 września 2017

Człowiek nie wielbłąd....

"Spacer z mapą" zapowiadał się deszczowo i po ciemku, czyli tak sobie. Ale dla prawdziwego orientalisty to przecież żadna przeszkoda:-) Tomek tradycyjnie zapisał się do nienormalnych, ja wciąż jeszcze twierdzę, że jestem normalna.
Mapa tym razem była dwustronna i najpierw biegło się jedną stronę, potem przekładka i drugą. Dzięki temu nie trzeba było użerać się z płachtą A3.
Najpierw wystartowali masowo nienormalni, potem my. Normalnych było dużo mniej i chyba źle to świadczy o kondycji psychicznej społeczeństwa.
Mimo, że mapę dostaliśmy wcześniej i można było sobie ją dokładnie pooglądać i zaplanować trasę, to ja oczywiście już po dwóch krokach zapomniałam gdzie chciałam biec i do tego zgubiłam miejsce startu na mapie. W związku z tym pobiegłam za wszystkimi zakładając, że autorom mapy nie chciało się robić wariantów i każdy ma to samo. Najgorsze, że wyprzedził mnie kto tylko chciał i bałam się, że za chwilę nie będę miała za kim biec (wszyscy znikali w ciemności) i jednak trzeba będzie zacząć posługiwać się mapą. Na szczęście Beata okazała się równie szybką zawodniczką jak ja, więc nie byłam tak kompletnie sama. Cały czas do pierwszego punktu miałam wrażenie, że mapa jest w lustrzanym odbiciu, bo mi się strony świata nie zgadzały, ale oczywiście na BnO tak być nie mogło. Od PK 1 strony wróciły na swoje miejsce i dalej już było normalnie, czyli adekwatnie do trasy:-).
PK 2 chciałam wziąć od góry, ale jak zobaczyłam stromość skarpy i błoto na niej, to jednak nadłożyłam drogi i pobiegłam na schody. W zasadzie pobiegłyśmy z Beatą, bo stwierdziłyśmy - co się będziemy męczyć indywidualnie, jak możemy zespołowo, szczególnie, że i tak byłyśmy na szarym końcu stawki. Do PK 3 pobiegłyśmy dwoma wariantami, bo jakoś nie mogłyśmy dojść, po której stronie ogrodzenia będzie punkt. Tym sposobem zawsze któraś miała być po stronie słusznej i wspomóc koleżankę w podbijaniu. Okazało się, że każdy wariant był dobry, bo u celu była otwarta furtka, w ogóle nie zaznaczona na mapie. Koło czwórki już przebiegaliśmy w drodze na jedynkę, więc wiadomo było gdzie jest, a piątka miała być ostatnim punktem na pierwszej stronie mapy. Beata pognała przodem, ale dogoniłam ją na punkcie, mimo że zaczęłam szukać trochę za nisko, sugerując się Mariuszem nurkującym w krzakach.
Już po pierwszej stronie mapy miałam serdecznie dość - bolały mnie nogi niezregenerowane jeszcze po pięćdziesiątce, a i cały człowiek jakoś odmawiał posłuszeństwa.
Na dalszą część trasy pobiegliśmy już praktycznie we trójkę, bo dołączył się do nas Mariusz. Jedynka była formalnością, a do dwójki było makabrycznie (jak dla mnie) daleko. Trochę biegłam, więcej szłam, a po drodze zastanawiałyśmy się głośno, czy łatwo będzie zejść do punktu, bo miał być w dole, w fosie (czy co to tam było). Przechodzący pan z pieskiem podpowiedział nam:
- Tam jest dobre zejście!
Zejście faktycznie było rewelacyjne - ostro w dół po błocie. Beata kategorycznie oświadczyła, że ona nie schodzi, bo ma lęk wysokości, wzięłam więc od niej pipacza, dałam kompas i mapę do potrzymania i usiłowałam jakoś dostać się na dół. Jeśli chodzi o szybkość dotarcia na dół, to faktycznie zejście było dobre, bo szybkie. Już po pierwszym kroku klapnęłam na tyłek i zjechałam parę metrów w dół. Usiłowałam jeszcze zachować godność i podnieść się do pionu, zaliczyłam więc drugie klapnięcie. I już byłam u celu. Na górę wyszłam już na czterech kończynach, pal licho godność. Podczas gdy ja taplałam się w błocie, Beata obczaiła kolejny punkt, więc rzuciła hasło: za mną i poleciała. Po drodze zaczęło mi coś ciemnieć w oczach i nogi zaczęły się jakby uginać, ale jeszcze zebrałam się w sobie i doszłam do trójki, a nawet czwórki i piątki, bo wszystkie były bliziutko siebie. Potem już przestałam nadążać. Beata z Mariuszem pobiegli, a ja chwytając się drzew, krzaków i wszelakiej infrastruktury miejskiej walczyłam o zachowanie pionu. Gdybym do fosy wpadła na głowę, to jeszcze moje zasłabnięcie miałoby jakieś wytłumaczenie, ale miękkie klapnięcie na tyłek nie mogło być powodem. Chwilę postałam sobie zbierając siły i ruszyłam, już spacerkiem, na szóstkę. Na siódemkę już miałam problem z trafieniem, bo myślenie coraz bardziej mi się wyłączało. Całą uwagę miałam skupioną na tym żeby nie paść, więc na analizę mapy brakło mi szarych komórek. Wlazłam w jakąś abstrakcyjną dziurę po schodkach w dół przy samej bramie do nie wiem czego, wylazłam, cofnęłam się, w krótkim przebłysku władz umysłowych zorientowałam się gdzie jestem i gdzie mam iść i w końcu znalazłam te siódemkę. Do ósemki myślałam, że już nigdy nie trafię. Tym niemniej w ogóle nie przyszło mi do głowy, że powinnam odpuścić i najkrótszą drogą wrócić do bazy. Jakoś zakodowało mi się, że jak nie przejdę po kolei przez wszystkie punkty, to nie trafię na metę. Czysta abstrakcja.  Między siódemką, a ósemką kręciłam się kółko jak pies za własnym ogonem i zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Gdybym miała telefon, to najpewniej zadzwoniłabym do Tomka żeby mnie znalazł. Zupełnie nie umiałam ogarnąć sytuacji. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby kogokolwiek zapytać jak dojść na Wojska Polskiego. Po punktach i po punktach, jak by nie było innej opcji. W końcu jakoś się ogarnęłam i znalazłam tę ósemkę, ale należy to chyba traktować w kategorii cudu.  Do mety dowlekłam się ostatkiem sił i wtedy dopiero uprzytomniłam sobie dlaczego mi tak odcięło zasilanie i rozum - przez cały dzień wypiłam tylko dwie filiżanki kawy i nic więcej. Najnormalniej w świecie się odwodniłam.  Na mecie rzuciłam się na picie i od razu poczułam się lepiej. Do tej pory tak nie do końca wierzyłam w skutki odwodnienia, co to czytałam o nich w różnej mniej lub bardziej fachowej literaturze, a jednak. Człowiek nie wielbłąd, pić musi. Wodę. Nawet w czasie deszczu!



czwartek, 8 czerwca 2017

Bez mapy na spacer

Na "Z mapą na spacer" zapisałam się znowu na trasę normalną, ale jak zobaczyłam na rozpisce minutowej, że trasa ma mieć tylko 2,5 km i 0 PK, to zaczęłam się zastanawiać nad tą nienormalną. Też co prawda miała 0 PK, ale przynajmniej 3,5 km:-) Z drugiej strony, na normalnej trasie, tuż po mnie miała startować Agnieszka. Strasznie byłam ciekawa jak wypadnę w konfrontacji z nią - zwycięży młodość, czy doświadczenie. W końcu postanowiłam, że jeśli będą mieli wolne mapy na nienormalnych, to może się przepiszę, a może nie.
Na start przyjechaliśmy prawie godzinę przed czasem, bo w żadne korki nie wpadliśmy i światła nam sprzyjały.  Wolnych map na nienormalnych nie było. To znaczy, w ogóle żadnych map nie było. Jakoś ten drobny szczegół umknął organizatorom. Bywa. Nawet punktów (co to jednak miały być) nie mogli rozstawić, bo ... nie mieli mapy i nie wiedzieli gdzie.
Przed wejściem do szkoły (gdzie była baza zawodów) gromadziło się coraz więcej uczestników i wkrótce zaczęła się ogólna integracja. W sumie gdyby organizatorzy zamiast po mapy, wysłali umyślnego po piwo i czipsy, pewnie nikt nie miałby pretensji i całkiem miło spędzilibyśmy czas. Wśród organizatorów widać było pewną nerwowość, wśród uczestników jakby mniejszą. Padła propozycja, że może nasz klub przejmie inicjatywę i szybko zorganizujemy jakąś traskę turystyczną, albo przynajmniej jakieś TRInO. Paweł, niczym iluzjonista z kapelusza, wyjął z sakwy plik trin, ale akurat żadne nie było po Warszawie. Co on ze sobą wozi???

W końcu mapy dotarły, ale zrobiło się późno, a raczej mało kto miał czołówkę. Organizatorzy postanowili olać listy startowe i puszczać nas z puszki co pół minuty. Nawet na mapy pozwolili spojrzeć z pół minuty przed startem. Akurat zdążyłam znaleźć trójkącik startowy i północ. Pierwszy przelot od razu był długi. Jak dla mnie oczywiście. Ale za to punkt łatwy. Zresztą wszystkie były dość proste (jak to w mieście), za to tych dłuższych przelotów ze sześć. I trasa nagle na mapie miała już nominalnie 2,8 km. Urosła w trakcie czekania:-) Ponieważ trasa krótka, to gnałam ile fabryka dała, ale przy punktach robiłam specjalnie dłuższe podbijanie, żeby złapać oddech. Nawigacyjnie zgłupiałam dopiero między PK 15 a 16. Niby nic specjalnego, a nagle zaćmienie totalne. Aż musiałam kompas uruchomić, żeby wiedzieć w którą stronę lecieć. Oczywiście najpierw trafiłam na ósemkę, ale, że to po sąsiedzku, więc wystarczyło się rozejrzeć dookoła. Ponieważ tym razem nie oszczędzałam się, na mecie zrobiło mi się niedobrze i tylko patrzyłam gdzie umknąć w razie potrzeby.  Ale spoko - dałam radę i nawet o własnych siłach (i dopingu Barbary) doszłam do bazy.
Tomka, o dziwo, nie było. Zdążyłam się porozciągać, sczytać, napić, spakować, a ten jakby przepadł. Niby wszyscy go widzieli na trasie i to na końcówce, więc powinien już być. Zgubił się! Normalnie się zgubił! Zamiast patrzeć na mapę, to poleciał za innymi. Tyle, że "inni" byli nie z jego trasy.
Agnieszka dotarła sporo po mnie, ale nie wiedziałam kiedy wystartowała, więc z porównaniami musiałam czekać na oficjalne wyniki. I co się okazało? Wygrałam z nią! O 13 minut. Chwilowo cieszy, ale w ostatecznym rozrachunku Agnieszka doświadczenie zdobędzie, ja młodości nie odzyskam.

czwartek, 11 maja 2017

Z mapą na spacer po raz drugi

Wczoraj odkryłam (w przymierzalni), że potrzebuję duuużo ruchu i dużo ćwiczeń. No to już nie miałam żadnej wymówki przed "spacerem z mapą". Nawet pomimo tego, że padał deszcz. I było zimno. I nieprzyjemnie. Poza tym trzeba budować kondycję na Dymno. No dobra - wiem, że dwie przebieżki (ZPK i spacer) nic nie pomogą, ale przynajmniej nikt mi nie powie, że nie próbowałam.
Tak jak poprzednio ja byłam zapisana na trasę normalną, a Tomek nienormalną. Ponieważ nie było minut startowych tylko tradycyjna kolejka do startu, sprytnie stanęłam na czele stawki i wystartowałam jako pierwsza w swojej kategorii. Tym sposobem miałam nadzieję graniczącą z pewnością, że nie przybiegnę ostatnia i nikt mi nie zbierze lampionów zanim skończę, jak mi to robią na Warszawa Nocą.
Nawigacyjnie poszło dobrze poza jedną drobną wpadką. Z PK 12 wbiegłam (czytaj: ledwo wlazłam) po schodach i zamiast w prawo, pobiegłam w to drugie prawo. No tak czasem mam, że mi się strony mylą. Od razu przestało mi się podobać, bo co innego widziałam na mapie, a co innego w terenie. Tak mnie ta rozbieżność zdezorientowała, że chwilę trwało zanim ogarnęłam co jest grane.
Drugim newralgicznym momentem był przebieg przez stację metra. Przed zawodami Tomek ciągle mi powtarzał:
- Nie przechodź za bramki!
Tego się trzymałam, szczególnie, że nie miałam biletu. Udało się i spod ziemi wynurzyłam się we właściwym i przewidywanym miejscu. Ufff.
W całych zawodach najgorsze jednak było to, że ciągle biegliśmy pod górę. Niby nachylenie niewielkie, ale mój organizm od razu ogłosił alarm i szykował się do strajku. Swoją drogą to zastanawiające jak organizatorom udało się zbudować tak trasę, że ciągle pod górkę, a jak dobiegliśmy do mety niewiele oddalonej od startu, to wcale nie byliśmy wyżej. Cuda jakieś.
A tak w ogóle to myślę sobie, że oprócz kategorii wiekowej, w obrębie każdej z nich powinny być jeszcze podkategorie wagowe, jak w boksie. Bo jednak jest różnica czy człowiek na metę dotaszczy 50 kg, 70, czy 80. Co o tym myślicie?
Ostatni odcinek, od PK 16 do mety, oczywiście biegnący pod górę (wiem, mogłam wybrać inny wariant powrotu) ledwo już człapałam. Kiedy wreszcie dotarłam do lampionu i puszki miałam ochotę je ucałować ze szczęścia, że to już koniec.  Ale muszę przyznać, że widziałam osoby w gorszym stanie - na przykład Paweł, Ania, Adam. Niewiele brakowało, a dosłownie daliby z siebie wszystko. Ja do aż takich poświęceń chyba nie jestem zdolna.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Z Mapą Na Spacer?

"Chodź na spacer" i "chodź na spacer" marudził mi Tomek od stycznia, to w końcu poszłam. Zresztą sama byłam ciekawa tej nowej imprezy, no i od wiosny znowu biegam. Tomek zapisał mnie na trasę normalną, bo na jaką ma iść normalny człowiek? Sam, nie poczuwając się do normalności, zapisał się na jakąś nienormalną.
Jak przystało na ludzi obeznanych z mapą i świetnie orientujących się w terenie, zgubiliśmy się już w drodze na start. Pojechaliśmy za Wisłę, z powrotem i znowu za Wisłę i cudem, niemal w ostatniej chwili, dopadliśmy biura zawodów, żeby pobrać czipy i wystartować. A czipa to mi dali takiego dziwnego - płaski i bez przyczepiania do całej ręki. Bałam się, że niezauważalnie zsunie mi się z palca, ale wszyscy zapewniali, że będzie się trzymał. OK.
Atmosfera na zawodach niemal rodzinna, bo uczestników mało i wszyscy się znają. Kurcze, nawet mnie znali, mimo że byłam pierwszy raz. Eh, ta sława ... (No dobra, sami znajomi, stali bywalcy wszystkich imprez.)
Trochę już zapomniałam jak to jest na zawodach biegackich, ale jakoś dałam radę z tymi klirami, czekami i wystartowałam. Już pierwszy punkt był wredny, bo niby niezbyt daleko, ale za kilometrami płotów i trzeba było obiec kilka ogrodzonych hektarów terenu. A potem dla urozmaicenia zbiegało się ze skarpy (kto miał szczęście) lub spadało na twarz, ewentualnie odwrocie (kto miał mniej szczęścia). Punkt nad samą wodą, z możliwością kąpieli. Nie skorzystałam. Z punktem drugim miałam o tyle trudność, że organizatorzy te niepozorne i bure stacje SI chowali po krzakach, wieszali na gałęziach i w ogóle utrudniali. A zaczynało zmierzchać.
PK 3 znalazłam bez najmniejszego problemu, ale chyba z dziesięć minut szukałam tej parszywej stacji. Wypatrzył ją dopiero ktoś schodzący z góry, patrzący pod innym kątem. Okazało się, że zerwała się z gałęzi i leżała w zielsku zupełnie niewidoczna.
Czwórka bezproblemowa, za to w okolicach piątki można było sobie połamać nogi na leżących kłodach i gałęziach. Szóstkę widziałam już biegnąc na jedynkę, więc wiedziałam gdzie jest. Do siódemki znowu trzeba było obiec te pitolone płoty, ale za to wreszcie wyszliśmy z krzaków i teren znowu zrobił się cywilizowany.  Na dziesiątce mało nie dostałam zawału jak zobaczyłam gdzie jest jedenastka - prawie na drugim końcu Warszawy! Biegłam do niej i biegłam i biegłam i szłam i znowu biegłam aż dobiegłam. Dalej była już łatwizna i dopiero z piętnastki na szesnastkę znowu zafundowali nam dłuuugi przebieg, ale ponieważ szesnastka była już ostatnim punktem, więc jakoś łatwiej było to znieść.
Najwięcej problemów miałam jednak (oprócz szukania stacji) z tym plaskatym czipem - cały czas mylił mi się z kompasem i z uporem maniaka do stacji przytykałam kompas. Oczywiście na piip mogłam sobie czekać do końca świata.
A poza wszystkim Tomek zrobił mnie w bambuko, bo powiedział, że trasa ma cztery kilometry, a miała pięć, z czego osobiście przebiegłam chyba z dziesięć. Ale może to i dobrze, bo po Świętach wciąż trwa akcja "zjedz, bo się zmarnuje", więc kalorie odkładają się tu i ówdzie.
Miejsce zajęłam może mało zaszczytne, ale taka całkiem ostatnia nie byłam. Na kolejnej odsłonie "Spaceru" mam nadzieję się odkuć i podskoczyć w klasyfikacji chociaż o jedno miejsce. A na "Szybkim Mózgu" (właśnie się zapisaliśmy) to już w ogóle planuję ho, ho, ho!
Jednym słowem - ja Wam jeszcze pokażę!

czwartek, 2 marca 2017

Spacer z mapą

Na spacer z mapą – niby tak się nazywa, ale powinno być „zadyszka z mapą”. Bo oczywiście chodzi o biegi z mapą, takie raczej na mapach sprinterskich. Oczywiście długości są ciut większe niż sprinterskie, a dla tych zapisanych na trasę „długą” (czyli mojej osoby) powiedzmy mocno dłuższe. Ale optymalizując przelicznik zł/km bardziej opłaca się startować na najdłuższej trasie, zresztą co to jest 6-7 km po mieście wobec 50 km po zaśnieżonych wąwozach? Ale zadyszka jak nic murowana!
Etap drugi – po Żoliborzu Oficerskim. W zapowiedziach miało być 6,5 km. Spoko.
Wyjątkowo musiałem dojechać komunikacją publiczną. Udało mi się po dłuższym czasie przejechać pociągiem i tramwajem. Nawet udało mi się skasować bezproblemowo bilet (zawsze mam dylemat która stroną włożyć go do kasownika, a potem się z nim siłuję jak mi go wyrywa z ręki). Dotarłem właściwie równo z organizatorami (wiadomo dojazd z peryferii bywa nieobliczalny). Musiałem chwilę poczekać zanim napłynęli uczestnicy. Co kto przychodził znajomy, okazywało się, że startuje na trasie krótszej „normalnej”. Cieniasy! Tylko kilkoro odważyło się na najdłuższą.
Ja miałem 17 minutę startową i dostałem chipa bez udziwnień – nie będzie mi groziło przypadkowe zaliczanie wszystkich PK koło których niechcący przebiegam! Start i poleciałem po mapę. Znowu obrus formatu A3. Wyjątkowo szybko znalazłem start i pierwszy PK. Pobiegłam może mniej optymalnym wariantem, ale różnica była minimalna, a prosta droga pozwoliła przeanalizować mapę i numery lampionów. Na szczęście wszystkie były po kolei i końcówki zgodne z numerami PK. W porównaniu z Szybkim Mózgiem czy podobnymi zawodami raczej kameralnie – więc większość trasy człowiek biegnie sam. Wiadomo – ściganci doganiają i przeganiają – ale to zupełnie oczywiste. Na kolejne PK także niezbyt optymalnie biegłem, ale wolałem nie ryzykować przejść, które niby były zaznaczone na mapie jako otwarte, ale kto tam wie czy na pewno są otwarte. Do PK 4 zbieg po stromej błotnistej skarpie w dół. No powiedzmy – prawie zjazd. Przy piątce dogoniłem i przegoniłem mojego poprzednika i kilka innych osób. Całkiem fajnie tak wyprzedzać! Po siódemce nie zauważyłem na mapie ósemki i próbowałem pobiec na ósemkę. Niestety ze 20 sekund straty (dogonił mnie poprzednik). Do dziewiątki na mapie skrót – przebieżna brama. Ale tylko na mapie przebieżna. Pocałowaliśmy klamkę i trzeba było okrążać! Ech te mapy! Ogólnie sporo długich przebiegów. Ot, choćby taki przebieg 11-12-13 to ok 1400m w linii prostej, a w praktyce znacznie więcej. PK 13 sprytnie umieszczony w fosie Cytadeli,  na dole całkiem wysokiej kamiennej ściany. Nie odważyłem się skoczyć z nastu metrów i zjechałem znowu po stromej i błotnistej skarpie. Inni chyba także nie skakali bo nie widziałem w okolicy krwawych plam. Potem nie popatrzyłem i wbiegłem na skarpę szukać lampionu co był na dole. Po raz kolejny na skarpę wbiegłem elegancko schodami zamiast na czworaka na skróty. Ostatnie punkty to miły biegowy finisz. Meta, a na mecie... sesja zdjęciowa. Fajny banner mety mają organizatorzy!


Odczytuję wyniki. I niestety przegrałem z panią Prezes i Pawłem. O drobiazgi. Po analizie międzyczasów to z Barbarą dokładnie o te popełnione błędy. Niby na prostych odcinkach troszkę nadrabiałem (pojedyncze sekundy), ale błędy przy PK 8, 14 i 17 dały w efekcie różnice ponad minutę. A mogłem biec szybciej, a nie jak z przyzwyczajenia truchtem na 50 km…. Na kolejnym etapie od razu ruszę ostro i ja będę lepszy!

czwartek, 26 stycznia 2017

Z mapą na "spacer"


Podczas gdy ja zajmowałam się pielęgnacją chorego "dziecka", Tomek pojechał przetestować nową orientacyjną imprezę:

Optometrysta potrzebny na gwałt!


Z Mapą na spacer to cykl, który ma konkurować z Warszawa Nocą lub Szybkim Mózgiem. W poprzedniej edycji żaden termin mi nie pasował, ale teraz organizator „dogadał się” z konkurencją i wyszedł terminarz z niczym nie kolidujący. I to całkiem ciekawy, ot choćby finansowo – za 9 rund tyle samo co za 3 Szybkie Mózgi się płaci!
Za namową Pani Prezes, która sprawnie wyszukuje takie fajne imprezy (i sprawdza ich kolidowanie z innymi) zapisałem się. Aby uzyskać dobry przelicznik PK za zapłaconą złotówkę wybrałem Trasę Długą. Niestety, nie ma tak rozbudowanej klasyfikacji w kategoriach wiekowych jak na zawodach UNTS, ale gdy pojawiła się lista startowa pierwszego etapu, okazało się że „ultrasów” (czyli tych na trasę długą) jest raptem 12 sztuk. Czyli mam jakąś szanse zmieścić się w pierwszej dziesiątceJ. Oczywiście regulamin klasyfikacji ogólnej jest zrobiony tak, że ja ze swoim tempem biegu mam małą szanse na jakiekolwiek punkty do klasyfikacji generalnej;-)
Start. Komunikat startowy mówił o 5,8 km i nieznanej liczbie PK. Długo. Na starcie wisiało już coś innego, w każdym razie dostaliśmy mapy z  długością 4,4 km. Uprzedzę fakty i powiem, że wszystkim znajomym wyszło dobrze powyżej 6-ciu;-)
Należy wspomnieć o chipach SI, a właściwie SIAC. Nówki sztuki nie śmigane – wystarczy zbliżyć się do PK, a już migają i zaliczają piknięcie. Bajer. Ale do czasu.
Box startowy – ostrzeżenie, że ekipy techniczne rozkopały teren koło jednego z PK. Dobra, zobaczymy w terenie. Pi, pi, pi, pi, piiiii wystartowałem. Rzut oka na mapę. Jakaś taka malutka, zajmuje niewiele więcej niż połowa kartki A4, a reszta… opisy PK. 35 PK!! Nie da się tego w biegu ogarnąć. Start znalazłem szybko, ale PK 1 już dłużej szukałem na mapie. A jeszcze dłużej w terenie. Obiegałem budynki wokół domniemanego miejsca PK1, widziałem inne lampiony, a właściwego nie.  Patrzyłem na mapę przez okulary, bez okularów, pod okularami, świeciłem światłem mocnym, słabym a nawet takim inteligentnie dostosowującym się i nic. Szukałem tego lampionu ze 4 minuty! Tak to jest gdy puści się ślepego w nocy na takiej malutkiej mapie! Potem poszło lepiej, aż do PK 4, gdzie znowu szukałem lampionu „poza mapą”. Kolejne 5 minut za długo. Potem już uważniej patrzyłem gdzie co i jak. Gdzieś tam szukając kolejnego lampionu chciałem sprawdzić numer na czymś, co znalazłem (numer był obrócony) – sięgam ręką a tu piii pii – zapomniałem by nie machać ręką z tym super chipem SI w kierunku lampionu i  wbiło mi zły PK!
Druga połowa trasy za ulicą – teren parkowo leśny. W lesie było dobrze, choć krzaki mało przebieżne. Ale był czas by pobiec, a nie tylko wypatrywać na mapie następnego PK. Gdzieś w krzakach zgubiłem Janusza O., który startował minutę przede mną i pomachałem Pani Prezes, która startowała 2 minuty za mną i wyraźnie mnie wyprzedzała. Meta z czasem 54:36 (przewidywany czas zwycięzcy 30-35 minut), a przy sczytywaniu chipu okazało się że czegoś brakuje. To chyba ten niechcący zapikany chip się dał we znaki. Zobaczymy co powie organizator po dokładnym sprawdzeniu zapisów. Wniosek – trzeba iść zmienić okulary, bo przy takim naćkaniu punktów, to ślepy nie daje rady!