Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park skaryszewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park skaryszewski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2026

Słodka Zima na Pradze

Kolejny Bieg Wedla dla orientalistów, czyli już XXX Zima na Pradze. Nie ma co nawet pytać o miejsce, bo wiadomo, że będzie to Skaryszak. Jedyna różnica to mróz. Zamarzało wszystko: oddech, krzewy, organizatory i jeziorka. Jeziorka zamarzły bardzo porządnie – widziałem na nich kilka wydzielonych lodowisk. Niby te sadzawki nie są głębokie, ale organizator wyraźnie zabronił biegania po lodzie. Było to przykre, bo było widać lampion „za lodem”, były wydeptane przez spacerowiczów ścieżki przez ten lód, a człowiek musiał biec dodatkowe pół kilometra do mostku, by przekroczyć zamarzniętą wodę. 

Panie - za czym ta kolejka???
Trasa jak zwykle szybka. Szybka bo park, wydeptane ścieżki i ścieżynki. Ale… były dylematy. Najpierw jak dobiec do PK 1- odruchowo skierowałem się na zamkniętą kładkę i musiałem się cofać… Zresztą teraz widzę, że nie pobiegłem optymalnie - bliżej było pobiec dołem… Podobnie do dwójki. I tu także ze 100 m straty… 

Dalej szło lepiej. Ale tylko do 12-stki. Nie wiem co zmyliło – może Jacenty szukający lampionu za wcześnie? W każdym razie szukałem dobrą minutę lampionu przed zakrętem alejki, a nie za…. Wstyd! 

Po PK 13, zamiast jak cywilizowany człowiek wydeptaną ścieżką, ruszyłem „na skróty” przez śnieg, potem krzaki… 

Tragedia nastąpiła przy PK 16. Na opiśniku był „dziwny symbol”, ale samo miejsce na mapie wskazywało na wielopoziomowość przy lampionie. Na początku myślałem dobrze: na dół na parking i dziura. Tyle że z góry w tej dziurze nie widziałem lampionu. Udałem się więc do „dziury obok” i oczywiście lampionu tam nie znalazłem. Aby się upewnić, że to nie ta dziura, zwiedziłem jeszcze poziom +1 (sam nie wiem po co). Tak to jest, gdy człowiek wyjdzie z wprawy. No dobra, zwalmy wszystko na mróz – oczy mi zamarzły;-) 

Jeszcze pomiędzy PK 23 i 24 wybiegłem za mapę – tak to bywa, gdy biega się na pamięć, a nie patrzy na trzymany w ręku świstek papieru. 

Meta na środku jeziora czyli na końcu mola

W efekcie – miejsce poniżej możliwości i oczekiwań. Ale za to kolejna Zima na Pradze zaliczona.

 


piątek, 11 lutego 2022

Zimą na Pradze w duecie.

Przestaliśmy biegać parkruny, więc dawno nie byliśmy w Parku Skaryszewskim. No to w niedzielę trafiła się świetna okazja, żeby tam pojechać i pobiegać na orientację. A skoro Park Skaryszewski to wiadomo, że to Zima na Pradze. Obydwoje wzięliśmy trasę C, czyli najdłuższą. 
 
Przed startem.
 
 Pierwszy krok.
 
Wydawało mi się, że już tak dobrze znam ten park, że nic mnie nie zaskoczy, a jednak. Jedynka miała być przy mostku i biegnąc nawet widziałam i mostek i lampion, ale wydało mi się to jakoś dużo za wcześnie, więc pobiegłam dalej, do drugiego mostku widzianego z oddali. Mostek był, ale lampionu tym razem nie. Stanęłam zdziwiona i dopiero przebiegający Przemek uświadomił mnie, że jednak chodziło o mostek wcześniejszy. Dopiero wtedy sprawdziłam skalę mapy. Cóż 1:4000 znacznie różni się od 1:10000.
 
Mostek, to mostek...
 
Dwójka była na skraju mapy, za placem zabaw i główną alejką. Biegnąc cały czas słyszałam za sobą kroki. Ktoś najwyraźniej mnie śledził, bo biegł idealnie moim tempem. Trochę mnie to stresowało, ale nie odwracałam się i biegłam swoje. Dopiero przy punkcie, kiedy zatrzymałam się, zobaczyłam, że to młody mężczyzna wpatrzony we mnie jak w obrazek.  No proszę, sześćdziesiątka na karku, a tu faceci za mną jeszcze latają - pomyślałam, ale moje złudzenia szybko zostały rozwiane. Okazało się, że człowiek pierwszy raz biegł na orientację, pogubił się i jak zobaczył kogoś z mapą, to się podłączył. Mało tego, błagalnym głosem spytał, czy może przebiec ze mną resztę trasy, bo w ogóle nie ogarnia, a ma ochotę pobiegać. No przecież nie odmówię ... Usiłowałam tylko zasugerować, że możemy mieć inne mapy i inne punkty, ale stwierdził, że wcale mu to nie przeszkadza i możemy pobiec na moje. Ciekawe podejście. Ustaliliśmy, że kolejny punkt mamy ten sam i pobiegliśmy. Przy każdym kolejnym lampionie od nowa ustalaliśmy, czy następny punkt mamy znowu wspólny i jakoś żadnemu z nas nie wpadło do głowy, żeby po prostu porównać mapy. A na mecie okazało się, że mieliśmy identyczne (choć on biegł O-run) i wcale nie trzeba było tracić czasu na gadanie. Czas stracony na dyskusjach odzyskiwałam w biegu, bo nawet jeśli płuca już mi chciały wypaść, a nogi zostawały gdzieś w tyle, to głupio mi było przechodzić do marszu. Dodatkowo bardzo, ale to bardzo starałam się nie zgubić, bo to byłby już totalny blamaż. Na szczęście nawigacja szła mi przyzwoicie, co oczywiście nie znaczy idealnie - jak to w stresie. Dałam ciała tylko między PK 18 i 19, ale podczas zawodów nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. W tych emocjach przebiegłam przez zbiornik, otoczony grubą czarną kreską. Jakoś w ogóle tego nie skojarzyłam co to znaczy i teraz mi bardzo wstyd. W zasadzie to należy się dyskwalifikacja:-( I taki to przykład dałam początkującemu orientaliście. 
 
Na skróty.
 
Mimo, że biegłam dość szybko jak na swoje możliwości, to i tak miałam jeden z najdłuższych czasów. Chyba za dużo było w trakcie tego ustalania gdzie kto ma punkt i dokąd biegniemy. Ale nie żałuję. 

Po wspólnym biegu wspólny finisz.

I radość solo.
 

 


środa, 3 lutego 2021

Czekoladowa Zima na Pradze, czyli - czy można się zgubić w Parku Skaryszewskim?

Ten weekend różnił się od poprzednich. Nie żebyśmy w domu siedzieli, co to, to nie! Oczywiście, że biegaliśmy ale tym razem nie po lesie. W sobotę we trójkę wybraliśmy się na Zimę na Pradze. Fajna impreza, bo blisko domu, po bardzo miejskim parku, trasy zarówno marszowe, jak i biegowe - do wyboru, a na koniec jeszcze czekoladę dają. Szczególnie ten ostatni argument do mnie przemawiał:-) Zdecydowaliśmy się na bieganie, bo mnie po chodzeniu plecy bolą, Tomek się dostosował, a Agaty  przezornie nie pytaliśmy co woli. Byłam pewna, że jestem zapisana na trasę B, ale okazało się, że jednak na C. W sumie dobrze, bo C miała raptem 4,6 km. Nominalnie oczywiście.

Żeby dojść na start, musieliśmy obejść jeziorko.
 
Zaparkowaliśmy pod Wedlem, co jak się potem okazało, było pozycją strategiczną, bo blisko sklepu, gdzie po biegu można było odebrać należne kalorie.
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, po mnie Agata, a Tomek na końcu, bo filmował, a i tak szybciej od nas biega.

Pierwsze kroki na trasie:-)
 
Biegania po Parku Skaryszewskim się nie bałam, bo już dość dobrze go znam, więc ruszyłam pełna animuszu. Daleko nie ubiegłam, a już zaczęło mnie stopować. Nogi miałam jakoś dziwnie ciężkie, jakby z ołowiu i każdy krok był mordęgą. Chyba te ostatnie biegania po lasach tak mnie sponiewierały. Truchtałam sobie więc pomalutku, delektując się piękną zimą. Przy drugim punkcie dogonił mnie Tomek i pomknął dalej.

PK 2
Do PK 7 szło dobrze, aczkolwiek strasznie wolno. Przy ósemce pomyliły mi się gęstwinki i bardzo zdziwiłam się na widok pomnika, którego przy ósemce nie powinno być. No, ale przynajmniej wiedziałam w którą stronę dalej biec. Podobny numer zrobiłam przy dwunastce, ale bo też te krzaki wszystkie do siebie podobne!
Najlepiej biegało mi się tam, gdzie nie można było po alejkach (to znaczy można, ale bez sensu), tylko na azymut. Wiecie dlaczego? Bo były już wydeptane ścieżki:-))) Cha, cha, cha....
Na piętnastce zaczęłam robić głupoty. Oczywiście nie specjalnie (choć po biegu padły podejrzenia, że jednak specjalnie, żeby było o czym pisać:-)) Podbiłam piętnastkę, po czym zamiast na PK 16, ustawiłam azymut na PK 6. Azymut to był mi potrzebny dla określenia mniej więcej kierunku, bo raczej starałam się korzystać ze ścieżek.Po chwili coś mi przestało pasować, ale jeszcze nie wiedziałam co. Azymut miałam ustawiony na PK 6, ale na mapie patrzyłam na PK 16 jako punkt docelowy. Mój biedny mózg odbierał sprzeczne informacje i za nic nie mógł sobie z nimi poradzić. Zaczęłam kierować się na północ, no bo tam szesnastka, potem jednak na zachód, no bo kompas tak mówił, a potem stanęłam bezradnie nie rozumiejąc co się dzieje. W tym momencie niczym wybawienie pojawiła się Agnieszka. Schowałam wstyd do kieszeni i zadałam sakramentalne pytanie: gdzie ja jestem??? Agnieszka owszem - pokazała, tyle, że na swojej mapie i zanim popatrzyłam znowu na moją, to już zapomniałam co pokazywała. No to poszłam tak mniej więcej. Na azymucie "mniej więcej" zamajaczył mi jakiś lampion. Byłam uratowana. Co prawda nie była to szesnastka, tylko siódemka, ale przynajmniej byłam dokładnie zlokalizowana. Na szesnastkę z siódemki i tak poleciałam głupio, bo zamiast alejką, to na przełaj, ale nie bądźmy już tak drobiazgowi.
 
W poszukiwaniu szesnastki.

Punkt szesnasty był podwójny z dziewiętnastką i okazał się dla mnie podwójnie pechowy. O ile nie miałam problemów z trafieniem do siedemnastki i osiemnastki, to potem znowu utknęłam. Z osiemnastki to nawet spory kawałek biegłam w dobrym kierunku, a potem nie wiem co mi odwaliło i poszłam w bok. Chyba stwierdziłam, ze przecież trafię bez patrzenia bez przerwy w kompas. No to okazało się, że nie trafię. Znowu jakoś dziwnie przyciągała mnie siódemka i w ostatniej chwili wyrwałam się spod jej wpływu, co oczywiście nie znaczy, że dalej pobiegłam dobrze. Dopiero przy jeziorku, widząc w oddali mostki ogarnęłam gdzie jestem. 16/19 okazało się dla mnie czarną dziurą.

Po co biec po prostej, jak można ciekawiej?

Ostatnie punkty na szczęście były już dla mnie łatwe, zresztą wiele osób biegło w stronę mety, więc wystarczyło podążać ich śladem. Już po chwili dobiegłam do rynny, na której wisiał lampion metowy i gdzie czekali już na mnie Agata i Tomek.

Meta!

Po sczytaniu czipów odebraliśmy medale, słodycze i kupon na czekoladę. Medale poza tym, że są bardzo ładne, to mają jeden trick, który odkryłam dopiero w domu - jedna strona medalu jest dla biegaczy bez orientacji (Bieg Wedla), a druga dla biegaczy na orientację (Zima na Pradze). Dla każdego coś dobrego!

Tomek prezentuje nie swoją stronę medalu:-)

A potem nastąpił najważniejszy punkt programu - ruszyliśmy po nasz przydział czekolady do picia. Jak już wspomniałam, zaparkowani byliśmy bardzo strategicznie, bo tuż obok sklepiku Wedla. Chwilę odstaliśmy w kolejce, bo do środka mogło wejść tylko 6 osób, ale szło szybko i już po chwili mogliśmy delektować się przepysznymi kaloriami.

Czekoladowy toast:-)
 
W sumie to szkoda, że z pór roku mamy tylko zimę na tej Pradze, bo ja chętnie wybrałabym się też na wiosnę, lato i jesień na Pradze. Oczywiście pod patronatem Wedla:-) 

środa, 4 listopada 2020

WOR - finał w Skaryszaku

 W ostatnim etapie Warsaw Orient Races postanowiłam zaszaleć i zapisałam się na trasę dla profesjonalistów. No przecież nie z racji profesjonalizmu, tylko żeby się nabiegać na zapas, bo kto to wie kiedy następny raz. Czasy takie nieprzewidywalne... Co prawda nadal boli mnie kolano (po fizjoterapii) oraz odwłok (po grzybobraniu), ale stwierdziłam, że muszę dać radę, najwyżej spacerkiem pójdę. 
Biegać mieliśmy w Parku Skaryszewskim i Tomek od razu mnie przestrzegał, żebym z nawyku nie zaczęła biegać po pętli jak na parkrunie, tylko według mapy, z punktu na punkt:-) W sumie podobno przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka.
Wydawało mi się, że Park Skaryszewski to już znam dość dobrze i raczej nie brałam pod uwagę zgubienia się, ale na wszelki wypadek już na starcie patrzyłam w którą stronę wszyscy biegną, żeby przynajmniej dobrze zacząć. Jedynka i dwójka weszły gładko, ale już trójka stanęła okoniem. Tak się rozpędziłam, że przebiegłam obok lampionu, w ogóle nie zwracając na niego uwagi, a kiedy wreszcie wyhamowałam, stanęłam bezradnie z totalną pustką w głowie. Regularne zaćmienie. Pewnie, że tak mniej więcej wiedziałam gdzie jestem, tylko nic mi to nie pomagało. Zatoczyłam koło, żeby głupio nie stać w miejscu i zupełnie przypadkiem zauważyłam pod drzewkiem w oddali coś pomarańczowego. Byłam uratowana, ale przed samą sobą było mi łyso, że tak się wygłupiłam. 
Czwórka zaskoczyła mnie totalnie. Gdyby nie Tomek, który akurat w tym samym momencie dobiegł w okolice punktu, w życiu bym nie wpadła na pomysł, żeby szukać lampionu w grocie kamiennego źródełka. Dla mnie włażenie w takie miejsce to po prostu dewastacja zabytkowego parku  i jeszcze do teraz wszystko się we mnie buntuje na wspomnienie mojego haniebnego czynu, bo oczywiście punkt podbiłam. No sorry, nie wszędzie trzeba włazić, nawet w BnO.
Piątka i szóstka były łatwe, a siódemki usiłowałam szukać ciut za daleko. Ale w sumie dramatu nie było. Ósemka prościutka, a na dziewiątkę w ramach relaksu od myślenia pobiegłam za Michałem, ale nie żebym nie umiała trafić. Tak wyszło po prostu.
Do trzynastki szło idealnie, a z czternastką to dałam czadu. W pierwszej chwili pomyślałam, że dobiegnę alejką do placyku, potem w kolejną alejkę, ścieżka i lampion. No, ale nagle mi się odwidziało. Bo co? Ja nie potrafię takiego kawałeczka przebiec "na oko"? W znanym parku? Tak bliziutko? No to się okazało, że nie potrafię:-( O, jak bardzo nie potrafię... O tak:


Jak już w końcu znalazłam co trzeba, to na piętnastkę też pobiegłam dość abstrakcyjnie, sporym łukiem zamiast ciąć po prostej. Dobrze, że brzeg jeziora dość trudno jest przeoczyć. Szesnastka i siedemnastka , o dziwo, weszły dobrze, w sumie osiemnastka też, choć mogłam pobiec do niej optymalniej. Ale niech tam.
Przez te osiemnaście punktów w końcu nabrałam doświadczenia i rozkręciłam się i resztę trasy przebyłam już bezproblemowo. Oczywiście mogłam wybrać lepsze warianty przebiegu, ale w sumie to drobiazgi. Czasu zajęło mi to ho, ho jak dużo, no ale z góry zakładałam, że robię wersję bardziej spacerową niż wyczynową. Relaks to relaks! No dobra, tym sposobem straciłam szansę na jeden z tych przepięknych medali, co to je organizator przygotował, ale jak to w życiu - można marzyć o wszystkim, ale nie wszystko można dostać. Nie mam za złe - ani sobie, ani nikomu. I tak miło spędzony czas jest bezcenny.



środa, 11 marca 2020

Parkrun i bezdroża w Wesołej

W drodze na parkrun Tomek wypytywał mnie jaką strategię planuję na bieg. No to raz, dwa wymyśliłam, że pierwszy kilometr truchtam powoli, drugi lekko przyspieszam, trzeci lecę szybko, czwarty ciut wolniej, no bo już się zmęczę, a ostatni  na full jeśli dam radę.W sumie całkiem niezła strategia, więc postanowiłam ją zastosować. I wiecie co? Udało się. Poszło lepiej niż tydzień wcześniej. Nie, rekordu nie pobiłam (i pewnie już się nawet do niego nie zbliżę), ale zawsze coś.
Ponieważ w sobotę wypadał prawie 8 marca, więc na mecie każda pani otrzymywała tulipana, ale musiała go przechwycić w locie, chyba, że nie biegła szybko. Mi się udało i nawet mam fotkę z przechwytu, ale Tomek mówi, że wyglądam na nim jak chytra baba z Radomia, więc nie pokażę, trudno. Ale mogę pokazać fotę z ramką. O, taką:

Fota w ramce.

Po biegu od razu ewakuowaliśmy się, no bo WesolInO. A na WesolInO znowu trasa C była bez dróg. Tym razem postanowiłam zaryzykować i podjąć wyzwanie. Zresztą przypomniałam sobie, że po tym terenie już biegałam na mapie bez dróg i właściwie to było nawet łatwiej niż z drogami. Jeszcze w piątek wieczorem próbowałam nauczyć się tych dróg na pamięć, żeby mniej więcej wiedzieć jak lecą, ale z moją sklerozą to nie miało szansy się udać. A potem okazało się, że drogi to w zasadzie do niczego nie są potrzebne, bo i bez nich leciałam z punktu na punkt bezproblemowo. No dobra, przy pierwszym trochę za głęboko i za wcześnie weszłam w las, ale od razu się zorientowałam, więc nawet nie można uznać tego za jakieś tam błądzenie.
Punkty tradycyjnie położone były naprzemiennie po przeciwległych stronach wydmy, żebyśmy mogli sobie poćwiczyć podbiegi i zbiegi. Ze zbiegami to nawet mi szło, gorzej z podbiegami, ale starałam się ze wszystkich sił. W każdym razie zmęczyłam się uczciwie i nie mam sobie nic do zarzucenia:-)
A tak sobie radziłam bez dróg:


wtorek, 25 lutego 2020

Parkrun i WesolInO, czyli jak się zarżnąć bez ultra.

To nie był dobry dzień na bieganie. Na parkrunie już podczas rozgrzewki coś było nie tak i ani Tomkowi, ani mi nie szło. On narzekał na kolano, ja jeszcze nie zdążyłam zregenerować się po Skorpionie. W końcu Tomek zdecydował, że pobiegnie towarzysko razem ze mną, a ja zdecydowałam, że lecę tak jak dam radę, bez spinania się. Zaczęliśmy ostro (jak na mnie) i chyba z kilometr trzymaliśmy się grupy. A potem zaczęło zdychać. Wszyscy, których na początku wyprzedziliśmy, zaczęli pokazywać nam swoje plecy. Tomek usiłował mnie zdopingować, ale im więcej gadał do mnie, tym trudniej mi się biegło - raz, że musiałam mu odpowiadać, co zaburzało mi rytm oddechu, a dwa - miałam świadomość, że nawet jak padnę na pysk, to zaciągnie mnie na metę. Jak biegnę sama, to jakoś bardziej się sprężam, wiedząc, że mogę liczyć tylko na siebie. Tak więc eksperyment z bieganiem synchronicznym nie wypalił, na metę dotarliśmy z marniutkim wynikiem, za to ja zupełnie bez sił. Mimo, że szykowała się impreza z okazji 350 edycji biegu nie zostaliśmy, bo przecież WesolInO.  Tym razem organizator nie zrobił mi świństwa i nie powycinał dróg z trasy C, nie musiałam więc przenosić się na krótszą. Za to start był dalej niż zawsze, bo trzeba było wejść kawałek w las. Można było z tego wnioskować, że trasa będzie sięgała gdzieś dalej niż zwyczajowo, szczególnie, że była i dłuższa niż zazwyczaj.
Ścigać się co prawda nie zamierzałam, ale ze startu ruszyłam biegiem, żeby to jakoś wyglądało. Jak tylko zniknęłam za górką przeszłam do marszu:-) Jedynka i dwójka weszły gładko. Nie przejmowałam się żadnymi przekoszeniami mapy, tylko leciałam jak azymut kazał. Może jednak nie ma tego przekoszenia, jeśli wyszłam idealnie na punkty? A może te przekoszenia są tylko lokalne? Bo na trójkę już mnie zniosło trochę na zachód.  Coś mi się nie zgadzały ścieżki, ale i tak uporczywie szukałam tam, gdzie mnie zaniosło. W końcu widząc, że nic z tego, podeszłam do dużego skrzyżowania, żeby mieć stuprocentową pewność, gdzie jestem i dopiero z niego namierzyłam się porządnie. Udało się.

Oj tam, raptem jedno kółeczko dodatkowe...

Do szóstki szło idealnie. Tam gdzie na azymut to wręcz niemal po prostej, gdzie się dało, nadrabiałam drogami, bo jednak po równym to trochę szybciej. Od szóstki w słusznym kierunku prowadziła malutka ścieżynka.
- Aha, nasi wydeptali - pomyślałam i trzymałam się jej.  Co prawda każde zerknięcie na kompas pokazywało, że coraz bardziej znosi mnie w lewo, ale beztrosko zrzuciłam to na karb tego mitycznego przekoszenia północy. Jak człowiek chce, to sobie wszystko wmówi. Tak jak mapa pokazywała, przecięłam jedną dużą i dwie mniejsze ścieżki, a że nie w tym miejscu co planowałam....  Punkt miał być ciut poniżej ścieżki lecącej po skosie, więc wszystko się zgadzało, bo i taka ścieżka była. Zaczęłam szukać okopu (bo tak wypatrzyłam na mapie) ale znalazłam tylko dwa puste dołki. Zero lampionów. No dobra, może za wcześnie, może za daleko zaczęłam szukać... Przebiegłam się kawałek w jedną i drugą stronę, potem zupełnie bezsensownie pobiegłam na południe i prawdę mówiąc sama nie wiem po co. Wróciłam znowu do znalezionych wcześniej dołków i w końcu postanowiłam dokładniej przyjrzeć się mapie. Po pierwsze - punkt miał być na nosku, muldzie, czy co to jest takie wypukłe do góry, a nie w okopie, po drugie - miał być na zboczu, a nie na płaskim, a po trzecie - po cholerę leciałam jakimś śladem zamiast pilnować się kompasu???? Chciałam sobie ułatwić, to mnie pokarało.

Przy siódemce spędziłam czas tak raczej turystycznie.

Na kolejne punkty już się nawet nie spieszyłam, bo i po co? Przecież tyle czasu straciłam na siódemce, że chyba każdy szybciej ode mnie pokona trasę. Jeśli potem podbiegałam, to jedynie i wyłącznie w celach kalorycznych, to znaczy żeby spalić czwartkowe pączusie i przygotować się do imprezy, jaka mi się szykowała wieczorem. Za to mapę i kompas śledziłam tak pilnie, że do reszty punktów maszerowałam jak po sznurku. Zobaczcie na przykład taki przebieg PK 11 - PK 12 - istny majstersztyk:-) No, to średnia osiągnięć w sumie mi się bilansuje

No, ale poza PK 3 i PK 7 to całkiem fajnie.

Na mecie czekał już Tomek i powstrzymywał fotografa od pójścia sobie, dzięki czemu mam taką fajną fotkę z dobiegu do mety. Tak - biegłam na metę, w końcu jakieś wrażenie na oczekujących trzeba zrobić, nieprawdaż?
Ostatnie metry.

Niby w każdą sobotę zaliczamy i parkrun i jakąś orientację, ale tym razem wyjątkowo dostałam w kość. Czułam się cała ociężała i marzyłam jedynie o pozycji horyzontalnej. Nie, sobota, to naprawdę nie był dobry dzień na bieganie.

niedziela, 16 lutego 2020

Parkrun i WesolInO

Pewnie po przygodach na BPK-u wszyscy czekacie na opowieść, jak się haniebnie zgubiłam na WesolInO, a tymczasem  - chała! Wcale się nie zgubiłam! Nooo, prawie wcale. Ale przyznam się - poszłam na łatwiznę. Zapisałam się na trasę C, a pobiegłam na B. Dlaczego? Kiedy dojechaliśmy do Wesołej po parkrunie (będzie i o parkrunie, będzie),Karolina właśnie skończyła swój bieg i od razu zasypaliśmy ją pytaniami - jak było? Okazało się, że mapa kategorii C jest bez drożni i ona na trasie spędziła prawie godzinę. Ponieważ mi zawsze schodzi to co najmniej dwa razy dłużej niż Karolinie, jak nic musiałabym siedzieć w lesie dwie godziny. Bez gwarancji, że kiedykolwiek z tego lasu wyjdę. A tymczasem nie miałam tyle czasu, bo wieczorem szykowałam imprezę rodzinną i musiałam trochę postać przy garach i polatać na miotle.
Trasa B miała niecałe 3,5 kilometra i tylko 10 PK. Trochę mało, ale co poradzić. Punkty zasadniczo były łatwe, teren obiegany, więc szło dobrze. Aż do PK 7. Z szóstki na siódemkę było dość daleko, punkt w dole, a dookoła milion podobnych dołów. Pamiętałam, że na mapie północ jest przekoszona o kilka stopni, ale nie pamiętałam o ile, postanowiłam więc biec na azymut z mapy, a potem czesać. Choć trochę czasochłonna metoda, to skuteczna i siódemkę znalazłam. W nagrodę do ósemki poleciałam idealnie,a czemu w drodze na dziewiątkę nagle skręciłam na południe, to nie wiem. Kiedy dobiegłam do poprzecznej ścieżki, to nawet się nie zmartwiłam, bo punkt był zaznaczony w dość charakterystycznym miejscu i byłam pewna, że sobie poradzę. Oczywiście najpierw natknęłam się lampion z trasy C i dobrze, że mam nawyk sprawdzania kodów, bo byłaby NKL-ka. Jeszcze tylko dziewiątka i meta.

Przy dwójce włączyłam zapisywanie trasy.

A wracając do parkruna. Ponieważ ostatnio na każdym poprawiam się o około minutę, więc tym razem pasowało mi złamać 29 minut. Rozgrzewka przed biegiem nie nastrajała mnie optymistycznie, bo nogi miałam jak z ołowiu i nie nadążałam z oddychaniem. Kiedy jednak ruszyliśmy okazało się, że utrzymuję tempo grupy i jakoś specjalnie nie odczuwam tego boleśnie. Przy drugim okrążeniu zaczęła mi kiełkować nadzieja, że nie będzie źle, a potem wystarczyło nie zwalniać. Dałam radę i na metę wpadłam z czasem 28.26.Sukces na miarę moich możliwości, w pełni mnie satysfakcjonujący. Tylko jak na kolejnym biegu złamać 28 minut????

Ostatnie metry przed metą.

poniedziałek, 10 lutego 2020

BPK, czyli gdzie się podział PK 14!?

Spontaniczne imprezy to specjalność Stowarzyszy, więc wcale nie zdziwiliśmy się, kiedy w czwartek okazało się ogłoszenie o piątkowym BPK-u. Ponieważ i tak planowaliśmy pobiegać wieczorem, to równie dobrze mogło się to odbyć w formule BnO w Skaryszaku. To znaczy teoretycznie równie dobrze, bo o wiele łatwiej biegać po znanej trasie, po ulicy i bez szukania punktów, niż po ciemaku, po obcych krzakach dotrzeć w konkretne miejsce. Co prawda biegamy tam parkrun, ale w dzień.
Punkt pierwszy od razu zidentyfikowałam jako miejsce startu parkrunu, więc mogłam pobiec bez kombinowania jak i gdzie. Dwójka była już poza trasą biegową, więc ruszyłam na azymut, oczywiście włażąc od razu w jakieś krzaczory. Zniosło mnie na wschód, ale na szczęście do bardzo charakterystycznego miejsca, z którego już bez problemu trafiłam dalej. Z dwójki odbiegłam na północ żeby wbić się na ścieżkę, ale po ciemku jakoś na nią nie natrafiłam, więc odbiłam do głównej alejki i dalej też już alejkami pod sam punkt.
Jak na razie szło bez większych problemów, jedynie z lekkim nadkładaniem drogi, ale to u mnie normalne. Przed piątką przypomniałam sobie, że nie włączyłam zegarka, więc żeby tradycji stało się zadość, przystanęłam i dokonałam rytualnego czynu. Przy piątce spotkałam Tomka, który wybiegł trochę po mnie.
Długi przelot: ósemka, dziewiątka, dziesiątka, jedenastka udało się pokonać ścieżkami, więc  bez żadnych atrakcji i już zaczęłam się cieszyć, że mi tak dobrze idzie. Wiadomo, jak się człowiek ucieszy, to się od razu musi spierniczyć i tak też się stało. Na dwunastkę ruszyłam tak idiotycznie, że aż mi się wierzyć nie chce kiedy oglądam swój ślad. Zamiast wrócić na główną alejkę i pobiec nią do następnego skrzyżowania, umyśliłam sobie, że polecę na azymut. Tyle tylko, że azymut prowadził przez nieckę jeziora, co prawda pustą, ale za to leżącą w dole. Postanowiłam obejść. Dla odmiany wpakowałam się w jakieś kamole, większe i mniejsze - coś jak chaotyczny, wielki skalniak. Mało się z niego nie zrąbałam do tego pustego, wybetonowanego jeziorka, ale w końcu, jakimś cudem, w jednym kawałku dotarłam do dwunastki. Co prawda mój gps twierdzi, że nie dotarłam, ale system zaliczył mi punkt, a po ciemku to nie wiem jak rzeczywiście było. Trzynastkę zaliczyłam w miarę poprawnie, a potem się zaczęło... Z bliżej nie znanych mi powodów w ogóle nie zwróciłam uwagi na fakt, że czternastka leży przy zupełnie innym jeziorku, za główną alejką i oczywiście zaczęłam jej szukać tuż koło trzynastki. Przeczesałam brzeg małego jeziorka i w końcu wyszłam na główną alejkę. Bynajmniej - nic mnie nie tknęło, że na punkt to trzeba jeszcze trochę na zachód. Co prawda dziwiłam się jakim cudem jestem tu gdzie jestem, ale wniosków nie wyciągałam żadnych. Zaczęłam się chaotycznie miotać dookoła jeziorka aż w końcu natrafiłam na mostek. Czternastka miała być blisko mostku, więc byłam pewna, że już za momencik mój telefon triumfalnie odpipczy zdobycie kolejnego punktu. A tymczasem.... Marcinowi, który akurat nadbiegł odpipczalo, a mi nie. Już wyciągnęłam telefon, już chciałam wymusić zaliczenie punktu, ale jeszcze się zawahałam. Jeszcze raz obiegłam jeziorko, wyszłam na alejkę i w końcu wymyśliłam, żeby namierzyć się od dużego mostu. I to to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że trzeba biec całkiem gdzie indziej, ale dla ułatwienia, po alejkach.
 
 Mój ślad to ten czerwony, niebieski Tomka, dla porównania:-)

A tak przy okazji to odkryłam, że północ na mapie jest przekoszona i ustawianie kompasu do krawędzi kartki niekoniecznie daje dobre rezultaty. Lepiej dowiedzieć się o tym późno, niż wcale.  No ale ludzie!!! W BnO nie robi się takich zasadzek!
Gdzieś koło piętnastki czekał na mnie mocno już zaniepokojony Tomek, bo czemu mnie nie ma i nie ma. Resztę punktów zaliczyłam już w jego asyście, nawet nie biegając za bardzo, bo po tym błądzeniu straciłam zupełnie zacięcie do tej zabawy i totalnie wkurzona na cały świat chciałam tylko dotrzeć na metę.

Gdzieś pod koniec trasy.

Wreszcie udało się zakończyć tę moją drogę przez mękę i nawet wykrzesałam sztuczny uśmiech do pamiątkowej fotki:


W nocy to ten park jednak wygląda całkowicie inaczej niż za dnia. Niby taki cywilizowany, a proszę, jak można się zgubić. Tak na wszelki wypadek to muszę obejrzeć za dnia też inne alejki poza tą, którą biegamy na parkrunie, a nuż widelec się kiedyś przyda. Aaaa, i baterie w lampce chyba trzeba wymienić na nowe, bo fajnie widzieć trochę więcej niż na dwa kroki.

wtorek, 4 lutego 2020

Znowu w życiu mi nie wyszło...

Jest sobota - jest parkrun i orientacja. Na parkrunie oprócz tego, że chciałam dobiec do mety, miałam też ambitny plan poprawienia wyniku sprzed tygodnia i złamania 30 minut. Do mojej życiówki nawet się nie przymierzam i pewnie nieprędko się nawet do niej zbliżę. Może nawet już nigdy...
Pogoda była mało wyjściowa, bo padało i przyjemniej byłoby poranek spędzić w łóżku, ale jak pomyślałam o późniejszych wyrzutach sumienia, to już wolałam pobiec.
Ruszyłam i po chwili sprawdziłam jakie mam tempo, no bo ten zaplanowany wynik. Zegarek pokazał jakieś 6.30 więc przyspieszyłam. Ufff, jak ciężko się biegło. Po chwili zerknęłam jeszcze raz, a gdy przetarłam szkiełko z wody okazało się, że nie 6 z hakiem, tylko 5.23 i dlatego ciężko. Zdecydowanie nie powinnam zaczynać powyżej swoich możliwości, ale starałam się zbyt dużo nie zwolnić. Przede mną biegł zając z czasem 28 min. i usiłowałam się go trzymać, choć zdawałam sobie sprawę, że to tymczasowe.

Tuż po starcie.

Po trzecim kilometrze 28 minut powoli zaczęło mi znikać na horyzoncie, a ja walczyłam o to, żeby uciec przed nawet nie 29, ale 30 minutami. I wiecie co? Udało się! Za tydzień wypadało by zejść poniżej tych 29, ale nie obiecuję.
Prosto z parkrunu pojechaliśmy do Falenicy na FalInO. Ponieważ już dałam z siebie wszystko, na orientacji planowałam się wyłącznie orientować, a nie ścigać.
Nominalnie trasa miała mieć 5 km, a wiadomo, że wyjdzie więcej. Jedynka była jeszcze na terenie szkolnym, tak samo jak na pierwszej rundzie, więc można było biec z zamkniętymi oczami, dwójka też łatwa, a trójkę według mojego gps-a pominęłam. Głupi jakiś, bo przecież pamiętam, że byłam, zresztą nie mam NKL-ki. Czwórka była za wydmą i bohatersko zaczęłam na nią wbiegać, ale nie dałam rady. Straszny cienias się ze mnie zrobił. To znaczy grubas i dlatego cienias. Dodatkowo w połowie drogi zaczęło mnie ściągać na wschód i dopiero zbyt mała odległość od zabudowań dała mi do myślenia. Do piątki pobiegłam drogami, bo pomyślałam, że nawet jeśli ciut dalej, to może szybciej, bo asfalt jednak wygodniejszy niż krzaki. Mój GPS znowu upiera się, że do szóstki leciałam obok ścieżki i wcale nie dotarłam do celu, ale przecież taka głupia nie jestem i nie ma mu co wierzyć. A może to mapa jest trochę przekłamana?
Do dziesiątki szło dobrze - ani ja, ani mój GPS nie mieliśmy żadnych problemów. Przy dziewiątce spotkałam Tomka, a potem ruszyłam za nim na dziesiątkę. Z dziesiątki wydawało mi się, że biegnę prosto po azymucie, a tymczasem zniosło mnie na sąsiednią drogę, która miała bardzo podobny przebieg i w ogóle nie zorientowałam się, że nie jestem tam gdzie myślę. Po dłuższej chwili coś zaczęło mnie niepokoić. Jakieś przeczucie. Punkt miał być na płaskim, a ja ewidentnie latałam po wydmie. Trafiłam na jakiś wielki rów, którego w ogóle nie było na mapie. To znaczy nie było w okolicy PK 11, bo jakieś trzysta metrów na południowy zachód to i owszem, tyle, że nie rów, a strzelnica.Jakoś nie skojarzyłam, choć niby teoretycznie znam teren. Jak widać - rzeczywiście teoretycznie. W akcie desperacji postanowiłam iść na północ, dojść do zabudowań, zlokalizować się, namierzyć i trafić na jedenastkę. Jeszcze po drodze coś tam kombinowałam, bo mi się przypomniało, że powinnam zejść z wydmy, aż w końcu udało mi się rozpoznać jedno ze skrzyżowań. Tak na 80% byłam pewna, gdzie jestem. Od skrzyżowania, już bez kombinowania, drogą, powoli, rozglądając się poszłam tam, gdzie spodziewałam się lampionu. Znalazłam pasujący dół, zajrzałam do niego, a tam... nic. W sąsiednim dole też wielkie nic. No co jest grane? Okazało się, że w pierwszym dole jest zbudowana ziemianka i w niej ukryty był lampion i nie z każdej strony dawało się go zauważyć. Cała ta operacja szukania jedenastki zajęła mi co najmniej 15 minut. Kiedy już w bazie opowiedziałam Tomkowi o moim błądzeniu, przypomniał mi, że w tamtym miejscu są jakieś anomalie i przecież już kilkakrotnie mieliśmy tam różne nawigacyjne przygody. Lepiej się w tam trzymać dróg niż azymutu.
Na dwunastkę weszłam od d..y strony, bo widać anomalie jeszcze tam sięgały, ale w porównaniu z jedenastką, to żadne błądzenie. Trzynastka i czternastka bez problemu, bo azymut już działał prawidłowo, a piętnastka to już wiedziałam gdzie jest, więc postanowiłam lecieć na pamięć. Zapomniałam tylko, że moja pamięć jest dziurawa jak sito i oczywiście pomyliłam ulice i lampionu zaczęłam szukać dużo za wcześnie. Jak należy przypuszczać, nic nie znalazłam, postanowiłam więc wyjść na asfalt i rozejrzeć się w sytuacji. I gdzie wyszłam? Na ulicę Tyszowiecką, przy której kiedyś mieszkałam. Przynajmniej teraz już na 100% wiedziałam gdzie jestem i jak trafić na punkt. Zachowawczo pobiegłam asfaltem - naokoło, ale pewnie. Przy piętnastce czekał na mnie Tomek z aparatem w garści, żeby uwiecznić moje zmagania, a poza tym już z lekka zaniepokojony moja przedłużającą się nieobecnością.

Ostatni punkt.

Na trasie byłam 75 i prawie pół minuty, co przy czasie Karoliny, która wygrała z czasem 36 min. z maleńkim hakiem jest i śmieszne i żałosne - dwa razy dłużej... Oczywiście, że wcale mnie to nie zraża, bo wynik wynikiem, a zabawa jak zawsze była przednia. Zresztą gdybym nie błądziła, to o czym byłby ten post???
A taki pogląd na tę rundę miał mój GPS:

Jedenastka - majstersztyk!

wtorek, 28 stycznia 2020

Parkrun z rekordem w rodzinie i wyluzowane WesolInO.

Na razie nie jeździmy na pięćdziesiątki, więc weekendy staramy się spędzać aktywnie i w praktyce ostatnio wygląda to tak: sobota - parkrun i FalInO albo WesolInO, niedziela - ZZK. Tak było i w ten weekend. Na parkrun pojechała z nami Agata, bo postanowiła zobaczyć jak to jest w wynikach mieć przy nazwisku BP, czyli rekord. W związku z tym musiała pobiec nieco szybciej niż poprzednio i... udało się! Ja nie chciałam być gorsza, więc też starałam się szybciej przebierać nogami i też poprawiłam swój wynik. Mi do rekordu zabrakło duuużo, ale i tak jest tendencja zwyżkowa. Na następnym parkrunie muszę zejść poniżej 30 minut. Niby żaden wyczyn, a jednak.

Jak z obrazka!

WesolInO tym razem było po południowej stronie ul. B.Czecha, a start spod cmentarza w Starej Miłośnie. Lubię biegać po tej stronie, bo blisko bazy i nie ma kiedy zmarznąć w drodze na start:-)
Mapę tego kawałka mam już tak obcykaną, że nawet w czasie biegu poznaję niektóre miejsca, a u mnie rzadko się to zdarza.  A jednak PK 1 zaskoczył mnie, bo jeszcze w tym miejscu chyba lampionu nie widziałam - tak po prostu na zakręcie ścieżki. Okolice dwójki i trójki kojarzyłam z grubsza, ale oczywiście pilnie wpatrywałam się w kompas, żeby trafić dokładnie w cel. Piątka była tożsama z dwójką, ale kiedy się przybiega z innego kierunku, to zupełnie jak całkiem nowy punkt. Przynajmniej ja tak mam. Reszta punktów była już bardziej na północ, w kawałku, który najbardziej lubię, bo blisko szosy, gdzie nie ma się jak zgubić - nawet ja nie daję rady.
Szóstka i siódemka weszły bez problemów, chociaż  za szóstką musiałam się kilka razy okręcić dookoła, żeby ją wypatrzyć w dołku. Ale trudno to nawet nazwać szukaniem. Do ósemki wreszcie była okazja pobiec drogami, ale że droga przecinała wydmę, to z tym bieganiem pod górkę było trochę ciężko. Ale starałam się. Za to z górki na pazurki!
W pierwszym odruchu z ósemki na dziewiątkę też chciałam pobiec drogami, ale po kilku metrach opamiętałam się i poleciałam na azymut. Po ścieżkach biegają cieniasy. Już prawie u celu, ku swojemu zdumieniu, zobaczyłam Tomka.  Jakoś się go nie spodziewałam. Oczywiście od razu porzuciłam azymut i podbiegłam spytać czy szuka tego samego punktu, co ja. Ano - szukał. Wspólnie poczesaliśmy teren (no bo ten porzucony azymut) i po chwili znaleźliśmy. W międzyczasie Tomek zdążył się pochwalić zgubieniem się na swoim poprzednim punkcie, czyli mojej ósemce. Nie mam pojęcia jak mu się to udało, ale widać zdolny jest. Do wszystkiego.
Na dziesiątkę wyszłam idealnie, ale odbiłam to sobie od razu na jedenastce, bo mnie ciut na północ zniosło. Oczywiście, że sobie raz dwa poradziłam. Przy tym lampionie byłam już wcześniej, bo to i siódemka, ale oczywiście od drugiej strony wszystko wyglądało inaczej. Na dwunastkę z tego wszystkiego pobiegłam drogami i to jeszcze naokoło zamiast skrócić, ale czasem człowiek jakąś  głupotę musi zrobić, żeby nie było nudno.
Dwunastka była za wydmą, więc trzynastkę organizatorzy złośliwie ustawili przed wydmą, czternastkę znowu za, a metę przed. No, to troszkę potrenowałam tych podbiegów i zbiegów i w sumie to tak jakbym przy okazji zaliczyła bieg górski.
Ostatnio wielką frajdę sprawia mi to bieganie na orientację. Jeszcze w zeszłym roku był to dla mnie spory stres, bo ciągle myślałam, że się zgubię, że mi lampiony pozbierają, że będę ostatnia, a teraz mi to wszystko zwisa i mam tylko i wyłącznie przyjemność. Jak to dobrze wyluzować.

A tak wyglądała mapa CK i mój przebieg:

Pobiegane.

środa, 15 stycznia 2020

Parkrun i cud na WesolInO

Po noworocznej sześciodniówce zrobiliśmy sobie kilka dni przerwy (bo też i w najbliższej okolicy nie było żadnych imprez) i kolejny weekend postanowiliśmy zacząć z przytupem - w sobotę najpierw parkrun, a potem WesolInO.
Na parkrun udało nam się wyciągnąć Agatę i był to jej debiut  w bieganiu zorganizowanym.  Jej udział miał być dla mnie świetną zasłoną dymną odwracającą uwagę od mojego marnego (jak przewidywałam) wyniku.

 Przed startem. (Za zdjęcie dziękuję Agnieszce)

 Zaczęłyśmy razem - najpierw powoli - jak żółw ociężale, ruszyła - maszyna - po szynach - ospale. Przez spory kawałek tak sobie truchtałyśmy, aż w końcu Agata przeszła do marszu, a ja poleciałam dalej. Po trzech kilometrach nawet ogarnęłam się w sobie i ciut przyspieszyłam i choć wynik faktycznie wyszedł marny, to jednak nieco lepszy od poprzedniej próby, kiedy to pobiłam już wszelkie swoje rekordy w długości pokonywania 5 km. Tak za bardzo to się nie wysilałam zresztą, żeby zachować siły na bieganie z mapą.
Na WesolIno pojechaliśmy już tylko we dwójkę z Tomkiem. Pogoda w międzyczasie zrobiła się z lekka wilgotna, aczkolwiek nie padało tak regularnie. Zmieniłam więc warstwę wierzchnią na mniej przemakającą, co dawało mi gwarancję zapocenia się na śmierć w razie szybkiego biegu.  No i jak to dobrze, że biegam powoli:-))
Start tym razem był w innym miejscu niż start biegaczy górskich i musieliśmy dość daleko dojść z bazy. Ale przynajmniej mieliśmy od razu rozgrzewkę. Moja trasa miała mieć niecałe sześć kilometrów. Teren milion razy już obiegany, co oczywiście w moim przypadku nic nie wnosi, no może tyle, że nie boję się zgubić.
Pierwszy punkt dostępny niemal ze ścieżki, więc bezstresowo, tak na dobry początek. Do dwójki między zabudowaniami, a potem ze skrzyżowania na azymut - idealnie na punkt. Jak widać z przebiegu (a i Tomek posprawdzał na lidarach) trójka stała w złym dołku, ale najwidoczniej bliski był mi tok myślenia osoby wieszającej lampiony, bo trafiłam bez problemu:-) Do czwórki na wszelki wypadek namierzałam się trzyetapowo - do skrzyżowania, do wykrotu i dopiero dołek. Zadziałało. Piątka była bardzo blisko i myślałam, że ją z daleka zobaczę, ale lampionów z dna dołka nie widać i oczywiście najpierw trafiłam do dołka stowarzyszonego. Za to do szóstki poleciałam jak po sznurku. Przy szóstce teren już się zaczął fałdować, a do siódemki trzeba było przeciąć wydmę. Starałam się nawet biec pod górkę i prawie mi się udało. Ale zmachałam się tak, jakbym wbiegła. Więc uważam, że zaliczone. Tak mi dobrze szlo nawigacyjnie, że w końcu straciłam czujność, zdekoncentrowałam się i przed ósemką zniosło mnie na zachód, na skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam na które. Na szczęście czasy wpadania w panikę przy zgubieniu się dawno mam już za sobą, więc po prostu przeleciałam się kawałek drogą patrząc jaki ma przebieg, gdzie z czym się krzyżuje, gdzie zakręca. A może ze zmęczenia tak się zakręciłam, bo od siódemki znowu trzeba było wrócić na drugą stronę wydmy. A zgadnijcie gdzie była dziewiątka!? Oczywiście znowu za wydmą. I proszę - żadne biegi górskie mi niepotrzebne, wystarczy sama orientacja, żeby się zarżnąć. Na dziewiątkę wyszłam prawie idealnie i nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamiast podejść do najbliższego dołka (z lampionem) zacząć przeszukiwać te dalsze. Zaćmienie umysłowe normalnie. Dziesiątka i jedenastka weszły bez problemu, a w drodze na dwunastkę coś zaczęłam omijać (za cholerę nie pamiętam co, a na mapie nic do omijania nie ma). Trochę mnie znosiło, ale że punkt był między dwoma posesjami, więc wiedziałam, że i tak trafię, bo miejsce zbyt charakterystyczne żeby je zgubić. Trzynastka chyba przeniosła się do sąsiedniego dołka, ale i tak ją zdybałam. Do czternastki, przez wydmę, już nie miałam sił biec, ale za to idąc spokojnie mogłam się dobrze namierzyć i wyszłam na nią idealnie. W połowie drogi do piętnastki zmieniła mi się koncepcja i zeszłam z azymutu, żeby dojść do drogi prowadzącej do zabudowań. Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem po co zrobiłam taki manewr, bo wcale ani szybciej, ani łatwiej nie było. Chyba tylko dla urozmaicenia sobie trasy. A potem już tylko meta, metunia, meciątko. Na mecie czekał już Tomek, który swoją dłuższą trasę jakoś pokonał szybciej niż ja swoją krótszą i wstrzeliłam się w moment, kiedy opowiadał komuś o przekoszonej północy na mapie. Kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Więc jakim cudem trafiłam na wszystkie punkty, a na niektóre do tego idealnie??? Cud, normalnie cud.
A poniżej dowód, że nic, ale to nic nie naściemniałam:-)



wtorek, 2 kwietnia 2019

Parkrun z Łukaszem

W sobotę tradycyjny parkrun i jak to ostatnio bywa - kolejna uroczystość. Tym razem świętowaliśmy 250-ty bieg Łukasza. Wyobrażacie sobie? To pięć lat cosobotniego biegania (zakładając, że nie opuszcza się żadnej soboty)! Dla mnie niewyobrażalne!
Pogoda zrobiła się wiosenna i wreszcie można było pozdejmować z siebie grubsze warstwy, a ja to nawet buty lżejsze ubrałam. Ale to dlatego, że Tomek mi wmówił, że jak będą lżejsze, to pobiegnę szybciej i znowu zrobię życiówkę:-) No to uwierzyłam, bo co mi szkodzi życiówka. Nie żebym się jakoś nastawiała, ale zawsze warto brać pod uwagę.
Ruszyłam dość spokojnym tempem, ale chyba moje spokojne tempo nieco wzrosło, bo długi czas biegłam w sporej grupie, a przeważnie szybko zostaję sama w ogonie peletonu. Cały czas czekałam kiedy dogoni mnie Ania, ale ponieważ jakoś się nie kwapiła, więc podpięłam się pod kogoś innego i pilnowałam żeby zachować stałą odległość. Po pierwszym kółku zdjęłam rękawki i rzuciłam nimi w stronę wolontariuszy licząc, że je zgarną na metę, a kamizelki nie dało się zdjąć, bo zapięłam na niej "numer startowy" z imieniem Łukasz. Szkoda, bo z każdym krokiem robiło się coraz cieplej, a tego nie lubię.

W sobotę wszyscy byliśmy Łukaszami:-)

O dziwo, na ostatnim okrążeniu wcale nie zaczęłam umierać, ale przyspieszyć też nie dałam rady. W sumie to najlepiej idzie mi bieg równym, jednakowym tempem. Jeszcze trochę potrenuję i będzie można metronomy według mnie skalować:-)

Na parkrunie jest miejsce dla każdego!

Zapomniałam sobie włączyć stopera, więc nie wiedziałam jak stoję z czasem, ale wydawało mi się, że całkiem nieźle. Na ostatniej prostej, która pojawiła się nadspodziewanie szybko, usiłowałam trochę przyspieszyć i może z sekundę albo dwie nadrobiłam. Kolejną zyskałam na ostatnich pięćdziesięciu metrach, kiedy już bardzo się sprężyłam i z lekka przyspieszyłam. Tomek od razu zawyrokował, że na pewno jest rekord, ale co miał mówić, skoro mi ten rekord obiecał? :-) Ale miał rację. Poprawiłam się o całe 6 sekund! Jeszcze z miesiąc temu śmiałam się z takich "osiągnięć", a teraz widzę, że 6 sekund to potrafi być bardzo, bardzo dużo.
Jak to punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia, czy raczej biegania...

wtorek, 26 marca 2019

Rekordowy parkrun

Sobotę znowu zaplanowaliśmy intensywną - parkrun i WesolInO. Na parkrun mało się nie spóźniliśmy, bo nie było gdzie zaparkować i stanęliśmy bardzo daleko. Zbliżała się dziewiąta, a my dopiero wysiadaliśmy z auta. Pognaliśmy więc na złamanie karku w stronę miejsca zbiórki i tym sposobem odwaliliśmy rozgrzewkę przed biegiem. Ja to byłam tak rozgrzana, że ociekałam potem, dyszałam i nie wydawało mi się, że będę w stanie jeszcze gdzieś biec. Na naszym praskim parkrunie na szczęście tradycyjnie wszystkie czynności wstępne przedłużają się poza godzin dziewiątą i zanim wystartowaliśmy, zdążyłam odpocząć.
Moja pani doktor, molestowana na okoliczność złego samopoczucia, oddała mi w końcu moje stare leki, miałam więc nadzieję, że tym razem  głowa nie będzie mi eksplodować i dam radę dobiec bez większych problemów. Ruszyłam umiarkowanym tempem żeby na początek zrobić rozpoznanie. Nic się nie działo, więc ciut przyspieszyłam. Nie za dużo, więc po chwili dogoniła mnie Ania. Biegła fajnym tempem więc siedziałam jej na ogonie, ale po pewnym czasie albo ona zwolniła, albo ja poczułam moc i wyrwałam do przodu. Biegłam, biegłam, już się nudzić zaczęłam, a Ania nic - nie wyprzedzała.
- Aha, w końcu się zlitowała i tym razem postanowiła dać mi wygrać - pomyślałam przypominając sobie jak w żartach i ja i Tomek prosiliśmy o to.
No dobra, puszcza przodem, to trzeba korzystać. Nie żebym przyspieszała, ale starałam się nie zwalniać, jak to na ogół w końcówce robię. Jakoś się udało, a przed samą metą nawet ciut przyspieszyłam. I wiecie co? Znowu zrobiłam życiówkę. Poprawiłam się jakieś dziesięć sekund. Jeszcze trochę i złamię 28 minut! Nie ma się co śmiać - starsza pani jestem, więc i wyniki na poziomie adekwatnym.

Na trasie. (Fot. z FB parkrunowego)

Zauważyłam, że te swoje rekordy to biję tak jakoś zaraz po pięćdziesiątkach. Bo co to jest pięć kilometrów naprzeciwko pięćdziesięciu? Tylko myknąć i gotowe.
Trening pięćdziesięciokilometrowy przed startem na pięć kilometrów? Ktoś jeszcze tak ma, czy tylko ja? Znaczy wiem, że Tomek też, bo pięćdziesiątki i rekordy robimy razem, ale oprócz nas?

środa, 13 marca 2019

300 parkrun Warszawa-Praga!

W parkrun wsiąkamy coraz bardziej, więc na trzechsetnej edycji nie mogło nas zabraknąć. Szczęśliwie nie mieliśmy w tym czasie żadnych konkurencyjnych zawodów. Rano łyknęliśmy znowu po szklance soku z buraka, w razie gdyby się nam zachciało bić rekordy, ale muszę powiedzieć, że po informacji o konieczności wypicia pół litra, moja wiara w skuteczność jednej szklanki mocno podupadła. Na dodatek nawet ta jedna szklanka wchodziła opornie. Na domiar złego obudziłam się z bólem głowy i wysokim ciśnieniem. Jakoś jednak zebrałam się w sobie i pojechaliśmy.

Parkrunowa ramka.

Na miejscu zbiórki zastaliśmy zdecydowanie więcej biegaczy niż normalnie, a nawet po raz pierwszy pojawili się Sylwia i Krzysztof - najwyraźniej udało się nam ich zachęcić. Były baloniki, przebierańce różnej maści, fotoreporterzy (my oczywiście wzięliśmy kamerkę), a dla każdej kobiety przed startem talon na goździki, które miałyśmy odebrać na mecie. Po okolicznościowych przemówieniach i tradycyjnym odpytaniu  kto pierwszy raz?, kto z innej lokalizacji? oraz przypomnieniu sponsorów w końcu (tradycyjnie spóźnieni) ruszyliśmy.

I wystartowali!

Tak jakoś wyszło, że wokół nas na starcie stali sami młodzi i silni mężczyźni, więc jak ruszyli, to z kopyta. Ponieważ nie chciałam zostać przez nich stratowana, też musiałam ruszyć w ich tempie. Oczywiście to było dla mnie dużo, dużo za szybko. Jak tylko się ciut przeluźniło, od razu zwolniłam. Daleko nie ubiegłam, kiedy poczułam silny ból głowy. W połączeniu z porannym ciśnieniem nie wróżyło to nic dobrego. Ponieważ biegam raczej dla przyjemności, nie miałam zamiaru umierać ani nawet cierpieć za wynik, więc zwolniłam do bardzo wolnego truchtu i zaczęłam rozważać opcje zejścia z trasy. No ale jak to tak zejść z trasy na trzechsetnym parkrunie? To już lepiej dojść albo się doczołgać! Postanowiłam więc truchtać sobie powoli, a w razie czego maszerować. Na szczęście trucht wystarczył, a chwilami nawet zrywałam się do biegu, ale ostrożnie.

Biegnę, biegnę...

Ania, moja tradycyjna rywalka łyknęła mnie dość szybko, a potem wyprzedzał mnie kto tylko chciał. O dziwo, nie wszyscy chcieli i wcale na metę nie dotarłam taka ostatnia. Gdybym dała radę na końcówce ciut przyspieszyć to przybiegłabym jako setna osoba, no ale nie dałam rady i byłam sto pierwsza.

Upragniona meta!

Na mecie otrzymałam też obiecane wcześniej goździki:
Były także ciastka, ptasie mleczko, ciasto domowej roboty - jak impreza, to impreza! Potem kto chciał mógł sobie zrobić fotkę w parkrunowej ramce, a na koniec oczywiście wszyscy ustawiliśmy się do grupowej fotki.

Nas to tylko oprawić w ramkę:-)

Uwaga: wszystkie zdjęcia (oprócz goździków) pochodzą z parkrunowego FB, a autorami są Agnieszka i Michael.

A teraz najlepsze - film!

niedziela, 3 marca 2019

4 sekundy wyciśnięte z buraka.

Tak się czasem włóczę po Internetach i czytam różne takie biegowe strony i na którejś z nich wyczytałam, że anemicy to tak średnio mają szansę na szybkie bieganie. Ponieważ ja zawsze miałam dość marne wyniki krwi, więc od razu poleciałam zrobić sobie morfologię, bo jak wyjdzie nie bardzo, to będę miała czarno na białym, że to nie ja jestem winna marnemu bieganiu, tylko anemia. Wyszło tak sobie - jeszcze w granicach normy, ale na samiutkim dole widełek. No to (naczytawszy się uprzednio jak polepszyć parametry bez leków) od razu poleciałam do sklepu i kupiłam wątróbkę, kaszankę i salceson. Za wątróbką nie przepadam prawdę mówiąc, kaszanka jest dla mnie raczej neutralna, a salceson lubię. Tak poleciałam po mięsnych rzeczach, bo ponoć żelazo hemowe lepiej się wchłania. Ale, ale - co sobie będę żałować? Następnego dnia dokupiłam worek buraków, pęczek pietruszki i chciałam jeszcze kilo gwoździ, ale w Auchan nie mieli:-( Pocieszyłam się, że w takiej pędzonej pietruszce to oprócz żelaza mam jeszcze pewnie całą tablicę Mendelejewa, więc i tak jestem do przodu i na swoje wyjdę. Z buraków utoczyłam trochę soku, spróbowałam, powstrzymałam odruch wymiotny i czym prędzej dorzuciłam do sokowirówki marchewkę i jabłko. Takie trio weszło bezproblemowo. Po fazie eksperymentów na własnym, żywym organizmie, postanowiłam napój przetestować na większej próbie badawczej, czyli na Tomku (większy ode mnie). Ustaliliśmy, że w sobotę przed parkrunem wypijamy po szklance soku i lecimy zrobić życiówki. Udało nam się wcisnąć w siebie po niepełnej szklance cudownego napoju, bo wcześniej zjedliśmy śniadanie i miejsce w żołądku było zajęte. Przed biegiem zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, żeby nie było to czy tamto i od startu ruszyliśmy ostro. Moja tradycyjna konkurentka, podobnie jak tydzień wcześniej, została z tyłu, a ja gnałam napędzana tymi burakami. Gdzieś w połowie trasy konkurentka dogoniła mnie, wymieniłyśmy grzeczności, po czym przyspieszyłam zostawiając ją za plecami. Nooo, tego jeszcze nie przerabiałam.

 Fotka z parkrunowego fejsa - autorem jest Arek.

Gdzieś tak przed ostatnią prostą trochę chyba musiałam zwolnić, bo parę osób mnie wyprzedziło, chociaż może po prostu zaczęli tak wcześnie finiszować. Konkurentka dopadła mnie przed ostatnim zakrętem, ale słyszałam, że dyszy nie mniej ode mnie. Długą chwilę biegłyśmy łeb w łeb. Zdekoncentrował mnie Tomek, który widząc co się dzieje, zaczął mnie dopingować. Niestety, okazało się, że doping bardziej pomógł rywalce i wyprzedziła mnie o 5 sekund. Ale i tak pobiłam własny rekord i mam nową życiówkę! Poprawiłam swój rekord o całe CZTERY sekundy!Tomek swój też! Ale tylko o trzy:-) Ludzie! Jakie te buraki człowiekowi dają przyspieszenie! :-)
W drodze do Wesołej (bo pojechaliśmy jeszcze na WesolInO) doczytałam w Internetach, że tego soku to trzeba wypić pół litra żeby zadziałał, a nie - jak my - małą, niepełną szklaneczkę. Bo widzicie - najważniejsze, że my w te buraki uwierzyliśmy! Pomogło! Zresztą gdybym wypiła pół litra soku, to czas miałabym dużo, dużo gorszy, bo na trasie biegu nie ma toalet i musiałabym pewnie lecieć na najbliższą stację benzynową.

Na WesolInO już nie planowałam bić żadnych rekordów, a jedynie nie zgubić się i dotrzeć na metę. Kiedy zobaczyłam mapę, jeszcze bardziej zapragnęłam nie zgubić się. Na mapie większą część kartki zajmował opis punktów i legenda, tak 2/3 strony było po prostu białe, niezadrukowane, a w rogu widniały kółeczka oznaczające PK i linie łączące te kółeczka. Jak się dobrze przyjrzeć, to można było jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć jakieś szczątki treści pod kółeczkami i liniami i... to wszystko. Jednym słowem - trasa Świętego Azymuta.

Chyba na tuszu oszczędzają:-)

Całe szczęście, że akurat azymuty, to jedna z niewielu rzeczy, które mi w tej orientacji dość dobrze wychodzą, więc założyłam, że jakoś dam radę. Zresztą, dość niepostrzeżenie, przeminęły już czasy, kiedy zgubiwszy się wpadałam w panikę i albo biegłam gdziekolwiek przed siebie, albo wracałam na metę, jeśli wiedziałam gdzie ona jest. Teraz potrafię się zlokalizować porównując mapę z terenem i zamiast histeryzować, myślę. Nawet działa.
Moja trasa miała pięć kilometrów i trochę podbiegów. Ponieważ po rekordach byłam już ciut wycięta, więc nie nastawiałam się na szybkość, a jedynie celność. I muszę przyznać, że z tym ostatnim nie miałam problemów. Truchtałam sobie z punktu na punkt, na azymut oczywiście i z reguły zawsze wychodziłam na lampion, a jak nie, to przynajmniej był w zasięgu wzroku. Pod górę częściej podchodziłam niż wbiegałam, przez las też nie zawsze dało się biec, toteż i czas miałam taki mniej ambitny - prawie godzinę. Na dobiegu do mety spotkałam Tomka i na ostatniej prostej zrobiliśmy sobie wyścig. Wygrałam. Albo dał mi wygrać:-)
Muszę przyznać, że sobota była dobrze wybieganym dniem!

Tak wygląda mój przebieg. Chyba dość przyzwoity?

czwartek, 28 lutego 2019

Sobotnie rytuały

Chyba zaczyna nam się wykształcać nowa, świecka, sobotnia tradycja - rano parkrun, potem FalInO lub WesolnO, w zależności, co jest akurat dostępne. Tak było i w ostatnią sobotę. Na parkruna jechaliśmy bojowo nastawieni, przekonani, że ustanowimy nowe rekordy. Własne oczywiście, nie światowe. Tomek opracował mi plan działania:
- Najpierw zapie….asz, potem trochę wolniej, a na koniec znowu zapie….asz!
Ponieważ jestem ambitna, postanowiłam trochę zmodyfikować plan i zapie….ać cały czas. Na starcie ustawiliśmy się w pierwszej linii, no bo życiówka, nie? Ruszyłam od razu ostro. O dziwo, nogi nie odmówiły współpracy, a i z oddychaniem jakoś wyrabiałam. Moja bezpośrednia konkurentka (z przedziału wiekowego) została w tyle i postanowiłam nie dać się jej wyprzedzić. Już mniej więcej pamiętam trasę, więc łatwiej mi było rozkładać siły, no i mogłam się pocieszać: jeszcze do jeziorka, do mostku, do siłowni. Tak gdzieś w trzech czwartych trasy ciut mnie przymuliło i nieco zwolniłam. Moja rywalka wykorzystała chwilę słabości i dogoniła mnie przyjaźnie zagadując.
- Kurczę, to ona ma jeszcze siłę gadać??? - pomyślałam, wysapując krótką odpowiedź.
Chwilę biegłam tuż za jej plecami, ale odległość wciąż się powiększała. Nie tak drastycznie jak dotychczas, ale jednak. Pod koniec znowu przyspieszyłam, a na ostatnich metrach, gdzie zwykle wlokę się ostatkiem sił, nawet za bardzo nie zwolniłam. Niestety, rekordu nie było - zabrakło marnych 25 sekund:-( Tomkowi zabrakło jeszcze mniej, bo 6 sekund. W następną sobotę to już na pewno nam się uda!
Po parkrunie Falenica i FalInO. Tym razem organizator nie pomylił map i panie biegały na swoich mapach, a panowie na swoich. Ponieważ ostatnio wyszło na jaw, że panie spokojnie radzą sobie z trasą męską, więc dostałyśmy traskę dłuższą niż zwykle, czyli 6 km. Faceci dostali ponad 8 km.
Ja tam byłam zadowolona, bo na takie trzy, czterokilometrowe to już mi się za bardzo nie chce wychodzić, bo to więcej dojazdu niż samej zabawy. Chętnie bym napisała, ze przeleciałam bezproblemowo, ale dwa razy się zacięłam. Najpierw  z trójki na czwórkę trochę się zapędziłam i wylądowałam przy strzelnicy, ale na szczęście od razu wiedziałam gdzie jestem, a czwórka była blisko. Do kolejnych punktów biegłam jak po sznurku i popadłam w końcu w taki samozachwyt, że to się musiało źle skończyć. Już stosunkowo blisko mety, przy grupie punktów 13-17 byłam tak wyluzowana, że prawie nie patrzyłam na mapę, a i w teren tak jakoś nieuważnie. I w efekcie zgubiłam PK 14. Oddalałam się od niego i tylko troszeczkę mi coś nie pasowało. A powinno bardzo nie pasować! Dopiero kiedy dotarłam do zabudowań, na metę Biegów Górskich skapnęłam się, że powinnam być bardzo gdzie indziej. Musiałam wrócić kawał drogi, do tego na szczyt wydmy, a przy tych wszystkich biegaczach górskich wstyd mi było włazić krok za krokiem, więc wbiegłam na tę pioruńską górę mało nie wyzionąwszy ducha. Na ostatnie punkty już się bardziej skupiłam. Ponieważ trasę pokonywałam spokojnie, świńskim truchtem, to i miejsce odległe. Ale podobno im wolniej się biegnie, tym szybciej się chudnie (czy jakoś tak), więc nie narzekam.
Szybko to było na parkrunie, a FalInO to rozrywka.


Trasa kobieca.