sobota, 7 marca 2026

Dystans Stołeczny w Popowie

Po sobotnim WesolInO aż mi było głupio jechać w niedzielę do Popowa i pokazywać się ludziom na oczy. No, ale pojechałam. Tomek po drodze wypominał mi jak kilka lat temu w Popowie zamiast 9 km zrobiłam 18 i nie wiem czy chciał mnie tym dobić, czy co. Jakoś po WesolInO nie bardzo mnie to wspomnienie śmieszyło.
Pogoda była bardziej wiosenna niż dzień wcześniej i w lesie już praktycznie nie było śniegu. Niektórzy tak się przejęli tą wiosną, że biegali w krótkich rękawkach. Brrrrr.

Start.

W drodze do pierwszego punktu dogonił mnie Tomek bo biegł pi razy drzwi w podobnym kierunku i dzięki temu mam fotkę z jedynką. Trochę miałam problem z utrzymaniem azymutu na końcówce dobiegu, bo omijałam leżące gałęzie i miałam silny opór przed walką z nimi. Ale wciąż dobrze wiedziałam, gdzie chcę się dostać.

PK 1.

Tak w ogóle, to zupełnie zapomniałam jak piękny teren jest w Popowie i co chwilę  zastygałam w zachwycie nad tym, co widzę. I to pomimo, że wciąż było buro - jak to w końcówce zimy.
Punkty na trasie były wybitnie azymutowe i nawet nie było co się rozglądać za ścieżkami. I w sumie dobrze, bo mnie nie myliły. Azymut to azymut. A pilnowałam się go wyjątkowo dokładnie i aż się zdziwiłam oglądając potem swój przebieg - taki wręcz wzorcowy. Takie odkupienie poprzedniego dnia.
Początkowo poruszałam się dość wolno, ale kiedy gdzieś przed piątką dogoniłam Józefa, włączyła mi się żyłka rywalizacji i za nic nie chciałam zostać w tyle, szczególnie że nie wiedziałam ile minut przede mną wystartował. W efekcie gnałam w górnym zasięgu swoich możliwości. Ale opłaciło się, bo w końcu zajęłam jakieś przyzwoite miejsce. Tym sposobem wesolinska plama na honorze została ciut zmyta i znowu mogę ludziom patrzeć w oczy:-)
 
Wreszcie przyzwoity przebieg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz