Drugi dzień City Race zapowiadał się ekscytująco i jednocześnie męcząco - dwa wymagające etapy i oba gwarantujące świetną zabawę. A przynajmniej tak to wyglądało w zapowiedziach.
Rano mieliśmy biegać po warszawskiej Starówce i okolicach i tak trochę poczułam ulgę, że zagraniczni zawodnicy zobaczą bardziej reprezentacyjną stronę stolicy niż Pragę, aczkolwiek Praga też swój unikalny urok ma. No, taki bardziej unikalny.
Trasy długie - u weteranów od 4 - 9 km. W moich superweterankach aż 7 km z hakiem. Już się zastanawiałam czy brać termos z herbatą i kanapki na drogę. Ponieważ rano było dość zimno, a potem temperatura szybko się podniosła, okazało się, że jestem ubrana trochę za ciepło, ale nie mam się w co przebrać. Tomek znalazł rozwiązanie i ubrał mnie w swoją kamizelkę. Trochę za duża, ale za to miałam pewność, że nie zginę, bo łatwo mnie zauważyć.
Baza zawodów znajdowała się na Skwerze Karoliny Lanckorońskiej, między Wisłą a Rynkiem Starego Miasta. Położenie tuż przy skarpie dawało gwarancję wybiegania sporych przewyższeń:-) W oczekiwaniu na start obejrzeliśmy sobie metę, dwa punkty oraz udzieliliśmy instruktażu początkującemu biegaczowi.
W końcu nadeszła moja minuta startowa. Przygotowałam czip i zegarek i po pipnięciu zegara złapałam wielką płachtę mapy i ruszyłam. Daleko nie ubiegłam, bo za nic nie mogłam na mapie zlokalizować startu, a bez tego ani rusz. Zresztą nie ja jedna, bo niemal każdy odbiegał kawałek, a potem stał i lampił się w mapę.
I pognała.... kilka metrów.
W końcu udało mi się znaleźć PK 3 i cofając się od niego, trafiłam na trójkącik startowy. Początek trasy i od razu schody - trzeba było wbiec na skarpę. Oczywiście wbiegnięcie było poza moim zasięgiem, bo chyba serce by mi stanęło, ale weszłam dość rześko na górę. Żeby nie było za łatwo, z końca schodów nie było bezpośredniego przejścia do jedynki, tylko trzeba było jeszcze obiec ciąg budynków i wbiec za nie. Nie wiem dlaczego, ale nie wbiegłam za budynki, tylko poleciałam za zawodnikami z innych tras i w efekcie znalazłam się na swojej czternastce. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe, bo przecież żadnych cudów tam po drodze nie było, żeby nie można trafić. Poczułam się z lekka oszołomiona, skonfundowana i zła na siebie. Taka strata czasowa na dzień dobry:-(
Dwójka przy Pomniku Małego Powstańca, fajny przebieg międzymurzem, aczkolwiek nieco stresujący, bo nie byłam pewna, czy wydostanę się z tego międzymurza. Bo niby mapa wielka, w skali 1:5000, ale dla mnie to i tak szczegóły mało widoczne. Chyba pora zainwestować w okulary do biegania, albo przynajmniej lupę.
Trójka bliska i łatwa, czwórka tylko łatwa. Piątka na mapie blisko czwórki, ale bez dojścia i znowu trzeba było inteligentnie obiec. Szóstka to jeden z punktów przy bazie, który wcześniej sobie obejrzeliśmy. Chyba z piątki mogłam optymalniej do niego pobiec, ale bo to jest czas się zastanowić, kiedy w głowie tłucze się jedna myśl: biec! biec! biec! Ponieważ szóstka stała na dole skarpy i zbiegałam do niej schodami, to czekało mnie pokonanie tych samych schodów, ale w odwrotnym kierunku - tym gorszym.
Siódemka była dość daleko, ale dobieg nie był skomplikowany. Podobnie ósemka - daleko, ale nawigacyjnie łatwo. Dziewiątka i dziesiątka na Bulwarach Wiślanych. Znowu nic skomplikowanego (chociaż parę budynków trzeba było obiec), ale za to strasznie daleko. Przy dziewiątce załapałam się na fotkę. Stoję niczym ofiara losu, ale wbrew pozorom wiedziałam, co dalej robić, tylko potrzebowałam chwili oddechu.
Po dziesiątce kolejny raz czekały mnie schody na skarpę. Ponieważ byłam już trochę zmęczona (czyli padałam na twarz), więc co parę schodków zatrzymywałam się i przewieszałam przez poręcz. W połowie schodów na ławeczce siedział Jacenty i zachęcał, żeby razem z nim popatrzyć na biegających.
- Ale ja jestem na trasie - zaoponowałam i bezcenne zobaczyć jego minę. No bo kto by się spodziewał, że osoba wisząca sobie dłuższą chwilę na poręczy jednocześnie biegnie?
Do jedenastki dotarłam ledwo żywa i już nawet nie udawałam, że biegam. Dwunastka tuż obok, tylko pomiędzy mur do obiegnięcia, więc z tuż obok zrobiła się odległość. Trzynastka w zaułku i trzeba było czujnie, żeby się nie sfrajerować, a potem czternastka, od której zaczęłam etap. Przynajmniej wiedziałam gdzie jest i jak do niej dotrzeć. Piętnastka spoko, choć po drodze schodki, a szesnastkę wcześniej już widziałam, bo była blisko trzynastki i przebiegałam koło niej. Siedemnastka blisko i ulgowo, a potem długi przebieg na osiemnastkę i niewiele krótszy na dziewiętnastkę. Dla młodych szybkobiegaczy to może i fajne, ale dla weteranek pod koniec trasy, to już mam mieszane uczucia. W każdym razie niezbyt życzliwie myślałam o autorze trasy. Moim zdaniem spokojnie cała trasa mogłaby być krótsza o jakieś 1,5 - 2 km.
Do dwudziestki trzeba było biec czujnie, bo w zaułku, ale w sumie to ja już nawet nie biegłam, więc miałam czas na dokładne śledzenie mapy. Został jeszcze tylko długi przebieg do ostatniego punktu bezlitośnie ustawionego na górce i już meta. Nawet coś tam przyspieszyłam przed metą, bardziej dla widowiska niż ogólnego wyniku.
Wiedziałam, że parę razy pobiegłam nieoptymalnie, ale żeby z siedmiu kilometrów zrobić aż dziewięć? Nawet z czternastką zamiast jedynki? Chyba trochę przesadziłam. O dziwo, i tak mi się udało prześcignąć dziesięć osób. Rekordzistka "biegła" prawie trzy godziny. Ona to dopiero musiała być wykończona!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz