piątek, 13 marca 2026

Warsaw City Race - Indoor - jaka piękna katastrofa!

Najbardziej wyczekiwanym etapem zawodów był dla mnie Indoor, czyli bieganie w budynku. Wcześniej trzy razy brałam udział w takiej zabawie - raz w Atlas Arenie i dwa razy na AGH. Pierwsza w życiu próba to była czarna rozpacz, zanim zrozumiałam jak to ogarnąć w przestrzeni, ale już na AGH byłam wysoko w klasyfikacji.
Po porannym biegu byłam już co prawda bardzo zmęczona, żeby nie powiedzieć wyczerpana, ale ekscytacja kolejnym etapem trzymała mnie na nogach. 
 
Trochę niewyraźna jestem po porannym wysiłku.
 
Tomek startował jakieś 10 minut przede mną, a ja z niecierpliwości nie mogłam już wytrzymać. Wreszcie nadeszła moja minuta i ruszyłam.
Punkt pierwszy w prawym dolnym rogu parteru (patrząc na mapę), tyle tylko, że nie ma do niego dostępu i trzeba obiec korytarzem caluteńki poziom. Ale spoko - da radę.  Punkt drugi na pierwszym piętrze, dla odmiany w lewym rogu. I znowu nie ma do niego bezpośredniego dojścia. Jak się tam dostać? Na parterze ta właściwa klatka schodowa jest za linią zakazu, więc trzeba wbić się gdzieś wyżej. Na pierwszym piętrze też brak do niej dostępu, na drugim to w ogóle z niczym się nie łączy. Może z trzeciego da radę? O, to ma szansę powodzenia, tylko z parteru nie można biec głównymi schodami, tylko bocznymi, przeciwległymi do tych, przy których jest punkt. Chwilę muszę ułożyć sobie plan w głowie, żeby w połowie drogi nie zapomnieć którędy biec. Jest! Udało się!
Trójka na tym samym piętrze, ale znowu nie da się do niej dostać bezpośrednio. Punkt przy głównych schodach, więc trzeba go zaatakować albo z parteru, albo z piętra wyżej. Z piętra wyżej się nie da, z kolejnego też nie - wychodzi mi, że muszę pobiec na czwarte, potem zbiec na parter, obiec pół budynku i wbiec na pierwsze. Masakra! Już na trzecim piętrze ledwo żyję, na czwarte wpełzam trzymając się ścian i trzyma mnie tylko nadzieja, że zaraz będzie w dół. Po drodze mijam ludzi biegających z obłędem w oczach i takich, którzy kiwają się nad mapą rozpaczliwie usiłując zrozumieć co dalej. W końcu trójka zaliczona i aż się boję patrzeć, gdzie jest kolejny punkt. OK, wygląda łatwo - tylko głównymi schodami piętro wyżej, jak się okazuje w auli. Piątka na czwartym piętrze. Już przy nim byłam, więc wydaje mi się, że trafię bez problemu. Na czwartym piętrze kontroler wycofuje mnie z korytarza, bo ruch dozwolony jest tylko w przeciwnym kierunku. Kurcze, nie zwróciłam na to uwagi:-( Muszę zejść na trzecie, przebiec do drugiej klatki schodowej i znowu wyjść na czwarte. Nie dam już rady! Jak babcię kocham - nie mam już siły:-( Na chwilę przysiadam, żeby odpocząć, ale trzeba ruszyć dalej. W końcu docieram do celu, ale mam dość.
PK 6 na drugim, ale wcale nie wystarczy zbiec dwa piętra z czwartego, oj nie. Ze zmęczenia już przestaję kontaktować. Zbiegam na parter, nawet już nie sprawdzając, czy to ma sens, ale na parterze najlepiej mi się myśli. Siadam na chwilę i zaczynam kombinować. Wejście na drugie piętro którąkolwiek klatką nic mi nie daje, trzeba na trzecie i potem zejść. Tylko jak się kurna dostać na to trzecie, żeby być we właściwym korytarzu??? No, nie da się! Zaraz - jednak da się. Boszszsz... ile oni tu mają klatek schodowych. Nie do zliczenia.. 
Kolejny punkt to siódemka na trzecim. Docieram na trzecie, ale nigdzie nie widzę szukanego zaułka. Czy ja na pewno jestem na trzecim? Bo przede mną aula, a aula była na drugim. Ale z drugiej strony, to ona przecież się wznosi, ale żeby aż piętro? Eeee, raczej nie, to chyba jakieś półpiętro. Czyli trzeba wyżej. Nie wiem jak wejść wyżej, więc schodzę na parter pomyśleć. Z braku koncepcji i w akcie rozpaczy i desperacji wchodzę na czwarte, żeby upewnić się, że stamtąd nigdzie sensownie nie zejdę. Schodzę, wchodzę, w końcu już nie wiem na jakim piętrze jestem. Znowu trafiam do auli. Ula będąca w ekipie organizacyjnej robi mi fotkę i wyznaję, że jej palcem po mapie nie udało się przejść nawet prostszych etapów.

Sto czterdziesty szósty pobyt na auli.

Rozmawiamy chwilę i nagle spływa na mnie oświecenie. Przecież siódemka musi być w auli, z boku, w korytarzyku. Rzucam się w tamtą stronę, żeby czym prędzej sprawdzić swoje podejrzenia. Jest! A ja jak głupia latałam po całym budynku, góra - dół, dół- góra, a przy punkcie byłam z dziesięć razy w międzyczasie.
Do ósemki wiem jak biec, tylko nie mam już siły, bo znowu trzeba zejść na parter i wspiąć się na  drugie piętro. Idę powoli, z najwyższą niechęcią. Jakoś ta zabawa przestaje mnie bawić.
Kolejny punkt jest w sąsiednim budynku. Trzeba wyjść na zewnątrz, a ja jestem w krótkim rękawku i totalnie spocona. Szczękam zębami przebiegając niewielki odcinek i już mam w głowie wizję zapalenia płuc, suchot i influenzy. Główka pracuje... Staję w drzwiach wejściowych i kompletnie nie wiem co dalej. Nie umiem się wbić w ten budynek. Już kompletnie nie myślę i ledwo trzymam się na nogach. W końcu dociera do mnie, że wystarczy pobiec w prawo, w lewo, na kręcone schody, piętro w górę i do końca w lewo. Ufff, udało się. Tylko jak teraz do dziesiątki? I czy ja na pewno chcę do niej iść? Bo w sumie to nie wiem jak się tam dostać i nawet nie chce mi się myśleć. Z dziewiątki wracam na parter i jeszcze nie wiem, co zrobię dalej. Patrzę na mapę i nagle wiem jak do dziesiątki - schodami przy wejściu na drugie, zmienić klatkę schodową i nią na trzecie. Mam dziesiątkę.
Jedenastka na -1. Schodzę klatką schodową, ale to nie tędy. Jakoś nie widzę innej możliwości dostania się niżej, bo w podziemiu dwa skrzydła budynku w żaden sposób nie łączą się ze sobą. Czuję totalną bezsilność i normalnie chce mi się płakać. Patrzę na zegarek i widzę, że właśnie kończy mi się limit czasu i bez względu co zrobię i tak nie będę klasyfikowana. Czyli pora zwijać manatki. Kiedy wychodzę z budynku, dwie dziewczyny zbiegają zewnętrznym chodniczkiem w dół. Już bardziej z ciekawości lecę za nimi i nagle zatrzymujemy się przy jedenastce. Z mapy niespecjalnie wynika, że trzeba było biec po zewnętrzu, na poziomie zerowym nie ma zaznaczonego żadnego zejścia w dół. Ale w sumie nie ma to już żadnego znaczenia. Idę na metę trzęsąc się z zimna, zmęczenia i wściekłości i nawet nie mam siły podbiec, żeby się rozgrzać. 
 
"Zeszłam, bo już mnie szlag trafił"
 
Pokonałam chyba z milion pięter, a przecież przed południem przebiegłam/przeszłam dziewięć kilometrów. Serio? Dwa aż tak ciężkie etapy dla kategorii weterańskiej? Chyba kogoś trochę poniosło. Ja bym wprowadziła zakaz budowy tras weterańskich (zwłaszcza dla weteranów starszych) dla osób przed czterdziestką. Bo dwudziestolatkom wydaje się, że jak oni dadzą radę to i pięćdziesięcio-, sześćdziesięcio-, siedemdziesięciolatek też da rade. No, nie da. Zresztą wyniki mówią same za siebie - połowa osób nie ukończyła etapu, albo nie zmieściła się w czasie. Coś wyraźnie poszło nie tak.
Pomimo całego wku..u, który miotał mną jeszcze ze trzy dni, doceniam pracę, zaangażowanie, chęci i starania organizatorów, bo w przygotowanie etapu i całej imprezy włożyli dużo trudu, czasu, serca, zapału. Czasem coś nie pyknie - ot, nauczka na przyszłość. Tylko szkoda etapu:-( Mogło być tak pięknie.

Niestety, w Indoor-ach  ślady to jeden wielki chaos, więc nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz