poniedziałek, 16 marca 2026

Warsaw City Race, czyli ostatni etap na wymuszonym luzie.

Przyznam się, że na ostatni etap City Race już nie miałam ochoty jechać, a moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Z łóżka ledwo się zwlekłam, a po schodach schodziłam tyłem, jęcząc przy tym żałośnie. Te dwa etapy poprzedniego dnia dobiły mnie.
Na ostatni etap znowu wróciliśmy na Pragę, a ponieważ nie udało nam się zaparkować przy mecie, podjechaliśmy na start, tam gdzie była baza pierwszego etapu.
 
W oczekiwaniu na start.

Tomek startował pół godziny przede mną, więc dopilnowałam, żeby dobrze ruszył i cierpliwie czekałam na swoją kolej.
 
Tomek wystartował.

Kiedy nadeszła moja minuta startowa, miałam już mniej więcej obcykane, w którym kierunku lecieć, ale tylko do skrzyżowania. A tam stanęłam i zablokowało mnie. Umysłowo zablokowało. Patrzyłam na mapę, wiedziałam, że to jest łatwe i... dalej nie wiedziałam gdzie biec. Ruszyłam dopiero, kiedy startująca po mnie koleżanka z kategorii minęła mnie i przebiegła przez pasy. Pognałam za nią i po chwili mnie odblokowało. No oczywiście, że tam trzeba biec. Po chwili obie miałyśmy jedynkę. Dalej nie miałam już wątpliwości, ale ponieważ jestem wolniejsza od Marioli, to jeszcze tylko przez chwilę miałam jej plecy w zasięgu wzroku zanim mi zniknęła. Kolejne punkty wchodziły dobrze, choć nie zawsze wybierałam optymalny wariant, ale trudno.  Z szóstki na siódemkę przebiegałam koło startu, a po siódemce koło naszego autka. Przed siódemką zorientowałam się, że zapomniałam włączyć zegarek. Ależ się zdenerwowałam - w końcu bez rejestracji trasy, to bieg taki trochę nieważny. Na szczęście przed siódemką nigdzie nie błądziłam, więc  dawało to możliwość uzupełnienia śladu.
W okolicach PK 10, 20, 21 pojawiły się zamknięte (taśmami i/lub kontrolerami) przejścia i trzeba było dobrze pogłówkować, którędy to najlepiej obiec. Już w drodze na dziesiątkę musiałam zmienić koncepcję i w sumie ta nowa trasa mogła być nawet w tym przypadku bardziej optymalna. Całkiem mi się ten pomysł z blokadami spodobał - fakt, że wydłużało to odległość, ale za to biegaliśmy po fajnych zaułkach, no i pokombinować trochę trzeba było.

Przez fioletowe grube krechy nie można.

Od PK 22, przez 23 i 24 to już praktycznie był dobieg do mety wzdłuż ulicy - nudny i nic nie wnoszący, a sama meta tak trochę na uboczu, no ale tam akurat był park, gdzie można było się ze wszystkim rozłożyć. Tomek już czekał na mecie i dopingował mnie na dobiegu.
 
Finisz.

Do tego ostatniego etapy podeszłam całkiem na luzie, bo i tak już nie miałam nic do stracenia, ale przede wszystkim nie miałam już sił. Jak nie miałam chęci (albo możliwości) biec, to sobie szłam i niczym się nie przejmowałam. 
Ostateczna klasyfikacja w mojej kategorii jest dość śmieszna - z 44 startujących sklasyfikowanych jest tylko 14 osób. Chociaż jak patrzę na wyniki, to we wszystkich jest podobnie. Pod tym względem to chyba dość unikatowe zawody.
 
Mój przebieg - do PK 7 odtworzony z pamięci.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz