Dwa tygodnie nie biegałam, więc na WesolInO miałam już wielką chrapkę, choć sił mało. Do tego trasy akurat trafiły się dość długie, a głupio mi było zapisywać się na najłatwiejszą. Ale w ostateczności zawsze można jakieś punkty pominąć (choć żal).
Pogoda taka wiosenno-zimowa, bo niby dość ciepło, a na drogach i ścieżkach warstwa lodu, że bez kolców ani rusz. Ja akurat nie mam kolców, więc zostawała mi wersja ani rusz.
Przez ten lód wcale nie tak łatwo było dostać się do lampionu startowego, a na pewno trzeba było to robić bardzo ostrożnie.
Do pierwszego punktu prowadziły ścieżki - oblodzone, bo oblodzone, ale dające stuprocentową pewność trafienia. Bardziej szłam niż biegłam - to po lodzie, to po krzakach skrajem lasu. Najważniejsze, że skutecznie. Do dwójki podobna sytuacja i dopiero od ostatniego skrzyżowania kawałeczek na azymut. To był naprawdę kawałeczek, a mnie i tak potrafiło znieść w prawo tak, że wylądowałam na sąsiedniej ścieżce. Jakoś znalazłam lampion, bo teren, ograniczony trzema ścieżkami, nie był zbyt duży do przeczesania.
Z trójką poniosło mnie już znacznie bardziej. Zaczęłam po kresce, ale im dalej w las, tym bardziej schodziłam z azymutu - tym razem, dla odmiany, w lewo. No bo skoro poprzednio znosiło mnie na prawo, to przecież trzeba korygować. Trzeba, ale nie aż tak... Kiedy doszłam do ścieżki za punktem, zawróciłam i nawet trafiłam na azymut oraz inną zawodniczkę szukającą tego samego punktu. Nie szukałyśmy razem, bo każda miała inną koncepcję, ale ja miałam mniej szczęścia. Albo umiejętności, bo kiedy pokazała mi mniej więcej gdzie iść, to i tak rozminęłam się z punktem. Niby wiedziałam, że na wschód od rowu, ale totalnie zmyliła mnie wielka karpa. Nie była zaznaczona na mapie, za to w jej miejscu był narysowany symbol dołka. Z punktem. No, nie przyszło mi do głowy, że karpa = dołek i starannie ją omijałam. Zresztą dołek był raczej symboliczny, a wszystkie w pobliżu były znacznie większe, choć nie zaznaczone na mapie. W końcu całkowitym przypadkiem przeszłam na tyle blisko, żeby zauważyć lampion. Ale żeby takie zmyłki robić ludziom na mapie to nieładnie.
Poszukiwania trójki.
Taka już byłam zdenerwowana tą trójką, że na czwórkę też poszłam źle, ale na szczęście szybko się ogarnęłam i dało radę.
Do piątki postanowiłam iść drogą. Na azymut doszłam do skrzyżowania i ruszyłam na południe. Minęłam pierwsze skrzyżowanie, drugie, potem miały być dwie ścieżki w lewo, dwa kopczyki i tam trzeba było zejść w las. Niby wszystko się zgadzało i jednocześnie nic się nie zgadzało. W sumie w każdym lesie można dopasować coś do mapy i ja usilnie to robiłam, choć byłam w zupełnie innym miejscu. Na ostatnim skrzyżowaniu weszłam nie w tę drogę co trzeba (jakim cudem??!!) i znacząco oddaliłam się od punktu. W końcu już zupełnie nie wiedziałam gdzie jestem, a głupio mi było pytać innych zawodników, no bo w takim łatwym i obieganym lesie się zgubić... Im głupiej mi się było spytać, tym głupiej łaziłam drogą tam i z powrotem, oczekując naiwnie, że przy powtarzaniu tej samej trasy osiągnę inny rezultat. W końcu osiągnęłam najwyższy stopień desperacji i postanowiłam wracać na metę. Tylko jeden malutki problemik - gdzie jest meta? Uznałam, że idąc na zachód albo natrafię na ogrodzenie, albo na asfalt, a w drugim przypadku to już i do bazy zawodów trafię. Los to bywa jednak przewrotny - nie natrafiłam ani na ogrodzenie, ani na asfalt, tylko na .... poszukiwany punkt. Wyszłam dokładnie na lampion i aż oczy przecierałam nie mogąc uwierzyć w ten cud. Jeśli piątka stoi w tym miejscu, to gdzie ja do licha byłam? - zadawałam sobie pytanie. Wiedziałam tylko jedna - byłam daleko, nieprzyzwoicie daleko od właściwego miejsca.
Co ja tutaj robię?
Cudowne odnalezienie piątki oczywiście zmieniło moje plany i zamiast na metę pomaszerowałam na szóstkę. Tym razem zrezygnowałam ze ścieżek i wolałam pilnować azymutu. Pomimo znoszenia, na ogół i tak lepiej na tym wychodzę.
Los uznał, że wystarczająco już mnie doświadczył na tych zawodach i łaskawie pozwolił mi na bezproblemowe pokonanie reszty trasy. Chwilami nawet odważyłam się wrócić na ścieżki, bo tak praktycznie to już od dziewiątki do niemal samego końca.
Z mety nie chciało mi się wracać oblodzoną droga, poszłam wiec do asfaltu i wygodnie wróciłam do bazy. A tam dowiedziałam się, że Tomek czeka na mnie na mecie. No trudno - niech czeka. Nie ma opcji żebym szła tam taki kawał drogi. W końcu poprosiłam Michała żeby wydzwonił Tomka do bazy, ale ten w międzyczasie sprawdził w wynikach, że już się sczytałam i wracał. Trochę głupio było mi się przyznać do tak skandalicznego zabłądzenia, ale wyniki i tak były bezlitosne - mój czas był bardziej niż żałosny. W sumie do tej pory mi wstyd.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz