piątek, 20 marca 2026

WesolInO na spokojnie.

Tydzień na regenerację po City Race mi nie wystarczył i w kolejny weekend musiałam wybrać, czy jadę na WesolInO, czy na ZAZU Tour. Wygrało WesolInO, bo bliżej no i mieliśmy opłacony cały cykl. Co prawda po niedawnym gubieniu się na WesolInO tak nie do końca byłam pewna słuszności wyboru, ale zaryzykowałam.
Przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i po drodze widzieliśmy Mateusza biegnącego niczym rącza łania (rączy jeleń?) z lasu na start, po rozwieszaniu lampionów. Jeszcze tylko ogarnął lampiony startowe i mogliśmy ruszyć.
 
Czekamy na sygnał, że już można.
 
I ruszam.
 
Już na starcie miałam dylemat jak biec na jedynkę - na azymut, czy raczej skorzystać z dróg? W wersji na azymut mogłam biec z Tomkiem, bo jego jedynka była na moim azymucie, z kolei drogami jakby wygodniej. W porę przypomniało mi się, że jeszcze regeneruję, więc trzeba wybrać wariant spokojniejszy, a nie gnanie za Tomkiem na złamanie karku. Oczywiście nie wstrzeliłam się w ścieżki dokładnie tak, jak planowałam, ale w sumie moim założeniem było dotrzeć do płotu, a potem się martwić co dalej. Tak, płot był już za jedynką, ale na tyle blisko, że warto było mieć i taki wariant.
 
W drodze na PK 1.

O dziwo, nie musiałam dochodzić do płotu bo wyszłam na jedynkę idealnie. Do piątki szło bardzo dobrze, niemal po kreskach. Do tego lampiony były powieszone w bardzo widokowy sposób i ich kolor już daleka przyciągał wzrok. Po piątce autor trasy chciał nam trochę urozmaicić zabawę i na mapie powycinał teren dookoła szóstki. Mimo, że trochę zniosło mnie w lewo, wyczaiłam punkt.

Szóstka na samotnej "wyspie".

Do siódemki dla odmiany zaczęło mnie ściągać w prawo, nie trafiłam na ścieżkę, którą planowałam wykorzystać i jeszcze spotkałam Tomka, co mnie jakoś tak zdekoncentrowało, że  miałam lekki problem ze znalezieniem lampionu. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że punkt jest na kopczyku, a nie w dołku (jak mówił opis). Ale w sumie nawet jakoś strasznie długo nie szukałam, więc dramatu nie ma.
Pozostałe punkty przeszły ulgowo, choć między siódemką a ósemką zaskoczył mnie fragment nowego ogrodzenia, które musiałam obejść. Do mety dotarłam już bez żadnych przygód, w tempie coraz bardziej spacerowym, ale za to z dobrym samopoczuciem.
 
Meta.

 A tak wygląda cały mój przebieg:
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz