Maj oznacza wyjazd w Beskid Niski i błąkanie się po górach
na trasach Ultramartonu Jaga-Kora. To taka świecka tradycja, która właśnie
obchodzi u mnie dziewiąte urodziny. Dziewiąte, bo gdybym był na pierwszej
edycji tego wydarzenia, byłyby to urodziny dziesiąte.
Na Jadze-Korze zaczynałem od trasy Kurier (40km), która
startował z Moszczańca, potem próbowałem różnych wariantów 40, 42, 46, 70 i 100km. Te 100km (czyli
Orzeł) to próbowałem dwa razy i dwa razy nie ukończyłem. Pierwszy raz –
chciałem za szybko i zszedłem po 66-tym km z powodu kontuzji kolana. Drugi raz
trwało to krócej - tylko 33 km, ale tu wystartowałem już z zapaleniem rozcięgna
i było to do przewidzenia.
Zostało mi policzyć się z setką, tym bardziej, że
organizator zapowiedział, że na X edycji Jagi-Kory 100-kilometrowy Orzeł będzie
rozgrywany po raz ostatni. W bonusie nie wydłużył trasy co do km, ale
„dorzucił” górę Cergową. Cergowa to góra bardzo widowiskowa – każdy kto jechał
przez Duklę, na pewno zwrócił na nią uwagę – góruje nad miastem niczym Giewont
nad Zakopanem, a jej stromość nie pasuje do łagodnych stoków Beskidu Niskiego –
przypomina jakieś urwiska, pionowe skalne ściany….
 |
| Wycieczka szlakiem kurierskim Jaga-Kora |
Jak zwykle z Renatą przyjechaliśmy w Beskid Niski tydzień wcześniej.
Już od wielu lat pomagamy w organizacji imprezy – znakujemy trasę, Renata
obsługuje sekretariat i robi hałas w Chałupie Elektryków. Co do znakowania
trasy – to na jednej z tegorocznych relacji po imprezie przeczytałem pozytywne
zdziwienie jakiejś uczestniczki, że to pierwszy bieg górski, gdzie oznaczenia
nie tylko dobrze prowadzą, ale wręcz pokazują jak ominąć co większe kałuże! |
| Zbocza Jawornika - to będzie końcówka trasy biegu |
W tym roku znakowaliśmy dłuższy odcinek niż zwykle, ale było
nas więcej – oprócz nas były jeszcze dwie Stowarzyszone klubowiczki, które
także załapały bakcyla wolontariatu. Był także czas, by przebiec Parkrun w
Rymanowie-Zdroju, znalazł się czas by z Barbarą przebiec próbnie nowy nocny
odcinek: z Rymanowa przez Cergową do Dukli, trochę poszwendać się po górach,
zrobić alternatywne Strasznie Fajne Marszobiegi;-)
 |
| Bania Szklarska - rok temu przebiegała tędy trasa 17km |
 |
| Sobotni parkrun - deszczowy i kameralny |
 |
| Mokro to i salamandry wyszły na spacer |
 |
| Cergowa w tle. Będziemy ją zdobywali o świcie w czasie biegu |
 |
| Podbieg na szczyt Cergowej - pola czosnku niedźwiedziego |
 |
| Najwyższy wodospad w Beskidzie Niskim- Wisłoczek |
 |
| Cerkwisko na zbiegu z Wołtuszowej to będzie końcówka trasy biegu |
 |
| Słynne Beskidzie Błoto (SBB) do biegu zdąży podeschnąć |
 |
| Jak w góry to tylko z reklamówką:-) (znaleziona po drodze zbierałem do niej śmieci ze szlaku) |
 |
| Znakowanie |
 |
| Gdy znakowaliśmy ślady niedźwiedzia były na trasie |
 |
| Znakowanie - gdzieś nad Wisłoczkiem |
 |
| Znakowanie - Polany Surowiczne |
 |
| Znakowanie - potok Surowiczny |
 |
| Góra Polańska |
 |
| Znakowanie - Niedaleko Jawornika |
 |
| Znakowanie - nie tylko taśmami;-) |
Nadszedł piątek. Zaczęła się praca w sekretariacie. Nasza
Klubowa ekipa rozrosła się do 6-ciu osób. Klubowo – wypożyczyliśmy buty. A bo
czemu nie - skoro można? Jakieś najnowsze modele ASICS – Trabucco 14, czy jakoś
tak. Wypożyczyliśmy dwie pary na 100 km i dwie pary na bieg 42km. Testowanie
butów na biegach górskich ostatnio jest popularne. Zwykle na buty rzucają się
ludzie biegający krótsze dystanse, ale dwa lata temu pożyczyłem buty na 40 km i
dały radę! Zakładałem, że pewno zmienię je po nocy (nocny odcinek ma więcej
błota).
 |
| Numery startowe odebrane - mi trafił się "klubowy" numer 44 |
 |
| Buty wypożyczone różne wzory i kolory |
 |
| Ania i Renata wydają pakiery w sekretariacie do północy |
Chwila odpoczynku i zaczynamy start o godzinie 00:01 z Jaślisk.
 |
| Wywożą nas na start... |
Na 100 km
startuję ja i Barbara. Dojazd autokarem , przemówienia, odliczanie i biegniemy.
Kawałek asfaltem, potem w drogę polną, powoli pod górę. Wszyscy biegną tempem
parkrunowym. Czołówka to pewno poniżej 4m/km. W pewnym momencie mówię „dość”. Zostało
jeszcze 99 km, podbieg coraz stromszy – muszę mieć siły na te kilometry.
Przechodzę do marszu, by wyrównać oddech. Coraz więcej osób zwalnia. Początek to zawsze robi się „w tłumie” - widzisz światełka przed sobą, za
sobą. Co chwila słychać niecenzuralne słowa, jak ktoś wpadnie w jakieś błoto
lub zaplącze się w leżące na ziemi gałęzie. Ja gdzieś przed Ostrą także mam
bliski kontakt z podłożem – efekt: krwawy ślad na kolanach i na dłoni. Na
szczęście po ciemku nie widać, czy zostawiam krwawe ślady za sobą;-)

Nocka idzie dobrze. Nie rozpędzam się, bo ile razy można
rozbijać kolana? Dopiero gdy jestem w Stasianie przypominam sobie, że punkt
żywieniowy będzie za Piotrusiem, ale temperatura jest w sam raz i picie tak
bardzo nie schodzi z camelbaka.
Wreszcie punkt żywieniowy i ruszamy na Cergową. Na szczycie
zaczyna się rozjaśniać. Bardzo niefajny zbieg z Cergowej – jeszcze jest ciemno,
więc mało widać, bardzo stromo, korzenie…. Nikt tu nie zbiega – wszyscy
trzymając się pazurami ziemi ostrożnie pełzną w dół. Dobrze że wcześniej
przebiegłem ten kawałek – widziałem czego się spodziewać.
 |
| Przymiarki i wschód słońca |
Za Cergową poluje na nas fotograf. To tradycyjne miejsca i
czas. Kulminacją dla pracy fotografa są Przymiarki, gdzie słońce już jest
wyraźnie na horyzontem. Szkoda, że nie ma morza mgieł - ale dla samego biegania
to i lepiej – jest w miarę sucho i błoto nie lepi się do butów.
 |
| Rymanów Zdrój - 33km |
Rymanów – czas dobry. Miałem biec z Barbarą, ale ta wyrwała
na początku (tam gdzie ja przeszedłem do marszu) i pewno jest ze 20 minut
przede mną. Szybki przepak i ruszam dalej. Nie zmieniam butów – te wypożyczone
sprawują się całkiem dobrze. Wiem, że ASISCy nie lubią błota – mają wtedy
zerową przyczepność, ale jest w miarę sucho, więc nie jest to problemem. Dobrze
amortyzują – człowiek czuje się trochę jak w kapciach (wypożyczyłem model większy
o pół rozmiaru – może dlatego). Podeszwa jest dość gruba i zapiętki nie
trzymają dobrze, więc na nierównym noga jest mocno niestabilna – ale najgorsze
było w nocy – dzienny odcinek jest
równiejszy i w dzień lepiej widać gdzie można postawić bezpiecznie nogę.
Wyruszam z przepaku w towarzystwie Kasi.
 |
| Głębokie |
Podbiegamy sobie
tak razem do punktu żywieniowego w Puławach. Pogoda – aż za fajna. Zaczyna się
robić ciepło.
 |
| Nad Puławami |
Wkraczam na odcinek, który znakowałem. Po zbiegu do Darowa
zacznie się to, czego nie znoszę. Płaski (prawie płaski) asfalt. Jest to
kilometr 50+. Na tym etapie biega mi się ciężko. W dół – jakoś idzie, ale po
płaskim bieg nie jest szybszy niż szybki marsz z kijami. Pod górę, nawet
malutką znacznie szybciej się idzie niż biegnie… a biegniemy w kierunku
głównego wododziału, więc w efekcie jest zawsze „pod górę”.
Punkt żywieniowy w Moszczańcu. Przede mną najdłuższy
fragment trasy bez punktów żywieniowych. I w największym upale. Jednolite
monotonne podejście na Kanasiówke. Prawie 6 km ciągle pod górę. I akurat
zaczyna mnie męczyć układ trawienny – wczorajsza kolacja, która powoli dociera
do końca swojej długiej drogi w człowieku….
Zbieg w kierunku Woli Wyżnej i znowu asfalt. Może asfalt to
za dużo powiedziane, ale coś co kiedyś było asfaltem – małe górki i dołki i tak
dobre naście kilometrów w pełnym słońcu. Nogi do biegu nie niosą. Męczarnia…
Wreszcie po 80-tym kilometrze „chopek” i droga do Chałupy.
Niby znowu asfalt, ale tylko 4 km, sporo w dół i z daleka słychać bębnienie
Renaty;-)
80 km to takie miejsce selekcji. Doganiam i przeganiam dziewczynę, która
wyprzedzała mnie na 30-tym kilometrze, biegnąć niczym łania. Teraz idzie
powłócząc nogami i mówi, że schodzi z trasy w Chałupie. Próbuję ją namówić, by
biegła dalej, ale stawia opór.
 |
| Ekipa Chałupowa |
 |
| Tak na punkcie bawiła się Renata |
W chałupie Renata i kociołek. Mało jem biegając, ale ten
kociołek postawił mnie na nogi.
 |
| A tak wyglądałem ja po ponad 80-ciu kilometrach |
Polańska – taki morderczy akcent na koniec. Najstromsze i
jedno z największych podejść na trasie.
Kogoś tu doganiam, ktoś dogania mnie, robi się mały tramwaj na podejściu. Na
zbiegu wyrywam do przodu. O dziwo, do tej pory żadnych skurczy zmęczeniowych,
a być powinny, bo wszystkie zbiegi
robiłem asekuracyjnie, co strasznie męczy czwórki. A tu nic. Dobrze znam trasę,
wiem ile do mety, po prostu wiem, że mogę przyspieszyć.
Raczej to ja wyprzedzam, niż mnie wyprzedzają. Wołtuszowa.
Ostatni zbieg. Wyprzedzam dziewczynę, z którą mijałem się przez całą trasę.
Stosowała ona dziwną technikę: na każdym punkcie żywieniowym czekał na nią
suport: masaż, zmiana butów, itp. Taki full wypas. Spędzała tam więcej czasu
niż inni, a potem wybiegała i bardzo szybko wszystkich wyprzedzała. Tu już
niestety dopadł ją dystans i ledwo idzie, choć do mety ze dwa kilometry. I
zauważam, że ma przy pasie taką papierową czapeczkę urodzinową. Okazuje się, że ma urodziny – życzę jej wszystkiego najlepszego i lecę na metę.
 |
| Uff meta i blacha za przebiegnięcie 100km |
Nikogo w zasięgu wzroku, więc się nie ścigam. Na mecie czekają
Barbara i Ania. Barbara przybiegła dłuższą chwilę wcześniej – analiza
międzyczasów pokaże później, że na ostatnim odcinku sporo do niej odrobiłem.
Niestety, na mecie akurat nie ma firmowego fotografa, Renata jeszcze nie
wróciła z Chałupy - więc nie mam zdjęcia jak wbiegam na metę;-) Ale setka odczarowana.
Jestem drugi w swojej kategorii wiekowej. Patrzę na międzyczasy – do zwycięstwa
zabrakło mi 5 minut! W chałupie do zwycięzcy traciłem ponad 45 minut! Jeden
szybszy zbieg i bym zwyciężył….
 |
| Jeszcze podium i będzie można odpocząć;-) |
Szybki obiad i wskakuję na podium, bo akurat jest dekoracja
długich dystansów.
Szkoda, że za rok ma nie być setki… tylko jakieś sprinterskie dystanse rzędu 50
km….
 |
Buty z wypożyczalni - dały rade na 100km. Pęcherzyk wyszedł dzień później ale taki niegroźny;-) Buty - polecam - wygodne niczym domowe bambosze;-) |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz