poniedziałek, 24 sierpnia 2026

WMOC - dzień siódmy, czyli krótki long z kąpielą błotną w pakiecie.

Ostatni bieg - finał longu. Ten long taki dość krótki, ciut ponad 3 km. Nastawiałam się na jakieś 4 - 5 km, choć pewnie Tomek podawał mi wcześniej parametry i nie powinnam być zaskoczona. W każdym razie mile się zdziwiłam. Dojście na start też króciutkie - dla mnie, bo dla Tomka trochę dłuższe. Tym razem postanowiłam nie fatygować medyków do mojej nogi, tylko sama ją natarłam obficie maścią i zabandażowałam odzyskiem z poprzedniego dnia. Poza tym już trochę przywykłam do kuśtykania i przekonałam się, że jakoś daję radę.
 
W bazie zawodów.
 
Moje miejsce startu przewidziane było dla najstarszych kategorii, przy czym moja kategoria była w tej grupie najmłodsza. To niesamowite ile osób i w jakiej kondycji startowało wśród osób 60-100 lat. Wychodzi na to, że jak dobrze pójdzie, to jeszcze jakieś 35 lat mogę pobiegać:-)
Start był z górki, ścieżką do drogi. Pierwszy punkt był w jarze za drogą, a w zasadzie w odnodze jaru. Trafiłam bez problemu, przy okazji naprowadzając na punkt inną zawodniczkę, która szukała za wcześnie. Dwójka już nieco dalej. Nie upierałam się przy azymucie, bo pierwszym celem było dotrzeć do wodopoju na drodze i dopiero od niego namierzyć się dalej. Miałam nadzieję, że te wodopoje faktycznie postawili w miejscach zaznaczonych na mapie, a nie jak im wyszło, bo wtedy nici z namierzania się. Najwyraźniej stał dobrze, bo na dwójkę trafiłam. Z wody też przy okazji skorzystałam.
Trójka i czwórka weszły gładko mimo powyginanego terenu, ale starałam się kurczowo trzymać kreski i schodzić z niej tylko jak już koniecznie coś trzeba obejść. Do piątki strasznie mi się dłużyło. Azymutu pilnowałam tak pi razy oko, bo i tak musiałam zejść niemal na dno jaru, zresztą miałam przeczucie, że jakoś to będzie. I faktycznie jakoś było, zwłaszcza że przy punkcie kręciło się chyba z kilkanaście osób przychodzących i odchodzących od punktu. Zaraz za punktem, przy przejściu przez rzeczkę (a zasadzie przez bagienko) zrobił się zator, bo każdy kombinował jak najbardziej bezstratnie pokonać ten odcinek. Ja chciałam być taka bardzo hop do przodu, więc ominęłam kilka osób i pewnie stanęłam na kępce, która wydała mi się stabilna. No więc dokładnie tak - wydała mi się. Wpadłam w błocko po kolano. Odruchowo chciałam się wspomóc drugą nogą i teraz obydwoma tkwiłam w bagienku powyżej kolan.  Nie powiem, troszeczkę się przestraszyłam, ale tylko troszeczkę, bo wokół był tłum ludzi, więc miałam nadzieję, że jednak ktoś w razie czego mi pomoże. Powoli wyciągnęłam ręce i chwyciłam się jakiejś roślinności i centymetr po centymetrze wyciągałam nogi z brei. Udało się. Nogi miałam ciężkie od błota a tu trzeba było wspiąć się w górę do drogi. Planowałam wyjść w byle którym miejscu i rozejrzeć się za wodopojami, ale tak się złożyło, że wyszłam dokładnie na pierwszy z nich. Oczywiście skorzystałam. Także dla opłukania rąk z błota. Na PK 6 namierzyłam się z drugiego wodopoju, bo był bliżej punktu i choć po drodze było dużo zielonego, spokojnie wyszłam na lampion. Teraz czekał mnie najdłuższy przelot, najpierw pod górę, potem w dół. W drodze pod górę zagadnęła mnie jakaś Holenderka i żaliła się, że ona nie ma siły pod górę, bo u nich wszędzie płasko. Pocieszyłam ją, że na Mazowszu też jest płasko i też mam ten sam problem. Tak po prawdzie to na siódemkę mogłam pójść logiczniej (jak większość), czyli drogami niemal pod sam punkt. Fakt - trochę naokoło, ale na pewno szybciej i wygodniej niż po krzakach, jak ja. Do tego w tych krzaczorach nieopatrznie zepsutą nogą stanęłam na pieńku i znowu mięśnie tak mi się spięły, że gwiazdy zobaczyłam. Noga na szczęście coraz bardziej nawykła do urazów i coraz szybciej ból odpuszcza. Ale i tak musiałam znacząco zwolnić. Na szczęście teraz było już blisko, w dół i nawigacyjnie łatwo. Reszta trasy to w praktyce powrót do bazy, bez żadnego wydziwiania, ot - jakieś punkty po drodze być musiały. Mimo bolącej nogi starałam się przyspieszać, a na metę wręcz wbiec. Miałam nadzieję, że Tomek już będzie, a tymczasem przybiegł kilka minut po mnie. Co on tam nawyczyniał na swojej trasie, to w głowie się nie mieści. Zupełnie jakby zapomniał kompasu. No, szkoda gadać. To już lepiej popatrzcie na mój ślad, bo taki bardziej ogarnięty:-)

Ostatni etap w moim wykonaniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz