sobota, 15 sierpnia 2026

WMOC - dzień piąty, czyli przedwczesne zaćmienie słońca.

Po kwalifikacjach wiedziałam już, że z jedną nóżką bardziej da się biegać i z telefonem też da się biegać. Czyli spoko. Dodatkowo moja trasa miała być o 1,5 km krótsza niż w kwalifikacjach, a dojście na start tylko 800 metrów. No pełen luzik.
 
Pozytywnie nastawieni.
 
Przed startem znowu poszłam do miłych panów medyków na odczynianie nogi i tym razem dla urozmaicenia najpierw rozmasowali, potem namaścili, zabandażowali i jeszcze popsikali. I znowu zapomnieli splunąć przez lewe ramię.
 
I jeszcze popsikam...
 
Szota tym razem sobie odpuściłam, ale prochy łyknęłam i żwawo (w porównaniu do poprzedniego dnia) pomaszerowałam na start.
Do lampionu startowego od ostatniego boksu było aż 130 metrów, ale spożytkowałam je na przetestowanie nogi i znalezienie trójkąta na mapie. Do jedynki ruszyłam już biegiem. Niestety, z wrażenia, że da się biec, nawet nie sprawdziłam jak będzie najoptymalniej, tylko pomknęłam przed siebie. Zamiast wbiegać na zbocze mogłam polecieć kawałek drogą do skrzyżowania i stamtąd po poziomnicy  do punktu. Ale trudno. Do dwójki była tylko jedna możliwość - na azymut, więc tak zrobiłam. Po dwójce trochę zwolniłam, ale za to poszłam idealnie po kresce i wyszłam prosto na lampion. Czwórka bez problemów, a do piątki wykorzystałam wszystkie dostępne drogi i wyszedł taki nawigacyjnie luzacki odcinek. Nie dla wszystkich jednak okolica była łatwa nawigacyjnie, bo widziałam jak po zakreskowanym na fioletowo polu, błąka się jakaś zawodniczka i uparcie czegoś szuka. Aż mi jej żal było, bo wiedziałam, że nie znajdzie.
Po czwartym punkcie zrobiło się na trasie już całkiem płasko i znowu miałam takie Mazowsze - łatwe i przewidywalne. Nawigacyjnie szło świetnie, a i noga dawała pobiec, tam gdzie teren pozwalał. W okolicach dziesiątki (nie pamiętam - przed, czy po) mało nie wpadłam na jakiegoś osiemdziesięciolatka, który przechodził przede mną, ale nagle zatrzymał się, pewnie żeby popatrzeć na mapę. Bardzo chciałam uniknąć tego zderzenia, bo ani dla mnie, ani dla niego pewnie nie skończyłoby się dobrze, więc uskoczyłam na konar leżącego drzewa, niestety tą bolącą nogą. Jak mi się łydka spięła, jak mnie prąd przeszył, jak zobaczyłam przed czasem zaćmienie słońca... I tyle biegania:-( Dalej jakoś pokuśtykałam klnąc w myślach na czym świat stoi. Jeszcze na dobiegu do mety próbowałam przyspieszyć, ale znowu wyszedł jakiś taki koślawy kujawiak.
Na mecie zdziwiłam się podwójnie - po pierwsze, że nie ma jeszcze Tomka, a według moich obliczeń powinien być, a po drugie, że mimo nogi przegoniłam masę osób w swoim finale. A gdybym tak jeszcze nie musiała unikać zderzenia, to ho, ho, ho jaki wynik bym wykręciła:-) I tak to był chyba mój najlepszy występ na mistrzostwach do tej pory.
 
Tak biegałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz