Rezygnacja z treningu nie wpłynęła znacząco na stan mojej nogi, czyli bolało jak bolało i każdy krok był wyzwaniem. Nie wiedziałam, czy kwalifikacje są warunkiem niezbędnym, żeby wystąpić w finale B (bo w A to wiadomo), więc koniecznie chciałam wziąć w nich udział. Zresztą nawet gdyby nie, to i tak nie planowałam siedzieć w hotelu, czy nawet w bazie zawodów. Tymczasem już samego dojścia na start było 3 km i to chyba najdłuższa dojściówka z jaką się kiedykolwiek spotkałam. Znaczy - widziałam dłuższe, ale wtedy był przewidziany transport - tutaj nie.
Zegarek, z którym Tomek poszedł na ostre starcie, całkowicie odmówił współpracy (za co zostanie karnie odesłany skąd przybył), a ja miałam pobiec z telefonem, żeby jakoś tę trasę nagrać. W sumie to nawet dobrze, bo gdybym nie była w stanie wrócić, to jest jak wezwać pomoc.
Z zegarkiem nic nie mogłam zrobić, ale z nogą już tak. Natarłam ją maścią, łyknęłam szota magnezowego (a dla zrównoważenia magnezu i potasu zapiłam sokiem pomidorowym), do tego prochy przeciwbólowe i tak przygotowana pomaszerowałam do punktu medycznego, żeby medycy jeszcze coś dołożyli, jak się da. Dołożyli drugą porcję maści, mrożące psikadło w podwójnej dawce, dobre słowo i tylko zapomnieli splunąć trzy razy przez lewe ramię. Ale trudno - i tak poczułam się zmotywowana.
Na start wyszłam prawie dwie godziny wcześniej, żeby powoli sobie dokuśtykać i mieć jeszcze czas na odpoczynek. Dobrze, że były przygotowane pieńki dla tych, którzy potrzebowali chwilę posiedzieć przez podróżą:-)
W końcu nadszedł czas startu. Najpierw ostrożnie, powoli pod pretekstem czytania mapy, trochę ścieżką, a potem zamiast do drogi, to chaszczami. Cała ja. Na tej drodze, do której nie dotarłam, przegoniła mnie Ula, która startowała minutę po mnie. I tak by mnie przegoniła, więc w sumie wszystko jedno gdzie. Potem obie namierzyłyśmy się ze skrzyżowania, ja oczywiście odpowiednio później. Jedynka zaliczona.
Do dwójki ruszyłam już odważniej - las przebieżny, podłoże miękkie, płasko. Zaczęłam iść szybciej - noga nie zaprotestowała. Nawigacyjnie - łatwizna. Trochę takie nasze Mazowsze z mikrorzeźbą, do czego jestem przyzwyczajona. Spróbowałam po trochu podbiegać. Powiem więcej - lepiej mi się biegło niż szło. Chyba wszystkie podjęte przed biegiem środki zaradcze zaczęły działać na 100%. Tylko tego splunięcia przez lewe ramię ciut zabrakło na przebiegu PK 5 - PK 6. Nie żebym nie wiedziała jak trafić, tylko miałam problem z decyzją - co uszłam kawałek, to inna opcja wydawała mi się lepsza i zmieniałam trasę. W efekcie trochę czasu straciłam na kombinowaniu i trochę nadłożyłam drogi, ale przynajmniej skorzystałam z wodopoju.
Z szóstki na siódemkę po ścieżkach żeby nie pchać się w zielone, za to z siódemki zamiast od razu po prostej do ścieżki to przedzierałam się przez krzaczory, no bo azymut. Srymut-azymut. Ósemka i dziewiątka bez problemów, a do dziesiątki nawet trochę się rozpędziłam, bo teren dobry do biegania. Górę, za która stała jedenastka, postanowiłam obejść, bo trochę postraszyły mnie gęste poziomnice i konieczność wspinaczki na jednej nodze, ale teraz myślę, że dałabym radę. Ale przepadło. Zresztą i tak celem dnia było dotarcie na metę, a nie robienie wyniku.
Ponieważ noga nie protestowała, a wiedziałam, że końcówkę w razie czego zrobię na czworaka, na dobiegu do mety zaczęłam ścigać się z jakimś osiemdziesięciolatkiem. Ot, tak dla fantazji. W życiu nie przypuszczałam, że wygrana z kimś tyle starszym może dać jakąkolwiek satysfakcję. Ale jednak on miał dwie nogi, ja tak z półtora.
Krokiem dostawnym do mety.
Za linią mety i miejscem sczytywania czipów czekał już Tomek z krzesełkiem i napojami chłodzącymi, więc przynajmniej od razu mogłam odpocząć.
Pobiegowy relaks.
Nie wiem jak to się stało, ale mimo nogi wcale nie byłam ostatnia i wyprzedziłam dwie zawodniczki. A bałam się, że w ogóle nie ukończę biegu.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz