Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAW-OR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAW-OR. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 marca 2025

Wiosenny ZAW-OR

Ostatnio rzadko bywamy na Marszach na Orientację. W tym roku padło na ZAW-OR bo: blisko domu, wybrać z nami chciała się Agata i dodatkowo musiałem powręczać puchary i dyplomy za TMWiM 2024. 

Przyjechałem wcześniej, bo impreza miała się zacząć od „wręczania”. Oczywiście Ci, na których czekałem wcale się nie speszyli. Zresztą jest tak co roku – muszę łapać zwycięzców na wielu kolejnych imprezach;-) 

Puchary czekają na zwycięzców TMWiM

Załatwiłem co dało się załatwić, na start dotarły dziewczyny, więc ruszyliśmy na trasę etapu pierwszego.

Start etapu 1 na rolkostradzie
Do ręki dostaliśmy puzzle. No, może nie prawdziwe jak na jednej z imprez na Podkarpaciu, ale porządnie narysowane na kartce. Puzzle nie są dla nas większym wyzwaniem (bo mamy fazę układania puzzli w internecie) więc zaraz „ułożyliśmy” co gdzie trzeba. Zostało tylko znalezienie właściwych lampionów. Teren nie był także jakoś specjalnie wymagający – jedna górka, kilka dołków w okolicy i kilka dróżek. Teren zawodów ograniczał mur cmentarza, więc naprawdę trudno było się zgubić. Jedyne wątpliwości to PK E, gdzie było wiele wyżłobień i wiele lampionów. Ewentualnie PK N, gdzie ścieżek w terenie ciężko było uświadczyć, ale mur cmentarza pozwalał dobrze namierzyć się na punkt. 

Przy jednym z PK
W końcówce las był mniej przebieżny z powodu pościnanych gałęzi, które zostały „rzucone pod nogi” przez leśników. Gałęzie te skutecznie zakrywały doły, ścieżki i co nieco utrudniały przemieszczanie się. Spokojnie pokonaliśmy etap i spacerkiem wróciliśmy na metę. 

Meta E1
Etap nr 2 – pusta kartka z kółkami, w które należy wstawić treść. Dobrze, że pierwszy PK był tuż przy starcie i dało się dopasować właściwe kółko. Drugie kółko dopasowaliśmy na podstawie obserwacji – okop i doły na lidarze. Ale co dalej? Zostaje iść gdzieś w kierunku kolejnego kółka i szukać właściwego dopasowania. Sprawę trochę ułatwiała linia WN, która była na 3 wycinkach, a w terenie widoczna była ze startu. Poszliśmy więc na wschód wypatrując lampionów. Idziemy i patrzymy jakoś nic nie widać. I to na dość długim odcinku. Potem zaczął się wysyp lampionów, ale nic jakoś nie pasowało do wycinków: ani kopczyka ani muldy… Doszliśmy tak do „końca lasu” - znaczy do bunkra, kiedy mnie olśniło. Zidentyfikowałem PK 4 – po drugiej stronie linii (to tak trochę z pamięci) i połączyłem ten wycinek z tym „po naszej stronie linii WN), czyli PK 7. W międzyczasie, trochę „na czuja” zaznaczyliśmy PK 3 w wyraźniej muldzie. 

Szukamy PK 3

Wiosna znaleziona w lesie
Co dalej? Marsz „na azymut”. Oczywiście nie chciało nam się wyznaczać skali, więc azymut z poszukiwaniem czegoś podobnego do mapy. Poszliśmy i znaleźliśmy. Dołek z punktem ZPK i lampionem płaskim. Nadał się, to wzięliśmy. 

Kolejny azymut i poszukiwanie trzech wycinków. Nie udało nam się ich złożyć na sucho więc znowu szukanie lampionów. Znaleźliśmy lampion, jakiś ludzi przy nim i usłyszeliśmy coś o „PK 8”. Tu burza mózgów, trochę zlustrowaliśmy nasze spojrzenie i dostrzegliśmy sens w podbiciu PK 8 w tym miejscu. Jako że zostało nam już mało wycinków, metodą eliminacji dopasowaliśmy PK 2 (nie żebym to ja dopasował, tylko dziewczyny, które są bardziej spostrzegawcze). Nie chciało już nam się iść na PK 3 i sprawdzić, czy dobry lampion podbiliśmy (a szkoda, bo w rozliczeniu mogliśmy mieć lepszy wynik, gdybyśmy to zrobili), tylko poszliśmy na dwa ostatnie PK 9 i PK 5. 

Na metę dotarliśmy o dziwo w czasie, pomimo zawirowań związanych z sytuacjami „nie wiemy, gdzie jesteśmy”. Właśnie pojawiły się wyniki – mamy jednego stowarzysza na PK 3 w etapie 2 - tego, którego nie chciało nam się sprawdzić. 

Tak chodziliśmy an etapie 1 (puzlle nie przestawiane)



Etap 2 wycinki włożone na swoje miejsca

 

 

czwartek, 4 kwietnia 2024

ZAW-OR tym razem bez biegania

ZAW-OR w Otwocku/Soplicowie lat temu 10 to była pierwsza impreza, którą wygraliśmy. Wprawdzie kategorię TP, ale to był nasz drugi, czy trzeci start w ogóle w InO. 

ZAW-OR od zawsze kojarzył się z Andrzejem. Aż do tego roku;-( 

Nasza ekipa na ZAW-ORZe

Pojechaliśmy we trójkę (jak za naszego pierwszego startu w InO) do pobliskich Marek, ale w miejsce całkiem nam nieznane. Najpierw robiona z auta dojściówka (właściwie dojazdówka), potem nierówna walka z niedodrukowanymi i niepociętymi dyplomami i oczekiwanie z pucharami na laureatów zeszłorocznego TMWiM. Odczekawszy ile się dało i zostawiwszy resztą "fantów" do rozdania organizatorom, nieźle wymarznięci ruszyliśmy w trasę etatu 1. Mapę dostaliśmy jakąś taką mikroskopijną, formatu A5, choć pod względem trudności sprawiała wrażenie trasy TT. Poganiani przez zmarzniętą Agatę ruszyliśmy dziarsko do… stowarzysza. Kółko z PK A sprytnie zakryło sąsiadujący z właściwym kopczykiem rząd wypiętrzeń terenu. Oj tam, po prostu z niecierpliwości nikt nie zwrócił uwagi, że kopczyki miały być odsunięte od drogi i tyle;-) 

 

Pierwszy PK i ... stowarzysz...

Kolejne punkty poszły stanowczo lepiej bo rozgrzana drużyna zaczęła współpracować. PK S był chytry. 170 m na azymut i w okolicach celu rząd dołów w odległości ok. 30 m, a każdy z lampionem. Z wzorcówki wynika, że wzięliśmy stowarzysza, ale analiza z danych lidarowych pokazuje, że trafiliśmy na właściwy dół. No cóż, stare mapy rysowane "analogowo" mają czasem pewne rozbieżności w ułożeniu elementów i tu takie zadanie na azymut może dać nieprzewidziane efekty. Ciekawe jak autor trasy podejdzie do tych rozbieżności;-) 

PK Y po lewej, odmierzone 170m...

 Dalej nie było większych problemów poza: 

  • rozmokłymi drogami, 
  • mało przebieżnym lasem chwytającym za nogi, 
  • PK L na azymut, do którego należy się wracać;-) 

 

Krzaki

Rozmokłe drogi

I kolejne rozmokłe drogi

PK X był to drugi PK na azymut. Jak nic z pomiaru na lidarze (na trasie na mapie jak i potem domu dokładniej) wychodzi mi, że właściwy powinien być ostatni dołek, a nie przedostatni jak na wzorcówce! Zresztą, na mapie którą dostaliśmy, oba mieszczą się w granicy 2 mm, więc myślę, że tu nie będzie żadnych wątpliwości;-) 

PK Y po prawej. Jak nic ostatni dół

W każdym razie etap przeżyliśmy i pomimo nieoptymalnej trasy chyba zmieściliśmy się w czasie;-) 

Na etap drugi dostaliśmy mapę już normalnych rozmiarów. Na pierwszy rzut oka bardziej skomplikowaną, bo do nałożenia warstwicówka, cieniowanie lidarowe i zwykła mapa topograficzna. Jednak złożenie wszystkiego raczej trudne nie było. Może poza PK A, który na mapie BnO wygląda zupełnie inaczej niż to, co jest na lidarze, więc dopasowywaliśmy wycinek metodą eliminacji. 

Chodząc po lesie zastanawialiśmy się gdzie są lampiony biegowe. W lesie raz widzieliśmy Konrada, jak szukał lampionu gdzieś koło naszego pierwszego PK na drugim etapie, choć samego lampionu biegowego nie dojrzeliśmy. 

Żeby nie było - były na trasie także i urokliwe miejsca

Oraz chwile na odpoczynek

Sama trasa była łatwa i przyjemna. Oczywiście poza jeżynami pomiędzy PK 9 i 2. Szczególnie malowniczy był PK 5 przy zrujnowanym budynku;-) Jedyna wtopa to PK 8 – nie dostrzegliśmy pierwszego dołu i szukaliśmy tego drugiego tam, gdzie go stanowczo nie było;-) 

PK 5 na etapie II z bliska

i z oddali

 

Co tu dużo pisać – intrygująco jest wrócić czasami do marszy – choć długa przerwa nie sprzyja koncentracji. W BnO to jest lampion lub go nie ma, a tu trzeba zwracać uwagę na szczegóły, co dobitnie pokazał pierwszy PK na pierwszym etapie;-) 


 

środa, 5 kwietnia 2023

Trzy kroki od startu, czyli ZAW-OR

Tydzień po niezbyt szczęśliwym dla mojej kostki Leśnym Mózgu pojechaliśmy na ZAW-OR, bo postanowiłam się nie poddawać. Tym razem jednak ubrałam nogę i zapisałam się na krótką trasę. Pogoda była łaskawa, bo ani za zimno, ani za ciepło, więc zapowiadała się przyjemna rozrywka.

 Gotowi do startu.

Jak już ogarnęłam, że mapę dadzą mi dopiero po odbiciu clear, check i start (a nie jak na treningach - od razu), mogłam wreszcie ruszyć. Mogłam,  ale nie ruszyłam dalej niż trzy kroki. Najpierw nie mogłam znaleźć na mapie trójkąta startowego, a potem umiejscowić się w terenie, bo jakoś nie przyszło mi do głowy, że trójkąt z mapy odpowiada wielkiemu banerowi "start", a nie miejscu wydawania map. Rany, człowiek parę tygodni nie biega i już nie może się odnaleźć w swojej dyscyplinie. Zgroza.

Check odbijam z dumą.
 

Tak jakby wystartowałam:-)

Jeszcze bardziej wystartowałam.
 
Do jedynki od razu na azymut, powtarzając sobie w myślach: żeby tylko trafić, żeby tylko trafić... Pomogło. Trafiłam. Dwójka wyglądała na łatwą, bo blisko zabudowań, więc był punkt odniesienia. Poszło. Do trójki pobiegłam głupio, bo pomyliły mi się ścieżki i na skrzyżowaniu drogi z linią energetyczną pobiegłam w prawo zamiast w lewo. W efekcie zamiast lecieć wygodnie ścieżkami pod sam punkt musiałam przedzierać się przez zielone i jeszcze bardziej zielone. W sumie to cud, że w ogóle trafiłam. Ponieważ spotkałam tam Tomka, więc pobyt na punkcie mam udokumentowany.

PK 3

Też PK 3
 
Kolejne trzy punkty zaliczyłam w mistrzowskim stylu, choć bardziej pod względem nawigacyjnym niż biegowym. Trzy miesiące siedzenia w domu, obżerania się i tycia jednak zrobiły swoje i bardziej toczyłam się jak mała baryłeczka niż biegłam. Ale co tam... 
Dobra passa skończyła się po szóstce. Niby ustawiłam azymut, ale postanowiłam troszkę naginać w prawo, żeby czasem nie ominąć rowu, na końcu którego miał wisieć lampion. Tak przegięłam z tym naginaniem, że sporo przed początkiem rowu wyszłam na ulicę. Z ulicy to już łatwo było znaleźć rów, a potem jego odległy koniec. Trochę obciachowo wyszło.

Przegięcie przy PK 7.
 
Po tej nauczce już bardziej pilnowałam tego, co robię i znowu zaczęło żreć. Ale azymutu pilnowałam do tego stopnia, że nie przepuściłam żadnej gęstwinie czy młodnikowi, jakie były na linii.
Dwunastki zaczęłam szukać trochę za wcześnie, ale tak mi się dłużyło, że myślałam, że to już. Na szczęście jakaś przebiegająca  konkurencja podpowiedziała mi, że jeszcze kawałek, więc nie straciłam zbyt dużo czasu. Ostatnie dwa punkty litościwie nie sprawiły żadnych problemów i na metę też udało się trafić.
Na koniec trochę poprzepychałam sobie drzewo, bo to taka nasza świecka tradycja po każdym bieganiu i ciut porozciągałam człowieka.

Pchamy, pchamy...

I wykrok....
 
A potem to już tylko cieszyłam się, że wracamy do domu na obiad z deserem i tortem (akurat tak się złożyło). Ale ponieważ miałam już pobiegane, uznałam, że jak najbardziej mi się należy. A co? Może nie?


 A to cały przebieg.

czwartek, 31 marca 2022

ZAW-OR

W niedzielę odbył się ZAW-OR, a na nim podsumowanie chodzonego InO za ubiegły rok, więc Tomek musiał wystąpić służbowo jak wręczodawca dyplomów i nagród. Tak się przejął swoją rolą, że świtkiem wygnał mnie z łóżka, bo już natentychmiast trzeba jechać żeby się nie spóźnić. W efekcie byliśmy na miejscu niemal godzinę przed czasem. Bazą imprezy były bunkry na Dąbrowieckiej Górze. Byliśmy tam już kiedyś, ale miejsce tak atrakcyjne, że warto było je znowu zobaczyć. Ponieważ czasu mieliśmy od groma, więc obejrzeliśmy dokładnie z zewnątrz i wewnątrz. 

Niedziela nie była już tak ciepła jak sobota i chodziłam zakutana we wszystko co wzięłam.


Tomek musiał wszędzie wleźć.

Kiedy już dotarła większość uczestników, odbyla się część oficjalna, Tomek wręczył, co miał wręczyć i dopiero wtedy mogliśmy ruszyć na BnO.

Mistrzowie i wicemistrzowie w pełnej krasie.
 
Tak prawdę mówiąc, to w ogóle nie chciało mi się biegać - byłam totalnie niewyspana po zmianie czasu, zmarznięta i znudzona długim czekaniem. Ale z drugiej strony - co miałam zrobić? Siedzieć, marznąć i czekać na Tomka? To już jednak lepiej pobiec.

Szukanie trójkąta startowego na mapie.
 
Ruszyłam. Do jedynki biegło się grzbietem wydmy, więc łatwo było utrzymać kierunek, nawet bez patrzenia na kompas. Niestety, już drugi punkt okazał się zdradliwy. Zniosło mnie w prawo (jak zwykle), ale naprawdę odrobinkę i musiałam minąć lampion w niewielkiej odległości, nie zauważając go. Niby na mapie były jakieś granice kultur, różne odcienie zielonego, ale w lesie zupełnie tego nie widziałam - las jak las. Kiedy w oddali zobaczyłam kolejną ścieżkę, zawróciłam. Kierując się na odwrócony azymut wyszłam idealnie na punkt.
Przy kolejnych punktach częściej spoglądałam na mapę i kompas i do szóstki szło idealnie, aczkolwiek niespiesznie, bo nogi w ogóle nie chciały ze mną współpracować, a i cały człowiek był jakiś omdlewający i bezsilny. Przed siódemką znowu zniosło mnie na prawo, ale na szczęście charakterystyczny układ górek szybko naprowadził mnie na właściwy ślad.
Gdzieś w międzyczasie dogoniła mnie Marzena, a ponieważ biegłyśmy na tej samej mapie, wyglądało, że dalszą część trasy pokonamy razem. No, chyba że zostanę w tyle, co akurat tego dnia było bardzo prawdopodobne. Aż do dziesiątki nadążałam za nią, chociaż nie było łatwo, mimo że ona szła, a ja chwilami biegłam. Na jedenastkę zamiast iść drogą, jak wszelka logika nakazywała, mi się zebrało na azymuty i w efekcie nie dość, że się zmęczyłam na górkach, to przeszłam obok lampionu nie zauważając go i poszłam dalej. Co prawda daleko się nie wracałam, ale pod górkę. Jedenastka na szczęście była ostatnim punktem, a meta blisko. Już na ostatniej prostej, tuż przed wybiegnięciem na drogę, las chwycił mnie za gardło i myślałam, że normalnie zadusi. Jakaś gałąź owinęła mi się na szyi i nie chciała puścić. Na szczęście udało się uwolnić. Czas oczywiście miałam haniebny, aczkolwiek nie byłam ostatnia, ale to jakiś cud. 
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale jak w organizacji jakiegoś BnO bierze udział Andrzej K., to ja zawsze mam jakieś problemy - albo nawigacyjne, albo z poruszaniem nogami. Jakieś złe fluidy, czy co?

Niby ślad nie wygląda tragicznie, ale to dlatego, ze nie pokazuje mojego tempa:-)
 

wtorek, 23 marca 2021

ZAW-ORowe dożynki

Nie dość mi było sobotniego biegania na treningu UNTS (tak, trasa D jak długa, razem z korytarzem /polecam – niezapomniane przeżycie gdy się wyleci z korytarza/ prawie 19 km, aż niecierpliwy organizator zajumał mi trochę lampionów), więc postanowiłem się dobiegać na ZAW-OR-ze. Jakoś marsze mnie ostatnio nie kręcą: TP za łatwe, TU nie wypada, a TZ to często nie sprawia radochy, bo za dużo trzeba się domyślać… 

Którą mapę wybrać? Oczywiście D!

Oczywiście znowu trasa D jak dożynki;-)
Najpierw trzeba było znaleźć start. Jak wszyscy skierowałem się ku widocznemu lampionowi z niewielkim napisem „finisz”. Dopiero potem dojrzałem na mapie, że start jest ciut obok. 

Napis START idealnie nadaje się na tło selfie...

Wystartowała mnie Renata i ruszyłem w zadymkę. 

I pobiegłem...

Śnieżną zadymkę i teren oznaczony na mapie ciemnozielonym kolorem. Młodnik niedawno przecięty i nieoczyszczony. Bieganie zamieniło się w kicanie, kluczenie, skakanie i inne takie. Wreszcie wykicałem z tego terenu i zacząłem wspinać się na wydmę. Z oddali ciut po lewej świecił lampion, więc odruchowo skorygowałem kierunek. Dotarłszy na szczyt zorientowałem się, że niestety świecił lampion płaski;-( Popatrzyłem na mapę – mój powinien być na kopczyku na drugim zboczu wydmy. Nawet jakieś zielone widzę, więc gdzieś tam w lewo bardziej… ale nie, tam kończą się kopczyki. Wracam. O, coś jest. Podbiegam, sprawdzam kod i konsternacja. Ma być 32, a jest 31! Chwila wpatrywania się w papier i zostaje jedyna logiczna decyzja:  sprawdzać na południe. JEST. I kod właściwy. Ale co się naszukałem, to moje! 

Dwójkę trochę przebiegłem, bo był stowarzyszony grzbiecik, ale i tak poszło lepiej niż na jedynkę. Za to trójka już poszła całkiem ładnie, czwórka sprawnie (kogoś tam wyprzedziłem biegnąć na kreskę), a przed piątką zatrzymały mnie gałęzie i młode drzewka z czyszczenia lasu, ze zbyt dużego zagęszczenia drzew, które ostatnio leśnicy ćwiczą zawzięcie w podwarszawskich lasach. Ruszyłem w kierunku piątki, w dół, ostrożnie lawirując pomiędzy leżącymi gałęziami. Już widziałem drogę, za którą teren się poprawiał, jeszcze jeden skok i… trzask. Nie to nie gałąź. To był trzask z mojej prawej kostki! Złapałem się jakiegoś pnia i stanąłem zastanawiając się czy mam jeszcze nogę, czy została te dwa metry z tyłu. Rzut oka – noga się trzyma. Raczej boli. No, dobrze boli! Ale wiem, że skręcenia bolą, ale potem przechodzą (do czasu gdy opuchlizna zacznie boleć). Musiałem wyglądać niewyraźnie, bo dwie osoby przebiegając obok mnie przystawały i pytały się, czy nie potrzebuję pomocy. Jak na razie noga nie odpadła, ustać się na niej dawało (sprawdziłem), a ból powoli słabł, więc podziękowałem za pomoc.

Po 5-ciu punktach głupio wracać, więc po kilku minutach ruszyłem dalej. Ostrożnym spacerkiem. Może i lepiej, bo szóstka była ukryta aż miło. Tak, że lekko przeszedłem, ale w miarę szybko zorientowałem się gdzie jej szukać. Na ósemkę już spróbowałem truchtać. Dawało się po równej drodze i twardym podłożu. Dlatego do PK 9, 10, 11 trochę naokoło, drogami, by znowu nie przedzierać się przez te leżące gałęzie. W drodze na PK 12 doganiam Renatę z Agatą i robimy sobie selfika na trasie;-) 

Koło 14-stki przeganiała mnie gromada ścigantów z Marcinem na czele. Poczułem zew współzawodnictwa i próbowałem biec za Marcinem. Ale co z tego, skoro mistrz przeoczył lampion i pobiegł dalej? Wprawdzie zawrócił, ale chyba spod następnego PK;-) 

Nie zawsze należy biegać za Mistrzem... (fot. K.Galicz)

Dalej trzymając się ścieżek na ile można było i omijając nierówności, zaliczałem kolejne punkty. Na dobiegu do mety nawet ścigałem się z jakimiś zawodnikami z trasy C. Grunt, że udało się zaliczyć całą trasę, ale z czasem „spacerowym”, choć i tak nie byłem wcale taki ostatni;-) 

Pierwotnie miałem w planach spacer z resztą rodziny na drugim etapie TP, ale jak się okazało, TP etap pierwszy i drugi miały synchroniczne, a ja z moją kostką średnio nadawałem się do spacerów - zaliczyłem więc długie oczekiwanie w aucie. Na szczęście w nagrodę za dotarcie do mety dostaliśmy czekoladę z Wedlowskich zapasów, która pozwoliła smacznie wypełnić czas oczekiwania na Agatę z Renatą;-) 

Produkt ratujący życie...

 


środa, 1 kwietnia 2020

Zaw-Or czy 10 x Solo?

Ten Coronovirus spowodował, że ZAW-OR (tak dla ścisłości - druga impreza InO, na której byliśmy, więc mamy sentyment) zamieniła się z ZAW-OR na Solo. ZAW-OR solo tak się to nazywa. Czyli BnO korespondencyjne. Co ciekawe, w lesie koło mojej pracy. W lesie, w którym nigdy nie byłem.

Udało mi się wyciągnąć Renatę – mieliśmy tak mniej więcej 1,5 godziny do nocy. Trasa D czyli 8,4 km po kresce – raczej skończę po ciemku, ale Renata w wersji C 6, 3 km powinna się wyrobić do zachodu słońca (o ile się nie pogubi). Do tego BePeK czyli telefon pikający, gdy znajdziemy właściwe miejsce. Powinno się udać;-)

Oczywiście na start lekko pobłądziliśmy, ale to normalne dla orientalistów – my nie ufamy nawigacji! Na starcie ze dwa auta, ktoś rusza w las (pod stromą górę). W aucie jakaś znajoma twarz (po kilku dniach skojarzyłem – znajoma z Jagi-Kory). Renata leci pierwsza. Ja kilka minut za nią. Właściwie biegnę za jakąś obcą biegaczką – nie wiem, czy zaworową czy inną – bo teren fajny do biegania- wydmy i to całkiem wysokie (dla porządku w bezpiecznej odległości kilku metrów). Dobiegam w okolice PK 1 i znajduję dołek bez lampionu. Mają być znaczniki trójpolowe. W mojej wyobraźni to lampiony przestrzenne – także mają trzy pola! Po chwili analizy wydaje mi się, że jestem ciut za daleko. Z oddali macha Renata, że ma lampion. Podbiegam – jest ( po analizie śladu stwierdzam, że lampion stał w innym miejscu niż na mapie, ale mapa nie oddawała tu dobrze terenu). Ciężko się wpisuje kod na kartę startową z kompasem na kciuku… Oj widzę, że będzie to długi bieg!

Na PK 2 na azymut, po kresce – pięknie przebieżny las, bieg w kierunku zachodzącego słońca – dlatego kocham Biegi na Orientacje – właśnie dla takich chwil. Punkt znowu pierwsza znajduje Renata, ale byłem tuż koło niego. Może jednak wyrobię się za dnia?

Gdzieś przy PK2

Na PK 3 także dobrze, może nie po kresce, ale trafiam na miejsce charakterystyczne, gdzie do lampionu doprowadza mnie rów. Jest dobrze! Wybiegając z PK 3 widzę jeszcze Renatę. PK 4 także wchodzi dobrze – ciągle bieganie po kresce. PK 5 chwilkę szukam właściwego dołka, ale ciągle mam szansę wyrobić się za dnia! Na PK 6 muszę przebiec przez wydmę. Staram się podbiegać, ale wolno idzie – kwarantanna sprzyja bieganiu, więc w tym tygodniu mam już sporo kilometrów w nogach! PK 7 na spokojnie i ruszam na PK 8. Tu niestety – niedokładne spojrzenie na mapę (czas zmienić okulary) – szukam PK w rowie na górce, zamiast w dole – wizja powrotu za dnia się oddala. W drodze na PK 9 przebieg drogą przy zabudowaniach – muszę omijać w bezpiecznej odległości spacerowiczów, a potem kolejny podbieg. Nogi nie chcą nieść. Do tej pory całe bieganie na azymut – biegnę na PK 9. Dobiegam do linii energetycznej, tyle że ta linia jest w innym kierunku niż na mapie Powinno być jakieś rozwidlenie linii – jest skrzyżowanie. Biegnę w kierunku górki, ale kompas wskazuje, że zmierzam w złą stronę. Dodatkowo muszę umykać w krzaki przed spacerowiczami z psem (a wystarczyło by zeszli na prawą stronę drogi). Nijak teren nie zgadza mi się z mapą (choć górki fajne) – po dłuższej chwili postanawiam zawrócić – aż znajduję miejsce które identyfikuję na mapie. Jakieś 10 minut błądzenia.
PK9 szukałem poza mapą...
 Teraz to już łatwizna - biegnę na PK 10. PK 11 - nogi już słabo niosą. PK 12 – przedzieranie się przez bruzdy wyorane w nasadzeniach jest bardzo męczące. Widzę zabudowania. Powinna być ścieżka i polanka. Jest ścieżka, jest polanka, brak znacznika. Kombinuję. Lampionu dalej nie ma;-( Niby tylko pięć minut, ale tam na trasie wydaje mi się że pół godziny, zanim odkrywam, że to zabudowania, których nie ma na mapie… Mam PK 12. Do PK 13 teren coraz mniej przebieżny – ścięte gałęzie utrudniają poruszanie się. Do PK 14 obiegam drogami i oczywiście skręcam jedną ścieżkę za wcześnie. Niby nie tracę za dużo czasu, ale subiektywnie znowu pół godziny w plecy;-( Tu właśnie zastaje mnie nominalny zachód słońca. Jeszcze mapę widać bez latarki, ale robi się coraz ciemniej. W przebiegu PK 15-16 spotykam jakiegoś biegacza .Pozdrawiamy się z daleka. Zapalam latarkę, by widzieć mapę. PK 17 - znowu podbieg na wydmę. To już niestety marszem;-( Do PK 18 ostatniego drogą i przed jakimś czymś (przecinką?) w lewo na górkę. Rozglądam się uważnie, liczę odchodzące ścieżki, górki, odbijam w lewo do widocznej górki. Brak dołka i znacznika. Krążę. Szukam – dołków na górce masa, znaczników jak nie było, tak i nie ma. Dobiegam do drogi poprzecznej i się namierzam – znowu klops;-( Subiektywnie krążę jakieś 45 minut. Obiektywnie niecałe 10 zanim się orientuję, że jestem za daleko. Wracam i znajduję ostatni punkt! Uff.

PK18 - a było tak blisko...

Teraz do mety i do Renaty, która pewnie czeka po zaliczeniu swojej trasy w całości. Oczywiście obok ścieżki, po wertepach, bo nie idziemy na łatwiznę.

I wiecie co zastaję w samochodzie? Wkurzoną Renatę która zaliczyła 6 z 14 PK zanim zapadła noc. Ech będę chyba miał ciężki powrót do domu….

Tymczasem z drugiej strony....

Odkąd tylko pojawiły się trasy Zaw-Or-owe Tomek dostał amoku: jechać i jechać. Ja wolałam zostawić to sobie na weekend, żeby mieć odpowiednią ilość czasu, ale bo to przekonasz… Wyjechaliśmy późno, zgubiliśmy się na dojeździe i kiedy w końcu ruszaliśmy na trasę, było już grubo po szesnastej. Od razu byłam wkurzona, a wiadomo, w takim stanie ciężko się myśli. Do tego motaliśmy się z ustaleniem miejsca startu, a pierwszy punkt był pod górę. Od razu dałam się wyprzedzić Tomkowi i szłam jak ta lebiega za nim, chociaż kompas pokazywał mi inny kierunek. Jak już uszłam strasznie daleko, a Tomka widziałam ze sporej odległości, stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i najlepiej wrócić na start i zacząć zgodnie z kompasem. Zeszłam więc z grzbietu i… dosłownie po kilkunastu metrach wlazłam na punkt. Zła byłam na Tomka za całokształt, ale aż taka wredna nie byłam, żeby go nie zawołać, bo widziałam, że czesał w innym miejscu. Na dwójkę było wreszcie w dół, więc jakoś nadążałam za Tomkiem i znowu miałam szczęście, że wbiegłam wprost na lampion.

W biegu wszystko się rozmazuje!
Potem Tomek poleciał przodem, a ja zamiast szukać kolejnego punktu, zajęłam się szukaniem ustronnego i jak najmniej przebieżnego fragmentu lasu. Dopiero potem mogłam wrócić do właściwych czynności. Na drodze w pobliżu trójki znowu spotkałam Tomka, który już odbiegał od punktu, ale przynajmniej wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu. Do czwórki poszło jak po sznurku, a na piątkę jakoś mnie zniosło w prawo. Okop, owszem – znalazłam, ale nie ten co trzeba. Chwilę mi zeszło zanim znalazłam właściwy, ale udało się. Ponieważ byłam na trasie C, po piątce miałam od razu PK 12 – daleko, szczególnie, że postanowiłam biec naokoło drogami. Ale za to przynajmniej łatwo i bez błądzenia. Z dwunastki znowu zniosło mnie w prawo. To się ostatnio coś za często zdarza i nie mam pojęcia dlaczego. Zawsze w prawo. Trzynastki za nic nie mogłam znaleźć. Co się nałaziłam po wszystkich okolicznych dołkach, poza właściwymi, to aż mi nogi w d..ę weszły. Nawet namierzenie się od skrzyżowania odległego od punktu o jakieś sto metrów nie pomogło – znowu ściągnęło mnie w prawo. Jakaś czarna dziura normalnie.

Czarna dziura w okolicach PK 13
 W dodatku zaczynała się szarówka i powoli przestawałam widzieć dokładnie mapę. Za to jak zorientowałam się, że jestem dopiero w połowie trasy i do tego w najdalszym miejscu mapy, to lekko spanikowałam. Latarki nie miałam, bo i tak boję się sama nocą latać po lesie, więc nie brałam, a do mety daleeeko. Wyszło mi jednak, że jakoś da radę wrócić drogami i ścieżkami – trochę nadkładając, ale nie wchodząc między drzewa. Nawet jeśli bardzo się ściemni, dam radę dotrzeć. Ze strachu leciałam ile sił w nogach i na parking dotarłam jeszcze przed zmrokiem. Ufff. Oczywiście Tomka nie było, ale też i nie spodziewałam się go jeszcze. Za to kiedy zrobiło się całkiem ciemno walczyłam ze sobą czy martwić się o niego, czy raczej zamordować go zaraz jak tylko przybiegnie. Z upływem czasu coraz bardziej skłaniałam się do drugiej opcji – nie dość, że przez jego upór , żeby jechać po południu nie mogłam zrobić całej trasy, to jeszcze kilka godzin siedziałam w samochodzie jak ten głupi kołek. Koniec końców okazało się, że cienias ze mnie, bo w końcu jednak nie zamordowałam, choć się należało. Ale i tak tego Zaw-Or-a nigdy mu nie wybaczę!