Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8 Grillowanie Kosmatych InOków. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8 Grillowanie Kosmatych InOków. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - niedziela z etapem podwójnym.

Na niedzielę został nam jeszcze etap podwójny, więc staraliśmy się jak najszybciej wyruszyć, bo to nigdy nic nie wiadomo. I tak dobrze, że potrójny mieliśmy już za sobą.

Idziemy na start

Zaczęliśmy od "Na pięcie wysokie napięcie" i już sam tytuł wskazywał autora mapy:-) Mimo to szybko poskładaliśmy wycinki i zaczęliśmy wypatrywać pierwszego punktu. Ja prowadziłam i szłam pewna swojego, no bo w końcu idąc wzdłuż asfaltu trudno się zgubić. Po jakimś czasie okazało się, że idziemy całkiem innym asfaltem niż przypuszczałam, ale kapliczki i strumyki przecież też przy nim były i mi się wszystko zgadzało. Tylko Tomek marudził, że zakręty są w inną stronę niż na mapie. I jakoś tak strasznie długo szliśmy tym asfaltem... Dawno minęliśmy miejsce, gdzie według wstępnych prognoz powinniśmy wejść na drugi wycinek, a my wciąż szliśmy i szliśmy... Ewidentnie coś nie grało. Pytania do punktów też się nie zgadzały, ale ponieważ w poprzednich etapach też tak było i to z winy autora mapy, więc nic nas początkowo nie tknęło. W końcu jednakowoż musieliśmy uznać, że coś robimy źle i poważnie zastanowić się - co dalej? W efekcie musieliśmy wrócić niemal pod start i praktycznie zacząć zabawę od nowa:-( Aż mi się wszystkiego odechciało - tyle kilometrów na próżno, na zmarnowanie...

Powtórne podejście do punktu - teraz się wszystko zgadza!

W końcu załatwiliśmy wszystkie sprawy asfaltowe i weszliśmy w teren, na którym gubiliśmy się poprzedniego dnia. Tym razem poszło nam znacznie lepiej i udało się znaleźć wszystkie punkty, ale też idąc od tej strony było jakby łatwiej. Oczywiście nie mam co sobie przypisywać jakichś zasług, bo w zasadzie starałam się przede wszystkim nie przeszkadzać Tomkowi. I tak prawdę mówiąc to poza drzewami w lesie, to niewiele pamiętam z tego etapu. Grunt, że dotarliśmy na metę i mogliśmy przejść do kolejnego.
Podobno przed podróżą trzeba posiedzieć, więc my przed drugim etapem przycupnęliśmy na przystanku autobusowym, obok ekipy toruńskiej. Ale co tak siedzieć bezczynnie? Żeby zabić nudę wycięliśmy sobie wycinki etapu drugiego, żeby je złożyć ze sobą. Całe DWA wycinki! W końcu po dwóch dniach i dwóch nocach łażenia byliśmy już zmęczeni i nawet złożenie dwóch fragmentów obciążone było ryzykiem pomyłki.

Tomek przy pracy.

Na pierwszym wycinku nie było widać nic, a przynajmniej nic konkretnego - był gdzieniegdzie  czarny, trochę w szare cętki, a przeważało białe. W tej abstrakcji mieliśmy znaleźć aż osiem PK. Pierwszy z punktów stał na skrzyżowaniu asfaltu ze ścieżką, więc tu akurat nie było problemu, ale wstrzelenie się w kolejne punkty wydawało się sprawą beznadziejną. Za pierwszym podejściem doszliśmy do miejsca gdzie las czesała już konkurencja, ale ani my, ani oni nic nie znaleźli. Nawet teren mało się zgadzał. Postanowiliśmy więc wycofać się do asfaltu i zajść pole bitwy od dupy strony. Ja po chwili kręcenia się w lesie nie miałam pojęcia gdzie jestem, ale w końcu zaczęliśmy natrafiać na jakieś lampiony. No to przynajmniej byliśmy na terenie zawodów. Na mapie chyba nie było połowy ścieżek, ale Tomek w końcu zaczął się mniej więcej orientować gdzie co jest. W sumie nie dziwne, bo obleciał cały las kilkakrotnie we wszystkie strony. Ja starałam się być bardziej stacjonarna. W końcu ten upiorny wycinek skończył się, wyszliśmy na normalną mapę, a nawet zahaczyliśmy o cywilizacje, czyli kilka budynków między jednym lasem, a drugim. Na drugiej mapie spotkaliśmy ekipę radomską idącą etap w przeciwnym kierunku.

Fiona - ważny filar zespołu.

Ten drugi wycinek to w zasadzie była taka dojściówka do bazy, bo punkty były łatwe, wszystkie przy drodze, a i teren był już znajomy. Problem mieliśmy tylko z PK 163, który wyjątkowo nie był przy drodze, a w dołku, kawałek od skrzyżowania. Czy był to nie wiem, bo nie udało się go znaleźć, ale powinien być. Ponieważ jednak na mapie mieliśmy punktów nadmiarowo, więc nie szukaliśmy jakoś specjalnie uparcie.
Na przedostatnim punkcie odświeżyliśmy się w strumyku żeby na mecie jakoś wyglądać porządnie, a Tomek sprawdzał czy kamera wciąż jest wodoszczelna:-)

Chlapu, chlapu...

Wreszcie szczęśliwie dotarliśmy do bazy, oddaliśmy karty startowe i udział w zawodach mogliśmy uznać za zakończony, bo na BnO już nie mieliśmy ani siły, a ni czasu.

Oddajemy karty startowe.

Od razu po powrocie powtórzyliśmy manewr z poprzedniego dnia - kiełbaski na grilla, a my pod prysznic w zaprzyjaźnionym domku. Po obiedzie pakowanie dobytku i... żegnaj przygodo!
Tomek zaliczył wszystkie dziesięć etapów i przysługuje mu KICHA, mi zabrakło jednego etapu. Może w przyszłym roku się uda...

sobota, 25 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - noc druga: A niech to piorun!

Po samotnym etapie Tomek wrócił zmarnowany zarówno fizycznie i psychicznie i nawet przez moment miałam nadzieję, że nie będzie chciał iść na nocny, ale gdzie tam. Jego nic nie zmoże. Na szczęście ja zdążyłam wypocząć, wyspać się na zapas, nabrać wigoru i w sumie to nawet ten nocny spacer nie wydawał mi się jakoś bardzo odrażający. A nawet wręcz.
Postanowiliśmy wystartować jak tylko zaczną puszczać na trasę, bo im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. Przynajmniej teoretycznie. Gdybyśmy wrócili o przyzwoitej porze, organizatorzy nie spali by jeszcze i można by się wedrzeć do łazienki w ich domku i wykąpać się. Taki chytry plan mieliśmy.
 Po pobraniu map i oficjalnym wystartowaniu oddaliliśmy się na ławeczkę pod latarnią i oddaliśmy się ulubionemu zajęciu - wycinankom łowickim.

 Te różowe pioruny dały nam w kość.

W sumie to tylko dwa wycinki były do dopasowania, ale wyjątkowo oporne. Wreszcie po chyba kilkunastu minutach udało mi się jeden dopasować, ale z drugim za nic nie mogliśmy sobie poradzić. W międzyczasie przy naszej ławeczce pojawili się Asia z Jackiem. Odruchowo sprzedaliśmy im umiejscowienie pierwszego wycinka, bo co prawda konkurencja, ale przecież o złote gacie się nie ścigaliśmy. Drugi wycinek usiłowaliśmy rozpracować już we czwórkę, ale gdzie tam. Nawet zaczęłam podejrzewać, że albo łączy się białym polem, albo jest z zupełnie innej bajki i na mapie znalazł się przypadkiem. W końcu postanowiliśmy ruszyć na trasę, bo na tej ławeczce moglibyśmy chyba spędzić resztę życia i nic nie dopasować.
Zaczęliśmy od PK 141, a potem ruszyliśmy na 142. Na mapie wyglądało to banalnie. Niestety - ścieżki narysowane na mapie miały się nijak do tych w terenie i punkt wzięliśmy tak na oko - jedyny jaki był w okolicy. Pozostałe ekipy, które licznie pojawiły się w okolicy też miały wątpliwości, czy to ten, czy nie. 143 przynajmniej weszło gładko i tu nikt nie wątpił, że to właściwy lampion. Przez całą drogę usiłowaliśmy dopasować ten drugi wycinek. We trójkę - ja, Asia i Tomek wyrywaliśmy sobie w rąk skraweczek mapy, gapiliśmy się na niego, przytykali do mapy głównej w różnych, coraz to dziwniejszych miejscach i... nic. Nawet wydarłam sobie z drugiej mapy kolejny wycinek, bo pierwszym zawładnęła Asia, a im więcej osób kombinuje, tym większa szansa na sukces. Ale nic.
Po zaliczeniu PK 143 ruszyliśmy na pierwszy wycinek mając nadzieję, że dopasowałam go w dobrym miejscu. Od 143 poszliśmy ścieżką, która prowadziła w dobrym kierunku, ale czy była to ta, na która patrzyliśmy na mapie - nie wiadomo. Po jakimś czasie uznaliśmy, że pora zejść z niej i kierować się na północ. Z ilości osób podążających w tę samą stronę wnioskowaliśmy, że idziemy dobrze, tyle tylko, że lampionu nie mogliśmy znaleźć. Rozsypaliśmy się w szeroką tyralierę i każdy szukał gdzie mógł. W tym zamieszaniu Asia z Jackiem odłączyli się od nas i najpierw zaliczyli PK 155 na górce, a potem poszukiwany 156, my zaś w odwrotnej kolejności. Ponieważ nasze losy najwyraźniej na ten etap były ze sobą połączone, w drodze na kolejny punkt znowu się spotkaliśmy.
Szliśmy dalej na dość oczywiste 157, 145, 146, 158 cały czas nerwowo usiłując znaleźć miejsce dla drugiego wycinka. Po niektóre lampiony szybki wypad robili Tomek z Jackiem, a my z Asią kombinowałyśmy z mapą. I wciąż nic. Kompletnie nic.
Odległości między kolejnymi punktami robiły się coraz dłuższe, ale za to drogami, a mi najbardziej podobało się przejście wzdłuż ogromnego ogrodzonego pola. Na tych długich przebiegach zaczęłam robić się senna i tak trochę oklapłam. Już tylko szłam za wszystkimi i nawet nie oglądałam kultowego wycinka, co to się o niego prawie na początku biliśmy. I wtedy nastąpił cud - Tomek oznajmił, że dopasował. Ponieważ takie hasło padało już kilkakrotnie i jakoś nie miało pokrycia w rzeczywistości, więc specjalnie się nie przejęłam. A jednak. Tym razem chyba się udało. Co prawda drogi z wycinka i z mapy głównej niespecjalnie się pokrywały, ale jakby wyrzucić część z nich... wtedy - owszem. Uznaliśmy, że autorka etapu tak właśnie postąpiła. O dziwo, w przewidywanych miejscach wycinka wisiały lampiony, więc faktycznie tak musiało być. Wydaje mi się, że do tej pory standardem było informowanie o wycięciu dróg, ale teraz może jest inaczej. Co, skąd i kiedy jeszcze po drodze braliśmy - nie pamiętam.
Od ostatniego punktu zrobiliśmy sobie wyścig do mety z Asią i Jackiem, ale oni okazali się szybsi. Chyba motywowało ich to, że goniły ich ciężkie minuty. My w ciężkich byliśmy od dawna po uszy i jedna w tę czy w tamtą nie robiła na nas wrażenia. Najważniejsze, że szczęśliwie dotarliśmy do mety, a pora pozwalała jeszcze na kąpiel w cudzej łazience.

środa, 22 lipca 2020

Wtyczka do wtyczki

O etapie drugim słyszeliśmy straszne rzeczy: nie do przejścia, z jednej strony to znajduje się jedne PK i tyle, nawet najlepsi nie mają kompletu punktów…

Renata nie wyraziła ochoty wyjścia na ten etap, poszedłem więc zam. Najpierw ławeczka, nożyczki i taśma klejąca. Większość wtyczek i złącz udało się dopasować, choć co do jednego dopasowania miałem wątpliwości. Ale takie drobiazgi ogarnie się w lesie. Do wyboru S1 i S3. Jakoś bardziej pasował mi S1, więc poszedłem na górę. Jeszcze dodam, że cała mapa była zlustrowana. PK 21 jest jak trzeba. Dobra nasza. Teraz dalej drogą. Azymut ok, mierzę odległość. Jest małe rozwidlenie/oczko, mierzę dalej. Jestem gdzie trzeba, skręt w prawo i szukam dołu. Dołek nawet jakiś znajduję, ale bez lampionu. Czeszę wokoło… nie ma. Idę dalej sprawdzam… nie ma. Wracam, sprawdzam - nie ma. Bliżej, dalej, wreszcie wracam na PK 21 i jeszcze raz mierzę z aptekarską dokładnością. Nie ma! Co mnie tam dół będzie robił w bambuko! Muszę go znaleźć! Niestety - godzina szukania i zero dołu. Pewnie wybrałem nie ten start;-( Ale teraz z jednym PK nie ma co zaczynać od początku, tylko trzeba iść do przodu, a coś następnego znajdziemy. Więc idę. Idę i idę. Czasami są jakieś lampiony. Ale niezbyt mi się wszystko zgadza. W desperacji biorę na ilość rozwidlenie pod podobnym kątem jak PK 32 – biorę. Dołek- biorę. Wreszcie po długim marszu docieram do jakiejś góry. Pod górą jakiś zerwany lampion – to go biorę. Na górce powinien być lampion, ale go nie znajduję. Teraz po analizie śladu widzę, że byłem tuż obok, ale dalej był jeszcze jeden wierzchołek, którego nie widziałem. A szkoda.

Prawie znalazłem lampion 35 na górce...

Zostaje tylko wrócić na metę znajdując ostatni PK. Błądzę na azymut zakosami. Azymuty na lutrze tak sobie wychodzą, więc nie jestem pewien, czy idę w dobrą stronę. Ścieżki jakoś nie zgadzają się z mapą. Biorę jakiś lampion, nie wiem czy dobry. Wreszcie zmęczony i zły docieram na metę.

Dobre złego początki czyli poszukiwanie PK 22

Teraz po analizie śladu wiem – na mapie zabrakło drogi. Ta przez PK 21 duża szeroka, rysowana grubą kreską…. Mieliśmy nią dojść w pobliże PK 22. Tyle że w terenie ta droga lekko skręcała i prowadziła na manowce. Rozwidlenia nie było na mapie i w terenie. A Droga do PK 22 w naturze chyba była mało widoczne. W efekcie jeden poprawny PK i błąkanie się na oślep po górotworze. Podobno sporo ludzi tak miało. A wystarczyło wymusić start z S3 i byłoby spoko – a tak etap w pełni losowy. Dobrze, że Renata nie poszła ze mną, bo by się załamała i zniechęciła. Z przepisowych 4,7 km zrobiłem 9,8 i nie przeszedłem całej mapy!

wtorek, 21 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - sobota: hurtowy etap potrójny.

W sobotni poranek wcale, ale to wcale nie czułam się rześka i gotowa na kilometry potrójnego etapu, który zaplanowaliśmy na ten dzień. Śniadanie trochę przywróciło mi energię, ale tylko trochę. Wciąż byłam niewyspana.
Tym razem bezproblemowo od razu poszliśmy na właściwy start. Mapa etapu nr 5 składała się z siedmiu wycinków, przy czym na jednym był i start i meta etapu, więc przynajmniej wiadomo było, że bez względu jak ten etap nam pójdzie, będziemy mogli zacząć kolejny. Nasze wycinki okazały się być w różnych skalach, oczywiście poobracane, ale przynajmniej nie zlustrowane. No i oczywiście były lidary. Trzy.

Mapa na dobry początek.

Początek był łatwy - polecieliśmy ścieżką do mostku i grobli, zgarniając PK 94. Za groblą spotkaliśmy Beatę czekającą na Irka. Oni zaczęli etap z przytupem - zamiast iść tak jak my - zboczem, wzdłuż rzeczki - polecieli dookoła jeziora do asfaltu i stamtąd na groblę i mostek. Zajęło im to mnóstwo czasu, ale w sumie weekend był, to gdzie się mieli spieszyć? :-) Kolejny PK 93 za dwoma liniami (jak głosiła mapa) zdjęliśmy z marszu, a po chwili 84 z kolejnego wycinka. 84 okazał się być podwójny z 96, ale nie będę sobie przypisywała zasługi zauważenia tego, bo mały iksik na lidarze utworzony z przecięcia drogi i strumyka wcale nie kojarzył mi się z miejscem gdzie byliśmy, zresztą nie kojarzył mi się z niczym. Tomek poleciał jeszcze po 95 na zakręcie rowu, a ja w tym czasie zbierałam siły do dalszej trasy. Przy 83 znowu spotkaliśmy Beatę i znowu bez Irka i podpowiedzieliśmy  o rozpoznanym wycinku lidarowym. Zostawiliśmy ją z dylematem - wracać na tego lidara, czy odpuścić? Ponieważ oni szli w TO i mieli mniej punktów do zebrania, mogli wybrzydzać co biorą, a czego nie.
 
 Najczęściej spotykana osoba.

Z PK 92 mieliśmy drobny problem. Od 83 poszliśmy na północ, droga nam się skończyła tak jak mapa pokazywała, po prawej miała być linia energetyczna, po lewej strumyk, a w środku lampion. Nie było niczego. Rozeszliśmy się w przeciwnych kierunkach żeby zbadać teren, potem połaziliśmy po okolicy razem, a potem Tomek wydedukował, że to co braliśmy za linię energetyczną jest po prostu niezbyt dokładnym złożeniem dwóch fragmentów mapy. To trochę ułatwiło dalsze postępowanie i w końcu wyczesaliśmy ten nieszczęsny punkt.
Trzy wycinki mieliśmy już załatwione i nic nie byliśmy w stanie dalej dopasować. Na jednym wycinku mieliśmy gęste poziomnice, na lidarze wybrzuszenia, czyli trzeba szukać terenu niepłaskiego. Owszem, natrafiliśmy na taki i co dalej? Próbowaliśmy dopasować wycinki to tu, to tam, tylko w terenie nie było żadnych lampionów. W końcu postanowiliśmy iść na metę. Prawdę mówiąc nie wiem dlaczego szliśmy w kierunku przeciwnym do niej, czy Tomek chciał jeszcze coś sprawdzić, czy w ogóle już nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy (ja na pewno) i na to wszystko z naprzeciwka nadeszła... Beata z Irkiem. Tym razem to oni nas ratowali, bo wiedzieli, że meta jest przy leśniczówce, a zdybanego w lesie tubylca odpytali, gdzie ta leśniczówka. Przy leśniczówce rozpoznaliśmy wycinek z ortofotomapy, więc dwa kolejne punkciki wpadły do karty.
 
 Zadanie: jaki jest numer ambony najbliżej PK 82?

Nie wiem jak Tomek to zrobił, bo nachalnie się nie interesowałam, ale dopasował jeszcze kolejne dwa wycinki i zawlókł mnie gdzieś tam w las. Prawdę mówiąc miałam już dość tego bezsensownego łażenia, było mi gorąco i w ogóle nie ogarniałam tych marszowych map. Totalny regres.
Jednego wycinka lidarowego nie udało się w ogóle nigdzie dopasować i etap zakończyliśmy bez dwóch punktów. Trudno. Ale za to pamiętaliśmy o zadaniach!

Etap drugi (czyli nr 6) wyglądał na pierwszy rzut oka jakoś przystępniej. Przede wszystkim było mniej tych okropnych lidarów, a kilka pozamienianych kółeczek miałam nadzieję rozpykać w try miga.

Etap wygląda na łatwy.

Na początek wzięliśmy 101 z granicy kultur, a po odejściu kawałek, Tomek zaczął mieć wątpliwości, czy aby na pewno z właściwej granicy. Ale nie chciało nam się wracać żeby sprawdzić, najwyżej będzie stowarzysz. 102 i 103 były oczywiste i doszliśmy do pierwszego zamienionego wycinka. I tu sprawa się rypła. To co wyglądało na proste dopasowanie okazało się wcale nie takie proste i jednoznaczne. W miejsce kółeczka pasowały co najmniej trzy wycinki (łącznie z tym, który tam już był), a co jeden to bardziej. Po burzy mózgów i zbadaniu terenu uznaliśmy, że tu akurat autor mapy nic nie kombinował i wycinek jest na swoim miejscu. Przy kolejnym kółeczku zabawa powtórzyła się od nowa, a dodatkowo napotkani Asia i Jacek zasugerowali nam, że to, co wzięliśmy za PK 104, to według nich jest raczej 107, a tu gdzie jesteśmy to właśnie 104. Do PK 107 było zadanie: co się przy nim znajduje i faktycznie, niedaleko poprzedniego punktu stała tablica informacyjna. Więc może faktycznie.... W końcu Tomek postanowił polecieć przebić, a ja ruszyłam dalej. Byłam stuprocentowo pewna, że następne kółeczko to musi być 105, a tymczasem przy skrzyżowaniu spotkałam chyba ze trzy różne ekipy, a każda z inną koncepcją, który to punkt. Trochę osłabiło to moją pewność. Ale prawdę mówiąc i tak już nie mieliśmy co innego wbić w tym miejscu, bo inaczej znowu musielibyśmy wracać do poprzednich i robić przebitki. Nie pamiętam na czym stanęło po powrocie Tomka - wbiliśmy 105, czy nie?

Taaakie drzewa rosły przy drodze.

106 było zamienione ze 109 i przynajmniej tu mieliśmy jako taką pewność. Nigdzie natomiast do tej pory nie udało nam się dopasować wycinków lidarowych i powoli zaczęliśmy dopuszczać do siebie myśl, że trzeba będzie je spisać na straty.
Do PK 108 poszliśmy na azymut przez krzaki i tak samo z powrotem i o mało nie wyprowadziłam nas na manowce, bo zapomniałam, że niektóre kółeczka są pozamieniane i liczyłam na przecinkę, której nie było. Dobrze, że Tomek był czujny.

 PK 108

Dochodząc do 106 odkryliśmy, że właśnie mamy przed oczami jeden z lidarów i to ten, z którego podany jest azymut i odległość na PK 117 z kolejnego lidara. Dobra nasza! Cóż, okazało się, że wcale nie taka dobra. Jak byśmy się nie namierzali tym azymutem i ile razy byśmy tego nie robili, zawsze wychodziliśmy w krzaki. Pozostałe ekipy zresztą też. Post factum okazało się, że autor mapy ciut skopał ten punkt programu i faktycznie nie mieliśmy prawa nic znaleźć. Tomek co prawda wbił jakiś lampion z dołka znajdującego się na szeroko (bardzo szeroko) pojętym azymucie, ale wiedzieliśmy, że nie o to chodziło.

 Nasze lidarowe odkrycie.

Dalsza część trasy była już po "pełnej" mapie, więc bez większych problemów, ale nigdzie nie udało nam się dopasować jednego wycinka. PK 112 był w jakimś starym PGRze czy czymś takim i oprócz liter z tablicy jako potwierdzenie, dodatkowo w ramach zadania musieliśmy liczyć otwory okienne. W końcu szczęśliwie dotarliśmy do mety i bardzo żałowałam, że nie była to meta ostateczna.

Etap trzeci (nr 7) był istną orgią lidarową. Praktycznie sam lidar, na którym dorysowano najważniejsze drogi i na osłodę mały wycinek z ortofoto.
 
 Za takimi mapami nie przepadam.

Jak dla mnie znalezienie na tej mapie czegokolwiek graniczyło z cudem, no może poza wycinkiem startowym, jeśli skrupulatnie liczyło się kopce. Tomek liczył, mi się już nic nie chciało, tylko siąść, a najlepiej się położyć. Ortofoto nie udało się ani dopasować, ani dojść do niego według wskazówek autora, czyli zgodnie z podanym azymutem i odległością. Za każdą próbą znajdowaliśmy tylko... las.  Czyli sytuacja taka sama jak na poprzednim etapie. Jakoś nawet w końcu przestało nas to dziwić, ale Darek ewidentnie musi zmienić dilera.
O ile pierwszy wycinek lidarowy poszedł jako tako, bo praktycznie szliśmy tylko wzdłuż drogi, liczyli kopce i Tomek wdrapywał się na nie żeby spisać kody, to z drugim już nie poszło tak dobrze. Prawdę mówiąc wcale nie poszło. No, ale sorry, jak w milionie identycznych dołków znaleźć ten właściwy? No jak??? Z każdym kolejnym poszukiwanym punktem było coraz gorzej. Miałam wrażenie, że przeszliśmy już co najmniej kilkadziesiąt kilometrów i co gorsza w pewnym momencie już nie bardzo wiedzieliśmy gdzie jesteśmy.

 Tomek szukał lampionów, ja siedziałam przy ścieżce i robiłam sobie głupie fotki.

 Moim jedynym marzeniem było zejść do asfaltu i nim wrócić do bazy. Tomek koniecznie chciał znaleźć wszystko, co organizatorzy powiesili w lesie. Ale w końcu nawet i on się poddał, zeszliśmy do drogi w nie wiadomo którym jej fragmencie i aż musieliśmy odpytać tubylca, czy do naszego jeziora z bazą to w lewo, czy w prawo. Przed bazą zgarnęliśmy jeszcze dwa punkty ze znanego nam już terenu i nieco sfrustrowani oddaliśmy karty startowe.

 Wreszcie meta, ufff....

Byliśmy głodni, brudni i zmęczeni. W takiej też kolejności podjęliśmy działania naprawcze. Najpierw Tomek rozpalił grilla i wrzuciłam na niego kiełbaski i warzywka, potem wdarliśmy się do domku organizatorów i zasiedliliśmy łazienkę. Gdyby nie te kiełbaski dochodzące na ogniu, chyba zostałabym pod prysznicem na zawsze. A potem najedzona, czysta i śpiąca wpełzłam do namiotu, zawinęłam się w śpiwór i odmówiłam dalszej współpracy. Kolejny etap dzienny kompletnie nie pasował do moich wyobrażeń o wypoczynku urlopowym, nawet jeśli miał to być czynny wypoczynek. I nawet nie zauważyłam kiedy Tomek samotnie poszedł w las...

poniedziałek, 20 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - piatek: dzień, noc i pora niczyja.

Wawel Cup przeminął, można wrócić do Grillowania Kosmatych InOków. Po pandemicznej przerwie Grillowanie miało być chyba naszą pierwszą imprezą marszową, a na pewno pierwszą tak dużą. Miałam pewne obawy, bo zupełnie odwykłam od tych dziwnych, poprzekształcanych map, co to nie wiadomo od czego zacząć i jak ugryźć. W BnO mapa prosta jak drut i jak tu się teraz przestawić? Tomek na wszelki wypadek zapisał nas na trasy TO.
Oprócz map niepokoił mnie także nocleg. W namiocie. Ponieważ okazało się, że domki są mocno wieloosobowe, postanowiliśmy nie narażać się na ewentualnego wirusa i wziąć namiot. W pewnym okresie życia namiot jest super, ale w pewnym (naszym) okazuje się mało luksusowy jak na potrzeby steranego wiekiem ciała. Dodatkowo w dni poprzedzające wyjazd ciągle padało i zachodziła obawa, że tak już zostanie. Ale dwie noce jakoś można  przeżyć nawet i w trudnych warunkach, wziąwszy pod uwagę, że i tak część tych nocy spędzimy na trasach.
W piątek chcieliśmy przyjechać w miarę wcześnie, żeby jak najwięcej etapów zaliczyć na początek, ale niestety wpadliśmy w komunikacyjny koszmar i do Przysuchy jechaliśmy aż trzy godziny. Na dzień dobry dowiedzieliśmy się, że jest jakiś problem z zapleczem sanitarnym i wskazane jest korzystanie z łazienek w zaprzyjaźnionych domkach. No to tyle w temacie dystansu społecznego i tych spraw. Rozbiliśmy więc namiot w okolicy zaprzyjaźnionych domków i jak najszybciej uciekliśmy w las.

Rozbijanie namiotu tuż przy zaprzyjaźnionym domku.

W międzyczasie oczywiście zdążyliśmy złapać po mapie, bo po co w las bez mapy? I jaką mapę zaordynował Tomek? No, jaką? Oczywiście, że TZ. TO przy zapisach było jak obietnica przedwyborcza.
Zaczęliśmy od etapu nr 1, pojedynczego, leśno-wioskowego. Mapa składała się tylko z dwóch części, ale za to zlustrowanych, obróconych i zniekształconych (jeden kawałek). Mimo wszystko nie wyglądało to źle. W sumie największy problem był ze znalezieniem właściwego startu, bo były aż trzy, ale żaden fizycznie nie oznaczony w terenie. Tomek musiał się kawałek wrócić do bazy żeby sfotografować mapkę ze startami, bo o ile wiedzieliśmy w którą stronę iść, to już nie pamiętaliśmy jak daleko.
Jeszcze w bazie ktoś nas ostrzegał, że może być mokro, ale nie przypuszczaliśmy, że aż tak. Drogi w lesie stawały się coraz bardziej wypełnione wodą i coraz szerszym lukiem musieliśmy je obchodzić. Oczywiście obchodzenie nie uchroniło mnie od wpadnięcia w błoto. Na szczęście trasa była prosta i punkty znajdowaliśmy bez problemu. Trzeba było tylko pamiętać o zlustrowaniu mapy, żeby nie pójść w przeciwnym kierunku. Las dość szybko się skończył i zaczęły się niespodzianki - Darkowi chyba za mocno weszło to, co bierze przy tworzeniu swoich map i pojawiły się dziwne polecenia przy niektórych punktach. Szybko sobie je zracjonalizowaliśmy, ale na wszelki wypadek obok odpowiedzi spodziewanych, dawaliśmy też te dosłowne:-)

Teoretycznie powinien być lampion, więc odpowiedzieliśmy na pytanie:-)

Przy niebieskiej kropce na mapie musieliśmy potwierdzić punkty ze zdjęcia, czyli mieliśmy chwilę relaksu na placu zabaw.  Powrót do bazy asfaltem i jeszcze jeden punkt można było odpuścić, bo był nadmiarowy. Jak na rozgrzewkę przed nocą, to etap całkiem fajny - lekko, łatwo i przyjemnie.

 
Etap pierwszy zaliczony.

Po etapie dziennym mieliśmy chwilę na odpoczynek i zjedzenie czegoś oraz na zdystansowane życie towarzyskie. Na noc ambitnie zaordynowaliśmy sobie etap podwójny, bo lepiej mieć go z głowy, póki człowiek jeszcze ma siłę. Zaczęliśmy od "Płomiennego pojazdu kwantowego", który od razu wzbudził moja niechęć lidarowymi wycinkami, które w dzień są dla mnie mało zrozumiałe, a w nocy dodatkowo po ciemku trudno coś na nich wypatrzyć.

 Pierwsze nocne nieszczęście.

Już na sam początek walnęliśmy kosmicznego babola, bo poszliśmy na zły start. Na szczęście nie ruszyliśmy z niego na trasę, a byli tacy, którzy nie dość, że poszli, to jeszcze punkt znaleźli:-))) Ale też te starty przy jeziorze, na mapie wyglądające podobnie, to faktycznie mogą się pomylić.
Główny trzon mapy był w zasadzie pełny i nijak nie przekształcony, mogliśmy więc mieć pewność, że minimum 7 PK przyniesiemy. Co do reszty, to założyliśmy, że albo się uda, albo się nie uda. W sumie innego wyjścia nie było.
Po trzech zebranych punktach dotarliśmy do kropki na mapie oznaczającej miejsce dopasowania wycinka. Wycinki to już były nie dość, że w większości lidarowe, to jeszcze zlustrowane i obrócone. Do naszej kropki pasował jedyny nielidarowy, a obecność tłumów chodzących po niewielkim nasypie potwierdzała dobry wybór. Po chwili mogliśmy nasz przewidywany uzysk PK zwiększyć do dziewięciu:-)
Następna kropkę, o dziwo, także udało się zidentyfikować, aczkolwiek znalezienie punktu zajęło nam już chwilę. Po drodze konsultowaliśmy się z Andrzejem i Izą, którzy co prawda byli na trasie TO i mieli inne punkty, ale przynajmniej mogliśmy wykluczyć te ich. Ten wycinek był sprzężony z podwycinkiem, czyli innym wycinkiem łączącym się z nim. Autor mapy wie jak stopniować napięcie...:-)
Nawigowaniem po ciemnym, nieprzyjaznym lesie zajmował się oczywiście Tomek, ja dotrzymywałam mu towarzystwa, w razie potrzeby robiłam za świecący punkt orientacyjny oraz rzucałam pomysłami, gdzie może być który wycinek. Ale najintensywniej to czekałam na koniec etapu - tego i następnego i powrót do bazy.
Po PK 44 - na szczycie górki - zeszliśmy do jej podnóża, żeby z dołu namierzyć się na kolejny wycinek, leżący na zboczu. Duży wrocławski tramwaj miał nieco inny pomysł i punkty z wycinka atakował od razu z góry. Za to my widząc ich światełka, od razu wiedzieliśmy, w który jar powinniśmy wejść. Wycinek z jarami miał swój "podwycinek", z którego wzięliśmy pierwszy lepszy dołek, bo stuprocentowa identyfikacja który jest który, była praktycznie niemożliwa. Ale może trafiliśmy? Okaże się jak będą wyniki.
Potem wyszliśmy już na cywilizowaną drogę, z której robiliśmy krótkie wypady po kolejne punkty, a ostatni wycinek, jako że ostatni, dopasował się nam sam. I w końcu nastąpiła upragniona meta.
Na kolejny etap nie miałam już ani sił, ani chęci, ale niestety rozciągał się on między miejscem naszego chwilowego pobytu, a bazą i nijak nie dawało się go pominąć. No, może niektóre punkty i na to liczyłam.


 Drugie nocne nieszczęście.

Tomek po obejrzeniu mapy zdecydował, że bierzemy PK z normalnej mapy, a z lidara jeśli na coś trafimy, bo nie wiadomo jak się lidar ma do reszty. Ja chyba przeczytałam opis uważniej, bo wiedziałam jak się lidar ma do reszty i już nawet otworzyłam gębę, żeby to zakomunikować, ale jeszcze szybciej ją zamknęłam, bo na kija mi to. Przecież gdyby Tomek się dowiedział jak to poskładać, to jak nic przeciągnąłby mnie po tych wszystkich wycinkach i do bazy wrócilibyśmy pewnie już za dnia. Co to, to nie! Kiedy omijaliśmy wielkim łukiem punkt 65, bo Tomek go nie zauważył, również siedziałam cichutko jak mysz pod miotłą i modliłam się, żeby jednak się nie zorientował. Udało się. Niestety, gdzieś pod koniec trasy Tomek załapał zależność między dwoma układami map i aż się przeraziłam, że będzie chciał wrócić po wszystko, co pominęliśmy (łącznie z PK 65), ale chyba był już wystarczająco zdegustowany tym etapem i postanowił odpuścić. Starałam się być niewidzialna, niesłyszalna, niezauważalna - żeby tylko nie wytrącić go z tego stanu ducha. I tak dotarliśmy do mety i do bazy. Jeszcze nawet nie zaczynało świtać, a na ogół z etapów podwójnych nocnych wracaliśmy już za dnia.

W bazie pojawił się nowy problem - gdzie się umyć? W najbliższym domku trwała wysokoalkoholowa impreza, w którą wolałam nie wkraczać, a w pozostałych domkach panowała senna cisza. Spocona i śmierdząca za nic nie chciałam kłaść się w takim stanie do śpiwora i nie pozostało nam nic innego jak iść wykąpać się w jeziorze. Może to i nawet romantyczne, ale zdecydowanie wolałabym ciepły prysznic i możliwość użycia mydła. Niestety, musiałam obejść się bez jednego i drugiego. Ochlapaliśmy zimną wodą najważniejsze i najbrudniejsze elementy naszej cielesności i tacy z lekka niedomyci poszliśmy spać.
O kolejnym dniu i kolejnej nocy nawet wolałam nie myśleć.