Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korona Mazowsza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korona Mazowsza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2025

Korona Mazowsza - do trzech razy sztuka

Tym razem Karol wszystkich uczestników lojalnie uprzedzał, że będzie dużo MP. Trochę późno, bo ja jak na razie mam 100% MP w Koronie Mazowsza 2025;-) Ale czas się zrehabilitować. 

Przybyłem na start jak zwykle przed „minutą zero”, a tu nietypowo – Karola brak w lesie, tylko na starcie już wydaje mapy! Jako że musiałem szybko wrócić po bieganiu do domu, nie ociągałem się, zmieniłem tylko ciuchy z pracowych na leśne i pobiegłem na start. 

Mapa dwustronna – prawie taka sztafeta jednoosobowa, ale bez rozbić i 34 PK na dystansie 5,3 km. Ruszyłem w las. Niby las miejski, ale chwilami dość dziki – powalone pnie, sporo zielonego. PK 1 na przedłużeniu górki – i pierwsze omijanie leżących, spróchniałych drzew i innych przeszkód. Tempo raczej spacerowe niż biegowe. PK 2, 3 niedaleko, po płaskim (no sam PK 3 na wydmie), więc ciężko coś zepsuć.
PK 4 także na wydmie, wokół zielono, więc postanawiam pobiec ile się da ścieżką – najpierw na północ, a potem skręcić w lewo. Odległości nieduże, więc biega się „na pamięć”. Odbijam ze ścieżki w lewo, w gęstwinę, a tu kolejna ścieżka, której na mapie nie mam. Może ludzie wydeptali? Jest górka, mulda i lampion. Ale nie ten numer! Może zaraz obok? Nie, tu nic nie ma. Szukam kodu lampionu na mapie – jest! Ale na drugiej stronie! Jestem nie na tej wydmie! Teraz tu już łatwizna znaleźć właściwy lampion, ale strata czasowa nie do nadrobienia.  
Zamiast PK 3 znalazłem PK26

Dalej idzie dobrze, ale wolno – nie rozpędzam się, by się nie pogubić, dokładnie sprawdzam kody lampionów. Mała wpadka przy PK 9 - najpierw znajduję lampion „z drugiej pętli” stojący na górce tuż obok – był bardziej widoczny. Zresztą na drugiej pętli także najpierw wpadam na PK 9 zamiast na PK 18 – ot, taka perfidia budowniczego, który na nabiegach zawsze najpierw dawał niewłaściwy lampion;-) 
 

Wydma jest zdradliwa, więc PK 20-24 staram robić się ścieżkami – może ciut nadkładam, ale nie ma wpadek na mikrorzeźbie. 

Przy PK 31 nie dostrzegam lampionu ukrytego w krzakach. Szukam go chwilę na sąsiedniej górce. Gdybym pobiegł główną drogą, a nie skracał przez krzaki, nie miałbym tego problemu! 

Ostatnie 3 PK w mieście. Przy PK 34 nie dostrzegam gdzie dokładnie jest lampion i niepotrzebnie okrążam skwerek. Meta.  

Idę sczytywać wyniki. Chwila niepewności i TAK – mam komplet! Pierwszy który ukończył chojraka z kompletem punktów. Uff wreszcie zrehabilitowałem się za dwa pierwsze etapy! 


 

 

poniedziałek, 23 czerwca 2025

Korona Mazowsza etap 2 czyli drugi MP

Coś nie mam szczęścia do map Karola. Ostatnio nie mam, bo kiedyś to nie było problemu. A było to tak: 
Wtorek, Korona Mazowsza 2025 Etap 2, Choszczówka, trasa najdłuższa, czyli Chojrak. Teren znany i lubiany, właściwie jak wszystkie podwarszawskie tereny. Fajne wydmy, dalej trochę krzaków, czyli wszystko jak być powinno. Do zaliczenia 29 PK przy nominalnych 7,6km, więc ponad godzina biegania i coś bliżej 9-ciu niż 7 km. 

Czekając na start - jeszcze w dobrym humorze

Pierwszy PK – wiadomo rozgrzewka i wstrzelenie się w mapę. Nie trafiłem w punkt za pierwszym podejściem, ale drobna korekta i udało się go znaleźć. Do kolejnego PK 2 to już prawie wzorcowo. I tak powinno być do końca. Ale niestety. Na PK 3 mnie zniosło. Niby niedużo, w przebieżnym lesie powinienem zobaczyć lampion, ale nie zobaczyłem. Kopczyki także były mocno „umowne”. Zmyliło mnie coś na kształt rzadkiego młodnika z polankami, który był w miejscu białego lasu, dalej za PK. Szukałem więc punktu za daleko. Wreszcie „po rowie” znalazłem co trzeba. Sam lampion był schowany za drzewem, więc nic dziwnego, że go nie zobaczyłem, bo teren mało przypominał ten narysowany na mapie. 

Poszukiwania PK3 i PK 4

Na PK 4 ruszyłem uważnie. Już wiedziałem, że mnie znosi w lewo. Buszując w zaroślach znalazłem chyba wszystkie dołki w okolicy, zanim trafiłem na ten właściwy z lampionem. 

Mając już skalibrowaną poprawkę na azymut, kolejne lampiony znajdowałem bezproblemowo. Nawet gdy dotarłem do PK 9 w gęstych zaroślach, znalazłem go bezproblemowo. PK 10 wydawał się bułką z masłem – niedaleko, rząd dołków, trudno przeoczyć nawet w krzakach. Ustawiłem dokładnie azymut i ruszyłem w krzaki. Teraz gdy patrzę na przebieg to wydaje mi się oczywiste, gdzie trafiłem, ale w lesie, krążąc po krzakach byłem przekonany, że jestem we właściwych dołkach, a tych na wschód wcale nie brałem pod uwagę. No cóż… zamiast 2 minut wyszło 7…. 

Gdzie jest ten PK 10?

Porażka podbudowuje, więc kolejne 2 PK poszły bardzo dobrze. 

PK 13… Nie trafiłem. Odbiłem się prawie od drogi na zachodzie. Przy PK przegonił mnie Kacper biegnąc także od wschodu. Popatrzyłem jeszcze na mapę – nierówny teren z dołkiem, w młodniku i założyłem, że był to PK 14. Ustawiłem kompas i ruszyłem w kierunku PK 15. Troszkę mi się nie zgadzała odległość i kierunek w jakim znalazłem ścieżkę. Trochę dziwiło mnie, że Kacper pobiegł bardziej na północ niż ja – ale widocznie woli dobrą drogę niż bieganie po wertepach. 

Czy PK 13 nie może być PK 14?

Dalej znowu szło dobrze. Może poza PK 19 – byłem tuż obok, ale nie widziałem, czy iść rowem w prawo czy w lewo. Oczywiście wybrałem źle… 

Na koniec Karol postanowił nas zamęczyć. Punkt u zachodniego podnóża wydmy – góra – punkt na wschodnim zboczu wydmy i tak 3 razy! Niby ta wydma to tylko kilkanaście metrów w górę, ale trzy razy daje już zauważalne przewyższenie. 

Dobiegam do mety, idę sczytać chipa i… MP. Ominąłem PK 14. Coś nie mam szczęścia do tych map Karola…. Ale został jeszcze trzeci etap i czwarty… 


 

 

niedziela, 15 czerwca 2025

Korona Mazowsza E1 - czyli coś mi nie idzie

Późna wiosna to sezon na BnO. Zaczynają się te najważniejsze imprezy sezonu, a na doczepkę przypominają się te bardziej kameralne, takie w środku tygodnia, gdzie nie ma kategorii wiekowych, a pojawiają się trasy „Zuchwali” lub „Chojrak”. Jedną z takich imprez jest Korona Mazowsza. Nazwa pochodzi nie od korony, tylko Kornowirusa, kiedy wbrew wszelakim ograniczeniom biegi na orientację mnożyły się niczym króliki… 

Etap 1 – Jezioro Zapadliska. Niby teren znany, ale bunkry i sosnowy las zawsze fascynują. Renacie nie chciało się, więc pojechałem sam. 

Ostatni raz gdy biegaliśmy na tym terenie meta była „w środku jeziora” – no może niezupełnie w środku, ale na sucho jej się odbić nie dało. Dodam, że była to jakaś zimna pora. 
Dzisiaj jednak wychłodzenie nie groziło – ciepło, choć zaczynało się chmurzyć i wieczorem miało porządnie popadać. 
Jak zwykle zapisałem się na najdłuższa trasę „Chojrak”- 6,8 km, 26PK. Do startu ze sto metrów, nie to co na BukowaCup;-) 

Ruszyłem. Pierwszy PK – schowany w trzcinach. Lekko wilgotno pod nogami, bo brzeg jeziorka/bagniska. PK 2 i PK 3 prawie na pamięć. PK 4 po drugiej stronie jeziora. Aż kusiło po kresce przez wodę, ale to dopiero początek i nie ma co się od razu moczyć. Obiegłem. 

Po PK 5 zaczynają się młodniki – to typowe w tym terenie. Idzie dość dobrze. Błędy niewielkie, choć mocy w nogach nie ma;-( 

Problem zaczyna się przy PK 16. Ani nie widzę charakterystycznego drzewa, ani lampionu w obniżeniu, sporo ściętych drzew leży na ziemi. Słowem nic mi się nie zgadza i błąkam się trochę nieporadnie. Wreszcie znajduję lampion – w gęstwince, której brak na mapie – na mapie jest tylko biały las i polanka. Ze dwie minuty w plecy. Do PK 16 ścigam się z Marcinem Krasuskim. Na początku nawet go wyprzedzam, ale wiadomo Marcin ma znacznie dłuższe nogi… 

Moje błąkanie się przy PK16
Prawdziwa tragedia zaczyna się przy PK 22. Na bunkrach. Biegnę sobie azymutem, ale nie jestem pewien czy dokładnym azymutem, czy tak na oko. Widzę w pobliżu górkę z bunkrem, to na wszelki wypadek ją przeszukuję. Oczywiście to nie ta górka i minuty straty. Na kolejny bunkier PK 23 także nie trafiam od razu. Widzę jakieś obok azymutu, to je przeszukuję. Na mapie są oznaczone jako studnie… Ale to nie to – szukam dalej, oglądam każde wejście do podziemi. Choć wydruk z chipu mówi, że PK 23 nie podbiłem – moja pamięć mówi, że coś podbijałem jako PK 23, ale ponoć chipy nie kłamią… Ale jak nie patrzeć, czasu na tych trzech PK straciłem co nie miara – aż wstyd. 

Tragedia czyli PK22-24
Końcówka poszła już normalne. Przy mecie lekko wdepnąłem w wodę, bo lampion wisiał na pniu nad wodą. 
Przy odczycie wyników- zdziwienie: MP – ten PK 23. Gdybym miał wszystkie PK czas nie byłby rewelacyjny przez te błądzenie na bunkrach i PK 16. Ale cóż przynajmniej sobie potrenowałem. I zdążyłem przed deszczem, bo rozpadało się, gdy zacząłem podbiłem metę;-)

Ja, mokra meta i początek deszczu

 


sobota, 6 lipca 2024

Korona Mazowsza czyli Popowo z porażką zapisaną w gwiazdach.

O ile w Nieporęcie dokuczał mi tylko jeden pośladek i jedno udo, to już przed kolejnymi zawodami czułam oba pośladki. Ale, ale... Nie będzie d..a mną rządzić! Może biegać się nie da, ale wziąć udział zawsze można. I oczywiście pojechałam do Popowa na Koronę Mazowsza.
Pierwszy raz Popowo poszło mi fatalnie, drugi raz bardzo dobrze (oczywiście mowa o części nawigacyjnej, nie biegowej), więc teraz znowu wypadało trochę się pogubić. Ale co tam - będzie, co będzie.

Gotowi do startu.
 
Start z dołka na górce i od razu kłody pod nogi i to dosłownie, co widać na fotce poniżej.

Start!
 
Pierwszy punkt był blisko i nie wyglądał na skomplikowany, tyle tylko, że lampion był niezauważalny dla osoby nadchodzącej od startu. Spokojnie przeszłam obok dołka, nawet zaglądając do niego i poszłam dalej. Po jakimś czasie spojrzałam za siebie i dopiero wtedy dojrzałam kolorową szmatkę. Ufff... udało się.
Nie wiem jakim cudem przeszłam dwójkę, bo przecież musiałam zauważyć ścieżkę, której nie powinnam przekraczać. A jednak... Na szczęście było się skąd namierzyć i wszystko skończyło się dobrze. Ale skoro już dwa pierwsze punkty nie chciały wchodzić, to co będzie dalej?

PK 2

Sprężyłam się i trzy kolejne zaliczyłam bezbłędnie. A potem kompas przestał ze mną współpracować. Szłam jak mi pokazywał i byłam coraz bardziej na prawo. Z punktem rozminęłam się w sporej odległości, doszłam do drogi (więc przynajmniej wiedziałam, że jestem za daleko) i zawróciłam. To, że zawróciłam oczywiście wcale nie znaczyło, że poszłam od razu we właściwe miejsce i znalazłam lampion. Bynajmniej. Zaliczyłam jeszcze pętelkę po okolicy zanim los uznał, że dość mnie już doświadczył i można poluzować.

Oporny PK 6

Do siódemki szłam dziwnie, ale skutecznie. Zresztą trudno by było przeoczyć jeziorko, nawet jeśli bardzo, bardzo wyschło. No to nie przeoczyłam. Ósemka i dziewiątka poszły też dobrze, a potem znowu poniosło mnie w prawo, hen, hen za punkt. Jak by nie wystarczyło, że miałam problemy z chodzeniem (nie wspominając o bieganiu), to jeszcze kompas pokazywał swoje, mapa swoje, a teren jeszcze coś innego. Normalnie plaga niepowodzeń.

Za dużo tych wykrotów.
 
Przed jedenastką spotkałam Tomka  i byłam pewna, że czeka specjalnie na mnie, że już skończył swój bieg i chce mi zrobić fotki metowe. Zupełnie umknął mi fakt, że do mety to mam jeszcze oprócz jedenastki trzy kolejne punkty. Kurcze, oprócz rwy, niewspółpracującego kompasu i mapy to jeszcze jakieś zaburzenia umysłowe mi się doczepiły.

Tak ładnie pozowałam myśląc, że to już końcówka.

Na szczęście wszystkie niedyspozycje (oprócz fizycznych) nagle przeszły mi jak ręką odjął i kolejne trzy punkty zdobyłam w rewelacyjnie dobrym (pod względem nawigacji) stylu. Na metę też traflam po kresce.
I nie można tak było cały czas? No, ale skoro teraz była kolej na Popowo z porażką, to w sumie nie miałam na to wpływu. Co zapisane w gwiazdach, to zapisane. Za to następne Popowo powinno być dla mnie rewelacyjne. Tylko ile będę na nie czekać?

Moja trasa - wzloty i upadki.

sobota, 22 czerwca 2024

Korona Mazowsza - Dąbkowizna.

Na kolejne bieganie (po przerwie na chodzenie) wróciliśmy do lasu na mapę Dąbkowizna. Jak wysiadłam z samochodu, to moją pierwszą myślą było: tu już się gubiłam! A gubiłam się na WOM-ie, całkiem niedawno.
Ja właśnie w taki sposób rozpoznaję miejsca. Jak się nie gubiłam, to nie mam żadnych skojarzeń.
 
Hurrra! Idziemy biegać!

Szybko załatwiliśmy formalności, mapy w garść i ruszyliśmy w stronę startu.

Czynności okołostartowe.

I start.

Punkt pierwszy i drugi mieliśmy z Tomkiem wspólny i choć ruszyłam pierwsza, szybko mnie dogonił. Po trójce, gdzie nasze lampiony stały blisko siebie, nasze drogi się rozeszły i to nawet nie z powodu  różnicy w punktach, bo ta była niewielka, co różnicy tempa, a ta już była znacząca.
 
 PK 3

Poza tym, że  trochę było w górę, trochę w dół (bo wydma) żadnych innych urozmaiceń trasy nie doznałam. Nie udało mi się zgubić, więc pod względem przygodowym było słabo. Jeszcze słabiej było pod względem tempa, ale to już norma, więc nie ma czego roztrząsać. Nie wiem jakim cudem udało mi się wyprzedzić aż sześć osób, ale miło mi, że pozwoliły mi na to.
Za to przebiegi między punktami mam śliczne - po kresce lub z drobnymi odchyłkami, jak trzeba było coś niesprzyjającego ominąć.
Na metę udało mi się wrócić przed Tomkiem i nażreć się ciastek jak nie widział. Bo on to ostatnio tak jakby ogranicza (albo też żre konspiracyjnie). Ale pobiegane, to i rozgrzeszone:-)

Oboje na mecie.


Moje śliczne przebiegi.
 

wtorek, 27 czerwca 2023

Korona Mazowsze - do 4 razy sztuka

W tym roku wyraźnie groźny wirus jest w zaniku, bo przewidziano tylko jeden bieg z cyklu Korona(wirus) Mazowsza. Las Buchnik, tuż koło pracy, więc zamiast wracać do domu, ruszyłem w stronę Jabłonnej. Z nieba kapie, może nie za bardzo, ale wszędzie mokro. Jestem jednym z pierwszych startujących. Mapa w dłoń i… w mokre krzaki. 

Biuro zawodów pod mokrym drzewem na końcu ulicy do nikąd

Zaczyna się w miarę dobrze, choć omijam gęstwiny, w których woda z liści leje się za kołnierz. PK 2, 3, 4, 5 także bez problemu. Problem zaczyna się przy PK 6. Chwila nieuwagi i… nie wiem, gdzie jestem. Znaczy wiem, że na azymucie i wydaje mi się, że w obniżeniu gdzie powinien być lampion. Sęk w tym, że lampionu nie ma. Miotam się we wszystkie strony. Dopiero po kilku minutach znajduję lampion niedbale leżący w dołku.

Przy PK 6 zmyliła mnie skala i szukałem lampionu jedno obniżenie za wcześnie

Rozeźlony lecę na PK 7. Zamiast drogą, widząc polankę, skręcam na azymut. I to jest błąd, a właściwie WIELBłąd. Taki wielbłąd dwugarbny. Niby skala mapy 1:5 000 daje bardzo dokładny obraz, ale przy tej skali łatwo w lesie przebiec jakiś punkt orientacyjny. Co tu dużo pisać, PK 7 znowu szukałem kolejne kilka minut.

Nie zawsze bieganie na azymut po zielonym popłaca...

Gdzieś koło PK 13 przeganiam Gosię Krochmal z innej trasy. Widzę, że ona także biegnie na mój kolejny PK 14. Wyrywam do przodu i… znowu wtopa, bo przekręciłem sobie mapę lub kompas o 90 stopni... To już trzecia. Taki drobiazg, lekkie przekręcenie mapy i szukam nie w tym wgłębieniu górki…

Zamiast w muldzie na zachodzie szukałem lampionu w tej na północy, a wystarczyło biec rowem...

Wk-ny ścigam się z jakimś młodzieńcem (wiadomo, młodzieńcy biegają szybciej), więc wkrótce niknie mi z oczu. 

Znowu seria punktów idzie mi podejrzanie dobrze. Tak aż do PK 20. Kolejny PK 21 dość daleko, trzeba biec wzdłuż zabudowań. Biegnę wzdłuż zabudowań, ale oczywiście nie w tę stronę. Wbiegam na jakieś podwórko… Dobrze, że nie ma psa… 

Ostatnia wtopa na dziś

Wracam na właściwy szlak, ale przeganiają mnie Przemek i Jurek. Drepczę za nimi, ale bez szans na wyprzedzenie. Mając ich w zasięgu wzroku dobiegam do mety. Wynikiem nie ma co się chwalić. Cztery wpadki, każda po kilka minut.. po prostu wstyd. Ciekawe czy podobny numer odwalę na Wawel Cup, który już za trochę ponad tydzień… 

Z czasu nie ma co się cieszyć, ale grunt, że pobiegane

 


 

wtorek, 28 czerwca 2022

Korona Mazowsza, czyli powrót do lasu.

Ale narobiło mi się zaległości! 
Po Szybkim Mózgu wróciliśmy do lasu, bo wreszcie udało się dotrzeć na Koronę Mazowsza. W sumie taki las nie las, bo nie dzikie ostępy, tylko swojski Park Młociński, ale zawsze. Ja to do tego stopnia nie doceniłam lasowatości parku, że wybrałam się w krótkich gaciach, czego potem szczerze żałowałam. Ale faktem jest, że biegaliśmy w tej najdzikszej części.
 
 Przygotowania do startu - clear, check.
 
 
Start, ale jakiś taki bez entuzjazmu:-)

Do czwartego punktu szło dobrze, głównie na azymut, ale jeszcze pamiętałam jak to się robi. Przy piątce coś nie pykło. Fragment z rozwidleniem alejek tuż przed punktem jakoś nie mógł mi się przełożyć na to, co widzę i przegapiłam jedno skrzyżowanie. Biegłam sobie spokojnie dalej, chociaż po pewnym czasie wydawało mi się, że jestem już dużo za daleko. Jak bardzo za daleko, okazało się, kiedy dotarłam do dziesiątki. No, ale przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem:-) Zawróciłam. Jeśli ktoś myśli, że tak od razu znalazłam piątkę, no to niestety - nie. Z dziesiątki trafiłam na dwudziestkę dziewiątkę, wykierowana przez Piotrka, bo "tam jest jakiś lampion". Na szczęście do piątki było już bardzo blisko i w końcu udało się. Uffff....
 
 
W poszukiwaniu piątki.
 
Potem poszło już znacznie lepiej i nawet jak mnie trochę ściągnęło w którąś stronę (najczęściej na prawo), korygowałam na bieżąco. W okolicach PK 14 spotkałam Tomka, ale od razu każde pobiegło w swoją stronę. Pogadać to sobie możemy w domu.
 
Lecimy, lecimy dalej.
 
Kolejny poważniejszy problem pojawił się przy dwudziestce jedynce. Wyjątkowo ściągnęło mnie w lewo, przeszłam obok punktu widząc go z daleka i pomaszerowałam dalej. Dlaczego? Otóż ubzdurało mi się, że dwudziestka jedynka jest za ciekiem wodnym i z uporem godnym maniaka szukałam tego cieku, aż zawędrowałam na jedynkę. Tam dokładniej obejrzałam mapę i okazało się, że nie żaden ciek, tylko normalny południk nakładający się częściowo na alejkę. Ale jak człowiek sobie coś wbije do głowy, to przepadło.
 
Bo południki organizatorzy powinni jakoś znaczyć na podłożu.
 
Więcej wpadek już nie było. Udało się dotrzeć do mety bezproblemowo, jak zawsze z haniebnym czasem, ale co tam.Tomek z niecierpliwością wyglądał, czy wreszcie wracam, bo on swoją trasę, choć dłuższa, zaliczył dużo szybciej.
 
Ostatnie kroki na trasie.
 
O, tu źle pobiegłam...

Zwalimy to drzewo!
 
 
Mój przebieg.

piątek, 3 lipca 2020

Korona Mazowsza czyli lampionowe szaleństwo na skrawku lasu

Ostatnia impreza z cyklu Korona Mazowsza okazała się z lekka zwariowana. W małym kawałku Parku Młocińskiego, na dość krótkich trasach, organizatorom udało się upchnąć miliony punktów kontrolnych - może nie w sensie ilości samych lampionów (choć tych też było bez liku), ale trasy z licznymi motylkami wymagały nawet  kilkudziesięciu potwierdzeń pobytów na PK. Rekordowy był "Chojrak" - aż 50 PK, co przy pojemnościach większości czipów zaczynało stanowić problem. Moja trasa - "Wkręcony" - na długości 4,5 km miała 34 PK.
Żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić imprezę, organizatorzy wymyślili konkurs polegający na typowaniu zwycięzcy każdej z 22 zestawionych przez nich par. Ponieważ załapałam się na jedną z tych par, Tomek śmiał się, że muszę wygrać, bo postawił na mnie fortunę. Kurcze, emocje niczym w Monte Carlo:-)))

Przedstartowe spotkania

No to start! Na jedynkę najpierw planowałam pobiec na azymut, ale w ostatniej chwili zmieniłam decyzję i jednak wybrałam ścieżki. Biegłam rozglądając się za odgałęzieniami w prawo, coraz dłużej, a tu nic. Za to po jakimś czasie natrafiłam na leśną mogiłkę, czy coś w tym rodzaju. Zaczęłam szukać jej na mapie. No tak... Nie dość, że byłam hektar za jedynką, to jeszcze nawet nie na linii łączącej z nią start. Wbiegłam w pierwsze rozgałęzienie ścieżki zupełnie tego nieświadoma, a na kompas nie chciało mi się patrzeć, no bo po co na ścieżce. Kolejna nauczka. Skoro wiedziałam gdzie jestem, udało się opanować sytuację i w końcu trafiłam na punkt.

Na jedynkę troszkę naokoło:-)

Dwójkę znowu wzięłam trochę zza winkla, ale już bez okrążania jej tak wielkim łukiem jak jedynkę. Dalej poszło już lepiej. Na szczęście lampiony nie były pochowane, a tłum ludzi zawsze na jakiś mógł naprowadzić (lepszy, czy gorszy, ale przynajmniej można się wtedy umiejscowić). Z bieganiem tylko było słabo, bo raz, że gorąco, dwa - małe odległości między lampionami nie dawały się rozpędzić, a i czujność jest mi łatwiej zachować w marszu. Poza tym teren też nie zachęcał do wyczynów. Już w pierwszej połowie trasy noga wpadła mi w jakąś dziurę, a ponieważ ta sama co na poprzedniej imprezie, więc mocniej to odczułam i do wieczora czułam potem kolano.
Kryzys nawigacyjny nadszedł po dziewiątce. Ustawiłam kompas, ruszyłam niemal po kresce i nagle coś mi odbiło. W prawo mi odbiło, jak zwykle:-) Po jakimś czasie skorygowałam co prawda, ale za późno i dziesiątkę minęłam w pewnej odległości. Przy ilości lampionów w lesie wiadomo było, że wcześniej, czy później na jakiś się natknę i trafiłam na dwójkę/szóstkę. Nie powiem - trochę się zdziwiłam. Znowu ustawiłam kompas i ambitnie ruszyłam w stronę dziesiątki. To znaczy wydawało mi się, że w stronę dziesiątki, bo w rzeczywistości szłam na siódemkę. Nawet całkiem logicznie - z szóstki na siódemkę i chyba tym się kierowałam namierzając się. Ale wtopa... Na siódemce kolejny raz mocno się zdziwiłam i już myślałam, że dziesiątka to jakiś punkt-widmo, ale po trzeciej próbie udało się w końcu ją znaleźć. Gdybym mniej ufała kompasowi, a więcej własnym oczom, szybciej zorientowałabym się, że coś nie gra, szczególnie kiedy pojawiały się przede mną drogi, których nie powinno być na mojej trasie. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe. Przy tej dziesiątce to już zaczęłam rozpaczać nad ruiną finansową Tomka, co to wszystkie pieniądze postawił na niewłaściwego konia i co my teraz zrobimy...

Okołodziesiątkowe wędrówki zajęły mi prawie 8 minut!

Reszta trasy przebiegła jako tako. Z siedemnastki zrobiłam sobie indywidualnego motylka, bo trafiłam tam trzy razy - zaliczając siedemnastkę oraz miedzy PK 20 a 21 i między 27 a 28. Siedemnastka musiała mieć w sobie jakiś niezwykły magnetyzm.
Przez całą trasę bałam się też jednego - że zapomnę z jakiego punktu na jaki biegnę (no zdarza mi się), pominę któryś i będzie NKL-ka. Skrupulatnie sprawdzałam na każdym punkcie numerki i usiłowałam zapamiętać albo numer punktu, albo kod. Udało się! Nie pominęłam niczego! Moja rywalka z pary nie miała tyle szczęścia i zgubiła jeden punkt. Tylko to uratowało mi tyłek, bo inaczej przegrałabym z kretesem o prawie 25 minut! Co prawda byłyśmy na różnych trasach (ja na dłuższej), ale takie były zasady konkursu.
Ufff, co to były za emocje:-))))
Szkoda tylko, że to była już ostatnia impreza z tego cyklu. Liczę na to, że Organizatorom podobało się nie mniej niż mi i też będą chcieli więcej. Halo! czy Organizatorzy mnie słyszą??!!

Cały przebieg, żeby ktoś nie myślał, że po kresce to nie potrafię:-)

piątek, 19 czerwca 2020

Wkręcona w Koronę Mazowsza (etap 3)

Ponieważ przepadł mi Szybki Mózg, więc czułam się niedobiegana, ale na szczęście  już następnego dnia jechaliśmy na trzeci etap Korony Mazowsza, który odbywał się dokładnie w tym miejscu, gdzie nie udało mi się zaliczyć całej trasy Zaw-Or-a. Niestety - pogoda znowu nie należała do najłatwiejszych - duszno i parno niczym w tropikach. Człowiek pocił się już od samego istnienia, a gdzie tam jeszcze biegać...

Idziemy do biura zawodów...

... żeby sobie "kupić" mapy:-)

Moja trasa miała jeszcze w miarę ludzką długość - pięć z hakiem, ale Tomek to przychojrakował i wybrał się na 10 km. Nominalnie 10 km, bo ile kto zrobi, to jego.
Już od startu zaczynały się schody - podejście na wydmę. Idąc (bo przecież nie biegnąc) czułam się jakbym przedzierała się przez bardzo gęstą lepkość, która usiłuje mnie zatrzymać i zadusić. Od razu przypomniał mi się czytany parę godzin wcześniej artykuł o ukraińskiej ultramaratonce, która zmarła podczas zawodów rozgrywanych przy temperaturze 40 stopni. U nas może tyle nie było, ale na wszelki wypadek szłam sobie powolutku z tętnem (jak pokazał potem pomiar) ponad 200 uderzeń na minutę. Na szczęście podejście było w miarę krótkie, a potem już grzbietem wydmy. Ścieżka prowadziła praktycznie pod samą jedynkę, trzeba było tylko w odpowiednim miejscu zejść w krzaki. Wycelowałam idealnie. Do dwójki i trójki poszłam praktycznie po kresce, a z trójki zniosło mnie w prawo ho, ho jak daleko. Dodatkowo z daleka zobaczyłam znajomych i zupełnie się zdekoncentrowałam. Od razu pomyliły mi się ścieżki i kierunki świata i dopiero widok asfaltu, którego nie powinno być tak blisko, przywołał mnie do porządku. Obejrzałam teren, mapę, wyczaiłam gdzie jestem i dopiero poszłam na punkt. I nie można było tak od razu?

Asfalt przyciąga.

Do piątki daleko, ale ścieżkami. Do szóstki prułam po prostej (na azymut oczywiście) i nagle zachciało mi się zrobić skok w bok, prawy bok oczywiście. Nie mam pojęcia co mną kierowało i dlaczego nagle odpuściło i pozwoliło znaleźć szóstkę.

Nagła odchyłka.

Siódemka była tuż przy szóstce, a do ósemki poleciałam naokoło, ale ścieżkami. Teren nie zachęcał do latania po prostej. Dziewiątka znowu była blisko i to tak fajnie jak punkty szybko przybywają. Ma się wrażenie, że lada moment będzie meta. Gdzieś tak tuż za szóstką spotkałam Zuzę i co chwilę przeplatałyśmy się na trasie - raz jedna przodem, raz druga. Za dziesiątką to już praktycznie biegłyśmy razem. Przy trzynastce miałyśmy trochę problemów, bo chcąc się wykazać pognałam przodem i skręciłam ścieżkę za wcześnie spod linii wysokiego napięcia. Zmyliło mnie, że w terenie była dodatkowa ścieżynka nie zaznaczona na mapie, być może wydeptana już przez zawodników. Na szczęście Zuza wykazała się czujnością i wykierowała nas w dobra stronę.
Czternaście, piętnaście i szesnaście poszło jak po maśle. Zuza została trochę w tyle i na siedemnastkę pomknęłam już sama. I co? I oczywiście musiałam spieprzyć. Zaczęłam całkiem dobrze, a potem zamiast trzymać azymut biegłam sobie (po równym było) beztrosko ścieżką, której zresztą nie było na mapie, myśląc o niebieskich migdałach i ani się obejrzałam i już byłam na mecie.

 Z szesnastki prosto na metę!

 Zaraz, zaraz! Meta, a ja bez siedemnastki i osiemnastki! No i trzeba było wrócić:-(((( Przed siedemnastką znowu spotkałam Zuzę, która z inną zawodniczką czesała krzaki, więc dołączyłam do nich. Znowu przytrafiła się ścieżka spoza mapy, która wprowadzała zamieszanie i przez chwilę nie mogłyśmy obczaić co się dzieje, bo lampion miał być po jednej stronie ścieżki, a był po drugiej. Jak się potem okazało, nie tej ścieżki. Osiemnastka była formalnością, a do mety dopingowałyśmy się wzajemnie, żeby dobiec z fasonem.

Wspólny finisz. (Fot. A. Krochmal)

Potem pozostało mi już tylko długie czekanie na Tomka. W międzyczasie powitałam na mecie Chrumkającą Ciemność, a potem Mateusza, który uspokoił mnie, że Tomek jest już niedaleko. Może i był niedaleko, ale zeszło mu strasznie długo.

Wreszcie dotarł!

Po tych teoretycznych dziesięciu kilometrach wyglądał jak siedem nieszczęść i można go było wyżymać. Zanim ruszyliśmy do domu musiał chwilę dojść do siebie.
Niech ta pogoda już wróci do normy - szkoda żeby wszystkie najbliższe BnO pokonywać marszem....