Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPS Orienteering Run. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPS Orienteering Run. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2020

O! GPS!

Właściwie to lubię GPS. Konkretniej BePeKa, czy jak to zwał. W dowolnym czasie (no prawie dowolnym) lata człowiek z mapą i czeka aż coś mu piknie. Lepsze to niż latanie z mapą typowe w TNCZ, gdy szukamy czegoś, czego często nie ma. A tak - pik - namiastka prawdziwego podbicia punktu i pewność, że go się podbiło.

Dodajmy do tego mapę znaną ze Street-O i mamy… GPS-O.

Na starcie (fot A. Krochmal)

Na GPS-O dotarłem po raz pierwszy. Zawsze coś nie odpowiadało, termin, lokalizacja…. Tym razem blisko, bez deszczu i w czasie, gdy mogłem. Renata nie przepada za mapami typu Street-O, gdzie królują kreski, więc ostatecznie „stanowczo odmówiła” mówiąc dyplomatycznie;-) Michał zapowiadał pod regulaminem, że zaliczenie wszystkich punktów to jakieś 8 km. Krótka kalkulacja, że przy limicie 30 minut jest to kilkanaście minut spóźnienia. I że się opłaca spóźnić. Z takim przeświadczeniem udałem się na start. Pobrałem mapę, włączyłem telefon, wetknąłem słuchawki do uszu, by słyszeć pikanie (telefon do kieszeni, by nie przeszkadzał) i poszedłem nasłuchiwać startu. Start zapipczał i pobiegłem żwawym truchtem gdzieś tam w prawo. O dziwo, dawało się ułożyć jakieś sensowne przebiegi pomiędzy punktami. Popatrzyłem sobie na numery PK i troszkę dziwiłem się, że takie mało wartościowe PK są gdzieś na samych obrzeżach mapy. Ale co tam, skoro brać wszystkie, to i tak muszę je zaliczyć;-)

Chyba moja marszruta była dość egzotyczna, bo na początku spotykałem jakąś konkurencję wyraźnie omijającą te najdalsze punkty (np. PK 1). Szło całkiem nieźle. Na pipczenie czekałem chwilę, tylko na PK 1 i PK 32, którego szukałem kilka metrów za blisko (GPS Orienteering mam ustawiony na minimalną tolerancję punktu, by nie było). Właściwie ostatni raz konkurencję widziałem po dziesięciu minutach biegu i byłem zupełnie sam w ciemnościach właśnie zapadłej nocy (jak to poetycko zabrzmiało, ale lubię właśnie takie całkowicie samodzielne bieganie po nocy).

Gdy zbliżał się limit czasu (30 minut) została mi jeszcze jakaś 1/4 dystansu, a może mniej. Punkty z numerami 7, 8 zapowiadały duży uzysku punktów przeliczeniowych, więc powinno być dobrze – kalkulowałem i cieszyłem się, że punkty małowartościowe podbiłem na początku. 

45 minuta od startu, podbijam PK 28 (teraz wiem, że mógłbym go podbić wcześniej i oszczędziłbym kilka metrów), źle się okręcam (nie mam kompasu) i zamiast na PK 24 lecę na PK 31, gdzie już wcześniej byłem. Gdzieś przy punkcie dopada mnie deja vu – widzę, że ulica się kończy (a nie powinna) i odnajduję się w miejscu, gdzie mnie być nie powinno. Chwila konsternacji i odwrót po własnych śladach. Jak pokazują wyniki ponad dwie minuty w plecy:-( 

Na mecie nie ma już nikogo (no tak, 22 minuty spóźnienia). Wracam do auta i sprawdzam wyniki – jestem na 2 miejscu ze stratą 30 punktów do zwycięzcy. Patrzę na te wyniki i coś mi się nie zgadza. Odkładam telefon, zatrudniam palce do liczenia i po chwili … wiem! Wszystkie PK miały tę samą wagę – 20 pp! A ja głupi myślałem, że waga jak w rogainigu zależy od numeru punktu:-)! 

Zwycięzca ma 520 pp, ja 490 (po uwzględnieniu kar czasowych). Ja jako jedyny mam wszystkie PK i spóźnienie 22 minuty i 6 sekund. Porównując czas przebiegu z PK 28 na PK 24 widzę, że straciłem tam ponad dwie minuty, czyli 30 pp. Czyli miałbym taki sam dorobek punktowy jak zwycięzca, gdyby nie ten głupi błąd;-(. No cóż nie zawsze się wygrywa, odkuję się następnym razem;-) 


 

sobota, 9 września 2017

BPK, BnO, deszcz i wiatr

Tyle się dzieje w orientacji, że nie nadążam sprawozdawać. Po mokrym bieganiu ww środę nastąpiło nie mniej mokre bieganie w czwartek, tym razem na BPK-ach. Przetestowana niedawno formuła biegania z aplikacją i szukania niczego w określonych miejscach bardzo się spodobała, więc zorganizowano pierwszy oficjalny "Stowarzyszony trening BPK#01". Zapisało się sporo osób, ale na start dotarło tylko dziesięć i tym co nie dotarli, ja się wcale nie dziwię - kropiło, padało, rzucało żabami, szarpało, huczało, targało i co kto chce. A do tego trasa była pioruńsko długa - prawie 6 km. I 36 PK. Przy normalnej pogodzie to nawet bym się ucieszyła, że tyle tego dobrego, ale przy zastanej...
Na start spóźniliśmy się, bo Tomkowi pomyliły się godziny, a żeby było śmieszniej, my mieliśmy mapy. Korzystając z tej okoliczności, jeszcze w samochodzie wklepałam w nasze komórki te wszystkie hasła i ściągnęłam trasę i mapę. Dzięki temu na nic nie musiałam czekać i mogłam szybko wybiec. A przynajmniej wydawało mi się, że ostro ruszę ze startu. Start pipnął i ruszyłam na PK 1.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Znalazłam górkę, wlazłam na nią, a tu żadnego pipania - nic, zero, null. Wróciłam na start poskarżyć się, że nie działa. W trakcie dostawania dobrych rad uprzytomniłam sobie, że wcale nie byłam na PK 1, tylko na PK 30 i co mi tam miało pipać, jak nie jego kolej. Wycofałam się więc rakiem i pomaszerowałam na PK 1. Piiip odbył się jak należy.
Dwójka pipała na stoku Kopy Cwila, a potem musiałam obiec to górzysko, bo nie chciało mi się wdrapywać na szczyt. Trójkę pamiętałam z jakiś innych zawodów (marszowych), a przed piątką dogoniłam Basię, co nie było specjalnym wyczynem, bo tym razem nie biegała, tylko kroczyła majestatycznie.


Szóstkę brałyśmy już we trzy, bo dołączyła do nas Zuza, podobnie siódemkę. Na ósemkę już przyspieszyłam, bo psia pogoda, a punktów dużo i trzeba się spieszyć. Obiegnięcie osiedla nie było żadnym wyczynem nawigacyjnym, a bloki dawały trochę osłony od wiatru. Najgorsze zaczęło się po PK 12 - potok, stawy, trawy, otwarta przestrzeń, deszcz, wiatr. Gdzieś tam po drodze spotkałam Tomka i oczywiście na jego widok przyspieszyłam w nadziei przyłączenia się, ale gdzie tam - poleciał, ino śmignęło. Chciałabym choć raz w życiu pobiec sobie z nim na jakimś bno, ale jestem bez szans:-( Z takimi miernotami to on nie biega:-(
Przy PK 19 nie pipnęło. Albo nie usłyszałam w tych porywach wiatru, albo nie trafiłam. Przyjęłam wariant drugi, zaczęłam więc kombinować i po chwili już nie miałam pojęcia przy której kępce drzew się znajduję. Odpuściłam i poleciałam do dwudziestki. Pipnęło. Z dwudziestki planowałam oczywiście lecieć na 21, ale nagle coś we mnie pękło, motywacja runęła, chęci spłynęły ze strugami deszczu, a na ich miejsce pojawił się ten, no... nie będę się już wyrażała. Zrobiłam w tył zwrot, kierunek meta - marsz! No bo czy ja doszczętnie oszalałam, żeby w takich warunkach robić taką długa trasę??? Drugi dzień pod rząd??? W życiu!
Myślałam, że na mecie zastanę już Tomka i szybko pojedziemy do domu schnąć i rozgrzewać się, a na mecie zastałam pustkę. Upchnęłam się więc pod drzewo, gdzie było trochę zaciszniej i telefonicznie sprawdziłam gdzie jest mój połówek. Twierdził, że niedaleko. Po chwili na metę dotarła Ula, Zuza, Przemek i kolejne osoby, w tym Tomek. Jeszcze tylko zrobiliśmy pamiątkową fotkę i odwożąc po drodze Karolinę wróciliśmy do suchego, ciepłego, przytulnego domku.

czwartek, 31 sierpnia 2017

BPK-i w Skaryszewskim

O ile bieganie na ZPK-ach zrobiło się nudne, to bieganie na BPK-ach dawało nadzieję na jakiś dreszczyk emocji. Bo jeśli dostajesz mapę z 25 PK, lecisz na zaznaczone miejsce, a tam BPK, zero lampionu, czy choćby śladu po nim i tak 25 razy, to jest coś! Jak ktoś ma smartfona i odpowiednią aplikację, to w miejscu domniemanego lampionu coś tam piknie w telefonie, ale wrażenia są bezcenne. Takie właśnie atrakcje zaserwowała nam wczoraj Chrumkająca Ciemność. Jako osoba starej daty miałam początkowo opory przed lataniem z pikającym smartfonem, no bo co będzie jak nie zapika? Ale w sumie co ma być? Polecę dalej, bo chociaż można to jakoś ręcznie przepchnąć, to mój hart ducha w tym momencie już się kończy.
No to było tak: najpierw Tomek odprawiał jakieś czary nad moim telefonem, potem pojechaliśmy do Parku Skaryszewskiego, gdzie miała się odbyć impreza, pobrałam mapę, coś mi tam pomajstrowali przy telefonie i kazali lecieć. Do miejsca startu skradałam się powoli z przerażeniem oczekując pipnięcia, ale jak pipnęło....pooooszła. Taki odruch już mam - start = bieg. Przy pierwszym punkcie znowu piiip, przy drugim też, czyli dobra nasza - działa!
Sam bieg w sumie jak każdy inny - najpierw lecę czujnie, potem ile sił w nogach, w połowie siły się kończą, marsz, marszobieg i na koniec ostatni zryw do biegu. Zdechłam przy PK 15 i długo nie mogłam się ogarnąć. Jak są lampiony (zwłaszcza z perforatorem), to zawsze chwila schodzi z podbiciem i można złapać drugi oddech, a przy pipaniu leci się cięgiem.
Z obiecanych na mapie 5,3 km udało mi się zrobić ciut ponad siedem. Zupełnie nie wiem jakim cudem, bo starałam się lecieć na azymut, a u mnie azymut to po prostej - nie ma, że teren nieprzebieżny, czy coś. Nawet jeziora nie są dla mnie żadną przeszkodą. Zresztą zobaczcie sami mój przebieg.
Dobre, nie? :-))))