Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopa Cwila. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopa Cwila. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2025

FUN RUN był naprawdę fun.

Fajną imprezkę zaliczyliśmy w niedzielę. UNTS zorganizowało serię popularyzatorskich biegów na orientację i pierwszy z nich odbył się na Kopie Cwila. To znaczy nie całość na Kopie, ale także po okolicznych osiedlach. UNTS zawsze robi fajne biegi, więc musieliśmy oczywiście być.  A ponadto cała impreza była bezpłatna, więc już w ogóle... I jeszcze do tego pogoda - wiosna z elementami lata. Aż się chciało biec.
Najtrudniejsze w całej imprezie okazało się zaparkowanie po przyjeździe, ale po objechaniu kilku ulic w końcu się udało i to nawet niezbyt daleko od biura zawodów. A w biurze kolejka chętnych po horyzont. Na szczęście szybko szło.

Tu widać fragmenty kolejki.

Po kolejce do biura czekała kolejka do startów, ale i tu szło sprawnie. Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza.

Start i pierwszy rzut oka na mapę.

Drugi rzut oka na mapę.

I jeszcze jeden, bo trzeba mieć pewność, gdzie biec:-)

Chwilę mi zeszło zanim w końcu ruszyłam, ale już strasznie dawno nie biegałam po mieście i musiałam się przestawić. Po chwili już ogarnęłam które bloki na mapie, to które w terenie i poszło dobrze. Punkt szósty był już w parku, a siódemka na samym szczycie Kopy Cwila. Lazłam na nią powoli zazdroszcząc młodzieży, która na górę wbiegała. Potem z górki na pazurki w dół, punkty wokół bajorka, jeszcze dziesiątka międzyblokowa i już jedenastka przy przejściu na drugą stronę ulicy (znaczy się tunelem pod ulicą). Tam znowu punkty miejskie rozłożone wokół placu zabaw i powrót na pierwszą stronę ulicy, a za chwilę meta. Łatwizna to wszystko była, choć nie będę upierać się, że zawsze wybierałam optymalne przebiegi. 
Czas taki sobie, ale po drodze jeszcze lokalsi zaczepiali mnie i pytali co to za impreza, no to zawsze coś tam trzeba było powiedzieć. W końcu w całym tym zamieszaniu chodziło o popularyzację dyscypliny, a nie o wynik.
Po biegu czekałam przy mecie na Tomka, a Tomek czekał na mnie też przy mecie, tylko po drugiej stronie dużego drzewa. Cud, że się znaleźliśmy:-)))
Ja byłam bardzo zadowolona z mojej trasy, a Tomek trochę rozczarowany, bo nie miał punktu na szczycie Kopy. W sumie mu się nie dziwię, że marudził, bo to był najbardziej widowiskowy punkt.

Odpoczynek po biegu.

A tak wyglądała moja trasa i moje warianty:


środa, 10 czerwca 2020

Puszcza w środku miasta

Jakoś tak ostatnio ożyły sprinty BnO. Wiadomo sprint- teren miejski. Najpierw w niedzielę, na WOR sprint po Polu Mokotowskim - po 3 PK byłem cały oblepiony rzepami, a za butami snuły się jakieś zaczepione pokrzywy i inne pnącza. Teraz zaś zaległy etap Szybkiego Mózgu. Ursynów.

Pamiętaj nie siedź nikomu na placach w czasie biegu!
Przedstartowe pogaduszki - z zachowaniem dystansu społecznego
Start pod Kopą Cwila. Start spektakularny – boksy startowe robią wrażenie - jak na 10000 luda - wiadomo pandemia i „dystans społeczny”. Wszyscy zastanawiali się ile to motylków będzie na samej Kopie - jednak to jest kawałek górki jak na stołeczne standardy.

Boksy startowe, zamaskowana obsługa...

Start wprawdzie alfabetyczny - ale Renata pognała wcześniej – widać na w Zuchwałych mniej jest tych z początku alfabetu.

Renata na linii startu
Ruszyła... i tyle ją widziano;-)
Ja miałem jeszcze czas w ramach rozgrzewki pobiec do autka zostawić polarek. Udało mi się wystartować kilka minut wcześniej – akurat był jakiś wakat w profesjonalistach. Mapa w dłoń i start z puszki. Gdy ruszyłem przypomniałem sobie o zegarku. Przystanąłem i włączyłem. Widziałem, że wszyscy biegną prosto przed siebie, więc także biegłem próbując zidentyfikować start na mapie. Tu kilka słów o mapie – widać zmieniają się standardy - dostaliśmy mapy bez folii – nieprzemakalne i niezniszczalne i zindywidualizowane. Planowany był start wspólny i warianty, ale z wiadomych powodów wszystko się przekładało, ale mapy zastały – nawet z datą 11.03.2020!

Wracamy do biegu – lecę przed siebie ale… gdzie na mapie jest start i ta Kopa Cwila, na która mamy wbiegać???? Nie wiem! Aż musiałem stanąć i przyjrzeć się mapie: PK 18, 15, 4,3,2,1…. O, mam start! Kurcze, start na dole mapy, a PK 1 na górze! I nie ma nigdzie tej Kopy!

Nie pozostaje mi nic, jak biec przed siebie do mostku na Potoku Służewieckim. Ktoś mnie dogania i przegania, bo jednak chwilę to szukanie startu na mapie trwało. Biegnę trochę jak za przewodnikiem stada, ale poprzedca dobrze prowadzi. Już niedaleko PK 1 przeganiam starszą Paprochównę, która idzie zamiast biegać – zapytana odpowiada coś o braku kondycji.

Dobra, mamy PK 1. Czas na pierwszy motylek. Idzie całkiem sprawnie – jednak ostatnio sporo biegaliśmy z mapą. Nie zaliczam żadnej spektakularnej wpadki typu pomylenie domów, kierunków świata… Wokoło latają inni, ale ilość motylków i minutowe interwały powodują, że każdy biegnie w inną stronę. Gdzieś po drodze widzę Renatę. Wybieram w miarę optymalne warianty – pełne ciasnych przejść pod domami. W takich przejściach jest naprawdę ciemno, widzę, że niektórzy na trasę ruszyli z czołówkami. Jakby spadł deszcz, rzeczywiście były by potrzebne, ale tak daje radę bez światła.

Do PK 16 długi przebieg - na łąki nad potokiem. Tu doganiam Andrzeja K., który startował kilka minut przede mną. Mokra niekoszona trawa – w niej już wyraźnie wydeptanie ścieżki. PK 19 po drugiej stronie strumienia - jest na mapie ścieżka, która przechodzi przez strumień – pewnie jest tam jakiś mostek - dobiegam do wody… a to tylko bród! Nic to, moczymy buty! Jest lampion PK 19, a przy nim Andrzej! Nie biegł do brodu, tylko forsował strumyk wcześniej! Właściwie do PK 1 można było biec po prostej - pewno z minuta oszczędności dzięki forsowaniu strumyka w bród!

Na PK 20 jestem znowu przed Andrzejem. Wydeptana ścieżka przez „jeziorko” (jeziorko wyschło – nawet na mapie nie jest na niebiesko, tylko resztki wodnej roślinności i pokrzywy po szyję). Dół – góra dół- woda- góra i jestem na PK 21. Jeszcze jeden motylek, dwa razy przez strumień i wracam w to samo miejsce - PK 25. To był odcinek, który można nazwać „miejska puszcza” ;-)

Miejska Puszcza - pokrzywy, mokradła, rzeka, piranie...

Teraz kolejny długi przebieg, tak ze 700 m, znowu przez strumyk, ale można mostkiem. Lampion w krzakach, prawie na wlocie do tunelu pod ulicą. I jest podpucha: najpierw lampion z innej trasy, ale z wyników widać, że nikt z profesjonalistów się nie nabrał – po wpadce na Polu Mokotowskim wszyscy się pilnują;-)

Jeszcze 4 PK w okolicach mety. I oczywiście podpucha na PK 28 - lampion za siatką, trzeba obiegać. Uff, finisz. Jak na mnie nie tak źle - średnie tempo minimalnie poniżej 6min/km. Szkoda tego startu gdzie stanąłem i potem obiegałem strumyk szukając mostku… I szkoda, że nie pożyczyłem chipa SIAC - jednak przy sprincie to co najmniej sekunda na każdym PK. Akurat UNTS daje zawsze stacje na stojakach – na Polu Mokotowskim przy stacjach dyndających na sznurku - złapanie stacji i potwierdzenie to na pewno kilka sekund. Przy 20-30 punktach daje to zysk bliski minuty. Uważam, że dla posiadaczy zwykłych chipów powinien na sprincie być dawany bonus czasowy - choćby sekunda za każdy PK - tak byłoby sprawiedliwiej!

Na mecie już Renata – sczytanie i do domciu suszyć buty na kolejny bieg!

piątek, 24 listopada 2017

Kopa Cwila nocą

No to ruszyła kolejna Warszawa Nocą. Oczywiście zapisaliśmy się na cały cykl, wciąż na zuchwałych, żeby Tomek miał szansę na dobry wynik, a mi żeby nikt trasy nie zbierał zanim dotrę do mety. A jednocześnie żeby nie było za krótko.
Jeśli ktoś się spodziewa takich atrakcji jak na "Z mapą na spacer", to sorry, ale nie. Po mieście daję radę. Powiedziałabym wręcz - nic ciekawego - pobiegłam, podbiłam co trzeba i wróciłam. To już większe atrakcje były z dotarciem na start. Oczywiście znowu musiałam dotrzeć własnym przemysłem, bo Tomek jechał prosto z pracy. Do stacji metra Ursynów dojechałam bezproblemowo, a dalej założenie było takie, że jakoś to będzie. Wiedziałam, że powinnam iść mniej więcej na południowy zachód, ale dla pewności postanowiłam włączyć nawigację. Nawigacja kazała iść na południe. Tylko, kurna, gdzie jest południe?? Zaczęłam grzebać w torbie w poszukiwaniu kompasu. Po dziesięciu minutach poddałam się - nie ma:-( Ruszyłam więc przed siebie zakładając, że najwyżej nawigacja każe mi zawrócić. Nawigacja jednak postanowiła podrażnić się trochę ze mną i wołała:
- Skręć w prawo!
- Skręć w lewo!
- Skręć ostro w lewo!
I tak w kółko. Początkowo nawet, jak jakaś idiotka, skręcałam, ale szybko zorientowałam się, że jednak coś jest nie halo. Zainstalowałam się na koszu na śmieci i zaczęłam metodycznie przeszukiwać torbę. Przecież pamiętałam, że wrzucałam do niej kompas. Po chwili na trawniku leżały buty, dwa softshele, spodnie, napoje, dokumenty, ale za to na dnie torby znalazłam upragniony kompas. Ustawiłam pi razy drzwi azymut i poszłam, ale tak zupełnie bez przekonania. Byłam już w zasadzie pewna, że na start nie dotrę. Jakież było moje zdziwienie kiedy po chwili na bloku zobaczyłam tabliczkę z adresem Puszczyka 8. Jak jest 8, to i 6 się znajdzie - pomyślałam. I faktycznie, po krótkim krążeniu w najbliższej okolicy bloku znalazłam i szkołę, a w progu wyglądającego mnie Tomka. Zdążyłam się spokojnie przebrać, zrobić rozgrzewkę i nawet chwile poczekać na swoją kolej.

Wiedziałam, że teren zawodów jest na północ od startu i trochę się skonsternowałam, że do pierwszego punktu trzeba raczej na wschód. Ale trzeba, to trzeba - pobiegłam. No a potem - nuda, czyli ani się nie zgubiłam, ani nic mnie nie napadło, ani się nie przewróciłam (w odróżnieniu od niektórych uczestników), ani nie skręciłam kostki (w odróżnieniu od Tomka).
Nie żeby się to od razu przełożyło na jakiś rewelacyjny wynik, co to, to nie. Co prawda całą trasę przebiegłam, nawet pod górę na Kopę Cwila, ale co z tego skoro po ciemku długo mi schodziło oglądanie mapy i konfrontowanie jej z rzeczywistością.  Jak ktoś ślepy i biega bez okularów, to tak jest. Ale ostatecznie nie biegam dla wyniku, tylko dla przyjemności. Te cztery kilometry z hakiem jakoś tak szybko minęły, że na mecie wciąż czułam się niedobiegana.
A może jednak trzeba było zapisać się na profesjonalistów? Może jeszcze da się to zmienić?

sobota, 9 września 2017

BPK, BnO, deszcz i wiatr

Tyle się dzieje w orientacji, że nie nadążam sprawozdawać. Po mokrym bieganiu ww środę nastąpiło nie mniej mokre bieganie w czwartek, tym razem na BPK-ach. Przetestowana niedawno formuła biegania z aplikacją i szukania niczego w określonych miejscach bardzo się spodobała, więc zorganizowano pierwszy oficjalny "Stowarzyszony trening BPK#01". Zapisało się sporo osób, ale na start dotarło tylko dziesięć i tym co nie dotarli, ja się wcale nie dziwię - kropiło, padało, rzucało żabami, szarpało, huczało, targało i co kto chce. A do tego trasa była pioruńsko długa - prawie 6 km. I 36 PK. Przy normalnej pogodzie to nawet bym się ucieszyła, że tyle tego dobrego, ale przy zastanej...
Na start spóźniliśmy się, bo Tomkowi pomyliły się godziny, a żeby było śmieszniej, my mieliśmy mapy. Korzystając z tej okoliczności, jeszcze w samochodzie wklepałam w nasze komórki te wszystkie hasła i ściągnęłam trasę i mapę. Dzięki temu na nic nie musiałam czekać i mogłam szybko wybiec. A przynajmniej wydawało mi się, że ostro ruszę ze startu. Start pipnął i ruszyłam na PK 1.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Znalazłam górkę, wlazłam na nią, a tu żadnego pipania - nic, zero, null. Wróciłam na start poskarżyć się, że nie działa. W trakcie dostawania dobrych rad uprzytomniłam sobie, że wcale nie byłam na PK 1, tylko na PK 30 i co mi tam miało pipać, jak nie jego kolej. Wycofałam się więc rakiem i pomaszerowałam na PK 1. Piiip odbył się jak należy.
Dwójka pipała na stoku Kopy Cwila, a potem musiałam obiec to górzysko, bo nie chciało mi się wdrapywać na szczyt. Trójkę pamiętałam z jakiś innych zawodów (marszowych), a przed piątką dogoniłam Basię, co nie było specjalnym wyczynem, bo tym razem nie biegała, tylko kroczyła majestatycznie.


Szóstkę brałyśmy już we trzy, bo dołączyła do nas Zuza, podobnie siódemkę. Na ósemkę już przyspieszyłam, bo psia pogoda, a punktów dużo i trzeba się spieszyć. Obiegnięcie osiedla nie było żadnym wyczynem nawigacyjnym, a bloki dawały trochę osłony od wiatru. Najgorsze zaczęło się po PK 12 - potok, stawy, trawy, otwarta przestrzeń, deszcz, wiatr. Gdzieś tam po drodze spotkałam Tomka i oczywiście na jego widok przyspieszyłam w nadziei przyłączenia się, ale gdzie tam - poleciał, ino śmignęło. Chciałabym choć raz w życiu pobiec sobie z nim na jakimś bno, ale jestem bez szans:-( Z takimi miernotami to on nie biega:-(
Przy PK 19 nie pipnęło. Albo nie usłyszałam w tych porywach wiatru, albo nie trafiłam. Przyjęłam wariant drugi, zaczęłam więc kombinować i po chwili już nie miałam pojęcia przy której kępce drzew się znajduję. Odpuściłam i poleciałam do dwudziestki. Pipnęło. Z dwudziestki planowałam oczywiście lecieć na 21, ale nagle coś we mnie pękło, motywacja runęła, chęci spłynęły ze strugami deszczu, a na ich miejsce pojawił się ten, no... nie będę się już wyrażała. Zrobiłam w tył zwrot, kierunek meta - marsz! No bo czy ja doszczętnie oszalałam, żeby w takich warunkach robić taką długa trasę??? Drugi dzień pod rząd??? W życiu!
Myślałam, że na mecie zastanę już Tomka i szybko pojedziemy do domu schnąć i rozgrzewać się, a na mecie zastałam pustkę. Upchnęłam się więc pod drzewo, gdzie było trochę zaciszniej i telefonicznie sprawdziłam gdzie jest mój połówek. Twierdził, że niedaleko. Po chwili na metę dotarła Ula, Zuza, Przemek i kolejne osoby, w tym Tomek. Jeszcze tylko zrobiliśmy pamiątkową fotkę i odwożąc po drodze Karolinę wróciliśmy do suchego, ciepłego, przytulnego domku.