Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Młociński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Las Młociński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 grudnia 2025

II Bieg pamięci Andrzeja Krochmala

Koniec listopada to początek przedświątecznej galopady. I chwila zadumy. Dwa lata temu odszedł od nas Człowiek-Legenda orientacji – Andrzej Krochmal. I po raz drugi w rocznicę tego dnia spotykamy się w Lesie Młocińskim, tuż obok cmentarza gdzie spoczywa Andrzej, na zawodach BnO. Zawodach ku pamięci Andrzeja, w których gdyby tylko mógł, na pewno by wziął udział. 


Najpierw chwila ciszy, wspólne zdjęcie, a potem w las. Las pełen wydm i krzaków. Ciemny. Początek ciężki - bo krzaki blokowały drogę. Potem drogę blokowały wydmy. Do PK4 to nie wiem co mnie zablokowało, że nagle skręciłem w prawo. Chyba to jakaś bliskość drogi… 

Chwila ciszy i wspólne zdjęcie przed startem. Andrzej jest z nami

Przy PK 6 „zielone” wycięli i szukałem najpierw lampionu tam, gdzie zielone się kończyło, a nie tam gdzie stał. 

Przy PK 9 przegonił mnie Marcin. Zgubiłem go z oczu na drodze do PK 12 (Marcin pobiegł coś w prawo, ale nawet błądząc zdążył mi uciec;-) Przed PK 16 wybiegłem na drogę i nie wiedziałem gdzie jest lampion - w lewo, czy w prawo. Pobiegłem w lewo, był lampion, ale nie mój;-( 

Do ostatniego PK 21 nie znalazłem niby ścieżki. Pobiegłem naokoło, ale za to lepszą drogą. 

Ogólnie, poza kilkoma drobnymi błędzikami, w miarę dobrze. Może nie za szybko, bo po nocy boję się uszkodzić, ale bez jakiejś większej wpadki. W lesie pusto - tak jak lubię, gdy jest za dużo światełek wokoło to patrzę na nie, a nie na mapę i wtedy wiadomo - robię głupstwa. Po biegu niestety nie udało się odwiedzić grobu Andrzeja – cmentarz zamykają o zmroku - kiedyś wreszcie wypadnie dzień wolny od pracy i możliwość pobiegania za dnia – wtedy na pewno większość biegaczy dotrze na cmentarz… 


 

 

czwartek, 26 stycznia 2023

Smak zwyciestwa na Młocinach

Młocińska wydma zawsze kojarzy mi się z nocą. I z biegami na 50 PK. Tym razem nie było to 50 PK, ledwie co 30. Oczywiście w środową noc. Pogoda – taka sobie – no dobra, akurat trafiła się chwilowa przerwa w opadach gdy zaparkowałem na ulicy o wdzięcznej nazwie Dziwożony. Kilka osób już nerwowo przytupywało oczekując na organizatora, który po chwili wyłonił się z odmętów Młocińskiego lasu. Rozstawił stolik i zaczęło się normalne zamieszanie z wydawaniem map, wpychaniem ich do folii itp.

Ulica Dziwożony - start

Typowe zamieszanie w biurze zawodów

Wystartowałem chyba jako pierwszy. Tak jak lubię, tylko ja i ciemny las. Lasek Młociński niby jest w środku miasta, ale jest tu pełno zwierzyny. Zaraz po PK 2 spotkałem kilka sarenek, które próbowały spać w krzakach. Ale ciężko idzie spanie, gdy jakiś taki z czołówką tuż obok przez krzaki się przedziera… 

Przy PK 4 o klubowym kodzie próbowałem sobie zrobić selfie, ale ciężko to idzie mokrymi rękami. Ze zdjęcia właściwie nic nie wyszło, tyle że dogonił i przegonił mnie Marcin. Jak zwykle;-( I to na pewno on mnie zestresował, że nie trafiłem idealnie na PK 5 (jak to fajnie jest na kogoś zwalić winę;-)

Miało być selfie przy lampionie z kodem 44

No dobra, nie będę kłamał, zaraz kolejny zawodnik mnie przegonił i służył za namiar przy PK 6, 7 i 8. Powinienem się za siebie wziąć i potrenować szybkie bieganie w terenie, bo ostatnio poruszam się bardzo zachowawczo, by sobie czegoś nie uszkodzić. 

Kolejne punkty wchodziły dość dobrze, choć biegałem na azymut zamiast drogami. Niby las nie jest zielony, ale zarówno podłoże jak i niskie krzaczki spowolniały - możliwe, że bardziej „drogowe” warianty byłyby szybsze w moim wydaniu. Dopiero po PK 14 las stał się typowo przebieżny. Po PK 16 przebieżność się skończyła, ale na szczęście tuż obok wygodna droga prowadząca na PK 17. Wystarczyło wybiec kilka milimetrów za mapę… Wybiegłem za mapę i na "wielkim skrzyżowaniu" oczywiście w pierwszym odruchu skręciłem nie w tę ścieżkę. Znowu kolejne sekundy w plecy;-( 

Po takiej wpadce, jak zwykle nie myślę. Zamiast naokoło, ale za to szybko drogą, ja na krechę przez jakieś poobcinane gałęzie, zbaczając na koniec z azymutu - tylko zmarnowałem czas;-( 

Od PK 18 wracamy na wydmę, gdzie były pierwsze PK. Część z nich odwiedzamy powtórnie, ale w innej kolejności. Jednym z „najwredniejszych” okazuje się PK 25. Trafiam na niego przez… PK 21. Jak słyszałem: nie tylko ja miałem podobne problemy z właściwym trafieniem na ten lampion;-) 

Ostatnie PK to wyzwanie spostrzegawczości – oddalone od siebie o rzut beretem wymagały szybkiej orientacji, wyboru kierunku i uważnego sprawdzenia kodu, bo łatwo było trafić na coś innego. 

Uff, wreszcie meta. Na mecie także Marcin – właśnie się sczytał. I okazuje się że załapał NKL-kę! Jak na niego to niebywała rzadkość! Ale dzięki temu mogę powiedzieć, że wreszcie z nim wygrałem;-) Co z tego, że mój wynik znajduje się raczej w końcówce tabeli, ale w bezpośrednim starciu byłem lepszy;-) Chyba oprawię sobie ten wynik w ramkę i powieszę w gablotce z innymi medalami i pucharami;-) 



 

sobota, 11 stycznia 2020

O! jak Orient

Można powiedzieć, że tradycyjnie Orient jest pierwszą imprezą TMWiM w nowym roku. Od kilku lat był zawsze dwuetapowy, jednak ten rok zapowiada się nietypowo – Orient ma tylko jeden etap, ale za to rozbudowane (czytaj: długie) trasy BnO. BnO ściągnęło na start sporo biegaczy, a ogólnie sześciodniówka zaczynająca się od pierwszego stycznia w tym roku cieszy się sporą frekwencją. Pewnie swoje dołożyła pogoda – raczej jesienna lub wiosenna i zdecydowanie nie zimowa. Na start przyjechaliśmy punktualnie, ale musieliśmy poczekać chwilę nim organizatorzy ogarną się z uruchomieniem wszystkiego. Udało się wreszcie doczekać startu. Dostaliśmy mapę pełną wyglądającą raczej na poziom TT niż TZ. No cóż i tak bywa. Nie zawsze organizator ma czas przyłożyć się do imprezy, co dobrze znamy z własnego doświadczenia. Choć może wolałbym choć troszkę więcej wyzwania intelektualnego – zawsze milej polec na czymś wymagającym, niż przegrać o pojedyncze punkty na wróżeniu azymutu z fusów;-)

Do pierwszego PK ruszyliśmy za Marcinem Szajko, bądź co bądź wygrywcą TMWiM za poprzedni rok. PK 1 był oczywisty. Kolejny PK 2 i przy okazji wyskalowanie mapy. Tu niestety lampion wisiał niedokładnie, tak na granicy dopuszczalnego błędu, ale że nie było innego… Przy lampionie dogonił nas Tomek Gronau, z którym przez kilka następnych PK się przeplataliśmy. Kolejny PK 4 na wysokiej górze. Trudne podejście, brak tlenu i zaparowane okulary spowodowały, że wzięliśmy stowarzysza – lampion w najwyższym miejscu zamiast taki bardziej na wschód. Ot, źle popatrzyliśmy na mapę;-(
Łapiemy stowrzysza na PK4

Kolejne punkty 8,7,14,16 i 18 bez żadnej historii. Na pełnej i dokładnej mapie – cieniowaniu z lidara ciężko zabłądzić. Choć nam udało się to na PK 17. Szliśmy trochę na azymut, trochę po rzeźbie i znaleźliśmy dołek, ale bez lampionu. Coś się nie zgadzało. Dopiero namierzenie się od skrzyżowania ścieżek pozwoliło trafić gdzie trzeba – idąc grzbietem nie mierzyliśmy odległości i nie dostrzegliśmy na mapie, że jest jeden skręcający grzbiecik wcześniej.

PK17 udało się wreszcie znaleźć
Ale udało się i poszliśmy dalej na PK 15 - dla bezpieczeństwa lekko naokoło, ale wyraźnymi drogami. Tu spotkaliśmy biegaczy wybiegających z „zakazanego lasu” (ostoja zwierzyny – wstęp wzbroniony, czyli słusznie ominęliśmy teren zakazany), a potem Beatę idącą z naprzeciwka, która zadała nam dość dziwne pytanie: co to jest „tabliczka”? Zgodnie odpowiedzieliśmy „coś płaskiego, raczej prostokątne i z jakimś napisem”. Okazało się, że problem tabliczek dotyczy LOP-ki, która jest dopiero przed nami. Podobno na LOP-ce nie ma żadnych tabliczek, tylko jakieś kartki obwiązane wokół drzewa i coś co niekoniecznie spełnia definicję tabliczki. Nic, zobaczymy jak dojdziemy. Spotkanie z Beatą trochę nas rozkojarzyło odnośnie liczenia kroków – pojawiła się ścieżka niewidoczna na lidarze i nie byliśmy pewni, czy właściwe obniżenie terenu jest po prawej czy lewej stronie ścieżki. Chwilka zastanowienia i decyzja – z wydruku wygląda to na najgłębsza dziurę – czyli ta po lewej;-)

PK 9 na azymut idealnie. Idąc na PK 10 na azymut trafiliśmy na wspomnianą wcześniej LOP-kę. Kilka zespołów biegało i liczyło głośno zastanawiając się co to jest tabliczka. My także nie wiedzieliśmy co autor miał na myśli i na wszelki wypadek opisaliśmy stan faktyczny, czyli trzy drewniane tabliczki/drogowskazy + 3 kartki.

Liczenie tabliczek na LOPCe
Dalej wróciliśmy na azymut do PK 10. Tu natknęliśmy się na Zuzę z Maćkiem, którzy mieli PK po drugiej stronie dziury w ziemi niż my. Przez PK 11 dotarliśmy do PK 12. Tu lekkie zdziwienie – brak lampionu. Sporo biegaczy i wisi lampion biegowy. Na mapie nie ma informacji, że będą lampiony biegowe. Chwilka upewnienia się że na pewno jesteśmy we właściwej dziurze i bierzemy co jest. Ciągle na azymut do PK 13. Po drodze ratuję jakąś zagubioną biegaczkę, wskazując gdzie jest. Przed nami kolejne obniżenie z lampionem biegowym. Ale na mapie i w terenie obniżeń cała masa. Ta chwila dekoncentracji i ratowania innych spowodowała, że nie jesteśmy pewni dziury. Na wszelki wypadek idę namierzyć się do drogi – stąd łatwo policzyć obniżenia i okazuje się, iż przeczucie nie myliło - trafiamy na lampion płaski. Nurtuje mnie ciągle poprzedni PK czy na pewno ten lampion biegowy był właściwy? Ale na mapie nie ma żadnych innych dziur w okolicy.
PK5?
 Zostają punkty 6, 5, 3 i do mety.
PK3
 Od PK 3 mierzymy jeszcze raz skalę mapy do charakterystycznego dołka przy ścieżce. Skomplikowane obliczenia matematyczne i mamy odległość i za chwilę także zmierzony na oko azymut. Zostaje dojść do mety.

Wstępnie planowane było dodatkowo BnO, ale nasze chodzenie na azymut pokazało nam, że teren ma sporo krzaków i bieganie nie musi być przyjemnością – szczególnie, że następnego dnia w planach mamy bieganie w Zagórzu.