Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młociny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Młociny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 marca 2026

Extra Dystans Stołeczny

 Nadszedł koniec tegorocznego Dystansu Stołecznego. Etap 11 – extra. Znowu Karol chciał nas zadziwić „udziwnionym etapem”.  Takie połączenie miejskiego sprintu z bieganiem po zakręconych górkach i wykrotach Lasku Młocińskiego. Takie zestawienie u Karola kojarzy mi się zawsze z pewną imprezą (chyba to był Puchar Bielan), gdzie startowaliśmy w Lasku Młocińskim i po pokręceniu się dłuższą chwilę po płaskiej części lasku dostaliśmy prawie 2 km przebiegu wzdłuż DK7 do Lasku Bielańskiego, zdobywanie duuu…j skarpy, a na koniec kawałek biegu miejskiego. Ten przebieg pomiędzy laskami był zupełnie powalający….

Wracając do dzisiejszego biegu – miało nie być aż takiego przebiegu – atrakcją było zaś dwukrotne przekraczanie DK7… przejściem ze światłami. Mieliśmy grzecznie oczekiwać na zielone światło, a lampiony po obu stronach przejścia zapewniały „wycięcie” czasu przekraczania ruchliwej drogi z wyników.

Gotowy do startu
Na start dotarłem wcześnie, jako jeden z pierwszych i od razu spotkałem nasza klubową ekipę. Ania startowała na krótszej tarasie , a ja razem z Barbarą poszedłem na start Chojraka. Tradycyjnie start z puszki – postanowiliśmy pobiec rekreacyjnie z pogaduszkami na trasie.

Pierwsze siedem PK w kampusie UKSW. Lampiony widoczne z daleka, zwykle na wysokości 160-180cm. Niskie osoby musiały podskakiwać by potwierdzić PK;-)

Ostatnio bieganie miejskie nawet mi wychodzi – bez żadnych wpadek dotarliśmy do DK7.

Po odczekaniu swojego, przeszliśmy do Lasku Młocińskiego. PK 9 i PK 10 - optymalny wariant drogami, takimi głównymi alejkami w tym lesie. Od PK 11 zaczęły się górki. Jako że biegliśmy rekreacyjnie, wybraliśmy wariant ścieżkowy. Ten kawałek lasu jest pokręcony i zawsze nocą człowiek zbacza tu z kierunku, nie trafia na ścieżkę i inne takie. Nas także lekko zawiodła nawigacja – o jedną dróżkę w lewo i musieliśmy na azymut wracać na właściwe ścieżki.

Staraliśmy się unikać przebiegów na azymut, ile się dało. Do PK 18 były tylko trzy przebiegi, które zrealizowaliśmy poza ścieżkami.

Po PK 18 skończyły się górki. Długi przebieg wzdłuż zakrzaczonego rowu, szukanie PK 20 w rejonach zaznaczonych na mocno zielono…

PK 21 chwilkę szukaliśmy. Ślad pokazuje, że coś azymut nam się nie zgadzał – może przez wszechobecne zieloności na mapie – widomo,w nocy na płaskim zielonym szukanie polanki 3m x 3m….

Przy PK 24 zobaczyłem, że mamy jeszcze jedną pętelkę – będziemy wracać się przez PK 26/29 i 23/27 do PK 24/30. Obserwacja ta  z lekka mnie załamała. Byliśmy już na tych punktach, więc po co biec tam jeszcze raz? Trasa długa – łącznie 7,7km, w lesie strasznie sucho – biegając czuje się „kurz” we wdychanym powietrzu. Ta ostatnia pętelka to sadyzm budowniczego i tyle.

PK 24/30
Nie pozostało nic innego jak ją przebiec.

Po lesie zostało kilka PK w mieście. Biegliśmy razem do szkoły. PK 35. Spojrzałem mapę i ruszyłem na PK 36. Oglądam się, a Barbara gdzieś zniknęła. Dobiegam do rogu gdzie powinien być lampion – nie ma nic. Patrzę uważniej na mapę…. przekręciłem ją o 180 stopni! Wstyd. Odwracam się i biegnę na ostatnie dwa PK. Na mecie Barbara pyta się, gdzie zginąłem – bo nagle zobaczyła, że mnie nie ma. Jak tu z honorem wytłumaczyć, że mi się północ z południem pomyliła?;-)

Na zakończenie jeszcze mała nagroda za wytrwałość (dla tych co startowali minimum 5 razy w tej edycji Dystansu Stołecznego) – kubek Dystansowy;-)
Jak patrzę teraz na wyniki sporo osób ma MP. Ponoć brali „stowarzysze” – przytrafiło się to także Ani na krótszej trasie – no cóż, u Karola trzeba być czujnym „do końca”;-)


 

 

niedziela, 1 grudnia 2024

Biegowe uczczenie smutnej rocznicy

Rok temu odszedł od nas człowiek-instytucja Andrzej Krochmal. Niespodziewanie. W rocznicę jego śmierci było już spotkanie w Parku Skaryszewskim, gdzie był stałym bywalcem (organizator Biegu Wedla, uczestnik Parkrunów). Odsłonieto także tablice pamiątkową poświęconą jego dokonaniom. A dokładnie w rocznicę śmierci, Karol spontanicznie zorganizował nocne BnO na Młocinach. Las Młociński kojarzy mi się z Orientem, który kilka razy tam Andrzej organizował – więc miejsce wybrane bardzo dobrze. 

Kameralnie, bez pompy, ale wszyscy pamiętamy o Andrzeju

Środek tygodnia, środa, podeszczowo, ciemno i mokro – normalnie jak to na nocnym BnO o tej porze roku. Dostałem mapę jako jeden z pierwszych i ruszyłem w las. Na dobry początek przeoczyłem puszkę clear i musiałem się wracać;-) Dobra zapowiedź! 

Przed startem
Ruszyłem w las. PK 1 w dużym dole przy drodze – łatwizna. PK 2 także przy drodze – na górce – przestraszyłem jakiegoś wyprowadzacza psa, ale lampion znalazł się równie szybko jak przy PK 1. PK 3 wymagał wejścia w krzaki. Zniosło mnie w lewo, ale dobrze wytypowałem kierunek w końcówce i szybko dojrzałem odbłyśnik przy stacji SI.
Na PK 3 starałem się dokładniej patrzeć na kompas i korygować znoszenie w prawo – sukces osiągnięty!

Ustawiłem azymut na PK 4 i ruszyłem po krzakach. W dół, przeciąć ścieżkę i zaraz będzie w dół do lampionu. Za ścieżką niewielkie wzniesienie, ale może nie załapało się na mapę? Z góry niestety żadnego błysku lampionu nie widać. I wgłębienie jakieś zbyt duże. Cofam się do ścieżki, analizuję – chyba tym razem zniosło mnie w lewo. Po chwili znajduję lampion. 

PK6 i PK 7 bez historii – znaczy dobrze. PK 8 ma być na górce, w jakimś dołku, na zielonym. Jest górka, jest zielone, próbuje je lekko obejść – dołka chyba nie przeoczę? A jednak udało się przeoczyć właściwe miejsce – górka zaczęła mi się kończyć i musiałem się cofać;-) Oj dawno nie biegałem w nocy w lesie i zapomniałem jak łatwo jest przebiec punkt… 

Długie przebiegi na PK 9 i PK 10, PK 13 i PK 14 o dziwo wyszły całkiem dobrze. Na PK 11 minimalnie chybiłem, ale tak w granicach normy. 

Główna akcja tragedii rozegrała się na PK 17. Na PK 16 wyznaczyłem azymut i ruszyłem w krzaki. Jedna poprzeczna ścieżka, druga i powinno być zaraz obniżenie z PK 17. Obniżenie jest, lampionu nie ma. Najpierw szukam równolegle do ścieżki – nic nie ma. Wracam do ścieżki i lecę dalej wyglądając zakrętu i obniżenia po lewej (czuję, że już jestem za daleko). Ścieżka zakręca, ale jakoś tak niemrawo, jakieś obniżenia po lewej są, ale bez lampionu. Wdrapuję się na górkę – jest lampion, ale o nieznanym mi kodzie 34. Dalej nie wiedziałem gdzie jestem. Dopiero po chwili skojarzyłem, że muszę być na wydmie albo tej na północy, albo tej na południu. Teraz widzę, że moje myślenie w tamtej chwili poszło spać – jedyne miejsce na mapie odpowiadające takiej kombinacji dróg i górek było całkiem niedaleko PK 17. Pewno fakt że coś źle liczyłem ścieżki, przez które przebiegałem zafiksował mnie, że jestem po wschodniej stronie mapy. Wybrałem kierunek na wschód (do cywilizacji) i ruszyłem. W oddali zaczęły pojawiać się światełka – znaczy jestem jeszcze na terenie zawodów! Wreszcie znalazłem lampion z kodem 33 czyli PK 22 – wiedziałem gdzie jestem. Zdziwił mnie trochę kierunek gdzie ma być PK 17, ale tym razem udało mi się go znaleźć. 

Gdzieś tu pojawił się konkurent, z którym co chwila spotykałem się przy kolejnych punktach. Dalej już nie było większych problemów - więcej ludzi w lesie, więcej latarek, przy części PK już byłem. 

Co do biegu – fajny i wymagający czujności. Co do moich osiągnięć…. poniżej krytyki – już dawno tak jak na tym PK 17 nie zgubiłem się! Czas chyba przyłożyć się do nocnych treningów! 


 

 

sobota, 11 stycznia 2020

O! jak Orient

Można powiedzieć, że tradycyjnie Orient jest pierwszą imprezą TMWiM w nowym roku. Od kilku lat był zawsze dwuetapowy, jednak ten rok zapowiada się nietypowo – Orient ma tylko jeden etap, ale za to rozbudowane (czytaj: długie) trasy BnO. BnO ściągnęło na start sporo biegaczy, a ogólnie sześciodniówka zaczynająca się od pierwszego stycznia w tym roku cieszy się sporą frekwencją. Pewnie swoje dołożyła pogoda – raczej jesienna lub wiosenna i zdecydowanie nie zimowa. Na start przyjechaliśmy punktualnie, ale musieliśmy poczekać chwilę nim organizatorzy ogarną się z uruchomieniem wszystkiego. Udało się wreszcie doczekać startu. Dostaliśmy mapę pełną wyglądającą raczej na poziom TT niż TZ. No cóż i tak bywa. Nie zawsze organizator ma czas przyłożyć się do imprezy, co dobrze znamy z własnego doświadczenia. Choć może wolałbym choć troszkę więcej wyzwania intelektualnego – zawsze milej polec na czymś wymagającym, niż przegrać o pojedyncze punkty na wróżeniu azymutu z fusów;-)

Do pierwszego PK ruszyliśmy za Marcinem Szajko, bądź co bądź wygrywcą TMWiM za poprzedni rok. PK 1 był oczywisty. Kolejny PK 2 i przy okazji wyskalowanie mapy. Tu niestety lampion wisiał niedokładnie, tak na granicy dopuszczalnego błędu, ale że nie było innego… Przy lampionie dogonił nas Tomek Gronau, z którym przez kilka następnych PK się przeplataliśmy. Kolejny PK 4 na wysokiej górze. Trudne podejście, brak tlenu i zaparowane okulary spowodowały, że wzięliśmy stowarzysza – lampion w najwyższym miejscu zamiast taki bardziej na wschód. Ot, źle popatrzyliśmy na mapę;-(
Łapiemy stowrzysza na PK4

Kolejne punkty 8,7,14,16 i 18 bez żadnej historii. Na pełnej i dokładnej mapie – cieniowaniu z lidara ciężko zabłądzić. Choć nam udało się to na PK 17. Szliśmy trochę na azymut, trochę po rzeźbie i znaleźliśmy dołek, ale bez lampionu. Coś się nie zgadzało. Dopiero namierzenie się od skrzyżowania ścieżek pozwoliło trafić gdzie trzeba – idąc grzbietem nie mierzyliśmy odległości i nie dostrzegliśmy na mapie, że jest jeden skręcający grzbiecik wcześniej.

PK17 udało się wreszcie znaleźć
Ale udało się i poszliśmy dalej na PK 15 - dla bezpieczeństwa lekko naokoło, ale wyraźnymi drogami. Tu spotkaliśmy biegaczy wybiegających z „zakazanego lasu” (ostoja zwierzyny – wstęp wzbroniony, czyli słusznie ominęliśmy teren zakazany), a potem Beatę idącą z naprzeciwka, która zadała nam dość dziwne pytanie: co to jest „tabliczka”? Zgodnie odpowiedzieliśmy „coś płaskiego, raczej prostokątne i z jakimś napisem”. Okazało się, że problem tabliczek dotyczy LOP-ki, która jest dopiero przed nami. Podobno na LOP-ce nie ma żadnych tabliczek, tylko jakieś kartki obwiązane wokół drzewa i coś co niekoniecznie spełnia definicję tabliczki. Nic, zobaczymy jak dojdziemy. Spotkanie z Beatą trochę nas rozkojarzyło odnośnie liczenia kroków – pojawiła się ścieżka niewidoczna na lidarze i nie byliśmy pewni, czy właściwe obniżenie terenu jest po prawej czy lewej stronie ścieżki. Chwilka zastanowienia i decyzja – z wydruku wygląda to na najgłębsza dziurę – czyli ta po lewej;-)

PK 9 na azymut idealnie. Idąc na PK 10 na azymut trafiliśmy na wspomnianą wcześniej LOP-kę. Kilka zespołów biegało i liczyło głośno zastanawiając się co to jest tabliczka. My także nie wiedzieliśmy co autor miał na myśli i na wszelki wypadek opisaliśmy stan faktyczny, czyli trzy drewniane tabliczki/drogowskazy + 3 kartki.

Liczenie tabliczek na LOPCe
Dalej wróciliśmy na azymut do PK 10. Tu natknęliśmy się na Zuzę z Maćkiem, którzy mieli PK po drugiej stronie dziury w ziemi niż my. Przez PK 11 dotarliśmy do PK 12. Tu lekkie zdziwienie – brak lampionu. Sporo biegaczy i wisi lampion biegowy. Na mapie nie ma informacji, że będą lampiony biegowe. Chwilka upewnienia się że na pewno jesteśmy we właściwej dziurze i bierzemy co jest. Ciągle na azymut do PK 13. Po drodze ratuję jakąś zagubioną biegaczkę, wskazując gdzie jest. Przed nami kolejne obniżenie z lampionem biegowym. Ale na mapie i w terenie obniżeń cała masa. Ta chwila dekoncentracji i ratowania innych spowodowała, że nie jesteśmy pewni dziury. Na wszelki wypadek idę namierzyć się do drogi – stąd łatwo policzyć obniżenia i okazuje się, iż przeczucie nie myliło - trafiamy na lampion płaski. Nurtuje mnie ciągle poprzedni PK czy na pewno ten lampion biegowy był właściwy? Ale na mapie nie ma żadnych innych dziur w okolicy.
PK5?
 Zostają punkty 6, 5, 3 i do mety.
PK3
 Od PK 3 mierzymy jeszcze raz skalę mapy do charakterystycznego dołka przy ścieżce. Skomplikowane obliczenia matematyczne i mamy odległość i za chwilę także zmierzony na oko azymut. Zostaje dojść do mety.

Wstępnie planowane było dodatkowo BnO, ale nasze chodzenie na azymut pokazało nam, że teren ma sporo krzaków i bieganie nie musi być przyjemnością – szczególnie, że następnego dnia w planach mamy bieganie w Zagórzu.

sobota, 20 kwietnia 2019

Wypasiony spacer z mapą


Na spacer z mapą było daleko. Na tyle daleko, że Renata stanowczo odmówiła udania się do Łomianek. Skoro zapłacone, zostało mi pokonać trasę dwukrotnie, by wpisowe się nie zmarnowało.
Niby Łomianki nie są tak daleko od mojej pracy, ale korki i te sprawy, więc spokojnie zdążył się ułożyć w brzuszku obiad wchłonięty tuż po wyjściu z pracy.
Impreza zapowiadała się ciekawie – pierwotnie start i baza były awizowane „pod chmurką”, ale na kilka godzin przed startem pojawiło się info na faceboobku, że baza będzie…w domu zakonnym Sióstr Niepokalanek. Już z daleka przed kościołem było widać lampion XXL. Słowem  „full wypas”.
Takie lampiony powinny być wszędzie zamiast tych standardowyh 30cm x 30cm

Startowałem we wczesnej minucie startowej. Jeszcze za dnia. Trasa „nienormalna” miała mieć coś koło 5,5km. Teren niby znany – był tu kiedyś Puchar Bielan, ze sławnym wielokilometrowym przebiegiem pomiędzy dwoma PK przez całą mapę formatu A3 (1:10000).
Wybiła godzina i wystartowałem. Pierwszy punkt ze ścieżki. Na drugi PK – na azymut – niestety po wertepach i z ciągle kontuzjowaną kostką od razu wyszło wolniej. Dobiegłszy do ścieżki, mając przed sobą dość gęsto zarośniętą górkę postanowiłem okrążyć ją lepszymi drogami. I pierwszy błąd nawigacyjny – szukałem górki zamiast obniżenia. Tak to jest gdy ślepemu da się mapę!
Na PK 3 także jakimś łukiem wyszło – stanowczo miałem znoszenie w prawo!
PK 4 daleko. Ale jest jakaś droga zbliżona do optimum. Lecę. I znowu wychodzi ślepota - drogą okazał się rów (aktualnie bez wody, ale na mapie wyraźnie niebieski). Pewno szybciej było pobiec szerokimi i równymi drogami lekko naokoło! Do PK 5 i PK 6 świadomie pobiegłem na azymut – a co – las wydawał się nawet przebieżny! Na siódemkę to nie dawało się inaczej niż na azymut – znowu mnie zniosło w prawo!
PK 8 daleko. Zaczyna się ściemniać. Co się dało na azymut, ale dalej ciemno, gęsto i pod górę. Wybieram ścieżkę. Powinna mnie doprowadzić blisko punktu, na koniec odbić w lewo i jestem na miejscu. Biegnę sobie ścieżką i widzę, że z prawej wybiegają ludzie z mojej i nie mojej kategorii. Myślę sobie – skąd oni się tam wzięli? To bardzo mało optymalna trasa! Biegnę już wystarczająco, lampion powinien być po lewej. Ktoś biegnie w lewo pod górę – lecę za nim. Za szczytem jest lampion – podbijam. I jestem zadowolony, bo wyprzedzam Przemka, który wyprzedził mnie przy PK 2.
 Zaraz na wschodzie powinna być ścieżka i za dwa centymetry po prawej powinna być dziewiątka. Lecę, dobiegam do tych 2 cm i trafiam na główną drogę „obwodnicę” i polanę z wiatami. Co jest!!! Dla wyjaśnienia – W Lasku Młocińskim jest pętla („hipodrom”) przypominająca kształtem bieżnię na stadionie. Porządna szeroka droga, co chwila ławeczki i inne atrakcje. Tylko dystans znacznie dłuższy niż 400m.
Zatrzymałem się i analizuję – nie jest możliwe bym z PK 8 dobiegł tu w takim czasie. Co ja podbiłam??? Numer na lampionie wydawał się słuszny… ale kto pamięta co podbił? Może mi się pomyliły kody? Trzeba wracać. Już jest ciemnawo, trzeba zapalić latarkę. Do tego telefon (co za idiota bierze telefon na zawody) od dziecka – czy je przywiozę z łyżew. Jak mam przywieźć jak jestem zagubiony w  środku Lasku Młocińskiego? Rozproszyłem się i chwilę szukałem właściwego PK. Bo oczywiście podbiłem ostatnio PK 10, a nie PK 9. Znajduję PK 10 i mozolnie szukam PK 9. Teraz wiem skąd wybiegali Ci, których posądzałem o nieoptymalny przebieg. Patrząc w domu na ślad okazało się, że przeoczyłem właściwą ścieżkę, która powinna odbić w prawo i stąd całe to zamieszanie.
Trzeba przestawić się na bieganie nocne. Wyraźnie zwalniam, bo jednak kostka po Wiosennym 360 nie jest w pełni sprawna, a w nocy to łatwo wpaść w jakąś dziurę i dorobić się poważniejszej kontuzji.
Do PK 11 biegnę z młodym Paprochem. 12 i 13 to banał przy głównych drogach. Na PK 14 wybieram azymut, zamiast biec drogą tuż obok. Znowu znosi mnie w prawo, muszę wracać kawałek. Na PK 15 zostaje tylko azymut. Teren mało przebieżny. Do znalezienia niewielka polanka w gąszczu za ścieżką. Wpadam w krzaki wraz z Andrzejem Krochmalem. Szukamy, szukamy i nic. Jak tu wypatrzyć polankę w gęstwinie w  środku nocy? Ogólnie szukają lampionu spore tłumy. Jako że znosiło mnie do tej pory w prawo – szukam polanki bardziej na lewo. Nie ma. Zrezygnowany lecę do przepustu i znajduję  wreszcie lampion. Do PK 16 bezpiecznie ścieżkami, a przy PK 17 znowu mnie znosi na prawo. Czemu nie zniosło mnie tak przy PK 15??? Dobieg do mety i zakończone. Wyszło mi 8 km, czyli zaliczyłem trasę za siebie i prawie całą za Renatę. Skoro się płaci…
Chyba muszę wymienić kompas – ostatnio coraz więcej mam takich wpadek azymutowych. Kiedyś trafiałem bez problemu w lampion biegnąc tylko na wskazanie igły magnetycznej, a teraz  mam zbyt duże odchyłki. Coś czytałem, że biegun magnetyczny przyspieszył swoją wędrówkę… może to przyczyna?


środa, 27 grudnia 2017

ChoInO

Po piątkowym BPK-u można by pomyśleć, że w sobotę to już skupię się na przygotowaniach do Świąt, ale gdzie tam. Na sobotę zaplanowane było ChoInO, na które obiecałam upiec pierniczki, a po ChoInO rodzinna impreza urodzinowa Tomka. Nie było innego wyjścia tylko wziąć w przeddzień urlop żeby się z tym wszystkim wyrobić.
Wyjątkowo w drodze do bazy zawodów nie zgubiłam się, ale to tylko dzięki temu, że Tomek dowiózł mnie na sam próg:-) Zgodnie z ChoInO-wą tradycją, przed wyjściem na trasę podzieliliśmy się opłatkiem i złożyli sobie życzenia, a potem szybciutko ustawiłam się w kolejce do map, żeby jak najwcześniej ruszyć. Tomkowi to tak zależało na czasie, że nawet nie pozwolił mi dokładnie przyjrzeć się mapie, tylko od razu pomaszerował na najbliższy punkt. Ponieważ jednak niedawno posiadłam zalążki umiejętności jednoczesnego patrzenia w mapę i chodzenia, więc idąc dopasowałam parę wycinków, ale Tomek nawet nie przyglądając się im dokładniej stwierdził, że to nie tak. Taki ma odruch, bo potem okazało się, że dobrze złożyłam, ale już byłam zbita z pantałyku i przestałam śledzić gdzie idziemy.
No dobra, na trzecim wycinku nie wytrzymałam i znowu zaczęłam patrzeć w mapę, bo teren zaczął robić się z lekka rozrywkowy i ciekawiło mnie co będzie dalej. Bo wiecie, robiło się coraz bardziej błotniście, mokro, grząsko i bagniście. Ale o dziwo, nawet niespecjalnie zdążyliśmy się zmoczyć i atrakcje się skończyły. Za mokrym dogoniliśmy Maćka, który cały czas szedł przed nami i obejrzeliśmy sobie jego mapę TU. Jakoś tak nam się nasza wydała dużo łatwiejsza. Jeszcze wspólnie przeprawiliśmy się przez strumyk po bardzo prowizorycznym mostku i każde poszło szukać swoich punktów, aczkolwiek jeszcze długo mieliśmy Maćka w zasięgu wzroku i słuchu. Ponieważ ta nasza mapa rzeczywiście była łatwa, więc szybko zebraliśmy co było do zebrania, czasami tylko dziwiąc się metodyce umiejscawiania lampionów.
Na mecie chwilę czekaliśmy na termos i zegar startowy potrzebne na następny dzień na UrodzInO i moglibyśmy tak pewnie czekać dość długo, ale wymyśliliśmy, że jeden z dwóch zegarów w zasadzie możemy wziąć bez szkody dla wyników ChoInO, a o dostarczenie nam na nasz start termosu z herbatą poprosiliśmy Chrumkającą Ciemność.
A ChoInO, podobnie jak kilka innych zespołów, przeszliśmy bezbłędnie i wspólnie z nimi zajęliśmy pierwsze miejsce:-)