Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skorpion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skorpion. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 23 lutego 2020
niedziela, 25 lutego 2018
Skorpion z grypą cz. 2
Niestety, grypa ma w sobie to, że całkowicie wysysa moce twórcze. Do tego stopnia, że zostaje mi dokończenie relacji;-(
Najpierw chciałbym sprostować wszelakie pomówienia i niedomówienia:
Na PK 12 poszliśmy wariantem „prawie autorskim”, bo ile można deptać po InoStradzie? Przed nami, na właściwym azymucie widać było jakiś samotny ślad. Ja się nie dziwię, bo pod górkę było „prawie na czworaka”, ale odkąd Renata ma nowe buty nie może narzekać, że gdzieś się nie da podejść – buty chwytają się wszystkiego (poza lodem) jakby były fabrycznie smarowane kropelką:-). Tak więc wleźliśmy pod stromą górę i zaczęliśmy schodzić uroczym, nie deptanym przez nikogo jarem. Było tak pięknie, że zostało nam tylko cykać fotki niczym japońscy turyści.
Wracając do grypy – ja na trasę wyruszyłem już z objawami – świszczący oddech, boląca głowa (nie znalazłem w domu termometru by sprawdzić, czy jest temperatura, ale wszystko wskazywało, że jakaś tam jest). Po cichu łykałem paracetamol i udawałem, że wszystko jest ok.
Po PK 12 poszliśmy drogą „prosto” na PK 5. Prosto, bo droga w pewnym momencie zanikła (tzn. została założona jakimiś powalonymi drzewami). Kawałek drogi przeszliśmy „na celowniku” myśliwych. Ostatnio czytałem artykuł jak to poszli dwaj myśliwi na polowanie, a wrócił tylko jeden…. Jakoś tak przyspieszałem mimowolnie kroku widząc za sobą człowieka ze strzelbą;-)
Po PK 5 idziemy na PK 6. Grzbiet, droga w lewo. Coś mało wydeptana, ale są ślady naszych. Do pewnego momentu, potem śladów coraz mniej. Jakiś jeden z lekka zasypany odbija na północ. Kierunek dobry – idziemy. Przed nami jar. Z mapy nie wynika by tu miał być jakiś jar! Coś nas najwyraźniej zniosło. Brniemy dalej. Jakaś InoStrada, na początku ma w miarę dobry kierunek, ale skręca nie tu gdzie trzeba. Zataczamy wielkie koło i… widzimy przed sobą człowieka (niebieskiego) którego przegoniliśmy na PK 5. Teren zaczyna mi pasować do mapy. Renacie nie pasuje. Jednak idziemy „po mojemu” i za chwilę trafiamy na jar – jesteśmy w domu - to musi być jar z punktem! I odnajduje się niebieski. Idziemy dalej tym razem już po wyraźnych śladach poprzedników. PK7 i PK 8 bez historii, InoStradą.
Przed nami dłuuugi przelot do PK 9. Tak w połowie dostajemy smsa od Stowarzyszonej ekipy, że właśnie zaliczyli PK 8. Wcześniej wyprzedzaliśmy ich ponad 1 PK, a ta wredna szóstka spowodowała, że prawie nas doganiają! Próbujemy podbiegać, ale nierówny i śliski teren nie sprzyja. Skracamy ile się da. Przy PK 10 chyba jest z nami niedobrze, bo widzimy… różowego psa. Tzn. psa w różowym kubraczku. Ponoć takie widoki to bywają na setkach, a nie na 30-tym kilometrze pięćdzisiątki! Przy ognisku spotykamy…. Huberta. O dziwo „po cywilnemu”, a już liczyłem, że biega w kółko poszukując bezskutecznie lampionu;-)
Do PK 11 InoStrada. Tak już jest w drugiej połowie etapu. Wybieramy wariant „granicą lasu”. Dochodzimy do skrętu w lewo. Patrzę na mapę – do punktu powinno być 500m. Liczę kroki. 300, 400, 500, 700 m. Coś nie tak. Jakieś pojedyncze ślady schodzą w dół. My także. Cofamy się szukając jaru. Nie ma! Dochodzimy do miejsca gdzie jednoznacznie się identyfikujemy –PK powinien być jednak dalej! Coś kłamie ta mapa! Wracamy po śladach i wkrótce widzimy Stowarzyszony tramwaj podbijający PK 11. Wyprzedzili nas niedobrzy, gdy błąkaliśmy się po zboczu! Podbijamy PK i ruszamy za nimi. Tu odzywa się żyłka sportowej rywalizacji - tramwaj rusza niczym Pendolino! Wybieramy nasz własny wariant i niedługo doczepiamy się jako ostatni zdyszany wagonik do Pendolino. No tak – my tak szybko nie chodzimy, a ostatnio coś nie podbiegaliśmy! Nic dziwnego, że nas dogonili!
PK 13 – bardzo fajnie ukryty, wymaga pokonania stromej ściany, ale tramwaj potrafi wszystko! Dalej do PK 16. Ja mierzę czas na zegarku. Wchodzimy w jar, liczymy odległości i odnogi. Mamy rozwidlenie, tu powinien być lampion, ale nie ma! Komuś wychodzi, że ciut za blisko, o jakieś 500m. Idziemy dalej. Jest lampion, ale zakręt wąwozu jakoś tak niezbyt wyraźny. Idziemy kawałek dalej, ale wygląda jakby jar się kończył. Nie ma sensu czesać, bierzemy co jest i wracamy do zauważonej wcześniej wygodnej drogi w kierunku PK 17. Zaczyna się ściemniać, czas wyciągnąć latarki. Wychodzimy do Ponikiew i wiemy, że na PK 16 to musiał być stowarzysz. Idziemy i idziemy, droga się dłuży. W okolicach PK 17 w lesie widać czołóweczki. Skracamy po śladach i wkrótce PK jest nasz. Dalej w dół. Niby marszem, ale tempem niezłego truchtu. Do PK 18 odmierzamy się dokładnie i lampion jest, gdzie być powinien. Wcześniej tradycyjna fotka na 44 km (mój krokomierz pokazywał więcej, ale on kłamie z zasady!)
Na metę dalej InoStradą. Na przełaj przez zamarznięte pola. Dochodzimy do krzaków i jaru. Chwila zastanowienia i wpadamy w jar. Nie wiem czy to był najlepszy wybór, bo jar szedł trochę naokoło, prawie koło PK1! Nasze Pendolino całkiem sprawnie sunęło tym jarem. A na asfalcie włączyło 5-ty bieg. Myślałem, że do mety dojdziemy wszyscy zgodnie, ale lokomotywa zaczęła przyspieszać. Zostało nam biec za nią. Ostatni chrumkający wagonik niestety nieprzyzwyczajony do prędkości kosmicznych odpadł, a szkoda;-(
Potem okazało się, że ten bieg to słuszna decyzja – mixy wygraliśmy różnicą…. 3 minut!
Najpierw chciałbym sprostować wszelakie pomówienia i niedomówienia:
Na PK 12 poszliśmy wariantem „prawie autorskim”, bo ile można deptać po InoStradzie? Przed nami, na właściwym azymucie widać było jakiś samotny ślad. Ja się nie dziwię, bo pod górkę było „prawie na czworaka”, ale odkąd Renata ma nowe buty nie może narzekać, że gdzieś się nie da podejść – buty chwytają się wszystkiego (poza lodem) jakby były fabrycznie smarowane kropelką:-). Tak więc wleźliśmy pod stromą górę i zaczęliśmy schodzić uroczym, nie deptanym przez nikogo jarem. Było tak pięknie, że zostało nam tylko cykać fotki niczym japońscy turyści.
![]() |
| Cyk, cyk cyk niczym japońscy turyśli |
Wracając do grypy – ja na trasę wyruszyłem już z objawami – świszczący oddech, boląca głowa (nie znalazłem w domu termometru by sprawdzić, czy jest temperatura, ale wszystko wskazywało, że jakaś tam jest). Po cichu łykałem paracetamol i udawałem, że wszystko jest ok.
Po PK 12 poszliśmy drogą „prosto” na PK 5. Prosto, bo droga w pewnym momencie zanikła (tzn. została założona jakimiś powalonymi drzewami). Kawałek drogi przeszliśmy „na celowniku” myśliwych. Ostatnio czytałem artykuł jak to poszli dwaj myśliwi na polowanie, a wrócił tylko jeden…. Jakoś tak przyspieszałem mimowolnie kroku widząc za sobą człowieka ze strzelbą;-)
Po PK 5 idziemy na PK 6. Grzbiet, droga w lewo. Coś mało wydeptana, ale są ślady naszych. Do pewnego momentu, potem śladów coraz mniej. Jakiś jeden z lekka zasypany odbija na północ. Kierunek dobry – idziemy. Przed nami jar. Z mapy nie wynika by tu miał być jakiś jar! Coś nas najwyraźniej zniosło. Brniemy dalej. Jakaś InoStrada, na początku ma w miarę dobry kierunek, ale skręca nie tu gdzie trzeba. Zataczamy wielkie koło i… widzimy przed sobą człowieka (niebieskiego) którego przegoniliśmy na PK 5. Teren zaczyna mi pasować do mapy. Renacie nie pasuje. Jednak idziemy „po mojemu” i za chwilę trafiamy na jar – jesteśmy w domu - to musi być jar z punktem! I odnajduje się niebieski. Idziemy dalej tym razem już po wyraźnych śladach poprzedników. PK7 i PK 8 bez historii, InoStradą.
Przed nami dłuuugi przelot do PK 9. Tak w połowie dostajemy smsa od Stowarzyszonej ekipy, że właśnie zaliczyli PK 8. Wcześniej wyprzedzaliśmy ich ponad 1 PK, a ta wredna szóstka spowodowała, że prawie nas doganiają! Próbujemy podbiegać, ale nierówny i śliski teren nie sprzyja. Skracamy ile się da. Przy PK 10 chyba jest z nami niedobrze, bo widzimy… różowego psa. Tzn. psa w różowym kubraczku. Ponoć takie widoki to bywają na setkach, a nie na 30-tym kilometrze pięćdzisiątki! Przy ognisku spotykamy…. Huberta. O dziwo „po cywilnemu”, a już liczyłem, że biega w kółko poszukując bezskutecznie lampionu;-)
![]() |
| PK 10 - fot Hubert |
![]() |
| PK 10 fot Hubert |
PK 13 – bardzo fajnie ukryty, wymaga pokonania stromej ściany, ale tramwaj potrafi wszystko! Dalej do PK 16. Ja mierzę czas na zegarku. Wchodzimy w jar, liczymy odległości i odnogi. Mamy rozwidlenie, tu powinien być lampion, ale nie ma! Komuś wychodzi, że ciut za blisko, o jakieś 500m. Idziemy dalej. Jest lampion, ale zakręt wąwozu jakoś tak niezbyt wyraźny. Idziemy kawałek dalej, ale wygląda jakby jar się kończył. Nie ma sensu czesać, bierzemy co jest i wracamy do zauważonej wcześniej wygodnej drogi w kierunku PK 17. Zaczyna się ściemniać, czas wyciągnąć latarki. Wychodzimy do Ponikiew i wiemy, że na PK 16 to musiał być stowarzysz. Idziemy i idziemy, droga się dłuży. W okolicach PK 17 w lesie widać czołóweczki. Skracamy po śladach i wkrótce PK jest nasz. Dalej w dół. Niby marszem, ale tempem niezłego truchtu. Do PK 18 odmierzamy się dokładnie i lampion jest, gdzie być powinien. Wcześniej tradycyjna fotka na 44 km (mój krokomierz pokazywał więcej, ale on kłamie z zasady!)
Na metę dalej InoStradą. Na przełaj przez zamarznięte pola. Dochodzimy do krzaków i jaru. Chwila zastanowienia i wpadamy w jar. Nie wiem czy to był najlepszy wybór, bo jar szedł trochę naokoło, prawie koło PK1! Nasze Pendolino całkiem sprawnie sunęło tym jarem. A na asfalcie włączyło 5-ty bieg. Myślałem, że do mety dojdziemy wszyscy zgodnie, ale lokomotywa zaczęła przyspieszać. Zostało nam biec za nią. Ostatni chrumkający wagonik niestety nieprzyzwyczajony do prędkości kosmicznych odpadł, a szkoda;-(
Potem okazało się, że ten bieg to słuszna decyzja – mixy wygraliśmy różnicą…. 3 minut!
środa, 21 lutego 2018
Skorpion 2018 (cz.1)
Przed Skorpionem Tomek ostrzegał mnie od dawna, że trudny teren, że chodzenie góra-dół i w ogóle na pewno nie dam rady. No to nie było innego wyjścia jak wziąć się ostro za formę i dorzucić coś do zwykłego treningu. Padło na siłownię. Po drugim pobycie miałam wrażenie, że nie tylko na Skorpiona, ale i z domu nie będę w stanie się ruszyć, bo niektóre mięśnie napędowe odmówiły współpracy. No, ja im się nie dziwię. Jak by mnie ktoś tak potraktował, to też bym się zbuntowała. Na szczęście czasu do zawodów było jeszcze dużo, więc jakoś się dogadałam z własnym ciałem.
W piątek wieczorem we trójkę (my i Krzysztof) zameldowaliśmy się w bazie zawodów w Batorzu, gdzie urzędowali już Ewa i Andrzej, a Przemek od godziny pomykał po lesie. Później dojechała Chrumkająca Ciemność z Barbarą, ale rozlokowali się w pobliskiej szkole, więc ekipa nieco nam się rozproszyła. Co prawda czasu na jakieś imprezowanie i tak za bardzo nie było, ale wiadomo - w kupie raźniej.
Start naszej trasy przewidziany był na ósmą rano, więc o barbarzyńskiej siódmej usiłowałam wtłoczyć w siebie śniadanie, żeby nie lecieć z pustym żołądkiem. Po siódmej organizatorzy zrobili odprawę, potem - już przed budynkiem - rozdali mapy i ruszyliśmy. Opis punktów zrobił na mnie wielkie wrażenie - jakież urozmaicenie miejsc! A to rozgałęzienie wąwozu na górze, a to dla odmiany rozgałęzienie na dole, a gdyby się znudziło to mieliśmy jeszcze początek wąwozu na górze. I tak osiemnaście razy! :-) Tylko start i meta dziwnym trafem nie były w wąwozie:-(
Jak większość uczestników postanowiliśmy zacząć od jedynki, więc pobiegliśmy za tłumem. Na szczęście organizatorzy przewidzieli ten manewr i powiesili kilka lampionów z kredkami, żeby nie tworzyły się kolejki. W drodze na dwójkę spotkaliśmy idących z całkiem abstrakcyjnego kierunku Ewę, Barbarę i Sławka. Chyba poszli wariantem autorskim, a nie za wszystkimi i trochę ich zniosło z trasy. Dwójkę znaleźliśmy bez problemu, a potem okazało się, że mamy inne koncepcje na dalszą część trasy. Ja chciałam na trójkę, Tomek na piętnastkę. Ponieważ ja jestem człowiek spolegliwy i nie zależy mi na tym żeby postawić na swoim, więc ruszyliśmy na piętnastkę. Po kilkunastu krokach Tomkowi jednak zmieniła się wizja i odbiliśmy na trójkę.
Z trójki poszliśmy już na tę tomkową piętnastkę, a że spora część trasy wiodła skrajem lasu, więc mogłam podziwiać sobie okoliczności przyrody, a nie tylko kolejne drzewa w lesie. Pogoda, muszę przyznać, udała nam się świetna - nie za zimno, nie za ciepło i przez sporą część dnia piękne słonko.
Przy czternastce, która nastąpiła po piętnastce, nastąpił moment konsternacji, bo był skraj lasu, droga, wąwóz biegnący we właściwym kierunku i tylko lampionu nie było. Oprócz nas jeszcze kilka ekip przeczesywało teren, ale wszyscy z jednakowym skutkiem - lampionu nadal nie było. Niektórzy decydowali się brać stojącego jakieś sto metrów dalej stowarzysza, my postanowiliśmy wbić BPK-a. Ostatecznie jakiś porządek na tym świecie musi być.
Po czternastce zaliczyliśmy czwórkę z jej rozgałęzieniem wąwozu na dole.
Po czwórce ja chciałam iść bezpośrednio na piątkę, ale Tomek uparł się, żeby na dwunastkę. Poszliśmy na tę dwunastkę, mimo że średnio uśmiechało mi się takie zygzakowanie, szczególnie, że nie byliśmy jeszcze nawet w połowie trasy, a ja już czułam zmęczenie. Nawet nie to, żeby wysiadały mi nogi, czego najbardziej się obawiałam, ale tak ogólnie czułam w sobie niemoc. Dopiero pytanie Tomka, czy coś jem po drodze, uświadomiło mi, że faktycznie zapomniałam o dostarczaniu paliwa. Ale jedzenie przy wysiłku słabo wchodzi. Po łyknięciu batonika doznałam takiej iluminacji, że odratowałam nas od nadłożenia drogi i pójścia na manowce w drodze na piątkę, bo Tomek nie dowierzał, że jesteśmy tam gdzie mówię i nawet szukał potwierdzenia swojej racji u napotkanych myśliwych. No jasne, że wyszło na moje:-) Przynajmniej raz:-)
W piątek wieczorem we trójkę (my i Krzysztof) zameldowaliśmy się w bazie zawodów w Batorzu, gdzie urzędowali już Ewa i Andrzej, a Przemek od godziny pomykał po lesie. Później dojechała Chrumkająca Ciemność z Barbarą, ale rozlokowali się w pobliskiej szkole, więc ekipa nieco nam się rozproszyła. Co prawda czasu na jakieś imprezowanie i tak za bardzo nie było, ale wiadomo - w kupie raźniej.
Czekamy na odprawę.
Jak większość uczestników postanowiliśmy zacząć od jedynki, więc pobiegliśmy za tłumem. Na szczęście organizatorzy przewidzieli ten manewr i powiesili kilka lampionów z kredkami, żeby nie tworzyły się kolejki. W drodze na dwójkę spotkaliśmy idących z całkiem abstrakcyjnego kierunku Ewę, Barbarę i Sławka. Chyba poszli wariantem autorskim, a nie za wszystkimi i trochę ich zniosło z trasy. Dwójkę znaleźliśmy bez problemu, a potem okazało się, że mamy inne koncepcje na dalszą część trasy. Ja chciałam na trójkę, Tomek na piętnastkę. Ponieważ ja jestem człowiek spolegliwy i nie zależy mi na tym żeby postawić na swoim, więc ruszyliśmy na piętnastkę. Po kilkunastu krokach Tomkowi jednak zmieniła się wizja i odbiliśmy na trójkę.
Jak widać, poruszamy się po inostradzie.
Przy czternastce, która nastąpiła po piętnastce, nastąpił moment konsternacji, bo był skraj lasu, droga, wąwóz biegnący we właściwym kierunku i tylko lampionu nie było. Oprócz nas jeszcze kilka ekip przeczesywało teren, ale wszyscy z jednakowym skutkiem - lampionu nadal nie było. Niektórzy decydowali się brać stojącego jakieś sto metrów dalej stowarzysza, my postanowiliśmy wbić BPK-a. Ostatecznie jakiś porządek na tym świecie musi być.
Po czternastce zaliczyliśmy czwórkę z jej rozgałęzieniem wąwozu na dole.
Idziemy do PK 4.
Po czwórce ja chciałam iść bezpośrednio na piątkę, ale Tomek uparł się, żeby na dwunastkę. Poszliśmy na tę dwunastkę, mimo że średnio uśmiechało mi się takie zygzakowanie, szczególnie, że nie byliśmy jeszcze nawet w połowie trasy, a ja już czułam zmęczenie. Nawet nie to, żeby wysiadały mi nogi, czego najbardziej się obawiałam, ale tak ogólnie czułam w sobie niemoc. Dopiero pytanie Tomka, czy coś jem po drodze, uświadomiło mi, że faktycznie zapomniałam o dostarczaniu paliwa. Ale jedzenie przy wysiłku słabo wchodzi. Po łyknięciu batonika doznałam takiej iluminacji, że odratowałam nas od nadłożenia drogi i pójścia na manowce w drodze na piątkę, bo Tomek nie dowierzał, że jesteśmy tam gdzie mówię i nawet szukał potwierdzenia swojej racji u napotkanych myśliwych. No jasne, że wyszło na moje:-) Przynajmniej raz:-)
Na PK 5 było tłoczno.
C. D. N. jak grypa pozwoli....
niedziela, 19 lutego 2017
Lemingi wiedzą lepiej
Kolejna 50-tka powoli ciułana do pierwszego „pół litra”- Skorpion 2017 w Szczebrzeszynie. Na imprezę jak zwykle namawiała Pani Prezes. Co w Skorpionie ciekawego? Stowarzysze! Od razu wiadomo, że Stowarzyszy nie może na czymś takim zabraknąć. Dopiero później coś powiedziała, że to taka prawie górska i wyczerpująca fizycznie 50-tka. Potem uraczyła opowieściami o zeszłorocznej edycji na której była, chodziła 16 godzin czy jakoś tak, po jakimś strasznym błocku i jarach. Ale cóż, klamka zapadła i nie honor teraz się wycofać. Zresztą ostatnio więcej człowiek się rusza, Stowarzyszone Treningi na ZPK-ach i te sprawy.
Udało się do Szczebrzeszyna wyruszyć w piątek przed południem. Wiadomo, impreza „sportowa” to tylko 1 punkcik do OInO, więc jak nic trzeba zaliczyć TRInO. A że jednego się nie opłaca, to co najmniej kilka. Na pierwszy ogień poszedł Nałęczów i dwie trasy. Standardowo robiliśmy za testerów. Nałęczów okazał się pewnym przedsmakiem czekającego nas Skorpiona. Jeden z PK umieszczony był na całkiem pokaźnej i stromej Górze Poniatowskiego. Oblodzone i zasypane śniegiem wejście przy naszym obuwiu raczej „miastowym” pozwoliło trenować wchodzenie na czworaka i zjeżdżanie z góry na 4 literach.
Po Nałęczowie był Zamość, krótki i przyjemny, a na deser TRInO w samym Szczebrzeszynie. Ale to po zakwaterowaniu w bazie, połączony z obiadokolacją (trzeba było odzyskać stracone kalorie, bo te TRInA to prawie 20 km wyszło) na mieście i dopingowaniem znajomych startujących o 20:00 w piątek spod ratusza na rynku na trasę 100 km. Gdy biegacze wystartowali i umknęli z rynku, poszliśmy jeszcze zebrać PK na kirkucie. Za nami podążała jakaś samotna czołóweczka. Po chwili jeden z biegaczy na setkę zaczepił nas i zaczął zadawać trudne pytania: „Czy ta czerwona linia to czerwony szlak rowerowy?” – trochę nas zaskoczyło, bo czy droga główna/krajowa to szlak rowerowy? Na upartego rowerem da się przejechać… Udało nam się zagubionego biegacza wykierować w kierunku gdzie pobiegła większość, ale szło to opornie. Jeszcze długą chwilę widzieliśmy go oglądającego mapę przy ulicznej latarni. Takie opanowanie mapy raczej nie wróżyło dobrze na skuteczność nawigowania po nocy….
Dobra, czas do bazy i lulu. Doczekaliśmy w śpiworach przyjazdu jeszcze jednej naszej klubowej ekipy na 20km w kategorii mix, zaraz zgaszono światło i można było spokojnie zasnąć.
Jak zwykle nad ranem na sali rozdzwoniły się alarmy komórek i rozpoczął się poranny ruch. Uczestników zapisanych była cała masa i jeden „firmowy” czajnik na wrzątek. Zerwałem się pierwszy i zająłem miejsce w kolejce po wrzątek. Wkrótce odprawa, na której potwierdzono zapisy z regulaminu, że punktem kontrolnym jest lampion (ulokowany gdzieś na 3 ha wokół miejsca wskazanego na mapie), a nie jak być powinno miejsce charakterystyczne zaznaczone na mapie. Nic, trzeba dać radę. Przed wyjściem obudziliśmy nasz 20-stkowy MIX (odprawa i ogólny harmider nie przerwał im snu) i poszliśmy na rynek. Przed startem zaliczyliśmy zamknięte w piątek punkty TRInO i ustawiliśmy się w kolejce po mapy.
18 PK. Wszystkie „początek wąwozu – na górze” albo „rozgałęzienie wąwozów – na dole”. W jednym tylko dodano słowo „wiata”, ale rozgałęzienie wąwozów zostało;-)
Wystrzał i ruszyliśmy. Pod górę. Pod górę z zasady nie biegamy, więc wszyscy nas wyprzedzali. Potem troszkę po równym podbiegliśmy, ale biegło się ciężko z powodu „sorbetu” na drodze i ogólnej śliskości. Zresztą konkurencja (nawet ta maszerująca) także biegła, więc przy PK 1 dopędziliśmy spory tłumek wyrywający sobie z ręki kredkę do wpisywania kodu na karcie. Dobrze, że kredek było kilka! Na wszelki wypadek sprawdziliśmy czy to nie jest PK stowarzyszony, ale nigdzie stowarzysza nie widzieliśmy. Wiadomo, pierwszy PK na zachętę. Przy drodze do PK 9 tłum zaczął się rozrzedzać. Cześć poszła (no, nawet niektórzy usiłowali biec) górą, część dołem. Ogólnie zaczęliśmy chodzić po śladach wydeptanych przez tych bardziej ambitnych zawodników. Zostało podejmować decyzję, gdy ślady się rozgałęziały, którym wariantem iść dalej. Przy PK 2 spotkaliśmy jednego z „naszych” - Roberta (biegacza). Nie wyprzedzał nas jakoś znacząco, choć powinien! Tu już mieliśmy pewność, że wyniki najlepszych biegaczy nie będą odbiegały znacząco od naszych „wychodzonych” czasów!
Gdzieś koło nas przewijała się para, z którą o kilkanaście minut przegraliśmy na Rajdzie 4 Żywiołów – podeszliśmy do tego ambicjonalnie i przyspieszyliśmy kroku, by ich wyprzedzić.
Kilka następnych PK szło całkiem dobrze – średnia ok 30 min/punkt. Rokowało to jakiś rewelacyjny czas na mecie! Ale niestety, im dłużej się łazi, tym wolniej człowiek się przemieszcza. Szczególnie po nocy. Przy PK 4 po raz pierwszy spotkaliśmy Przemka. Robił już drugą pętelkę, czyli co najmniej 15 godzin na trasie. Jakoś się trzymał.
Przy PK 6 stała tablica ze szlakami w okolicy. Okazało się, że szlaki wskazują kilka przejść niezaznaczonych na mapie, które mogą ułatwić dojście do kilku PK. Zapamiętaliśmy na wszelki wypadek (tzn. zapamiętała Barbara, bo moja pamięć… jest dobra, ale zbyt krótka). Tu spotkaliśmy także grupkę przebijającą się jarem od dołu – wyglądali na całkiem dobrze umęczonych!
PK 6 był jednym z 2 miejsc kluczowych. Nie wiadomo było gdzie potem iść, który wariant lepszy, bo i tak każdy zły. Jary, góra-dół, sorbet, krzaki… Co chwila w zasięgu wzroku jakaś konkurencja, co chwila wydeptane w śniegu ścieżki w różnych kierunkach. Przemka znowu spotykamy koło 11-stki – wygląda całkiem dobrze.
Okazało się, że im dalej tym ciężej osiągalne lampiony. Od lampionu przy PK 11 musiałem wdrapywać się na czworaka (i tak kilka razy mnie cofnęło). Przy PK 12 ognisko i można było zmienić przemoczone skarpetki na nowe - suchutkie (nie na długo suchutkie, ale zawsze). Z radości posiadania suchych skarpet na nogach wyznaczyliśmy dziewiczą trasę „dołem” do PK 13. Przed nami na drodze było widać tylko w miarę świeże ślady wilków (lub innych psowatych). Przy PK 13 zaczęliśmy spotykać zawodników idących w odwrotnym kierunki. To całkiem fajne, bo teraz ścieżki z tropami „przeciwnymi” powinny jednoznacznie i bez kluczenia prowadzić na punkt. I rzeczywiście, ścieżki coraz lepiej wydeptane. Zupełnie jakby przeszło stado lemingów. A wiadomo lemingi wiedzą dokąd idą. Tak myśleliśmy, więc poszliśmy za nimi. Okazało się, że lemingi postanowiły zwiedzić każdy jar w pobliżu. Zamiast iść prosto na skróty, krążyły po wąwozach i krzakach. Wreszcie się wkurzyliśmy i poszliśmy „naszą wersją” trasy. Chyba mniej mecząco do przejścia. Przy właściwym wąwozie, okazało się, że organizator na tyle ukrył lampion, że przeczesywanie tych 3 ha lasu trochę trwało. W okolicy buszowały także inne ekipy. Wreszcie znalazłem lampion i umknęliśmy przed konkurencją, a mgła snująca się po terenie szybko nas ukryła.
Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami PK 18 to ostatni zrobiony „w pełni za dnia”. Teraz nawrót i niby w prostej linii 4 ostatnie punkty. Miało być miło i przyjemnie (i oczywiście szybko, bo nawet w pobliżu asfalt). My postanowiliśmy nawigować „bezpieczniejszym wariantem”, choć jakaś ekipa nas minęła i wbijała się na azymut w ciemny las. Nadrobiliśmy pewnie z 500 m, ale widzieliśmy gdzie jesteśmy. W pobliżu PK spotkaliśmy różnych takich krążących i szukających lampionu w zupełnie przeciwnych kierunkach – wiadomo noc i człowiek traci orientację;-) Tam gdzie się spodziewaliśmy znowu ścieżka lemingów (nie jakaś specjalnie szeroka, ale ślady dobrych profesjonalnych butów – znaczy zawodowcy ją robili). Niestety, jak to zawodowcy, wybrali zejście do jaru w jego najstromszym miejscu. Coś za coś, krótko ale trudno!
Na 14-stkę ścieżka była. Poszliśmy. Niestety, lemingi znowu próbowały czesać o kilkaset metrów za wcześnie, a my jak głupi za nimi (wrrr). Dalej znowu za lemingami. A tak na marginesie, to widział ktoś kiedyś leminga? Skąd one się wzięły na Roztoczu??? I to jakieś zdesperowane mocno bo wybrały drogę przez największe krzaki. Niby w dół, ale co kilkanaście metrów próg wysokości dobrze ponadmetrowej. Ile można skakać w dół? I wszystko w otoczeniu krzaków z taaakimi kolcami. Jeden z tych kolców usiłował spenetrować moje szare komórki i przebijając czapkę utknął w moim czole. Jak ja się w domu taki pokiereszowany pokażę???
Uff, koniec krzaków, ale jesteśmy wykończeni. A tu podeście na całkiem sporą górę, za którą powinna być 7-ka przedostatni punkt. Za nami błyskają światła konkurencji, która poszła na łatwiznę i wycofała się z penetracji krzaków obchodząc wszystko drogami. Ślad lemingów niewyraźny - przechodziły tędy jedna czy dwie osoby. Ale w dobrym kierunku. A za szczytem – autostrady. W każdym z możliwych kierunków! Kierując się kompasem, intuicją i szukając największego wydeptanego traktu (aby na 100% ustalić gdzie jesteśmy, trzeba by spenetrować teren na kilkaset metrów w prawo i lewo szukając wierzchołka) gdzieś schodzimy. Jest lampion i wąwóz. Kierunek się zgadza. Konkurencja chyba znajduje drugi lampion gdzieś bardziej na wschód. To oznacza, że nasz lepszy:-)!
Kolejne koszmarnie strome zejście (a właściwie zjazd) do wąwozu.. Dalej lepsza droga i w dół. Niestety, co dobre szybko się kończy. Na dole potop. Rozmoknięta breja, woda wlewa się górą do butów i nie ma jak tego obejść. Pierwotnie chcieliśmy iść do asfaltu i spokojnie z tamtej strony dotrzeć na ostatni PK. Ale znowu pomocą służą lemingi (pewnie nie lubią wody) i pojawia się skrót w kierunku właściwym. Na początku nie jest różowo (znaczy jest mokro, woda płynie strumyczkiem), ale jakoś się daje przejść. Na koniec wąwóz z pionowymi gliniastymi ścianami. Widać ślady ambitnych, co potrafili tam wleźć. My się nie podejmujemy i okrążamy. I oczywiście lemingi wydeptały super ścieżkę dokładnie na punkt. I żadnych stowarzyszy – jak to na punkcie startowym! Teraz do asfaltu i do mety. Drogę do asfaltu blokują nam drzwi jakieś stodoły – musimy okrążać. Na skraju Szczebrzeszyna mamy jeszcze brakujące dwa punkty TRInO. Zaliczamy je. I na metę! Biec nam się jakoś nie chce, zresztą żadnych mixów w zasięgu wzroku (tylko pojedyncza czołówka), więc duch rywalizacji zanika. Oddajemy kartę!
Niestety, musimy awaryjnie wracać zaraz do Warszawy. Zostaje zaliczenie jednego z trudniejszych zadań orientalistycznych – znaleźć jadłodajnię, gdzie dają smaczny obiad i spakować się.
W międzyczasie odwiedzamy salę setkowiczów. Przemek dochodzi do siebie – szedł coś tam koło 22 godzin. Ale obiecuje wpaść na wtorkowy trening na ZPK-ach. Dopytujemy się jeszcze o wyniki. Wiemy już wcześniej, że nasz mix dwudziestkowy wygrał swoją kategorię. Wiszą wyniki części męskiej TP 50, ale naszych mixów nie.
Okazuje się że mamy podium – przejście na czysto i drugie miejsce! Czekamy na wypisanie dyplomów, przyspieszoną dekorację, a w międzyczasie dociera na metę kolejny znajomy setkowicz – Mariusz P. Wygląda na lekko wykończonego. Dyplomacja, pucharacja fanfary i wracamy do domu. Jeszcze 250 km i można iść spać. Właściwie przy naszym przebiegu (250km + 50 km) to setkowicze mogą się schować!
W międzyczasie na metę wpada jeszcze jedna ekipa, którą spotykaliśmy kilka razy na trasie. Nominalnie całkiem dobra ekipa (powinni być daleko przed nami). Chwalą się przebiegiem – z pięćdziesiątki wyszła im jakaś 72-ka! Ci to mają przebicie i dobry przelicznik wpisowego na kilometr! My ze swoimi niecałymi 52 km możemy się schować;-(
Udało się do Szczebrzeszyna wyruszyć w piątek przed południem. Wiadomo, impreza „sportowa” to tylko 1 punkcik do OInO, więc jak nic trzeba zaliczyć TRInO. A że jednego się nie opłaca, to co najmniej kilka. Na pierwszy ogień poszedł Nałęczów i dwie trasy. Standardowo robiliśmy za testerów. Nałęczów okazał się pewnym przedsmakiem czekającego nas Skorpiona. Jeden z PK umieszczony był na całkiem pokaźnej i stromej Górze Poniatowskiego. Oblodzone i zasypane śniegiem wejście przy naszym obuwiu raczej „miastowym” pozwoliło trenować wchodzenie na czworaka i zjeżdżanie z góry na 4 literach.Dobra, czas do bazy i lulu. Doczekaliśmy w śpiworach przyjazdu jeszcze jednej naszej klubowej ekipy na 20km w kategorii mix, zaraz zgaszono światło i można było spokojnie zasnąć.
Jak zwykle nad ranem na sali rozdzwoniły się alarmy komórek i rozpoczął się poranny ruch. Uczestników zapisanych była cała masa i jeden „firmowy” czajnik na wrzątek. Zerwałem się pierwszy i zająłem miejsce w kolejce po wrzątek. Wkrótce odprawa, na której potwierdzono zapisy z regulaminu, że punktem kontrolnym jest lampion (ulokowany gdzieś na 3 ha wokół miejsca wskazanego na mapie), a nie jak być powinno miejsce charakterystyczne zaznaczone na mapie. Nic, trzeba dać radę. Przed wyjściem obudziliśmy nasz 20-stkowy MIX (odprawa i ogólny harmider nie przerwał im snu) i poszliśmy na rynek. Przed startem zaliczyliśmy zamknięte w piątek punkty TRInO i ustawiliśmy się w kolejce po mapy.
18 PK. Wszystkie „początek wąwozu – na górze” albo „rozgałęzienie wąwozów – na dole”. W jednym tylko dodano słowo „wiata”, ale rozgałęzienie wąwozów zostało;-)
Wystrzał i ruszyliśmy. Pod górę. Pod górę z zasady nie biegamy, więc wszyscy nas wyprzedzali. Potem troszkę po równym podbiegliśmy, ale biegło się ciężko z powodu „sorbetu” na drodze i ogólnej śliskości. Zresztą konkurencja (nawet ta maszerująca) także biegła, więc przy PK 1 dopędziliśmy spory tłumek wyrywający sobie z ręki kredkę do wpisywania kodu na karcie. Dobrze, że kredek było kilka! Na wszelki wypadek sprawdziliśmy czy to nie jest PK stowarzyszony, ale nigdzie stowarzysza nie widzieliśmy. Wiadomo, pierwszy PK na zachętę. Przy drodze do PK 9 tłum zaczął się rozrzedzać. Cześć poszła (no, nawet niektórzy usiłowali biec) górą, część dołem. Ogólnie zaczęliśmy chodzić po śladach wydeptanych przez tych bardziej ambitnych zawodników. Zostało podejmować decyzję, gdy ślady się rozgałęziały, którym wariantem iść dalej. Przy PK 2 spotkaliśmy jednego z „naszych” - Roberta (biegacza). Nie wyprzedzał nas jakoś znacząco, choć powinien! Tu już mieliśmy pewność, że wyniki najlepszych biegaczy nie będą odbiegały znacząco od naszych „wychodzonych” czasów!
Gdzieś koło nas przewijała się para, z którą o kilkanaście minut przegraliśmy na Rajdzie 4 Żywiołów – podeszliśmy do tego ambicjonalnie i przyspieszyliśmy kroku, by ich wyprzedzić.
Kilka następnych PK szło całkiem dobrze – średnia ok 30 min/punkt. Rokowało to jakiś rewelacyjny czas na mecie! Ale niestety, im dłużej się łazi, tym wolniej człowiek się przemieszcza. Szczególnie po nocy. Przy PK 4 po raz pierwszy spotkaliśmy Przemka. Robił już drugą pętelkę, czyli co najmniej 15 godzin na trasie. Jakoś się trzymał.
Przy PK 6 stała tablica ze szlakami w okolicy. Okazało się, że szlaki wskazują kilka przejść niezaznaczonych na mapie, które mogą ułatwić dojście do kilku PK. Zapamiętaliśmy na wszelki wypadek (tzn. zapamiętała Barbara, bo moja pamięć… jest dobra, ale zbyt krótka). Tu spotkaliśmy także grupkę przebijającą się jarem od dołu – wyglądali na całkiem dobrze umęczonych!
PK 6 był jednym z 2 miejsc kluczowych. Nie wiadomo było gdzie potem iść, który wariant lepszy, bo i tak każdy zły. Jary, góra-dół, sorbet, krzaki… Co chwila w zasięgu wzroku jakaś konkurencja, co chwila wydeptane w śniegu ścieżki w różnych kierunkach. Przemka znowu spotykamy koło 11-stki – wygląda całkiem dobrze.
Okazało się, że im dalej tym ciężej osiągalne lampiony. Od lampionu przy PK 11 musiałem wdrapywać się na czworaka (i tak kilka razy mnie cofnęło). Przy PK 12 ognisko i można było zmienić przemoczone skarpetki na nowe - suchutkie (nie na długo suchutkie, ale zawsze). Z radości posiadania suchych skarpet na nogach wyznaczyliśmy dziewiczą trasę „dołem” do PK 13. Przed nami na drodze było widać tylko w miarę świeże ślady wilków (lub innych psowatych). Przy PK 13 zaczęliśmy spotykać zawodników idących w odwrotnym kierunki. To całkiem fajne, bo teraz ścieżki z tropami „przeciwnymi” powinny jednoznacznie i bez kluczenia prowadzić na punkt. I rzeczywiście, ścieżki coraz lepiej wydeptane. Zupełnie jakby przeszło stado lemingów. A wiadomo lemingi wiedzą dokąd idą. Tak myśleliśmy, więc poszliśmy za nimi. Okazało się, że lemingi postanowiły zwiedzić każdy jar w pobliżu. Zamiast iść prosto na skróty, krążyły po wąwozach i krzakach. Wreszcie się wkurzyliśmy i poszliśmy „naszą wersją” trasy. Chyba mniej mecząco do przejścia. Przy właściwym wąwozie, okazało się, że organizator na tyle ukrył lampion, że przeczesywanie tych 3 ha lasu trochę trwało. W okolicy buszowały także inne ekipy. Wreszcie znalazłem lampion i umknęliśmy przed konkurencją, a mgła snująca się po terenie szybko nas ukryła.
Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami PK 18 to ostatni zrobiony „w pełni za dnia”. Teraz nawrót i niby w prostej linii 4 ostatnie punkty. Miało być miło i przyjemnie (i oczywiście szybko, bo nawet w pobliżu asfalt). My postanowiliśmy nawigować „bezpieczniejszym wariantem”, choć jakaś ekipa nas minęła i wbijała się na azymut w ciemny las. Nadrobiliśmy pewnie z 500 m, ale widzieliśmy gdzie jesteśmy. W pobliżu PK spotkaliśmy różnych takich krążących i szukających lampionu w zupełnie przeciwnych kierunkach – wiadomo noc i człowiek traci orientację;-) Tam gdzie się spodziewaliśmy znowu ścieżka lemingów (nie jakaś specjalnie szeroka, ale ślady dobrych profesjonalnych butów – znaczy zawodowcy ją robili). Niestety, jak to zawodowcy, wybrali zejście do jaru w jego najstromszym miejscu. Coś za coś, krótko ale trudno!
Na 14-stkę ścieżka była. Poszliśmy. Niestety, lemingi znowu próbowały czesać o kilkaset metrów za wcześnie, a my jak głupi za nimi (wrrr). Dalej znowu za lemingami. A tak na marginesie, to widział ktoś kiedyś leminga? Skąd one się wzięły na Roztoczu??? I to jakieś zdesperowane mocno bo wybrały drogę przez największe krzaki. Niby w dół, ale co kilkanaście metrów próg wysokości dobrze ponadmetrowej. Ile można skakać w dół? I wszystko w otoczeniu krzaków z taaakimi kolcami. Jeden z tych kolców usiłował spenetrować moje szare komórki i przebijając czapkę utknął w moim czole. Jak ja się w domu taki pokiereszowany pokażę???
Uff, koniec krzaków, ale jesteśmy wykończeni. A tu podeście na całkiem sporą górę, za którą powinna być 7-ka przedostatni punkt. Za nami błyskają światła konkurencji, która poszła na łatwiznę i wycofała się z penetracji krzaków obchodząc wszystko drogami. Ślad lemingów niewyraźny - przechodziły tędy jedna czy dwie osoby. Ale w dobrym kierunku. A za szczytem – autostrady. W każdym z możliwych kierunków! Kierując się kompasem, intuicją i szukając największego wydeptanego traktu (aby na 100% ustalić gdzie jesteśmy, trzeba by spenetrować teren na kilkaset metrów w prawo i lewo szukając wierzchołka) gdzieś schodzimy. Jest lampion i wąwóz. Kierunek się zgadza. Konkurencja chyba znajduje drugi lampion gdzieś bardziej na wschód. To oznacza, że nasz lepszy:-)!
Kolejne koszmarnie strome zejście (a właściwie zjazd) do wąwozu.. Dalej lepsza droga i w dół. Niestety, co dobre szybko się kończy. Na dole potop. Rozmoknięta breja, woda wlewa się górą do butów i nie ma jak tego obejść. Pierwotnie chcieliśmy iść do asfaltu i spokojnie z tamtej strony dotrzeć na ostatni PK. Ale znowu pomocą służą lemingi (pewnie nie lubią wody) i pojawia się skrót w kierunku właściwym. Na początku nie jest różowo (znaczy jest mokro, woda płynie strumyczkiem), ale jakoś się daje przejść. Na koniec wąwóz z pionowymi gliniastymi ścianami. Widać ślady ambitnych, co potrafili tam wleźć. My się nie podejmujemy i okrążamy. I oczywiście lemingi wydeptały super ścieżkę dokładnie na punkt. I żadnych stowarzyszy – jak to na punkcie startowym! Teraz do asfaltu i do mety. Drogę do asfaltu blokują nam drzwi jakieś stodoły – musimy okrążać. Na skraju Szczebrzeszyna mamy jeszcze brakujące dwa punkty TRInO. Zaliczamy je. I na metę! Biec nam się jakoś nie chce, zresztą żadnych mixów w zasięgu wzroku (tylko pojedyncza czołówka), więc duch rywalizacji zanika. Oddajemy kartę!
Niestety, musimy awaryjnie wracać zaraz do Warszawy. Zostaje zaliczenie jednego z trudniejszych zadań orientalistycznych – znaleźć jadłodajnię, gdzie dają smaczny obiad i spakować się.
W międzyczasie odwiedzamy salę setkowiczów. Przemek dochodzi do siebie – szedł coś tam koło 22 godzin. Ale obiecuje wpaść na wtorkowy trening na ZPK-ach. Dopytujemy się jeszcze o wyniki. Wiemy już wcześniej, że nasz mix dwudziestkowy wygrał swoją kategorię. Wiszą wyniki części męskiej TP 50, ale naszych mixów nie.
Okazuje się że mamy podium – przejście na czysto i drugie miejsce! Czekamy na wypisanie dyplomów, przyspieszoną dekorację, a w międzyczasie dociera na metę kolejny znajomy setkowicz – Mariusz P. Wygląda na lekko wykończonego. Dyplomacja, pucharacja fanfary i wracamy do domu. Jeszcze 250 km i można iść spać. Właściwie przy naszym przebiegu (250km + 50 km) to setkowicze mogą się schować!
W międzyczasie na metę wpada jeszcze jedna ekipa, którą spotykaliśmy kilka razy na trasie. Nominalnie całkiem dobra ekipa (powinni być daleko przed nami). Chwalą się przebiegiem – z pięćdziesiątki wyszła im jakaś 72-ka! Ci to mają przebicie i dobry przelicznik wpisowego na kilometr! My ze swoimi niecałymi 52 km możemy się schować;-(
Subskrybuj:
Posty (Atom)













