Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!
Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!
Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat).
Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \
Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników.
![]() |
| Odprawa |
Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu.
Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”.
Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju.
Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy
Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę…
![]() |
| Wyciągnąć wiosła! |
![]() |
| Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex) |
Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki.
![]() |
| Chlup , chlup.. |
Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-)
Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem!
![]() |
| Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł) |
Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety.
![]() |
| Wypogodziło się - aż za bardzo |
W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety.
W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu.
![]() |
| Dokładnie 44,44 km;-) |
Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-(
![]() |
| To czerwone to Kwito;-) |
To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-)
![]() |
| Meta! |
![]() |
| Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca |
Obrodziło w ilości map (3 na pierwszą pętle + 1 na drugą), ale zabrakło standardu przy MnO czyli torebek strunowych (wiadomo, że ze zwykłych koszulek takie mapy wypadają). Zabrakło także taśmy do oklejania kart- ale nauczony doświadczeniem zabrałem swoją. Nawet na karcie startowej zabrakło miejsc na wszystkie PK pierwszej pętli – trzeba było używać pól R1 i R2 (a było w terenie trochę lampionów stowarzyszonych z innych tras). I najważniejszego zabrakło na mapie – telefonu do organizatora (trzeba było wpisywać do komórki).Dobra dosyć narzekania i czas na start. Pobiegliśmy. Miałem plan trzymać się Przemka. I go realizowałem. Jakieś 50 m. Potem Przemek był coraz dalej i dalej i tyle tego planu. Ale widać nie tylko ja miałem plan. Na początku trzymał się mnie Sławek. Plan przeszedł mu w połowie dobiegu do lasu. W zasięgu wzroku został mi jeden zawodnik – nazwijmy go Niebieskim od koloru kurki/softshella, którą miał na sobie. Kurtkę i szczelnie opatuloną szyję buffem. Troszkę się dziwiłem, bo temperatura miała na słońcu dobijać do +30 stopni – ja biegłem w krótkim rękawku i zimno mi nie było, a wręcz przeciwnie. Niebieski stosował ciekawą technikę podbiegania: co chwila ruszał całkiem szybkim galopem, by po kilkudziesięciu metrach przejść do marszu. Ja starałam się biec równym spokojnym tempem, takim jakie zwykle wymuszała Barbara (bo to właściwie moja pierwsza 50-tka bez niej!). W efekcie co chwila prowadził jeden lub drugi. Przy dobiegu do pierwszego PK o numerze 34 ostatni raz widziałem na trasie Przemka robiącego już z niego nawrót. Przy swoim nawrocie spotkałem Sławka i liderką kategorii K50. Ech chciałbym biegać tak szybko jak Ona!
W sobotę wstał piękny dzień, słonko świeciło jak głupie, ciepło zachęcało do wyjścia z domu. Pojechaliśmy. W sekretariacie zawodów otrzymaliśmy przecudnej urody numery startowe i dodatkowo mogliśmy sobie nawet wybrać takie z rokiem urodzenia.
Jeśli ktoś myśli, że w domu padłam za zmęczenia, to grubo się myli. Rozsadzała mnie energia. Zrobiłam porządki, pojechałam do sklepu, a w drodze na zakończenie zawodów i rozdanie nagród uświadomiłam sobie, co się dzieje. Endorfiny! I to nie marne pięć, jak po którejś tam imprezie, czy bieganiu po lesie przy domu, tylko co najmniej z pięćdziesiąt. Nawet nie wiem, czy nie więcej - całe worki endorfin.... Jeszcze w euforii odebrałam swój puchar i nagrodę i wreszcie w drodze powrotnej poczułam zmęczenie.