Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiosenne 360°. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wiosenne 360°. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 maja 2023

Wiosenne 360°

 

Za mną już kolejna edycja Wiosennych 360°. Tym razem bez podium, ale jak zawsze "było blisko". Zresztą co tu opisywać skoro można zobaczyć!

środa, 14 lipca 2021

Letnie Wiosenne 360

Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat). 

Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \

Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników. 

Odprawa
 

Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu. 

Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”. 

 

Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju. 

 Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy

Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę… 

Wyciągnąć wiosła!

 PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak: 

 

Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex)
 

Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki. 

Chlup , chlup..

Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud. 

Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-) 

Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem! 

Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł)
 

Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety. 

Wypogodziło się - aż za bardzo
 

W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety. 

W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu. 

Dokładnie 44,44 km;-)

 

Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-( 

To czerwone to Kwito;-)
 

To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-) 

Meta!

 Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km. 

Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca

 

sobota, 1 kwietnia 2017

PRIMA APRILISOWA 50-ka.

Pewnie z okazji 1 kwietnia PMnO opublikowało wyniki pucharu.  Na pewno z tej okazji opublikowali, bo w arkuszu widnieje dwóch Tomaszów Łaskich i dwie Barbary Sz. (do tego jedna z tych Barbar to jak nic mężczyzna, bo nie ma pozycji w K50). Aż musiałem e-mailowo przypomnieć się SG, bo po szybkich podliczeniach Barbara wskakuje na podium w K50, a ja w MW50!
Po takim zdarzeniu naładowany wolą zwycięstwa pojechałem na Wiosenne 360. Tym razem tuż za płot, w miejsce gdzie co chwilę biegamy na Stowarzyszonych ZPK-ach.
W bazie sami znajomi z ZPK-ów – Przemek, Chrumkająca Ciemność. Do tego orowerowany Paweł R. (inicjał nazwiska zobowiązuje), a także dawno niewidziana Kinga (z nią kończyłem pierwszą 50-tkę prawie rok temu w Mińsku Maz.) i Sławek, z którym chodziłem na ZAW-ORze.
Tu muszę się pochwalić – Kinga jak mnie zobaczyła, od razu stwierdziła: „Ale schudłeś” – to mnie znacząco podbudowało, bo rozmiarów ubrań nie zmieniłem, a waga jak stała, tak stoi. Ale skoro kobieta tak twierdzi, to pewnie ma rację;-)
Mam sentyment do Wiosennego 360 – rok temu wystartowałem tu po raz pierwszy w życiu na dłuższej biegowej trasie (TP25) i nie byłem ostatni! Teraz, jak dobrze liczę, jest to moja 9-ta pięćdziesiątka, czyli uzbierałem już 0,45 l!
Teraz czas ponarzekać na organizatora: wpisowe dość wysokie, a tu zabrakło: opisów PK – trzeba było przepisywać pracowicie z kartek wywieszonych na ścianie. Ja akurat przepisałem z kartki gdzie kilku PK zabrakło (i to tych źle rozstawionych).
Obrodziło w ilości map (3 na pierwszą pętle + 1 na drugą), ale zabrakło standardu przy MnO czyli torebek strunowych (wiadomo, że ze zwykłych koszulek takie mapy wypadają). Zabrakło także taśmy do oklejania kart- ale nauczony doświadczeniem zabrałem swoją. Nawet na karcie startowej zabrakło miejsc na wszystkie PK pierwszej pętli – trzeba było używać pól R1 i R2 (a było w terenie trochę lampionów stowarzyszonych z innych tras). I najważniejszego zabrakło na mapie – telefonu do organizatora (trzeba było wpisywać do komórki).Dobra dosyć narzekania i czas na start. Pobiegliśmy. Miałem plan trzymać się Przemka. I go realizowałem. Jakieś 50 m. Potem Przemek był coraz dalej i dalej i tyle tego planu. Ale widać nie tylko ja miałem plan. Na początku trzymał się mnie Sławek. Plan przeszedł mu w połowie dobiegu do lasu. W zasięgu wzroku został mi jeden zawodnik – nazwijmy go Niebieskim od koloru kurki/softshella, którą miał na sobie. Kurtkę i szczelnie opatuloną szyję buffem. Troszkę się dziwiłem, bo temperatura miała na słońcu dobijać do +30 stopni – ja biegłem w krótkim rękawku i zimno mi nie było, a wręcz przeciwnie. Niebieski stosował ciekawą technikę podbiegania: co chwila ruszał całkiem szybkim galopem, by po kilkudziesięciu metrach przejść do marszu. Ja starałam się biec równym spokojnym tempem, takim jakie zwykle wymuszała Barbara (bo to właściwie moja pierwsza 50-tka bez niej!). W efekcie co chwila prowadził jeden lub drugi. Przy dobiegu do pierwszego PK o numerze 34 ostatni raz widziałem na trasie Przemka robiącego już z niego nawrót. Przy swoim nawrocie spotkałem Sławka i liderką kategorii K50. Ech chciałbym biegać tak szybko jak Ona!
Przy piątym moim PK (nr 22) zgubiłem Niebieskiego. Nie uwierzył mojej ocenie, że lampion jest po lewej i pobiegł go szukać po prawej. Od tej pory zaczęła przy mnie pojawiać się regularnie Ania S. Wiadomo, ona biega znacznie szybciej, ale chyba mi sprawniej szło nawigowanie, tak że szliśmy „łeb w łeb”. Przy PK 26 pokazało się, że jest zamieniony opis. Ja nabiegałem od zachodu, Ania od wschodu, jeden dołek, a kod z PK 27. Pobiegliśmy do PK 27 sprawdzić. Każdy swoim wariantem. Jest polanka, jest nawet w okolicy słupek ZPK, lampion powinien być w dołku koło polanki. Lampionu brak.
Po 3 minutach poszukiwań chwyciłem za telefon i dzwonię do Igora. „Lampion jest, szukaj w dole ze śmieciami”- dół owszem jest, śmieci są, lampionu nie ma. Zrobiliśmy sobie po urokliwym zdjęciu nad „dołem ze śmieciami” i pobiegliśmy dalej pomstując na organizatora. Przebiegamy polankę, wpadamy na drogę, a tu na środku wisi jakiś lampion. „Dla rowerzystów pewnie” podpowiedziała Ania, ale podbiegamy, sprawdzamy, a tu kod się zgadza! To nasz poszukiwany Lampion. Wbijamy. Dzwonię jeszcze do Igora z informacją, że lampion jest, ale  nie tam gdzie trzeba – ma podjechać sprawdzić.
Teraz przebijamy się przez  DK 2  po dwa punkty na mapie „Tramwajowa” . Nawet udaje się bez czekania na przejściu (bo zaznaczone są tylko  dwa dozwolone przejścia). Tu się rozdzielamy, ale jak zwykle spotykamy przy PK. Zaraz wracamy na pierwsza stronę DDK 2 i tu spotykamy Niebieskiego. Ma 2 punkty opóźnienia i wyraźnie mniej podbiega. Gdybyśmy nie byli praworządni do PK 28 można by skrócić drogę, nie wracając się do przejścia. Ciekawe czy inni skracali.
Po PK 28 Ania leci na PK 6, a ja wybieram wariant na PK 29. Przez tę chwilę co biegliśmy razem – niby nie jakoś kolosalnie szybciej, ale mnie to coś wykończyło. Więc mogę przebijać się na azymut po średnio przebieżnym lesie i spokojnie przejść do marszu. Na 29 trafiłem idealnie, więc zachęcony dalej na azymut do PK 11. I tu mała wtopa, nie zauważyłem, że będą dwie drogi i szukałem PK za wcześnie. Niby na śladzie to strata raptem 3 minut, ale strasznie demotywująca. Tu zaczęli się pojawiać zawodnicy TP 25. Wkurzony, na azymut dalej do PK 32. Tu spotkałem Kingę. To był mój 22 punkt, a jej… dopiero szósty! Pogubiła się i nie mogła znaleźć PK 10. Jako, że mi teraz wypadał PK 10 zaproponowałem wspólny dobieg. Po chwili trafiliśmy idealnie, tradycyjnie już podbiegając na azymut. Jeszcze małe szkolenie praktyczne jak użyć kompasu do wyznaczenia azymutu na kolejny punkt i wysłałem Kingę w drogę, a sam poleciałem na ostatnie 3 punkty z tej pętelki oczywiście na azymut.  Przy PK 2 spotkałem po raz ostatni na trasie Anię. PK 30 chwilę czesałem, a do PK 6  przestrzeliłem drogę i nadrobiłem znowu ze 200 m. W międzyczasie okoliczne przecinki zaroiły się młodzieżą bawiąca się w podchody. Normalnie konkurencyjna impreza!
Koniec pierwszej pętli 11:38 czyli 3:38 godziny od startu. Jak teraz odczytałem z GPS zrobiłem 23,6 km, choć moje odczucia mówiły, że zrobiłem znacznie więcej. Nie zabrałem mojego wspaniałego smartwatcha w Biedronki, który liczy kroki i kalorie (bo się odpina i w krótkim rękawku bym go zgubił), a z pożyczonego GPSa nawet nie wiem jak odczytać dystans on-line.
W bazie woda, nowa karta (trzeba obkleić i spisać opisy), zostawiłem w aucie niepotrzebne ciuchy na wypadek chłodu i w drugą pętle. Tylko 8 PK. Na zachód na koniec Sulejówka. I sporo po mieście. Wariant góra (pierwszy punkt w miarę blisko, ale następny to ho ho) albo wariant dołem – pierwszy w miarę daleko, ale drugi  PK bliżej. Wybrałem ten dolny. Coś ciężko szło bieganie, ale się zmuszałem. Po drodze pomachałem ½ z 5-ciu Paprochów, którzy do mety zmierzali na rowerze. Biegłem i biegłem. Przede mną pojawiła się jakaś pomarańczowa koszulka idącego zawodnika. Doganiałem go. PK C (tym razem zamiast numerków PK mają literki) ma być w prawo pierwsza droga na skraju czegoś białego. Wcześniejsze „białe” na mapie to były zabudowania. Jest droga skręca. Coś za mały skos tej drogi, ale mapa 1:30000 i jak można było zauważyć mało dokładna. Kończą się zabudowania. Drut kolczasty.  Przechodzę. Jest zakręt drogi (lampion ma być na zakręcie), ale nie ma lampionu. Może jestem za wcześnie? Lecę na zachód. Dobiegam do jakiegoś terenu otwartego. Może to białe to jednak teren otwarty? Ale nie ma drogi. Rozglądam się. Już wiem przebiegłem PK o jakiś kilometr. Wracać? To wyjdzie 2 dodatkowe kilometry! Przyglądam się mapie i wpadam na pomysł zrobienia zamiast pętelki ósemki. Pewnie da to w sumie 2 km więcej ale nie będzie trzeba się cofać, a C zgarnę w nawrocie. Szybko znajduję punkt E (obok pracują siepacze z piłami łańcuchowymi – nie wiadomo czy nie wytną punktu). Kawałek zabudowy i jest PK B. I teraz zaczyna się masakra. Teren miejski. Staram się jak najdłużej lasem, drogami niezaznaczonymi na mapie (dobrze, że takie są, choć jak mówił Igor na odprawie mapa miała być dokładna). Ale dalej tylko asfalt lub bardziej chodnik, bo ulice ruchliwe. Kusi autobus miejski, ale nie daję się złamać. Ratują mnie delikatesy M&L, gdzie dostaję wodę i colę z lodówki. Od chodników bolą kolana. Więcej idę niż podbiegam. Znajduję PK G w miejskim lasku przy jeziorku wypełnionym śmieciami. Nie wiem co sprawia przyjemność kilku osobom „plażującym” nad tym akwenem. Punkt D w plątaninie uliczek. Masakra dla nóg. Teraz przebiec tory nielegalnym przejściem, ale zaznaczonym na mapie i opuścić Sulejówek z południowej strony. Na krótką chwilę wytchnienie dla nóg. Na bardzo krótką chwilkę. Dla odmiany jeżyny, ale lampion jest.
Do PK A najbliżej byłoby iść za liniami energetycznymi. Ale pod linią – chaszcze. Czyli obiegamy znowu… asfaltem (wrr). Mam dość 30 m truchtania i 300 marszu. Postanawiam iść do PK A od zachodu – bo krócej. Po drodze jakieś uprawne pola – szybko przebiegam. Lampion ma być na zakręcie drogi. Zakręt jest lampionu nie ma. Jest ze 100 m dalej na „prostej drodze”. Zostały mi dwa ostatnie punkty – pominięty PK C i PK F. Najkrótsza droga na azymut przez jakieś nieużytki. Bieganie mi nie idzie więc idę na azymut. Gdy wychodzę na drogę przelotową spotykam grupkę konkurentów. Na końcu grupki spotykam Niebieskiego. Wyraźnie są dopiero na początku tej pętelki. Skręcają w drogę która wyszedłem – pewnie myślą, że to ta z lampionem (bo kto przy zdrowych zmysłach chodziłby po tych nieużytkach). Nic im nie mówię (ale wredny jestem).  Kilka minut za nimi jeszcze jeden zawodnik  wygląda jak biegający sądząc po stroju. To mnie podbudowuje. Znowu długi przelot asfaltowy. Byle do lasu. Jest las. A właściwie cmentarz, bo las za cmentarzem.  Na mapie jest droga mi pasująca, ale w terenie jej zabrakło. Ech te „dokładne mapy”. Idę na czuja i wkrótce poznaję okolice PK E i drogę prowadzącą do PK C. Znajomy drut kolczasty i mam wreszcie PK C! Do PK F staram się ścinać drogami. Widzę tu w oddali jeszcze jednego uczestnika wyraźnie szukającego PK C – znaczy dopiero zaczyna 2 pętelkę! To mnie podbudowuje i zmuszam się do truchtu.  Ostatni PK F zdobywam w czasie 7:05. Znaczy rekordu nie pobiję. Meta 7:21 47,6 km – nie ma rekordu, nie ma motywacji biec na full ostatni kilometr. A przy takim dystansie powinno być szybciej, ale ten wielbłąd, kostka  i ilość PK zrobiły swoje.
Na mecie wypoczywający Przemek – jak się okazało nie wygrał, ale wygrał inny znajomy – Mateusz (woziłem go na imprezy, więc może trochę chwały na mnie spłynie:-). Gdzieś tam w kącie leżą zwłoki Pawła R. Nie wygląda to najlepiej – ale jak widać TR100 potrafi wykończyć!
Na słonku w kasku i kilku warstwach ubrań wygrzewa się Karolina. Podziwiam ją – ja to bym się do rosołu rozbierał:-). Szybki obiad i do domu.  Nie ma tak prosto - swoje na odkurzaczu muszę odpracować:-). I czekanie na wyniki, bo ciekawe jak poszło Chrumkającym, Kindze i które miejsce ogólnie zająłem.


poniedziałek, 20 marca 2017

Idę albo nie idę

Tomek zaczął jeździć na te swoje pięćdziesiątki i tak barwnie opowiada, pokazuje mapy, fotki i aż mnie bierze chęć żeby też tak iść i iść i iść w stronę słońca, czy czegokolwiek.
Ale ze mną to jest tak:
- do 5 km idę raźnym krokiem, mogę nawet podbiec kawałek,  patrzę w mapę i nawet wiem gdzie jestem,
- 5-10 km idę i staram się zaglądać w mapę, choć nie zawsze o tym pamiętam,
- 10-15 km chowam mapę do kieszeni i idę za osobą przede mną,
- 15-20 km idę albo nie idę pojękując z cicha, jak mi się obieca, że meta blisko, to mogę nawet przestać marudzić,
- powyżej 20 km idę albo nie idę z przewagą nie idę, jestem gotowa zostać na zawsze w lesie.
No i gdybym tak na przykład chciała się wybrać na Wiosenne 360° na taką 25-kę to potrzebuję albo opiekunki/opiekuna na pełen etat, albo drugą taką samą sierotę, co na hasło: "pitolę, nie idę!", nie tylko nie będzie marudzić, że właśnie robi życiówkę i musimy przyspieszyć, tylko wyjmie telefon i wezwie taksówkę.

No to gdyby ktoś, coś to czekam na poważne propozycje.

P.S.
O ZAW-ORze będzie, jutro będzie.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Wiosenne 360°

Za Tomkiem od dłuższego czasu chodził WYCZYN. I wreszcie trafiła mu się okazja - Team 360°, zorganizował nową imprezę - Wiosenne 360°, czyli piesze i rowerowe maratony na orientację. Od razu zapalił się do pieszej dwudziestki piątki i nieśmiało zaczął puszczać w eter teksty, że on by owszem. Mi momentalnie przed oczami pojawiła się wizja chłopa padającego z wyczerpania w połowie trasy, bo o ile przejście tylu kilometrów było w zasięgu moich wyobrażeń, to przebiegniecie już nie. W końcu zdeklarował, że część trasy przejdzie, część przetruchta, w zamian ja zdeklarowałam, że porzucę wszelkie myśli o jego zwłokach na trasie.
Swojego udziału w całym tym przedsięwzięciu w ogóle nie planowałam. Już sama nazwa maraton mnie odstraszała, mimo że była też trasa dziesięciokilometrowa. No, ale indywidualnie (bo to bieg) tak daleko??? A jak zginę??? Nie, dziękuję bardzo.
Tomek zapisał się na 25-tkę, ja zaplanowałam drobne porządki i relaks z książką. Dzień, czy dwa przed imprezą  zagadnął:
- Paprochy się na dziesiątkę zapisały... Jak byś poszła z nimi, to nie zginiesz...
Alllle, to taka ofiara losu to ja już nie jestem żebym z Paprochami musiała iść! Co??? Ja nie dam rady sama pokonać dziesięciu kilometrów??? W biały dzień?? W znanym terenie?? Ja nie dam rady??? Przecież nikt mnie  batem poganiał nie będzie żebym biegła, mogę sobie spokojnie iść....
- Dobra, zapisz mnie - oznajmiłam z godnością i łaskawie zezwoliłam na przygotowanie mi niezbędnych akcesoriów określonych w regulaminie imprezy.
W sobotę wstał piękny dzień, słonko świeciło jak głupie, ciepło zachęcało do wyjścia z domu. Pojechaliśmy. W sekretariacie zawodów otrzymaliśmy przecudnej urody numery startowe i dodatkowo mogliśmy sobie nawet wybrać takie z rokiem urodzenia.
Wreszcie, po tradycyjnym na tego typu imprezach opóźnieniu, nastąpiła część oficjalna - kolejne uroczyste otwarcie trasy ZPK, potem dostaliśmy mapy i wylegliśmy na linię startu. Pierwsze wrażenie po obejrzeniu mapy - łatwo, ale daleko. Cały początek trasy oparty na słupkach ZPK, czyli znany z kilku już imprez, resztę jakoś się znajdzie.
Na dany znak ruszyliśmy. Strategicznie ustawiłam się tuż za rowerzystami, którzy ruszali jako pierwsi. Podobnie jak większość biegaczy wybrałam wariant "w lewo". Pierwszy punkt był dziecinnie prosty, więc biegłam (nie za szybko, nie za wolno) nie zawracając sobie głowy nawigacją, bo słupek miał stać przy samej drodze. Podbiłam punkt będąc wciąż w ścisłej czołówce biegaczy.  Na kolejny PK od razu postanowiłam lecieć na azymut (kocham cię mój kompasiku!), podobnie jak część innych zawodników. Ponieważ przebieżność była taka sobie, grupa rozciągnęła się po lesie i po chwili zostałam sama. Kiedy jednak dobiegłam do punktu, wszyscy, których straciłam z oczu, pojawili się nadbiegając z różnych stron. Tomek zdziwił się, że ja już tu, bo sądził, że jednak wybrałam opcję spacerową. Faktycznie, takie miałam plany, ale jak tu iść spacerkiem, kiedy wszyscy gnają ile sił w nogach??
W opisie punktu mieliśmy, że będzie paśnik, ale ja już na starcie wiedziałam, że żaden paśnik, tylko mogiła. Nie ciemna mogiła, tylko taka zwykła. Niektórzy uparcie szukali jednak paśnika.
Do kolejnego punktu wygodnie było drogą, to skorzystałam. Znowu dogoniłam Tomka i znowu patrzył na mnie z niedowierzaniem.
- Ty już tutaj????? - pytał całą swoją postawą i spojrzeniem.
W tym miejscu nasze drogi już się definitywnie rozchodziły, bo ja na północ, on na wschód. Ile się dało (a dużo się dało) pobiegłam drogami, bo nie trzeba uważać na korzenie i roślinność łapiącą za nogi, od ostatniego skrzyżowania już przez las - idealnie prosto na słupek. Jestem wielka! - pochwaliłam się w myślach i pobiegłam dalej. Kawałek dalej była już cywilizacja z asfaltem. Trochę się nim nawet przebiegłam, potem znowu w las żeby skrócić drogę i z powrotem na asfalt. Zresztą taki tam asfalt - kawałek dalej się skończył.
W pewnym momencie teren wydał mi się dziwnie znajomy. No jasne! Przecież na WesolInO byłam tam już tyle razy, że powinnam z zamkniętymi oczami trafić na kolejny punkt. Jedynie dla bezpieczeństwa wciąż miałam je otwarte, a punkt wyhaczyłam bez problemu.
W połowie drogi na kolejny uznałam, że pora na przerwę techniczną. Byłam spocona, głodna i wyschnięta na wiór. Postój co prawda zabierał kilka cennych minut, ale wobec perspektywy padnięcia z przegrzania, głodu i pragnienia, nie były to stracone minuty.
Kolejne dwa punkty w znanym terenie poszły gładko. Przede mną biegł jakiś człowiek, który to przyspieszał, to zwalniał i tym sposobem co chwilę go doganiałam i znów zostawałam w tyle. Ponieważ ewidentnie biegł na te same punkty co ja, nie musiałam specjalnie pilnować trasy, a jedynie ogólnie kierunek.  W końcu, przy którymś spotkaniu wymieniliśmy uprzejmości i uwagi na temat mapy. Chwilkę biegliśmy razem, ale ponieważ ja w drugiej połowie trasy zaczęłam wymiękać, szybko zostałam w tyle. Do ostatniego PK więcej szłam niż biegłam, ale już w drodze do mety zmobilizowałam wszystkie siły na efektowny finisz. Co prawda finiszu nie miał kto docenić, bo meta była w szkole, po schodkach, za drzwiami, więc trudno raczej było na nią wbiec pełnym pędem, ale za to zyskałam kilka minut.
Na mecie wypiłam dwie butelki wody, pożarłam dwa batoniki, posiedziałam, zmarzłam, przebrałam się, znowu posiedziałam i ... poszłam na spacer do lasu. Po spacerze, odsiedzeniu jeszcze z pół godziny, obejrzeniu obiadu i decyzji, że poczekam na Tomka (bo i tak miał mój bloczek obiadowy) znowu ruszyłam do lasu, w nadziei, że może jednak Tomek jest blisko i go spotkam. No bo w końcu ile można? Telefonicznie dowiedziałam się, że można długo, więc gdy spotkałam wracające z trasy Paprochy,  w ich towarzystwie wróciłam do bazy i poprosiłam o obiad na kredyt, bo co miałam czekać o suchym pysku.
Organizatorzy podliczali wyniki, dopytałam się o swoje i.... okazało się, że zajęłam trzecie miejsce wśród kobiet na swojej trasie!  Pierwsze w życiu bno na takim dystansie i od razu trzecie miejsce?! Raczej spodziewałam się być gdzieś pod koniec stawki ... Może jednak te biegi to nie samo zuo?
Dygresja:
Przypomniało mi się, jak jakiś czas temu dostąpiłam zaszczytu dotknięcia zwycięzcy Skorpiona na setkę. Niedawno znowu powtórzyłam tę czynność i coś mi się wydaje, że część jego mocy zstąpiła na mnie. Serio! Boję się tylko, czy ta pobrana przeze mnie moc nie wpłynie na jego wyniki w kolejnych maratonach. Przemek, jak by co, to przepraszam. Nie wiedziałam, że pobieram.
Koniec dygresji.
Ze szczęścia oczywiście nie mogłam usiedzieć w miejscu i znowu pognałam do lasu. Tym razem spotkałam już Tomka i wreszcie mogliśmy wrócić do domu.
Jeśli ktoś myśli, że w domu padłam za zmęczenia, to grubo się myli. Rozsadzała mnie energia. Zrobiłam porządki, pojechałam do sklepu, a w drodze na zakończenie zawodów i rozdanie nagród uświadomiłam sobie, co się dzieje. Endorfiny! I to nie marne pięć, jak po którejś tam imprezie, czy bieganiu po lesie przy domu, tylko co najmniej z pięćdziesiąt. Nawet nie wiem, czy nie więcej - całe worki endorfin.... Jeszcze w euforii odebrałam swój puchar i nagrodę i wreszcie w drodze powrotnej poczułam zmęczenie.
W domu starczyło mi sił tylko na przejrzenie wyników wszystkich kategorii i zobaczenie jak poszło znajomym, obejrzenie trasy Tomka i wysłuchanie jego wrażeń i padałam.
Niedzielny poranek przywitał mnie bólem całego człowieka ...