środa, 14 lipca 2021

2x Klubowe 44

Przedostatni etap Korony Mazowsza. Dla nas ostatni, bo w niedzielę będziemy już pod Żelazkiem na Wawel Cup. I to dość specyficzny – Chojrak będzie miał dokładnie 2x44 PK! Nie można tego odpuścić! Tzn. ja nie mogłem, bo Renata przegrzana ostatnimi upałami, zawsze znajdzie dobrą wymówkę, by się jakoś wykręcić;-)

Na start docieram prosto z pracy. Kilka minut zapasu. Za chwilę z lasu wyłania się zgrzany i mocno roznegliżowany organizator. Rzuca „jeszcze chwila”, wsiada w auto i znika w sinej dali… Chwila okazuje się tą „dłuższą chwilą” i ciągle zgrzany i roznegliżowany wraca stanowczo po terminie startu. Trasa długa – 14 km – więc ci, co nie biegają jakoś ekspresowo, chcą wystartować wcześniej, bo głupio gdy nam zbierają lampiony przed powrotem na metę… 

Na start idę 600m
 
A to sam start

Wreszcie dostaliśmy mapy i na start – tak ze 600 m w las. Żar leje się z nieba, duszno, parno, zanosi się na burzę. Nic, trzeba startować. Pii-pii i poszedłem w las. Dobrze, że las dość przebieżny i jakoś idzie. Wystarczy dokładnie pilnować, który PK odbiliśmy i na który biegniemy. Zastanawiałem się nawet nad zabraniem długopisu na trasę i wykreślaniem na mapie co już odbiłem, ale przy mapie w folii, pocie kapiącym z czoła to nie byłby dobry pomysł. Przy takiej ilości PK i to podwójnych, czy potrójnych sztuką jest znaleźć na mapie, gdzie jest kolejny PK. Nieraz stałem na punkcie i ślepiłem w mapę dość długo, aż dopasowałem właściwą kreseczkę i znalazłem kolejny numerek na mapie;-) 

Pierwszy raz zniosło mnie gdy biegłem na PK 9. Na szczęście nie za dużo i w miarę szybko dało się zawrócić w odpowiednim kierunku. Pilnowałem więc dokładnie kierunku, w którym ruszam od lampionu i szło całkiem dobrze. Do czasu, to znaczy do PK 23. Po nim ruszyłem na PK 24. Jest górka, szukam przełączki – jest nawet jakaś, tylko nie ma lampionu. Dopiero po dłuższej chwili zamajaczył mi w krzakach lampion - okazało się, że jest to PK 17, a nie 24. Tyle dobrego, że wiedziałem gdzie przemieszczać się dalej. 

Kolejne miejsce gdzie mi nie szło, to okolice PK 37. Na lampion ten trafiłem nie jeden, a chyba ze 3 razy - najpierw biegnąc na PK 28, potem biegnąc na 31, aż wreszcie ten właściwy raz, biegnąc na 37;-) 

Gdzieś tak w połowie zaczął padać deszcz. Deszcz może był i przyjemny w ten upał, ale w lesie zrobiło się tak ciemno, że niewiele było widać. Do tego dodać zapadane okulary – polecam kiedyś czołówce pobiegać z zapadanych okularach – ciekawe czy by wrócili cało z lasu – jednak przypomina to mocno bieganie z zamkniętymi oczami;-) 

Na punkcie PK 50 zabrakło lampionu. Na sporej ilości tych na końcu trasy także, ale tu zabrakło także drzewa na którym ten lampion miał zawisnąć. W efekcie nieoznakowana stacja SI dyndała na innym charakterystycznym drzewie… a taka stacja staje się prawdziwie „niewidzialna” dla oczu… 

Ostatnia wtopa na PK 70. Miałem znaleźć bunkier, do którego prowadzi wał ziemny. Tyle że od PK 69 odchodziły dwa takie wały pod kątem ok 30 stopni, do dwóch bliźniaczych budowli. Nie zauważyłem na zapadanej mapie tego drugiego wału i pobiegłem niewłaściwym. Co się naszukałem lampionu, to moje;-) 

Uff wreszcie podbijam metę

 
Jeszcze 500m powrotu na parking

I na koniec obowiązkowa fotka z organizatorem

Wyszło 15 km z dobiegiem z mety do biura. Grunt, że dobiegłem na metę i to w dobrym stanie, bez skręconych kostek i innych takich efektów ubocznych... Bo za dwa dni kolejne zawody z PMnO czyli co najmniej 50 km, a za 4 dni zaczyna się Wawel Cup… 


 

wtorek, 13 lipca 2021

Korona Mazowsza, czyli rozdziobią mnie kruki i wrony.

Niedzielna Korona Mazowsza trochę nas zaskoczyła, bo szykowaliśmy się na przedpołudniowe bieganie i całkiem przypadkiem przeczytałam, że zawody zaplanowane są na wieczór. Nieźle byśmy sobie poczekali. Agata by nas chyba zbiła, bo też wybierała się z nami. Ponieważ trasy miały być krótkie (sprint), to dla zachowania rozsądnych proporcji dojazdu i biegu, zapisałam się na najdłuższą trasę. Tomek oczywiście też i tylko Agata wybrała wkręconych.

Ekipa w pełnym składzie.

Po dotychczasowych upalnych biegach szykowała się miła odmiana - bieganie w deszczu. A ponieważ mieliśmy biegać po "morderczej skarpie" przy Warszawiance, zapowiadała się niezła zabawa. Ja w każdym razie byłam przygotowana na wszystko. A przynajmniej tak mi się wydawało.
 
Start z przyklęku.
 
Do PK 6 biegaliśmy między budynkami, więc bez żadnych atrakcji, bo ani nie było się jak zgubić, ani nic ciekawego się nie działo. Siódemka stała już na skarpie, ale w dość dostępnym miejscu, więc w skarpowe klimaty wchodziliśmy stopniowo. Przy ósemce miałam drobne problemy, bo krzaczory, za którymi miał stać punkt niczym nie różniły się od innych okolicznych krzaczorów i szukałam tak trochę na ślepo. W końcu pobiegłam za kimś, bo po co przepuszczać taką okazję. Dziewiątka, podobnie jak ósemka, na dole skarpy, więc dziesiątka dla odmiany musiała być na górze. Już na któryś zawodach wspinałam się tamtędy, więc wiedziałam czego się spodziewać. W zasadzie niczego dobrego, a tym razem dodatkowo zimnego prysznica z poruszanych przy wspinaczce gałęzi. Ale to akurat spoko - całkiem miłe chłodzenie.
Jedenastki o mało nie przekombinowałam. Pomijam już to, że zaraz za dziesiątką niepotrzebnie nadłożyłam drogi, bo zachciało mi się po asfalcie, a nie po krzakach, ale potem zaczęłam próbować przebić się na płytę boiska i polecieć na skróty, a nie naokoło. Na szczęście przypomniałam sobie, że już niemal na samym dole jest pioruński, betonowy (przynajmniej w niektórych miejscach) rów, z którym już kiedyś stoczyłam nierówny pojedynek i chociaż wygrałam, to było to pyrrusowe zwycięstwo. No więc, kiedy tylko to sobie uzmysłowiłam, od razu wycofałam się na z góry upatrzone pozycje i poleciałam przykładnie naokoło, mijając po drodze PK 15. PK od 11 do 14 poustawiane były przy kortach tenisowych, czyli łatwizna. PK 15 zaliczyłam już wcześniej, więc od razu wiedziałam gdzie stoi, a do PK 16 od tej strony świata już dawało się bezproblemowo skrócić przez płytę boiska i to całkiem wygodnie, więc nie omieszkałam. A po szesnastce zaczął się dramat. Ślepota jedna nie zauważyłam, że płot przy kortach nie jest monolitem i posiada zarówno wejście, jak i wyjście ułatwiające dostanie się do siedemnastki. No, nie zauważyłam, głupia, głupia ślepa kura!:-( Pobiegłam więc po złej stronie ogrodzenia. Nawet jeszcze stamtąd mogłam się odratować dziurą w płocie, ale tak byłam zafiksowana na tym, że muszę wzdłuż ogrodzenia zejść na dół skarpy, że nawet nie szukałam na mapie innej możliwości. Wyobrażałam sobie, że jak przy większości płotów, wzdłuż będzie wygodna, a przynajmniej będzie jakakolwiek ścieżka.O jak srodze się pomyliłam - były jedynie krzaki, krzaki i na dokładkę krzaki. Takie, co to nawet maczeta nie pomoże, ewentualnie piła łańcuchowa i to też nie jest pewne. Spróbowałam więc je obejść, co nawet mi się udało, ale w niczym nie poprawiło mojej sytuacji. W pewnym momencie kompletnie utknęłam w roślinności i byłam pewna, że w tak oto głupi sposób dokonam żywota, po czym rozdziobią mnie kruki i wrony. Najpewniej to jednak pożarłyby mnie komary i mrówki. Wobec tej perspektywy wstąpiły we mnie nadludzkie siły i wyrwałam się z tego dzikiego buszu. Teraz dla odmiany wspinałam się do góry, gotowa obiec nawet pół Warszawy, żeby tylko nie skracać sobie przez żadną roślinność. Za płotem słyszałam głosy innych zawodników i bardzo, bardzo zazdrościłam im, że oni są tam, a ja tu. Ktoś o sokolim wzroku wypatrzył mnie z tej drugiej strony płota i podpowiedział, że na górze jest przejście. Ufff, czyli nie musiałam obiegać Warszawy dookoła. W końcu udało mi się dotrzeć do tej nieszczęsnej siedemnastki, ale byłam już wykończona i fizycznie i psychicznie.
 
Moja lekcja pokory.
 
Przy osiemnastce czekał na mnie Tomek zaniepokojony moją przedłużająca się nieobecnością. Osiemnastka stała trochę powyżej połowy skarpy i jakoś trzeba było do niej zejść. Mokre, wyślizgane dziesiątkami butów innych zawodników podłoże zupełnie nie zachęcało do kontynuowania trasy. 
 
 Eeee, może nie schodzić?
 
Tomek litościwie pokazał mi mniej uczęszczane i łatwiejsze zejście, ale i tak nie było łatwo. A po osiemnastce trzeba było zejść na sam dół skarpy i to też była niezła zabawa. Co ja się nakombinowałam jak zejść, a nie zjechać... Wszyscy śmigali w dół to biegiem, to ślizgiem, a ja niczym paralityczka drobiłam kroczki trzymając się kurczowo czego się tam po drodze dało. 
 
Byle się nie połamać.
 
Dziewiętnastka i dwudziestka były na dole. Zdobyłam je statecznym krokiem, bo już kompletnie nie miałam sił, żeby biegać. Kiedy po podbiciu dwudziestki spojrzałam na mapę i uświadomiłam sobie, że do dwudziestki jedynki będę musiała wdrapać się tam, skąd chwilę wcześniej tak mozolnie złaziłam, to aż mi się oczy zaszkliły. Nie!!!!! Tylko nie to!!!!! Niestety, nie było innej drogi powrotnej bez opuszczania terenu zawodów, choć rzeczywiście na upartego mogłabym i przez Gdańsk lecieć Tylko po co? Nie wiem czy wchodzenie nie było jeszcze bardziej widowiskowe niż schodzenie, ale już po półgodzinie (w moim odczuciu) byłam na górze. Kiedy postawiłam stopę na szczycie skarpy, u jej podnóża zobaczyliśmy Agatę. Biedne, biedne dziecko - pomyślałam i pobiegłam dalej, zostawiając Tomka na ratunek córce.
Kolejne trzy punkty były już w ucywilizowanym terenie, a potem tylko meta. Meta! Metunia najukochańsza!
Na Agatę z Tomkiem musiałam chwilę poczekać. Podobnie jak mi, trochę zajęła jej wspinaczka na skarpę. A najlepsze było to, że kiedy już wlazła na szczyt, okazało się, że jej punkt jest na dole. Nooo, prawie na dole - w połowie skarpy. Cha, cha, cha! Ale nie z nią takie numery. Olała niewygodny punkt (srał kot tę stępkę) i nie przejmując się niczym wróciła na metę.
Skarpa to jednak zawsze dostarczy człowiekowi rozrywki. To kiedy następne zawody w tym miejscu?

poniedziałek, 12 lipca 2021

Michałów-Reginów zamiast Lidzbarka Welskiego

W tym roku po raz pierwszy nie pojechaliśmy na Grillowanie Kosmatych InOków. Powstrzymała nas abstrakcyjna cena za nocleg w bazie (a nocleg poza bazą to już nie to) i zbyt duża odległość, żeby pojechać tylko na jeden dzień. Poza tym wizja grillokowych map nieco nas przerażała, bo ostatnio głównie biegamy i przywykliśmy, że na mapie jest wszystko i bez udziwnień Trudno, musimy z tym jakoś żyć. Na szczęście od weekendowej nudy wyratowały nas PUKS Młode Orły i BKS Wataha.
W sobotę świtkiem koło dziesiątej  zjawiliśmy się w okolicach strzelnicy w Michalowie-Reginowie na Puksowym treningu. Moja trasa miała mieć aż 5 km, a Tomka była jeszcze dłuższa.Trochę mnie to przerażało, bo ostatnio to ja ruszam się jak mucha w smole. 
Start spod linii energetycznej i.. prosto w krzaki. 



Dynamiczny start.

Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, bo był w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się przejść obok wielkiego drzewa, na którym wisiał lampion, bo wisiał od drugiej strony drzewa i nie rzucał się w oczy. Poza tym bardziej zajęta byłam osobą Włodka wyglądającego Beatki niż śledzeniem, gdzie jestem. Dopiero podpowiedź, żebym się odwróciła naprowadziła mnie na trop:-)
Trochę się ogarnęłam i do piątki szło dobrze. Z piątki na szóstkę był nieco dłuższy przebieg i zniosło mnie w prawo do ścieżki, ale na szczęście z daleka zobaczyłam ogrodzenie, które było zaznaczone na mapie, więc miałam się od czego namierzyć na punkt. Tak po prawdzie to ta szóstka nie stała tam, gdzie była zaznaczona na mapie, ale nawet gdyby stała, to i tak by nic nie zmieniło:-)
Na siódemkę szłam idealnie i musiałam minąć rowek dosłownie o metry, ale bujna roślinność zasłaniała wszystko. Doszłam niemal do ogrodzenia strzelnicy, więc wiedziałam, że muszę zawrócić. No to zawróciłam, ale tak na oko, bez namierzania się od czegokolwiek, na zasadzie - a może się uda. No niestety, nie udało się. Wróciłam więc ponownie do ogrodzenia, tym razem na drogę wchodzącą na teren strzelnicy, ustawiłam kompas i powoli, uważnie śledząc strzałkę i licząc dwukroki ruszyłam przed siebie. Wcale nie wyszłam tak idealnie na punkt, ale na szczęście dojrzałam lampion w oddali. Jak to dobrze, że lampiony są tak ślicznie wściekle pomarańczowe:-) Zabawa w chowanego z siódemką zajęła mi aż 16 cennych minut.
 
Trochę sobie połaziłam.
 
Kolejne punkty wchodziły już bezproblemowo. Gdzieś koło jedenastki, może dwunastki spotkałam Hannę, a ponieważ miałyśmy tę samą trasę, byłyśmy już niemal do końca skazane na siebie. Żadna z nas nie była tym faktem zachwycona, ale co zrobić skoro poruszałyśmy się w zbliżonym tempie - raz jedna była z przodu, raz druga. Do mety dobiegłam pierwsza, ale w ogólnym rozliczeniu Hania była lepsza. Ta kobitka to ma kondycję...
W sumie to myślałam, że będę najostatniejsza, ale kilku osób nie doceniłam. Moja siódemka pokonała jeszcze Janusza i Annę i Andrzeja. Coś w niej jednak było.

 
Po biegu trzeba się nawodnić.

A tak wygląda cała trasa:



piątek, 9 lipca 2021

Korona 3 - zaliczona!

W weekend 26-27 czerwca tak się dziwnie złożyło, że w najbliższej okolicy nie było żadnych biegów, ani nawet marszy na orientację i choć dało nam to czas na ogarnięcie spraw domowych, to jednak podskórnie czuliśmy jakiś taki niepokój. Ów niepokój udało się ukoić dopiero we czwartek na kolejnej odsłonie Korony Mazowsza. Cieszyłam się tym bardziej, że zawody miały się odbyć na jednej z moich ulubionych map, w ślicznym terenie. Może moja mina z drogi na start nie emanuje radością, ale to tylko pozory:-)

 
Na start trzeba było kawałek podejść.

Tradycyjnie obsadziliśmy dwie kategorie - chojrak i wkręcony. Moja trasa nominalnie przewidziana była na 4,3 km.

 
No to start!

Zaczęło się dobrze - najpierw drogą, potem przez górkę do kopczyka. Jest lampion. Dwójka miała być bliziutko, ustawiłam kompas i ruszyłam. Ścieżka, jeszcze kawałek i powinien być punkt. No, ale nie było. Biegłam, biegłam i nic. Byłam już stanowczo za daleko, ale jakoś nie przyszło mi do głowy się zatrzymać. Dopiero na kolejnej ścieżce przyszło opamiętanie, a dokładniejsze obejrzenie mapy i kompasu uświadomiło mi, że pomyliłam północ z południem i pobiegłam w dokładnie przeciwnym kierunku niż powinnam. Boszszsz, po tylu latach biegania takie błędy... Kiedy już północ wróciła na swoje miejsce, bezproblemowo trafiłam na dwójkę.
Teraz już bardziej pilnowałam wskazań kompasu, więc trójka i czwórka weszły gładko. Za czwórką spotkałam Tomka, więc pomachaliśmy sobie i każde pobiegło na swój punkt.

 
W drodze na piątkę.

Piątka była trochę oddalona, nie tak jak poprzednie punkty - wszystkie na kupie, ale udało mi się nie zejść z azymutu i trafić od pierwszego kopa. Przy siódemce trochę się zapędziłam za daleko, ale zobaczyłam gdzie inni podbiegają i skorzystałam z tej podpowiedzi.
Dalsza część trasy przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Gdzieś w drugiej połowie dogoniła mnie Zuza i potem już cały czas widziałam ją przed sobą, a w czerwonej koszulce trudno było jej nie widzieć, nawet w oddali. Myślałam, że może pobiegnie szybciej i zniknie, ale nie. Skoro tak, to już korzystałam z jej nawigacji, co prawda sprawdzając czy na pewno biegnie w dobrym kierunku, ale szło jej dobrze:-) 
Między dwudziestką, a dwudziestką jedynką znowu spotkałam Tomka, a potem czekał na mnie przy ostatnim moim punkcie. Razem pobiegliśmy na metę, z tym, że ja przez krzaczory, a on do ścieżki i dalej ścieżką. Ja to sobie zawsze umiem utrudnić.

Przedzieram się do mety.

Tym razem udało mi się zaliczyć całą koronowaną trasę. Mało tego - sporą część nawet przebiegłam, no ale pogoda była tym razem odrobinę bardziej łaskawa niż poprzednio. A może to ja tak nabrałam wigoru?


 Na początku GPS mi trochę zgłupiał, więc ślad jest, jaki jest.

czwartek, 8 lipca 2021

GPS-O Special Bródno

Nie wiem jak to się stało, ale zamiast odpoczywać po męczącej Koronie Mazowsza, wybraliśmy się testować nową mapę do GPS-O na Bródnie. W sumie to blisko domu, po mieście, więc mniejszy wysiłek, bo po równym i jedynie gorąc pozostawał taki sam.
Mapa okazała się jakaś dziwna - coś pośredniego między mapą do BnO, a mapą do Street-O. Ale spoko - nie takie rzeczy my ze szwagrem... Bałam się tylko, czy pipanie w aplikacji będzie dobrze działać, bo czasem jest z tym kłopot i ewentualnie mogłabym nie wiedzieć czy jestem we właściwym miejscu:-)
Ruszyliśmy z Tomkiem jednocześnie, ale on od razu pobiegł w jakąś abstrakcyjną stronę. Trochę się zdziwiłam, że ma inną trasę, ale co tam. Gdzieś koło szóstego punktu, kiedy mnie dogonił, wyjaśniło się, że od razu na starcie coś mu się poptaszkowało i poleciał za inny blok. Na kolejne punkty leciałam już za nim, nawet sugerując się tym, gdzie biegnie. Zaskoczyła nas dziewiątka. Obydwoje byliśmy pewni, że obiegniemy ogrodzenia od wschodu, ale gdzie tam... Ciągnęły się w nieskończoność i w końcu zrobiliśmy odwrót. Po śladach, przez siódemkę polecieliśmy na dziewiątkę. Dalej poszło już bez niespodzianek, szczególnie, że kolejne punkty były wyznaczone w łatwych i dostępnych miejscach. Tak się jakoś nawet rozochociłam, że większość trasy przebiegłam. W efekcie na mecie ledwo żyłam, co widać poniżej.


Pamiątka z mety:-)

A tak wyglądała mapa:


 

środa, 7 lipca 2021

Korona Mazowsza z abdykacją

Po Niepoślipce zrobiło się nam luźniej czasowo i mogliśmy w końcu wybrać się na jakieś zawody. Padło na Koronę Mazowsza, bo to fajna imprezka i chociaż w środku tygodnia, to zdecydowaliśmy się pojechać. Duszno, parno i gorąco. Ledwo żyłam siedząc, czy nawet leżąc, więc od razu założyłam, że nie biegam, tylko przemieszczam się statecznym krokiem.
Pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu, oddalonego od miejsca wydawania map, w sumie nie wiem ile metrów, ale daleko, a dołożywszy wstępne błądzenie, bardzo daleko. Tym niemniej odnieśliśmy pełen sukces i udało się wystartować.
 
W poszukiwaniu startu.
 
 
Pierwsze kroki - udaję, że biegnę.
 
Do pierwszego punktu ruszyłam naokoło drogami, zgodnie z założeniem, żeby się nie forsować przy tej niesprzyjającej pogodzie. Poszło dobrze. Dwójka stała za gęstymi krzaczorami. Tak mniej więcej wiedziałam gdzie jej szukać, ale czy na pewno chciałam szukać? W tej gęstwinie? Stałam tak i medytowałam i dopiero Piotrek zmobilizował mnie do ruszenia się. Pewnie gdyby wtedy nie nadszedł, postałabym jeszcze trochę i w końcu olała ten punkt. Przy trójce poczułam się swojsko, bo to miejsce kojarzyłam z kilku innych zawodów. Co prawda swojskość nie chciała przełożyć się na łatwość - lampion wisiał na samym szczycie kopca i musiałam się tam wdrapać. A przypominam - duszno, parno i gorąco. Dałam radę i "pomknęłam" dalej.
O dziwo, aż do ósmego punktu szło jak z płatka. Nawigacyjnie oczywiście, bo kondycyjnie to umierałam całą drogę. Przed dziewiątką coś mnie zniosło, tradycyjnie w prawo i wylądowałam w pobliżu skrzyżowania, którego przy dziewiątce absolutnie nie powinno być. No, ale skoro było, to przynajmniej umiejscowiło mnie na mapie i pozwoliło namierzyć się gdzie trzeba.
 
Gdzieś na trasie.
 
Dziesiątka, jedenastka i dwunastka były tam, gdzie się ich spodziewałam. Na trzynastkę postanowiłam iść drogami, bo miałam już dość i trochę, a zawsze to łatwiej po w miarę równym i całkowicie przebieżnym niż przeciwnie. W okolicach trzynastki zastałam zupełnie inny teren niż na mapie, o czym zresztą coś tam nawet było mówione, ale nie zwracałam uwagi. A trzeba było, bo trzynastki nie mogłam znaleźć. Powycinany las jakoś mało mi podpowiadał, gdzie powinnam iść i w efekcie dołu szukałam za bardzo na północ i na dodatek po różnych wądołach. W końcu dotarło do mnie, że stosunek wysiłku do rekreacji jest mocno zaburzony i zamiast się relaksować, coraz bardziej się frustruję. I to był znak do odwrotu. Wyszukałam na mapie jak największe drogi (tak dla zdrowia psychicznego) i nimi statecznie wróciłam na metę. I tak czułam się tak, jak bym całą trasę ze dwa razy zaliczyła. Ponieważ Tomek ze swoją mapą walczył do końca, musiałam chwile na niego poczekać.
No, to tak średnio wyszło z tymi zawodami, ale inaczej nie dało rady. Korona koroną, a abdykować czasem trzeba.




wtorek, 6 lipca 2021

Spóźniona Niepoślipka

Jak przystało na 13-stą edycję, Niepoślipka spóźniła się. Wprawdzie tak prawie ze dwa miesiące, ale grunt, że w ogóle się pojawiła.
Już od dłuższego czasu chciałem zrobić InO na wydmach wokół Horowego Bagna. Nigdy tam nie byłem, ale z okien samochodu wydmy te wyglądają całkiem fajnie. Mapę – taką teoretyczną - miałem narysowaną już wcześniej, ale kiedyś wreszcie należało iść w teren. Wreszcie znalazłem chwilę czasu i odwiedziłem okolicę. Wydma rzeczywiście jest fajna!
Ale wydma to jeden etap. Drugi to okolice Jeziora Czarnego. Teren znany, mapa jest i to mało użyta (na jakiejś niezbyt odległej Niepoślipce z minimalną frekwencją), więc trasę narysowałem „na pamięć”. Oszczędziłem w ten sposób sporo czasu, ale….

Udało się narysować mapy (o dziwo, nie na ostatnią chwilę), uzyskać wymagane zgody, patronat Burmistrza, wydrukować co trzeba. Zostało powiesić lampiony. W piątkowy wieczór zaczęliśmy od wycieczki nad Jezioro Czarne. Komary były, sporo ludzi nad wodą, więc troszkę baliśmy się, że lampiony znikną. Ale nie ma wyjścia, trzeba wieszać. Te koło jeziorka - nie było problemu (no, może poza drobnymi rozbieżnościami na mapie, ale same takie nieistotne dla istoty trasy. Problem zaczął się w dołach po gliniankach. Ostatni raz gdy tu byłem, roślinność była stanowczo "mniej wybujała". Może i teraz nie była aż tak wysoka, ale przy podłożu zagnieździły się kujące jeżyny, czy inne kolczaste pnącza. A ja w krótkich spodenkach i krótkich skarpetach…Oczywiście zapomniałem, że pod linią energetyczną na kopczykach i w dołach gdzie miały stanąć PK to dżungla jest iście amazońska… O zmroku zakrwawieni i co nieco wyssani przez komary wyszliśmy z lasu…. 

Sobota - pobudka o 5 rano. Marsz do lasu z lampionami. Las na szczęście o wiele bardziej przyjazny. Dystans trochę dłuższy (poprawiałem jeden PK z piątku), ale wyrobiłem się przed czasem i nawet mimo awarii suwaka w plecaku (musiałem rozerwać plecak, by wyjąć kluczyki do auta) zdążyłem wrócić do domu na drugie śniadanie. 

 

Dzień zapowiadał się upalny. Nawet bardzo upalny. Niestety, kilka zapisanych zespołów chyba przestraszyło się pogody. A z tych przybyłych niestety wszystkie zespoły TP wymiękły po pierwszym (krótszym) etapie. A szkoda, bo nie zobaczyły malowniczej wydmy nad Horowym Bagnem. I poziomek na tej wydmie ;-) Reszcie udało się szczęśliwie wrócić z lasu. No cóż, wracali lekko wykończeni, ale przy 30-stu stopniach to nic dziwnego. W kategorii TZ walka o zwycięstwo toczyła się wręcz do „ostatniego lampionu”;-) 

Zostało zebranie lampionów, tu znacząco pomógł Przemek i zebrał ich połowę, więc spokojnie udało się jeszcze za dnia dotrzeć do domu.

środa, 16 czerwca 2021

WOR na Dzień Dziecka

 O rany! Ale mam zapóźnienia. No, jakoś mi nie po drodze ostatnio na bloga. 
Tak dla porządku odnotuję, że 1 czerwca zafundowaliśmy sobie Dzień Dziecka z Warsaw Orient Races. Zestroiliśmy się w jagokorowe koszulki i pojechaliśmy się polansować.
Trasy były dość długie, bo mój Chojrak miał 3,9 km. Po mieście, czyli ganianie dookoła bloków. W sumie to lubię, bo trudno się zgubić, chociaż z drugiej strony nie ma tego dreszczyku emocji, a potem nie ma o czym pisać:-) I tym razem też tak było - trasę pokonałam bezproblemowo, aczkolwiek niezbyt szybko, ale to żadna nowość. Przy dwunastce zmyliła mnie trochę jakaś zawodniczka, która twierdziła, że szuka i szuka i nie może znaleźć i oczywiście wlazłam w to wskazane przez nią miejsce, zamiast lecieć tam, gdzie stał punkt. Na szczęście szybko się zorientowałam, że to przecież kawałek dalej i zgarnęłam co trzeba. Na końcówce lekki problem miałam z dwudziestką, a jak się potem okazało - Tomek też. Coś ona chyba stała niedokładnie, ale szczegółowe przeszukanie roślinności ujawniło miejsce pobytu lampionu. Reszta punktów - bez historii. Po powrocie Tomka z jego dłuższej niż moja trasy, szybko zakończyliśmy lans i do domu. Nuuuda panie, nuuuda.... Następnym razem może postaram się zgubić, albo co...

Za fotkę dziękujemy Andrzejowi.
 
A tak wygląda mój przebieg:



poniedziałek, 7 czerwca 2021

Jaga-Kora - uczestnik specjalnej troski.

Nie samym bieganiem czlowiek żyje i stąd te opóźnienia. Zresztą miałam już nic nie pisać o Jadze, bo Tomek taki fajny film zrobił, że wszystko wiadomo, ale napiszę dla przestrogi. Dla samej siebie. Bo jak za rok będziemy się zapisywać, to sobie poczytam jak było:-)))
Już w tym roku miałam iść na trasę siedemnastokilometrową, ale organizatorzy zmienili trasy i okazało się, że czterdziestka pobiegnie inaczej niż dotychczas. W sumie niespecjalnie mnie to wzruszało, ale Tomek tak zachwalał tę nową trasę i w końcu mnie przekonał, że absolutnie koniecznie muszę ją zobaczyć. Muszę, to muszę. Zapisałam się na czterdziestkę, a w zasadzie na 42 km z hakiem. Tomek zaszalał jeszcze bardziej i zapisał się na najdłuższą trasę - 105 km.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy kilka dni wcześniej usiłując jeszcze po drodze coś pozwiedzać, z marnym skutkiem, bo covid:

 Czynne tylko w soboty i niedziele, a my byliśmy we środę:-(

Za to po drodze, w Rymanowie, odebraliśmy nasze pakiety startowe z pięknymi koszulkami i buffami i od razu zrobiliśmy sobie w nich sesję zdjęciową, niczym modele.

Ładne, ale białe chyba sprzed dwóch lat były ładniejsze.

We czwartek postanowiliśmy wybrać się na Polany Surowiczne - tak z sentymentu oraz żeby posprawdzać niektóre fragmenty trasy. Oczywiście obowiązkowym punktem programu była dzwonnica - pięknie odnowiona, z kopułą i dzwonem.
 
Stara nowa dzwonnica.
 
W piątek już tylko odpoczywaliśmy relaksując się w parku zdrojowym i zbierając siły na sobotę. Ponieważ Tomek startował o pierwszej w nocy, a wyjazd do Jaślisk (gdzie był start) był planowany jeszcze wcześniej, więc już wczesnym wieczorem położyliśmy się do łóżka usiłując złapać trochę snu. Oczywiście wcale nie zasnęłam, potem musiałam wstać zamknąć dom po wyjściu Tomka, a potem to już czekałam kiedy będzie rano. O dziwo, rano wcale nie czułam się jakoś szczególnie zmęczona, widocznie samo leżenie też dało radę:-)
Moja trasa startowała z ul. Potockich, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania i pod górkę, więc jak już tam doszłam, to w zasadzie miałam dość. A gdzie reszta trasy?? Przed startem zrobiłam sobie "pożegnalną" fotkę. Taką - wiecie - w razie gdybym nie wróciła, to rodzina ma na pamiątkę.

 Ostatnie chwile przed startem.

Organizatorzy najpierw pisali, że kto przyjdzie na start, ma od razu lecieć na trasę, ale na miejscu  okazało się, że jednak będzie start wspólny. A już miałam nadzieję, że wyrwę zaraz na początku i przez chwilę nie będę ostatnia... Tymczasem ustawiłam się tak trochę pod koniec stawki, żeby ci szybsi nie musieli się ze mną przepychać na wąskiej ścieżce, bo w sumie i tak byłam bez szans. Kiedy wreszcie wybiegliśmy ze ścieżki na asfalt, pierwsze co zobaczyłam, to Tomek. Że też mu się tak udało wycyrklować z dotarciem z Jaślisk do Rymanowa... Biegliśmy chwilę razem, ale po jakimś czasie Tomek co rusz usiłował wysforować się do przodu. Tymczasem ci zawodnicy, którzy jeszcze przypadkiem znaleźli się za mną, po kolei przeganiali mnie, aż w końcu okazało się że stałam się uczestnikiem specjalnej troski i razem ze mną biegnie tylko zamykający trasę. W tym roku był to Grzegorz. Grzegorz okazał się człowiekiem podstępnie brutalnym, bo tak niby nic, a co chwilę przymuszał mnie do przyspieszania. Tym sposobem kilkakrotnie dogoniliśmy Tomka nad którym miałam przewagę przy zbiegach, bo na podejściach to wiadomo - umieram.
Początkowa część trasy niby różniła się od zeszłorocznej, ale ja tam widziałam to samo - las, drzewa i tylko brak błota pod nogami stanowił różnicę.
W Puławach, na 16-tym kilometrze mieliśmy pierwszy punkt odżywczy. Kilka zawodniczek miało tu niezłą przygodę - mimo dużych, pomarańczowych strzałek namalowanych na asfalcie i tak pobiegły nie tam gdzie trzeba i kiedy ja zbierałam się do dalszego biegu, one właśnie podjechały samochodem, który udało im się zatrzymać, kiedy już zorientowały się, że nie są na trasie. Tak troszkę to mnie to nawet ucieszyło, bo już nie byłam taka ostatniusienka, ale szansa, że dotrzymam im kroku była marna. Oczywiście po chwili już były daleko przede mną i jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle postanowiły zrezygnować i wracać do Rymanowa. Grzegorz natychmiast postanowił im to wyperswadować, co zajęło mu dłuższą chwilę, a efekt nie był stuprocentowy. Ja w tym czasie parłam przed siebie, żeby nie tracić cennego czasu i przez chwilę mieć wrażenie samodzielności, bo tak ciągle iść pod opieką zamykającego nie jest do końca komfortowe.
Drugi raz urwałam się Grzegorzowi kawałek przed Darowem i znowu zawdzięczam to jednej z zawodniczek, która była tak miła, że zgubiła się na amen i Grzegorz musiał jej szukać po lasach i kniejach:-) Ja w tym czasie zaczęłam przemyśliwać nas sensem wchodzenia na Polańską i wkrótce doszłam do wniosku, że w Polanach Surowicznych, na punkcie pomiaru czasu składam broń i poddaję się. Nie dość, że byłam już wykończona, to jeszcze pogoda zrobiła się wredna - wiatr i deszcz dawały mi się we znaki i umacniały w podjętej decyzji. Kiedy tak sobie marzyłam o powrocie na kwaterę, nagle przed sobą zobaczyłam znajomą postać. Czyżby Tomek? Ale dopiero tu? Przyspieszyłam i to rzeczywiście był Tomek. Okazało się, że wlecze się powoli, bo coś go kolano boli i w ogóle to postanowił zrezygnować. Kiedy już uzgodniliśmy, że oboje schodzimy z trasy, Tomek zadzwonił do organizatorów dowiedzieć się jak to ma się odbyć. I co się okazało? Z Polan nie zwożą, a on ma iść do Moszczańca na swój punkt pomiarowy i dopiero stamtąd może wrócić. No to ładnie. I co tu teraz robić? W zasadzie nie było wyjścia - musiałam iść dalej. Stwierdziłam, że przecież nawet jeśli umrę na Polańskiej to i tak będą coś musieli zrobić z moim truchłem.
Kawałek za mostem na Wisłoku ja poszłam w prawo na Polany, Tomek w lewo w stronę Moszczańca i zostałam sama w deszczu. Akurat odcinek od mostu do Polan był mi znany od lat, przyjemny, bo po płaskim i nawet kilkukrotne przekraczanie po drodze potoku sprawiałom i frajdę. Na Polany dotarłam przemoczona i odgórnie i oddolnie. A Grzegorza jak nie było, tak nie było. Coś mu się dobrze ta zawodniczka musiała zgubić. Przy punkcie żywieniowym spotkałam za to dwie koleżanki, co to chciały w Puławach rezygnować, ale jednak poszły. Byłam pewna, że są już dużo dalej. Postanowiłyśmy dalej iść razem, choć ja tam znałam swoje możliwości, więc nie nastawiałam się na długotrwałą współpracę:-)

Chwila oddechu w Polanach Surowicznych.

Przed dalszą trasą przebrałyśmy w co tam która miała suchego, żeby choć przez minutę poczuć komfort i ruszyłyśmy. Wielkie było moje zdziwienie kiedy szłam pod górę i wcale, ale to wcale nie męczyłam się tak, jak w ubiegłych latach. Nawet na chwilkę się nie zatrzymywałam, podczas gdy do tej pory musiałam wręcz kłaść się, albo przynajmniej siadać. W tym roku Polańską zdobyłam jednym cięgiem, bez zatrzymywania się, sapiąc w normie i dotrzymując kroku koleżankom. Normalnie cud nad Wisłokiem! Najwyraźniej to nie sama Polańska stanowi dla mnie problem, tylko pogoda podczas której  wspinam się. Przy upale (jak w poprzednich latach) umieram po całości, a w deszczu i zimnie śmigam bezproblemowo.
Grzegorz dogonił nas jakoś tuż za Polańską, razem ze zgubą i jej mamą, co to razem sobie biegły. W takim kilkuosobowym zestawie poruszaliśmy się już do końca, chociaż ja coraz bardziej zostawałam w tyle. Tym niemniej na metę udało mi się dotrzeć w limicie i nawet medali nie brakło:-) Oczywiście na miejscu czekał już Tomek, którego dowieźli na metę dużo wcześniej, ale ponieważ to ja miałam klucz od kwatery, więc nie miał wyjścia - musiał mnie wypatrywać.


I znowu się udało!

 

A teraz przestroga dla mnie samej za rok: 

NIE ZAPISUJ SIĘ NA TRASĘ CZTERDZIESTOKILOMETROWĄ! CHOĆBY NIE WIEM CO!!!!!