Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polany Surowiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polany Surowiczne. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 czerwca 2023
sobota, 27 maja 2023
Jaga Kora czyli tłuczenie miski.
Już w grudniu zeszłego roku wiedziałam, że w Jadze Korze nie pobiegnę. Nie żebym miała jakieś objawienie, to raczej mój ortopeda je miał. Uznawszy więc, że zdrowe nogi będą mi potrzebne na Wawel Cup, Jagę odpuściłam. Tymczasem Tomek poszedł na całość i zapisał się na najdłuższą trasę - 100 km. Od razu sobie pomyślałam: Chłopie, przecież tego nie ukończysz!, ale co mu tam będę mówić - niech sobie pomarzy. W międzyczasie kombinowałam jak zagospodarować siebie podczas tych kilku dni w Rymanowie i w końcu wykoncypowałam - zgłoszę się jako wolontariuszka. Moja propozycja pomocy została przyjęta wręcz z entuzjazmem, więc i ja miałam widoki na swoją Jagę Korę. Do kompletu jeszcze zwerbowałam Anię, która przyjeżdżała z Barbarą (kolejna fanka setki), ale nie biegła żadnej trasy.
Najpierw Kamil wysondował stan mojego układu ruchu, po czym przydzielił znakowanie trasy w czwartek. Pełen entuzjazm, bo w czwartek i tak planowaliśmy połazić po okolicy. Kolejna propozycja to dyżur w biurze zawodów w piątek do północy. Jasne, że przyjdę! Za jakiś czas padło hasło: sobota od 5.30 - biuro, a potem Polany Surowiczne. Tu skakałam pod sufit z radości. Nie, nie na tę 5.30, tylko na Polany. Przez długi czas byłam pewna, że propozycja piątkowa i sobotnia są rozłączne, no bo kiedy spanie??? Zupełnie zapomniałam, że organizatorzy przecież nie sypiają... i pomagam zarówno w piątek, jak i w sobotę. No, ale spoko. Zaniepokoiłam się dopiero przy kociołku. Kociołkowy miał w tym roku nie dotrzeć i ktoś musiał tę zupę ugotować. Niby na Polanach już gotowałam na 60 osób, ale 30 lat temu i na piecu, a nie na ognisku. Aż mi oczy wyszły z orbit z przerażenia na tę propozycję, no ale co? Ja? Ja nie dam rady? Panie, nie takie rzeczy my ze szwagrem po pijaku... Na szczęście po kilku dniach okazało się, że kociołek jednak zostanie ogarnięty i mogłam odetchnąć z ulgą.
Do Rymanowa przyjechaliśmy we środę wieczorem. Pogoda była taka sobie, żeby nie powiedzieć wręcz. Zimno i mokro. Niby w czwartek miało się ciut przejaśnić po jedenastej, ale wiadomo jak to z prognozami. Wpół do jedenastej w czwartek spotkaliśmy się z Kamilem w Moszczańcu, skąd wywiózł nas do Puław, obdarował taśmami, sprejem, patyczkami i instrukcjami co i jak. A potem wziął i odjechał.
Ruszyliśmy.
Deszcz, który miał ustać po jedenastej, chyba zapomniał obejrzeć prognozy pogody i wciąż padał - raz mocniej, raz słabiej. Wcale nas to nie zniechęcało. Po wejściu w las było trochę lepiej, oczywiście jeśli nie trąciło się gałęzi, bo wtedy zimny prysznic.
Zgodnie z prikazem gęsto wieszaliśmy taśmy, nawet tam, gdzie z jednej
strony drogi był elektryczny pastuch, a z drugiej... też elektryczny
pastuch. Ale bo to wiadomo, gdzie się komu zechce zboczyć z drogi:-)
Wszędzie tam, gdzie trasa zmieniała kierunek, zgodnie z zaleceniem Kamila, obwieszaliśmy okolicę jak choinkę bożonarodzeniową, dodatkowo szprejując strzałki na ziemi. Mam nadzieję, że wyszło dobrze i nikt nie miał problemów. W kilku miejscach z powodu zwalonych drzew wytyczyliśmy małe obejścia, a jeden to nawet duży.
Tak sobie szliśmy, wieszaliśmy, podziwialiśmy okolicę i w końcu naszła mnie refleksja, że znakowanie trasy jest dużo, dużo lepsze od samego biegu - wreszcie jest czas żeby podelektować się pobytem w lesie, nawąchać czosnku niedźwiedziego, popatrzeć na widoczki, a jak się człowiek zmęczy, to i przysiąść można (no dobra - mokro, to nie można, ale teoretycznie).
Kiedy dotarliśmy do Darowa i czekało nas forsowanie Wisłoka, byłam już dobrze zmarznięta i trochę obawiałam się tej przeprawy, choć z drugiej strony z niecierpliwością na nią czekałam. Woda w rzece była dość wysoka jak na bród, a mocny nurt nieco utrudniał utrzymanie równowagi. Za to wcale nie była taka lodowata jak się spodziewałam.
W końcu pokonaliśmy wszystkie wodne przeszkody i niedługo potem wyszliśmy na asfalt w Moszczańcu. Jeszcze tylko dojście do samochodu i fajrant - można wracać grzać się i suszyć.
W piątek już przed dwudziestą stawiłyśmy się z Anią w biurze zawodów, a Tomek i Barbara zostali zbierać siły przed startem. Wcześniejsza ekipa przekazała nam swoje obowiązki, po czym oddaliła się i zostałyśmy same. Same jak same - obok rozsiadły się BYTYJANA, w razie gdyby ktoś boso zjawił się na biegu, a co jakiś czas pojawiali się biegacze po pakiety startowe. W sumie to nie miałyśmy dużo roboty, bo przecież kontakt z zawodnikami był przyjemnością, a nie pracą.
Przed północą zjawił się Tomek z Barbarą. Bardzo ich wypatrywałyśmy, głównie z tego powodu, że obydwoje mieli klucze od pokojów, a nie chciałyśmy spać byle gdzie. Chociaż w sumie - ileż to tego spania nas czekało, jak o 5.30 miałyśmy być z powrotem.
Noc z piątku na sobotę rzeczywiście okazała się za krótka i rano (rano? w środku nocy!) wstałam w formie zombi. Czas miałam wyliczony niemal co do sekundy, a tu jak na złość nie umiałam wyłączyć alarmu w telefonie. Piszczał i piszczał, ja nerwowo naciskałam, przesuwałam, dotykałam i wszystko co tylko przyszło mi do głowy, a tu nic. Co gorsza - usłyszałam ruch za ścianą - znaczy się : obudziłam sąsiadów:-( Dopiero po dwóch minutach udało mi się uciszyć gadzinę. No, ale te dwie minuty byłam w plecy. Zagęściłam więc ruchy, żeby zdążyć wypić kawę, bo bez tego ani rusz i jakoś udało się, a nawet na dole byłam kilka sekund przed Anią.
Teraz następowała gorsza część imprezy - jazda samochodem, co zawsze jest dla mnie stresem, kiedy występuję w roli kierowcy, a nie pasażera. Na szczęście o tak nieludzkiej porze większość ludzi śpi, więc drogi miałam puste. Przed wyjazdem na Polany Surowiczne jeszcze półtorej godziny wydawałyśmy pakiety i wypatrywały "naszych", którzy powinni lada moment zjawić się na przepaku. Kiedy w końcu dotarli, ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu oznajmili, że schodzą z trasy, nóżki im się zepsuły i odpadły i w ogóle. To, że nie ukończą, to ja wiedziałam, ale że poddadzą się tak szybko??? I teraz co? Oni pójdą spać, a my jak głupie pojedziemy na Polany? W końcu krakowskim targiem ustaliliśmy, że jak odpoczną, to spacerkiem przyjdą do nas, a potem razem wrócimy. Tak uspokojone mogłyśmy już jechać.
Kiedy dotarłyśmy na miejsce część ekipy, która wyjechała wcześniej, uwijała się już przy stole, Tomek (nie nasz) przy ognisku szykował kociołek, a Bartek robił nastrój. Na zawodników natomiast musieliśmy jeszcze trochę poczekać.
Jako pierwsi pojawili się ci z najkrótszej trasy. Ku naszemu zawodowi cała czołówka ominęła punkt żywieniowy i od razu pognali na Polańską machając nam tylko z daleka. A my tak się staraliśmy:-( W końcu jednak znaleźli się tacy, którzy do nas zajrzeli i wreszcie mogliśmy się wykazać.
W pełnej gotowości.
Ale zaraz, zaraz! Nasze wątłe oklaski (no bo ile hałasu zrobi kilka par rąk?) to trochę za mało na entuzjastyczne powitanie. Hałas! Potrzeba nam hałasu! Wpadłam do chałupy z okrzykiem: Gaaarneeek! I coś do walenia! Staszek (chatkowy) ze stoickim spokojem wskazał kuchnię, a tam od razu wypatrzyłam idealną miskę i nie mniej idealną (aczkolwiek z lekka nadgryzioną) chochelkę. Tak uzbrojona mogłam już witać przybywających. Waliłam w michę bez opamiętania i czułam, że właśnie odkrywam swoje powołanie życiowe. Znalazłam swoją małą niszę i zostałam miskową. Początkowo moje walenie w michę wzbudzało powszechny aplauz, jednak z czasem zauważyłam, że we wzroku niektórych osób z ekipy pojawia się coraz silniejsza żądza mordu. Tak dla bezpieczeństwa (własnego) oddalałam się z tym bębnieniem coraz dalej, ale też nie mogłam za daleko, żeby zdążyć dobiec do stołu z napojami, które pomagałam zawodnikom wlewać do butelek i bukłaków.
Po jakimś czasie do chałupy dotarła żona jednego z zawodników zaopatrzona w dzieci, bębenek i duży dzwonek. O, jaki udawało nam się razem robić piękny hałas... Co tu dużo dyskutować - każdy jeden zawodnik zasługuje na oklaski, obębnienie i obdzwonienie i taka była nasza misja.
Kiedy dotarł do nas Tomek z Barbarą byłam już mistrzem świata walenia w miskę, a ponieważ skądś wzięły się cztery mniejsze dzwonki, zatrudniłam Tomka jako dzwonkowego.
Tak dla bezpieczeństwa ustawialiśmy się coraz dalej od centrum punktu (ta żądza mordu), w końcu przy samym ogrodzeniu, ale dzięki temu mogłam walić wbiegającym uczestnikom prosto w uszy. Chyba nikt nie może złożyć skargi, że był witany na punkcie bez należnego entuzjazmu.
Jest natomiast od niektórych uczestników postulat rozszerzenia kadry o duchownego, bo były osoby, które wczołgując się na punkt błagały o ostatnie namaszczenie. Niestety, z rzeczy ostatecznych mieliśmy tylko cmentarz łemkowski po sąsiedzku. Jakoś nikt nie skorzystał.
Ogólnie na punkcie było bardzo wesoło. Część rozrywek organizowaliśmy sobie sami, część dostarczali uczestnicy, a część fotografowie, których w szczytowym momencie było w Polanach aż czworo (wliczając w to "naszą" Kasię). Teraz już wiem dlaczego za każdym razem w poprzednich latach, kiedy docierałam na Polany jako uczestnik wcale, ale to wcale nie chciałam ruszać dalej. Na Polanach jest po prostu najlepiej!
Wszystko co dobre szybko się kończy, nadszedł więc czas, kiedy na punkt dotarł ostatni zawodnik i nasz dalszy pobyt w tym cudownym miejscu nie był już niczym uzasadniony. Spakowaliśmy manatki, ogarnęli teren, żeby gospodarzom nie zostawiać syfu, pożegnaliśmy Staszka i ruszyliśmy w stronę Rymanowa.
Nawet taśmy z trasy już sprzątnięte.
Szkoda, że już po wszystkim. Choć kolejna edycja dopiero za rok, to już zaczynam zastanawiać się czy pobiec, czy jednak ponownie realizować się w tłuczeniu miski. Jak myślicie?
sobota, 28 maja 2022
Jaga Kora po raz czwarty i na pewno nie ostatni.
W myśl zasady - mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił - w tym roku na Jagę Korę zapisałam się na najkrótszą trasę - 19 km. Pewnie, że trochę mi było szkoda trasy czterdziestki, ale nie chciałam trzeci raz z rzędu być uczestnikiem specjalnej troski, czyli wlec się na końcu w towarzystwie zamykającego stawkę. Aczkolwiek - nie powiem - moi "opiekunowie" byli za każdym razem przeuroczymi i pomocnymi osobnikami. Tomek w zeszłym roku poległ na setce, więc też ciut odpuścił i postanowił biec siedemdziesiątkę.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy dwa dni wcześniej, żeby się zaaklimatyzować, pozakładać obozy przejściowe, wynająć szerpów i ogarnąć te wszystkie organizacyjne sprawy.
W piątek postanowiliśmy przymierzyć się do naszych tras, wiec wybraliśmy się na wycieczkę na Przymiarki. Poszło szybko, sprawnie i niemal bez zmęczenia, więc uznaliśmy, że jest dobrze.
Wieczorem odebraliśmy pakiety startowe i pozostało tylko przygotować plecaki i wyspać się.
Tomek startował już o szóstej rano, mój autobus wywożący na start odjeżdżał 7.50. Startowałam z łąki w Moszczańcu, skąd do Chałupy na Polanach Surowicznych mieliśmy raptem pięć kilometrów z hakiem. Po drodze mieliśmy do pokonania Wisłok i Potok Surowiczny (kilka razy), ale ani jednej górki - tylko w dół lub po równym. Bardzo mi się to podobało, bo oznaczało, że wchodząc na Polańską będę jeszcze w pełni sił.
Na dany znak, po odliczeniu od dziesięciu do zera, ruszyliśmy. Starałam się biec w środku grupy i pierwsze kilkaset metrów nawet mi się udało. Potem niepostrzeżenie zaczęłam przesuwać się na coraz dalszą pozycję, aż w końcu stawka ustabilizowała się i wciąż nie byłam na szarym końcu.
Ruszyliśmy.
Już przy pierwszej wodzie powstał zator, bo nikt nie chciał sobie zamoczyć bucików. Ja bym tam chętnie cała plasnęła w wodę, ale co się będę wyrywać przed szereg. Grzecznie ustawiłam się w kolejce i po kamykach pokonałam rzekę.
Tam na środku rzeki to ja.
Niechęć do wody może brała się stąd, że ta edycja była wyjątkowo sucha - deszcz nie padał od dawna, zero błota, strumyki płyciutkie, więc każdy zakodował sobie, że biegnie na sucho.
Te kilka kilometrów do Polan biegłam za bardzo wesołą grupką i dopóki dystans między nami się nie powiększał, wiedziałam, że nie jest źle. Zresztą, co to jest te pięć kilometrów. Nawet tak sobie kombinowałam, że może by nie wchodzić na punkt żywieniowy, tylko od razu lecieć na Polańską, ale przypomniałam sobie, że przecież muszę zaliczyć punkt pomiarowy, żeby nie wypaść z systemu.
Mijam pomiar czasu.
W Chałupie pierwszą osobą na jaką się natknęłam była Gosia, z którą nie widziałyśmy się już chyba ze dwa lata (jak nie lepiej). Po powitaniach i złapaniu smakołyków ze stołu, zaordynowałam krótką sesję fotograficzną, łyknęłam kubek coli i nie tracąc więcej czasu ruszyłam na spotkanie Strasznej Góry.
Punkt żywieniowy na Polanach Surowicznych.
W sumie w Polańskiej najgorsze jest to w miarę łagodne podejście przed dojściem do lasu. Ono niby łagodne, ale ma taki wredny kąt nachylenia, że mi bardzo nie pasuje. Do tego kiedy przygrzewa słońce, nie ma się gdzie przed nim schować, człowiek się piecze, a wiadomo, że człowiek pieczony, to człowiek bardzo powolny. Szłam więc krok za krokiem, ale starałam się nie robić przystanków i tylko jak mantrę powtarzałam w myślach - niech spadnie deszcz, niech spadnie deszcz... W zeszłym roku właśnie dzięki odgórnemu chłodzeniu bezproblemowo i sprawnie weszłam na szczyt.
Gdzieś w połowie podejścia, jak zawsze, usadowił się fotograf. Usiłowałam już z daleka przybrać radosny wyraz twarzy, ale najwyraźniej z mizernym skutkiem, bo fotograf zawołał:
- Uśmiechnij się!
Robiłam co mogłam i któraś próba w końcu się udała (no, mniej więcej). Oto efekt:
Z kolei przy wejściu do lasu kazałam sobie trzasnąć tradycyjną fotkę z buhajem, bo robię co roku, więc w sumie to już taka nowa świecka tradycja.
"Proszę nie zbliżać się do stada - w stadzie znajduje się buhaj."
Przy buhaju zaczęło kropić. Moje prośby, z lekkim opóźnieniem, ale zostały wysłuchane. Im mocniej padało, tym szybciej szłam pod górę. Niestety, tak się skupiłam na prośbach o deszcz, że zupełnie zapomniałam o prośbach o jego zakończenie i niemal do samej mety padało mi na głowę - raz mocniej, raz słabiej. Na leśnym kawałku Polańskiej po raz pierwszy w życiu udało mi się kogoś wyprzedzić i to dodało mi skrzydeł. Tuż za Polańską wyprzedziłam kolejną grupkę, chociaż akurat ci zawodnicy, gdyby chcieli, polecieli by dużo szybciej. Na szczęście nie chcieli:-)
Na odkrytym odcinku za Jawornikiem znowu usiłowałam wdzięcznie szczerzyć się do aparatu i nawet pomachałam, żeby mnie fotograf nie zignorował. No i udało się - mam fotkę z trasy.
Coraz mniej pada - lasy zaczynają parować.
Jakieś cztery, pięć kilometrów przed metą organizatorzy jak co roku postawili w lesie duże lustro, żeby każdy mógł się doprowadzić do porządku, bo co im na metę będą wpadać jakieś rozczochrane, czy rozmazane i brudne osobniki.
Pod koniec trasy to już byłam trochę niewyraźna.
Na polanach w okolicach Wołtuszowej dostałam takiego przyspieszenia, że chyba pobiłam swój rekord życiowy. W sumie to tak trochę przez przypadek, bo jak się rozpędziłam z górki, to już za nic nie mogłam wyhamować i tak leciałam z obłędem w oczach modląc się, żeby się tylko nie potknąć i wyhamować nie na drzewie i najlepiej w jednym kawałku. Udało się, a przy okazji przegoniłam kilka osób, które bały się biec tak szaleńczo w dół. Dodatkowo o mało nie stratowałam fotografa, który usiłował mi cyknąć fotkę, ale najprawdopodobniej wyszłam w formie rozmazanej plamy.
Został mi jeszcze ostatni stromy zbieg w dół w lesie, gdzie usłużni spacerowicze przestrzegali mnie, że ślisko i żeby uważać, potem ostry zawijas i zaraz asfalt prowadzący już na metę. Ponieważ miałam trochę nadrobione tymi zbiegami, nie spieszyłam się zbytnio, to znaczy biegłam, ale nie do wyplucia płuc. Co jakiś czas przeganiali mnie zawodnicy z innych tras (tak, tych dłuższych i dużo dłuższych), więc odwracałam się słysząc tupot. Kiedy meta była już w zasięgu wzroku, znowu zerknęłam do tyłu i ze zgrozą zauważyłam dziewczynę z mojej trasy, którą na zbiegu zostawiłam daleko w tyle. O, nie! Łatwo skóry nie oddam! Zerwałam się jakby mnie kto w tyłek dźgnął żywym ogniem, niestety - ona też. Widzowie zaczęli nas dopingować, bo pewnie jeszcze nie widzieli tak zażartej walki o jedno z ostatnich miejsc. Kilka kroków przed metą, kiedy każdy zaczyna hamować widząc przed sobą kibiców tuż za linią mety, ja jeszcze przyspieszyłam nie przejmując się czy kogoś rozdepczę i tym sposobem wygrałam o SEKUNDĘ. A może po prostu koleżanka widząc moją determinację pozwoliła mi wygrać? Grunt, że zabawa była przednia.
Po odebraniu medalu (każdy dostawał) i przydziałowych napojów szukałam miejsca gdzie by usiąść, bo po tym finiszu ledwo stałam, a tu nagle koło mnie pojawił się Paweł - zamykający stawkę sprzed dwóch edycji, dzięki któremu nie umarłam wtedy na Polańskiej. Widać nasza wędrówka była już znana wśród jego znajomych, bo towarzyszącej mu koleżance przedstawił mnie slowami:
- To ta pani, co ci opowiadałem ...
Fajnie zakończyć trasę miłym spotkaniem.
Na pozowanej fotce, po chwili odpoczynku, wyszłam lepiej niż na autentycznym wręczaniu medalu, to lepiej patrzcie na tę:
Na mecie.
Na mecie byłam już przed dwunastą, więc do powrotu Tomka miałam jeszcze masę czasu. Zjadłam przydziałowe pierogi i wróciłam na kwaterę wypięknić się na powrót męża. W Internecie śledziłam gdzie w danej chwili przebywa, ponieważ uczestnicy jego trasy byli wyposażeni w trackery. Na metę ruszyłam, kiedy dotarł do Wołtuszowej. Jakoś wydawało mi się, że szybko myknie ten ostatni kawałek, a czekałam i czekałam na niego. O, tak się stęskniłam:
Wrócił cały i żywy!
Wybór najkrótszej trasy w tym roku był dobrym posunięciem. Co prawda na widok uczestników z innych tras (zwłaszcza czterdziestki) trochę mi było żal, ale wiem, że nie dałabym rady dobiec inaczej, jak z obstawą, a i to nie takie pewne.
Teraz mam dylemat - ostro trenować do czterdziestki za rok, czy ostro trenować, żeby poprawić wynik na dziewiętnastce? Jedno jest pewne - ostro trenować!
A za dwa lata już na pewno będę na pudle, bez względu na wybór trasy - w tym roku na mojej trasie była jedna weteranka, a na czterdziestce nie było żadnej. I w tym upatruję swoją szansę:-))))
poniedziałek, 7 czerwca 2021
Jaga-Kora - uczestnik specjalnej troski.
Nie samym bieganiem czlowiek żyje i stąd te opóźnienia. Zresztą miałam już nic nie pisać o Jadze, bo Tomek taki fajny film zrobił, że wszystko wiadomo, ale napiszę dla przestrogi. Dla samej siebie. Bo jak za rok będziemy się zapisywać, to sobie poczytam jak było:-)))
Już w tym roku miałam iść na trasę siedemnastokilometrową, ale organizatorzy zmienili trasy i okazało się, że czterdziestka pobiegnie inaczej niż dotychczas. W sumie niespecjalnie mnie to wzruszało, ale Tomek tak zachwalał tę nową trasę i w końcu mnie przekonał, że absolutnie koniecznie muszę ją zobaczyć. Muszę, to muszę. Zapisałam się na czterdziestkę, a w zasadzie na 42 km z hakiem. Tomek zaszalał jeszcze bardziej i zapisał się na najdłuższą trasę - 105 km.
Tradycyjnie do Rymanowa Zdroju przyjechaliśmy kilka dni wcześniej usiłując jeszcze po drodze coś pozwiedzać, z marnym skutkiem, bo covid:
Czynne tylko w soboty i niedziele, a my byliśmy we środę:-(
Za to po drodze, w Rymanowie, odebraliśmy nasze pakiety startowe z pięknymi koszulkami i buffami i od razu zrobiliśmy sobie w nich sesję zdjęciową, niczym modele.
Ładne, ale białe chyba sprzed dwóch lat były ładniejsze.
We czwartek postanowiliśmy wybrać się na Polany Surowiczne - tak z sentymentu oraz żeby posprawdzać niektóre fragmenty trasy. Oczywiście obowiązkowym punktem programu była dzwonnica - pięknie odnowiona, z kopułą i dzwonem.
Stara nowa dzwonnica.
W piątek już tylko odpoczywaliśmy relaksując się w parku zdrojowym i zbierając siły na sobotę. Ponieważ Tomek startował o pierwszej w nocy, a wyjazd do Jaślisk (gdzie był start) był planowany jeszcze wcześniej, więc już wczesnym wieczorem położyliśmy się do łóżka usiłując złapać trochę snu. Oczywiście wcale nie zasnęłam, potem musiałam wstać zamknąć dom po wyjściu Tomka, a potem to już czekałam kiedy będzie rano. O dziwo, rano wcale nie czułam się jakoś szczególnie zmęczona, widocznie samo leżenie też dało radę:-)
Moja trasa startowała z ul. Potockich, dość daleko od naszego miejsca zamieszkania i pod górkę, więc jak już tam doszłam, to w zasadzie miałam dość. A gdzie reszta trasy?? Przed startem zrobiłam sobie "pożegnalną" fotkę. Taką - wiecie - w razie gdybym nie wróciła, to rodzina ma na pamiątkę.
Ostatnie chwile przed startem.
Organizatorzy najpierw pisali, że kto przyjdzie na start, ma od razu lecieć na trasę, ale na miejscu okazało się, że jednak będzie start wspólny. A już miałam nadzieję, że wyrwę zaraz na początku i przez chwilę nie będę ostatnia... Tymczasem ustawiłam się tak trochę pod koniec stawki, żeby ci szybsi nie musieli się ze mną przepychać na wąskiej ścieżce, bo w sumie i tak byłam bez szans. Kiedy wreszcie wybiegliśmy ze ścieżki na asfalt, pierwsze co zobaczyłam, to Tomek. Że też mu się tak udało wycyrklować z dotarciem z Jaślisk do Rymanowa... Biegliśmy chwilę razem, ale po jakimś czasie Tomek co rusz usiłował wysforować się do przodu. Tymczasem ci zawodnicy, którzy jeszcze przypadkiem znaleźli się za mną, po kolei przeganiali mnie, aż w końcu okazało się że stałam się uczestnikiem specjalnej troski i razem ze mną biegnie tylko zamykający trasę. W tym roku był to Grzegorz. Grzegorz okazał się człowiekiem podstępnie brutalnym, bo tak niby nic, a co chwilę przymuszał mnie do przyspieszania. Tym sposobem kilkakrotnie dogoniliśmy Tomka nad którym miałam przewagę przy zbiegach, bo na podejściach to wiadomo - umieram.
Początkowa część trasy niby różniła się od zeszłorocznej, ale ja tam widziałam to samo - las, drzewa i tylko brak błota pod nogami stanowił różnicę.
W Puławach, na 16-tym kilometrze mieliśmy pierwszy punkt odżywczy. Kilka zawodniczek miało tu niezłą przygodę - mimo dużych, pomarańczowych strzałek namalowanych na asfalcie i tak pobiegły nie tam gdzie trzeba i kiedy ja zbierałam się do dalszego biegu, one właśnie podjechały samochodem, który udało im się zatrzymać, kiedy już zorientowały się, że nie są na trasie. Tak troszkę to mnie to nawet ucieszyło, bo już nie byłam taka ostatniusienka, ale szansa, że dotrzymam im kroku była marna. Oczywiście po chwili już były daleko przede mną i jakież było moje zdziwienie, kiedy nagle postanowiły zrezygnować i wracać do Rymanowa. Grzegorz natychmiast postanowił im to wyperswadować, co zajęło mu dłuższą chwilę, a efekt nie był stuprocentowy. Ja w tym czasie parłam przed siebie, żeby nie tracić cennego czasu i przez chwilę mieć wrażenie samodzielności, bo tak ciągle iść pod opieką zamykającego nie jest do końca komfortowe.
Drugi raz urwałam się Grzegorzowi kawałek przed Darowem i znowu zawdzięczam to jednej z zawodniczek, która była tak miła, że zgubiła się na amen i Grzegorz musiał jej szukać po lasach i kniejach:-) Ja w tym czasie zaczęłam przemyśliwać nas sensem wchodzenia na Polańską i wkrótce doszłam do wniosku, że w Polanach Surowicznych, na punkcie pomiaru czasu składam broń i poddaję się. Nie dość, że byłam już wykończona, to jeszcze pogoda zrobiła się wredna - wiatr i deszcz dawały mi się we znaki i umacniały w podjętej decyzji. Kiedy tak sobie marzyłam o powrocie na kwaterę, nagle przed sobą zobaczyłam znajomą postać. Czyżby Tomek? Ale dopiero tu? Przyspieszyłam i to rzeczywiście był Tomek. Okazało się, że wlecze się powoli, bo coś go kolano boli i w ogóle to postanowił zrezygnować. Kiedy już uzgodniliśmy, że oboje schodzimy z trasy, Tomek zadzwonił do organizatorów dowiedzieć się jak to ma się odbyć. I co się okazało? Z Polan nie zwożą, a on ma iść do Moszczańca na swój punkt pomiarowy i dopiero stamtąd może wrócić. No to ładnie. I co tu teraz robić? W zasadzie nie było wyjścia - musiałam iść dalej. Stwierdziłam, że przecież nawet jeśli umrę na Polańskiej to i tak będą coś musieli zrobić z moim truchłem.
Kawałek za mostem na Wisłoku ja poszłam w prawo na Polany, Tomek w lewo w stronę Moszczańca i zostałam sama w deszczu. Akurat odcinek od mostu do Polan był mi znany od lat, przyjemny, bo po płaskim i nawet kilkukrotne przekraczanie po drodze potoku sprawiałom i frajdę. Na Polany dotarłam przemoczona i odgórnie i oddolnie. A Grzegorza jak nie było, tak nie było. Coś mu się dobrze ta zawodniczka musiała zgubić. Przy punkcie żywieniowym spotkałam za to dwie koleżanki, co to chciały w Puławach rezygnować, ale jednak poszły. Byłam pewna, że są już dużo dalej. Postanowiłyśmy dalej iść razem, choć ja tam znałam swoje możliwości, więc nie nastawiałam się na długotrwałą współpracę:-)
Chwila oddechu w Polanach Surowicznych.
Przed dalszą trasą przebrałyśmy w co tam która miała suchego, żeby choć przez minutę poczuć komfort i ruszyłyśmy. Wielkie było moje zdziwienie kiedy szłam pod górę i wcale, ale to wcale nie męczyłam się tak, jak w ubiegłych latach. Nawet na chwilkę się nie zatrzymywałam, podczas gdy do tej pory musiałam wręcz kłaść się, albo przynajmniej siadać. W tym roku Polańską zdobyłam jednym cięgiem, bez zatrzymywania się, sapiąc w normie i dotrzymując kroku koleżankom. Normalnie cud nad Wisłokiem! Najwyraźniej to nie sama Polańska stanowi dla mnie problem, tylko pogoda podczas której wspinam się. Przy upale (jak w poprzednich latach) umieram po całości, a w deszczu i zimnie śmigam bezproblemowo.
Grzegorz dogonił nas jakoś tuż za Polańską, razem ze zgubą i jej mamą, co to razem sobie biegły. W takim kilkuosobowym zestawie poruszaliśmy się już do końca, chociaż ja coraz bardziej zostawałam w tyle. Tym niemniej na metę udało mi się dotrzeć w limicie i nawet medali nie brakło:-) Oczywiście na miejscu czekał już Tomek, którego dowieźli na metę dużo wcześniej, ale ponieważ to ja miałam klucz od kwatery, więc nie miał wyjścia - musiał mnie wypatrywać.
I znowu się udało!
A teraz przestroga dla mnie samej za rok:
NIE ZAPISUJ SIĘ NA TRASĘ CZTERDZIESTOKILOMETROWĄ! CHOĆBY NIE WIEM CO!!!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























