Wróciłam.
Padłam na pysk.
Jak wstanę, to będzie relacja.
niedziela, 15 marca 2015
środa, 11 marca 2015
Warszawa Nocą
Już wiem, że nie lubię startów masowych.
W ogóle nie lubię tłumów koło siebie, a tu na małej przestrzeni stłoczono ponad dwieście osób, co może i wyglądało fajnie dopóki całe towarzystwo stało sobie spokojnie.
Na dany znak wszyscy ruszyli. Bałam się zatrzymać, żeby obejrzeć mapę, bo nawet każde zwolnienie już groziło stratowaniem. Biegłam więc nie wiedząc gdzie, za tłumem, starałam się tylko nie stracić T. z oczu, bo jak ginąć to razem.
T. tym razem nie pobiegł za profesjonalistami tylko okrężną, bo okrężną drogą, ale na nasz punkt. Nawet wyprzedziłam go na ostatniej prostej i pierwsza z całej stawki odpipałam się. T. pipnął i pobiegł zanim ja zorientowałam się na mapie gdzie jestem. Ale, co tam mapa! Biegusiem za T., bo strach tak zostać w obcym miejscu. Wiedziałam, że długo nie dam rady go gonić i strachu starczyło mi tylko do trzeciego punktu.
Zzipana i tak nie mogłam biec dalej, więc postanowiłam w końcu obejrzeć mapę. Dziki tłum wciąż kłębił się dookoła, tylko teraz w różnych kierunkach. Dezorientowało mnie to strasznie. W akcie desperacji przypomniałam sobie wszystkie wiadomości z wczorajszego kursu i postanowiłam je zastosować w praktyce. Wzięłam więc kompas, mapę i jak było mówione, ustawiłam północ mapy zgodnie z północą na kompasie. Pobiegłam we wskazanym kierunku, chociaż teren zgadzał mi się tak średnio z mapą. Punktu nigdzie nie było.Wróciłam więc na trójkę i dwukrotnie powtórzyłam operację. Kompas uparcie kierował mnie w tę samą stronę. No, najwyraźniej się zepsuł! A olać kompas! Pobiegłam jak mi zdrowy rozsądek podpowiadał, chociaż najbardziej to miałam ochotę lecieć już na metę. Trzeba by było jednak wiedzieć gdzie. To już łatwiej było w tę stronę, gdzie większość.
Piątkę i szóstkę udało się znaleźć bez większych problemów, chociaż te wszystkie bloki wyglądają identycznie i co rusz miałam wrażenie, że przy tym to już na pewno byłam i to co najmniej z dziesięć razy.
Na szóstce nieopatrznie postanowiłam sprawdzić czy kompas się aby nie naprawił, co kosztowało mnie prawie sześć minut. Nie naprawił się:-(
Do siódemki doprowadziły mnie jakieś dzieci, ósemkę przebiegłam i musiałam wracać, a w drodze na dziewiątkę zapomniałam na jaki punkt mam iść. Normalnie czarna dziura. W marszach to jednak lepiej, bo sobie można na karcie sprawdzić, a tu co? Mogę sobie pipać do upadłego, a nic się nie dowiem:-( Trzy razy wracałam na ósemkę i co doszłam, to przypominało mi się, że tu już byłam. A potem w swojej ślepocie parkingi wzięłam na drugi pas jezdni i dziewiątka wyszła mi po drugiej stronie drogi. Przedarłam się więc przez ulicę i kiedy tylko postawiłam nogę na chodniku, olśniło mnie, że przecież - nie! Dziewiątka jest po pierwszej stronie ulicy.
Od dziewiątki poszło już łatwo, bo odpuściłam sobie bieganie, a marszem to jest czas i na obejrzenie mapy i terenu i dopasowanie jednego do drugiego. Tak gdzieś koło dziewiątki przypomniało mi się o kciukowaniu. Żebym nie była taka zła na siebie, to chyba umarłabym za śmiechu. Po pierwsze strzałkę na paznokciu wymalowałam sobie na lewej ręce, bo malować umiem tylko prawą, a zgadnijcie - w której ręce trzymam mapę? W prawej oczywiście, więc lewy kciuk był mi zupełnie nieprzydatny. To teraz można zgadywać ile razy obróciłam mapę w rękach? Będzie tak z 3624 razy! Nie ma opcji żeby trzymać tę mapę z kciukiem i to cały czas jeszcze zorientowaną. No, nie ma!
Na mecie czekał T., już zdenerwowany, że mnie nie ma i nie ma i rozważał warianty poszukiwań. Ale wiadomo - złego diabli nie biorą, więc i ja się znalazłam.
Po biegu, dla relaksu, zaliczyliśmy jeszcze Górkę Kazurkę i prawie udało nam się wbiec na nią. Tym sposobem zdobyliśmy ostatni punkt trino - Ursynów Południowy.
Nie ma to jak trino - idzie sobie człowiek sam lub w małej grupie, nie ma presji, że inni biegną jak szaleni, więc i ja muszę, nikt nie potrąca, nie popycha - jednym słowem: luksus.
W ogóle nie lubię tłumów koło siebie, a tu na małej przestrzeni stłoczono ponad dwieście osób, co może i wyglądało fajnie dopóki całe towarzystwo stało sobie spokojnie.
Na dany znak wszyscy ruszyli. Bałam się zatrzymać, żeby obejrzeć mapę, bo nawet każde zwolnienie już groziło stratowaniem. Biegłam więc nie wiedząc gdzie, za tłumem, starałam się tylko nie stracić T. z oczu, bo jak ginąć to razem.
T. tym razem nie pobiegł za profesjonalistami tylko okrężną, bo okrężną drogą, ale na nasz punkt. Nawet wyprzedziłam go na ostatniej prostej i pierwsza z całej stawki odpipałam się. T. pipnął i pobiegł zanim ja zorientowałam się na mapie gdzie jestem. Ale, co tam mapa! Biegusiem za T., bo strach tak zostać w obcym miejscu. Wiedziałam, że długo nie dam rady go gonić i strachu starczyło mi tylko do trzeciego punktu.
Zzipana i tak nie mogłam biec dalej, więc postanowiłam w końcu obejrzeć mapę. Dziki tłum wciąż kłębił się dookoła, tylko teraz w różnych kierunkach. Dezorientowało mnie to strasznie. W akcie desperacji przypomniałam sobie wszystkie wiadomości z wczorajszego kursu i postanowiłam je zastosować w praktyce. Wzięłam więc kompas, mapę i jak było mówione, ustawiłam północ mapy zgodnie z północą na kompasie. Pobiegłam we wskazanym kierunku, chociaż teren zgadzał mi się tak średnio z mapą. Punktu nigdzie nie było.Wróciłam więc na trójkę i dwukrotnie powtórzyłam operację. Kompas uparcie kierował mnie w tę samą stronę. No, najwyraźniej się zepsuł! A olać kompas! Pobiegłam jak mi zdrowy rozsądek podpowiadał, chociaż najbardziej to miałam ochotę lecieć już na metę. Trzeba by było jednak wiedzieć gdzie. To już łatwiej było w tę stronę, gdzie większość.
Piątkę i szóstkę udało się znaleźć bez większych problemów, chociaż te wszystkie bloki wyglądają identycznie i co rusz miałam wrażenie, że przy tym to już na pewno byłam i to co najmniej z dziesięć razy.
Na szóstce nieopatrznie postanowiłam sprawdzić czy kompas się aby nie naprawił, co kosztowało mnie prawie sześć minut. Nie naprawił się:-(
Do siódemki doprowadziły mnie jakieś dzieci, ósemkę przebiegłam i musiałam wracać, a w drodze na dziewiątkę zapomniałam na jaki punkt mam iść. Normalnie czarna dziura. W marszach to jednak lepiej, bo sobie można na karcie sprawdzić, a tu co? Mogę sobie pipać do upadłego, a nic się nie dowiem:-( Trzy razy wracałam na ósemkę i co doszłam, to przypominało mi się, że tu już byłam. A potem w swojej ślepocie parkingi wzięłam na drugi pas jezdni i dziewiątka wyszła mi po drugiej stronie drogi. Przedarłam się więc przez ulicę i kiedy tylko postawiłam nogę na chodniku, olśniło mnie, że przecież - nie! Dziewiątka jest po pierwszej stronie ulicy.
Od dziewiątki poszło już łatwo, bo odpuściłam sobie bieganie, a marszem to jest czas i na obejrzenie mapy i terenu i dopasowanie jednego do drugiego. Tak gdzieś koło dziewiątki przypomniało mi się o kciukowaniu. Żebym nie była taka zła na siebie, to chyba umarłabym za śmiechu. Po pierwsze strzałkę na paznokciu wymalowałam sobie na lewej ręce, bo malować umiem tylko prawą, a zgadnijcie - w której ręce trzymam mapę? W prawej oczywiście, więc lewy kciuk był mi zupełnie nieprzydatny. To teraz można zgadywać ile razy obróciłam mapę w rękach? Będzie tak z 3624 razy! Nie ma opcji żeby trzymać tę mapę z kciukiem i to cały czas jeszcze zorientowaną. No, nie ma!
Na mecie czekał T., już zdenerwowany, że mnie nie ma i nie ma i rozważał warianty poszukiwań. Ale wiadomo - złego diabli nie biorą, więc i ja się znalazłam.
Po biegu, dla relaksu, zaliczyliśmy jeszcze Górkę Kazurkę i prawie udało nam się wbiec na nią. Tym sposobem zdobyliśmy ostatni punkt trino - Ursynów Południowy.
Nie ma to jak trino - idzie sobie człowiek sam lub w małej grupie, nie ma presji, że inni biegną jak szaleni, więc i ja muszę, nikt nie potrąca, nie popycha - jednym słowem: luksus.
Kurs OInO - zajęcia drugie.
"Potyliczka politycznego Politechniczka" - znowu D. coś zażywał tworząc trasę szkoleniową na kurs. Na szczęście nie odbiło się to na poziomie trudności i otrzymaliśmy coś między kategorią TF a TP :-)
Na początek przećwiczyliśmy tworzenie tramwaju - ja, T. i A. Każde coś tam wniosło do ogólnego dorobku i chyba podział zadań był sprawiedliwy. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo nie wiem czy A. była zachwycona rozpracowywaniem zadania drugiego:-)
Ja tradycyjnie poległam na ortofotomapie - bynajmniej, nie z powodu braku umiejętności, tylko z braku okularów.
Po przejściu trasy zaliczyliśmy jeszcze wykład, który bardzo przydałby się nam rok temu, bo teraz to już musztarda po obiedzie. Chociaż nie do końca. A. K. zaproponował ciekawą metodę śledzenia mapy - tzw. kciukowanie. Muszę przy najbliższej okazji wypróbować. Już sobie nawet pożyczyłam od A. lakiery do paznokci, żeby ładną strzałkę wymalować na kciuku. Waham się jeszcze tylko, czy strzałka ma być czarna, czerwona, czy różowa.
Na początek przećwiczyliśmy tworzenie tramwaju - ja, T. i A. Każde coś tam wniosło do ogólnego dorobku i chyba podział zadań był sprawiedliwy. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo nie wiem czy A. była zachwycona rozpracowywaniem zadania drugiego:-)
Ja tradycyjnie poległam na ortofotomapie - bynajmniej, nie z powodu braku umiejętności, tylko z braku okularów.
Po przejściu trasy zaliczyliśmy jeszcze wykład, który bardzo przydałby się nam rok temu, bo teraz to już musztarda po obiedzie. Chociaż nie do końca. A. K. zaproponował ciekawą metodę śledzenia mapy - tzw. kciukowanie. Muszę przy najbliższej okazji wypróbować. Już sobie nawet pożyczyłam od A. lakiery do paznokci, żeby ładną strzałkę wymalować na kciuku. Waham się jeszcze tylko, czy strzałka ma być czarna, czerwona, czy różowa.
niedziela, 8 marca 2015
Budy Grabskie - rekonesans
Nie udało mi się załapać na pierwszy rekonesans, ale dzisiaj wreszcie dotarłam.
No bo w ogóle - jak ktoś nie wie - to robimy z T. trasę na Nocne Manewry. To znaczy T. bardziej ją robi, a ja służę jako obiekt kontrolny, na którym on testuje swoje pomysły. Jednym słowem - gdyby nie ja, to trasy TU nie przeszliby nawet najlepsi tezetowcy. Wybijam T. z głowy różne dziwne pomysły i udowadniam na własnym, żywym organizmie, co normalny człowiek jest w stanie ogarnąć, a czego nie. Ponadto czuwam nad opisami słownymi mapy i jej estetyką. A dzisiaj w terenie oglądałam miejsca, gdzie będę wieszać swoją część lampionów. Obejrzałam dokładnie każde drzewko i każdy krzaczek, na którym powieszę PK lub PS (duuużo PS) i nawet chciałam je sobie jakoś oznaczyć, ale nie pomyślałam o wzięciu wiaderka farby:-( Może jednak jak się udało raz trafić, to i drugi się uda?
Zrobiliśmy nawet test estetyki wiszenia lampionów.
Zastanawialiśmy się, czy ładniej będzie tak:
Opcja pionowa chyba bardziej nas ujęła, chociaż T. twierdzi, że na trzech różnych drzewach można powiesić PS, PK i PM, a na jednym, to już będzie przesada.
Zastanawialiśmy się, czy to drzewo będzie wystarczająco charakterystyczne:
Planowaliśmy też trudne przejścia przez naturalne przeszkody:
A tu będzie punkt G. Trochę gorąco się przy nim zrobiło.
T. uprawiał sylwoterapię:
Dla tych, którzy lubią się posilić na trasie, rozstawilismy paśniki:
A wszystkim śmiałkom z trasy TU - krzyżyk na drogę!
No bo w ogóle - jak ktoś nie wie - to robimy z T. trasę na Nocne Manewry. To znaczy T. bardziej ją robi, a ja służę jako obiekt kontrolny, na którym on testuje swoje pomysły. Jednym słowem - gdyby nie ja, to trasy TU nie przeszliby nawet najlepsi tezetowcy. Wybijam T. z głowy różne dziwne pomysły i udowadniam na własnym, żywym organizmie, co normalny człowiek jest w stanie ogarnąć, a czego nie. Ponadto czuwam nad opisami słownymi mapy i jej estetyką. A dzisiaj w terenie oglądałam miejsca, gdzie będę wieszać swoją część lampionów. Obejrzałam dokładnie każde drzewko i każdy krzaczek, na którym powieszę PK lub PS (duuużo PS) i nawet chciałam je sobie jakoś oznaczyć, ale nie pomyślałam o wzięciu wiaderka farby:-( Może jednak jak się udało raz trafić, to i drugi się uda?
Zrobiliśmy nawet test estetyki wiszenia lampionów.
Zastanawialiśmy się, czy ładniej będzie tak:
Czy raczej tak:
Opcja pionowa chyba bardziej nas ujęła, chociaż T. twierdzi, że na trzech różnych drzewach można powiesić PS, PK i PM, a na jednym, to już będzie przesada.
Zastanawialiśmy się, czy to drzewo będzie wystarczająco charakterystyczne:
Planowaliśmy też trudne przejścia przez naturalne przeszkody:
A tu będzie punkt G. Trochę gorąco się przy nim zrobiło.
T. uprawiał sylwoterapię:
Dla tych, którzy lubią się posilić na trasie, rozstawilismy paśniki:
A wszystkim śmiałkom z trasy TU - krzyżyk na drogę!
sobota, 7 marca 2015
WesolInO 5
Ledwo zdążyłam polubić WesolInO, a ono już się skończyło:-(
Dzisiaj odbyła się ostatnia runda. Trasa nieznacznie zmieniona, ale tyle już się napatrzyłam w te mapy, że nie robiło mi to żadnej różnicy.
Ruszyliśmy razem z T. równocześnie, w tym samym kierunku, chociaż nie do tych samych punktów. Tym razem postanowiłam, że nie będę usiłowała dotrzymywać mu kroku, bo znowu skończy się to padnięciem na pysk. Tak więc chwilę po starcie obejrzałam jego tyły i swoim wolnym tempem (aczkolwiek wciąż biegiem) zaatakowałam punkt pierwszy - dla mnie nowość, aczkolwiek niewiele oddalona od tradycyjnego położenia jedynki. Dwójka za to jak zawsze niedaleko szałasu, więc niewiele miałam do szukania. Na trójkę azymutem, nie spiesząc się, ale też nie marudząc.Czwórka to tam, gdzie się poprzednio zapędziłam źle policzywszy drogi, ale lekcje z arytmetyki odrobione i trafiłam bezbłędnie. Skoro kompas tak dobrze prowadził to i resztę drogi postanowiłam mu wierzyć. Do piątki doprowadził, ale potem zaczął zachowywać się dziwnie - on pokazywał swój kierunek, mapa mówiła coś innego, a ja krakowskim targiem pobiegłam wypadkową tych dwóch wskazań. I co? Zgubiłam się?. A chała! Wyszłam dokładnie na punkt! Siódemkę widziałam z okien samochodu jadąc do bazy, wiedziałam więc, że wystarczy dobiec do szosy i lecieć w stronę centrum. Patent się sprawdził. Na ósemkę to już tylko marszem i to niespecjalnie szybkim, ale pod górkę miałam (dobrze, że bez wiatru w oczy). Potem kawałek w dół, chyba tylko po to żeby do dziewiątki znowu lecieć pod górę. Jakieś złośliwe te organizatory. Od dziewiątki do mety tym razem wyjątkowo nie leciałam naokoło tylko optymalnie wzdłuż drogi, przez boczny parking i boczne wejście.
Całą drogę albo biegłam wolnym truchtem, albo szłam szybkim marszem (a czasem wolnym), ale ani razu nie musiałam czekać na doganiające mnie płuca, nie odcięło mi prądu, nie miałam nieprzepartej ochoty paść i nie wstać już nigdy. I wiecie co? To był mój najlepszy czas! Mało tego - byłam szybsza niż długonoga Paproszka:-) Inna sprawa, że tym razem szłam/biegłam jak po sznurku - bez gubienia się, zbaczania z trasy czy chwil zawahań.
Mam tylko taki mały problemik. Jak mi tak dobrze idzie, to cały ten bieg jest taki jakby z lekka nudny, a jego opis to już wszechogarniająca nuuuuda.
Tak sobie więc myślę, że na Lampionadzie to na dzień dobry postaram zgubić się jakoś spektakularnie, może tak, żeby mnie ze trzy dni szukali, a podobizna żeby straszyła z każdej gazety.
Będzie wesoło:-)
Dzisiaj odbyła się ostatnia runda. Trasa nieznacznie zmieniona, ale tyle już się napatrzyłam w te mapy, że nie robiło mi to żadnej różnicy.
Ruszyliśmy razem z T. równocześnie, w tym samym kierunku, chociaż nie do tych samych punktów. Tym razem postanowiłam, że nie będę usiłowała dotrzymywać mu kroku, bo znowu skończy się to padnięciem na pysk. Tak więc chwilę po starcie obejrzałam jego tyły i swoim wolnym tempem (aczkolwiek wciąż biegiem) zaatakowałam punkt pierwszy - dla mnie nowość, aczkolwiek niewiele oddalona od tradycyjnego położenia jedynki. Dwójka za to jak zawsze niedaleko szałasu, więc niewiele miałam do szukania. Na trójkę azymutem, nie spiesząc się, ale też nie marudząc.Czwórka to tam, gdzie się poprzednio zapędziłam źle policzywszy drogi, ale lekcje z arytmetyki odrobione i trafiłam bezbłędnie. Skoro kompas tak dobrze prowadził to i resztę drogi postanowiłam mu wierzyć. Do piątki doprowadził, ale potem zaczął zachowywać się dziwnie - on pokazywał swój kierunek, mapa mówiła coś innego, a ja krakowskim targiem pobiegłam wypadkową tych dwóch wskazań. I co? Zgubiłam się?. A chała! Wyszłam dokładnie na punkt! Siódemkę widziałam z okien samochodu jadąc do bazy, wiedziałam więc, że wystarczy dobiec do szosy i lecieć w stronę centrum. Patent się sprawdził. Na ósemkę to już tylko marszem i to niespecjalnie szybkim, ale pod górkę miałam (dobrze, że bez wiatru w oczy). Potem kawałek w dół, chyba tylko po to żeby do dziewiątki znowu lecieć pod górę. Jakieś złośliwe te organizatory. Od dziewiątki do mety tym razem wyjątkowo nie leciałam naokoło tylko optymalnie wzdłuż drogi, przez boczny parking i boczne wejście.
Całą drogę albo biegłam wolnym truchtem, albo szłam szybkim marszem (a czasem wolnym), ale ani razu nie musiałam czekać na doganiające mnie płuca, nie odcięło mi prądu, nie miałam nieprzepartej ochoty paść i nie wstać już nigdy. I wiecie co? To był mój najlepszy czas! Mało tego - byłam szybsza niż długonoga Paproszka:-) Inna sprawa, że tym razem szłam/biegłam jak po sznurku - bez gubienia się, zbaczania z trasy czy chwil zawahań.
Mam tylko taki mały problemik. Jak mi tak dobrze idzie, to cały ten bieg jest taki jakby z lekka nudny, a jego opis to już wszechogarniająca nuuuuda.
Tak sobie więc myślę, że na Lampionadzie to na dzień dobry postaram zgubić się jakoś spektakularnie, może tak, żeby mnie ze trzy dni szukali, a podobizna żeby straszyła z każdej gazety.
Będzie wesoło:-)
czwartek, 5 marca 2015
27. OrtInO
O ostatnim OrtInie mogę tylko powiedzieć, że się odbyło i wzięłam w nim udział. Bierny udział. To znaczy fizycznie czynny, bo przeszłam prawie 10 kilometrów, ale umysłowo bierny.
T. znowu namówił mnie na trasę TZ, bo w sumie fajnie iść razem, ale dla mnie TZ to kosmos - nie ogarniam i chyba nigdy nie ogarnę. No dobra - PK A, B, C, D i E jeszcze były w granicach mojego pojmowania rzeczywistości, ale reszta to już czysta abstrakcja. Tym bardziej czysta, że po ciemku map fotoorto po prostu nie widzę. Poszłabym sama na jakieś TU (też nie ogarniam, ale już nie tak bardzo) ale boję się bo:
- ciemno,
- możliwość bliskiego kontaktu z lokalną ludnością w stanie wskazującym,
- możliwość bliskiego kontaktu z luźno biegającą fauną typu: pies (w tym wściekły, bo na przykład się pożarł z suką)
- ślepota po zmroku,
- duuuże ulice do przejścia (jak się mieszka w lesie, przy nieutwardzanej drodze, to ruch samochodowy wywołuje szok).
A może znajdzie się ktoś litościwy, kto chętnie na następnych imprezach poprzeprowadza przez kolejne jezdnie ślepą, jełopowatą staruszkę?????
T. znowu namówił mnie na trasę TZ, bo w sumie fajnie iść razem, ale dla mnie TZ to kosmos - nie ogarniam i chyba nigdy nie ogarnę. No dobra - PK A, B, C, D i E jeszcze były w granicach mojego pojmowania rzeczywistości, ale reszta to już czysta abstrakcja. Tym bardziej czysta, że po ciemku map fotoorto po prostu nie widzę. Poszłabym sama na jakieś TU (też nie ogarniam, ale już nie tak bardzo) ale boję się bo:
- ciemno,
- możliwość bliskiego kontaktu z lokalną ludnością w stanie wskazującym,
- możliwość bliskiego kontaktu z luźno biegającą fauną typu: pies (w tym wściekły, bo na przykład się pożarł z suką)
- ślepota po zmroku,
- duuuże ulice do przejścia (jak się mieszka w lesie, przy nieutwardzanej drodze, to ruch samochodowy wywołuje szok).
A może znajdzie się ktoś litościwy, kto chętnie na następnych imprezach poprzeprowadza przez kolejne jezdnie ślepą, jełopowatą staruszkę?????
środa, 4 marca 2015
Kurs OInO - zajęcia pierwsze.
Wreszcie się doczekaliśmy!
Tygodnie oczekiwania dały się nam już we znaki, do tego stopnie, że część wiedzy zdobyliśmy pokątnie czytając materiały z ubiegłych lat. I całe szczęście! Jako, że w obecnych warunkach komunikacyjnych w Warszawie, przeprawa przez Wisłę trwa pół dnia, oczywiście na pierwszy wykład spóźniliśmy się i to dość znacznie. Ale tak się złożyło, że o prapoczątkach InO od Adama i Ewy sami sobie poczytaliśmy, wiedzieliśmy też, dla czego InO (dla duszy i ciała), więc specjalnie poszkodowani się nie czujemy. Znając treść wykładu mogłam się skupić na ciepłym głosie prowadzącego (T. D.) i jego czarującym uśmiechu. Nie wiem tylko, czy to będzie na egzaminie?????
Potem wystąpił S. B. z wykładem o odznakach, prawach i obowiązkach oinoka. Z tego wykładu dowiedziałam się, że "Fajnie jest być OInO...". Chociaż tak prawdę mówiąc, to ilekroć widzę i słyszę S., (ta melancholia w jego głosie ...) zamiast w entuzjazm, to popadam w depresję i mam ochotę skoczyć z mostu. Na szczęście teraz trudno się do mostu dopchać, więc może jakoś przeżyję ten kurs.
Jako ostatni zaprezentował swoją dawkę wiedzy D. W. Muszę przyznać, że to on zrobił na mnie największe wrażenie. Nie tyle jego urok i osobowość (choć tego mu nie można odmówić) ile treść prezentacji.
Będę robić karierę w InO!!!!!!!
D. przedstawił kilka ścieżek kariery!. Ludzie - jaki wybór! Nawet w robocie nie mam takich możliwości!
Mogę rozwijać się w zakresie organizowania imprez - nawet lampiony kiedyś będę mogła rozstawiać (na razie robiłam to raz i jak widzę nielegalnie), posiedzieć w sekretariacie będę mogła (chwilkę siedziałam - może nikt nie zauważył), trasy robić (czy te zrobione nielegalnie zostaną unieważnione???), a jak będę się bardzo, bardzo dobrze uczyła to nawet sędzią głównym zostanę!
I startować można w imprezach różnej rangi - od lokalnych do mistrzostw. Troszkę mnie martwi, że tu już widzę koniec mojej kariery, bo imprezy lokalne, regionalne i pucharowe mam już zaliczone, a za niecałe dwa tygodnie wezmę udział w Mistrzostwach Polski i nic mi już nie zostanie w zanadrzu. Ale może skoro dla A. K. robią kolejne stopnie odznak, to i dla mnie może ktoś zrobi imprezę wyższej rangi.
Odznaki mogę zbierać! Takie coraz złotsze. Na razie mam osiem różnych, ale tu rysują się szerokie perspektywy kariery. Żeby mi tylko życia starczyło!
Uprawnienia z jednej strony wyglądają imponująco - animator (jak nie zdam egzaminu to chociaż animatorem zostanę), organizator (to jeśli zdam) i przodownik (w perspektywie), z drugiej jednakowoż - jeśli wszystko pójdzie dobrze, ta ścieżka kariery może się dla mnie zakończyć już w tym roku. I do czego będę wtedy aspirować?????
Tak mi się wydaje, że najwięcej perspektyw daje kariera w PTTK: klub-oddział-zarząd. W klubie już jestem, a przede mną - jak widać - dopiero otwiera się świetlana przyszłość! Na sam koniec struktury międzynarodowe. Chyba muszę zacząć szlifować języki obce.
Jakby nie wyszło z tą karierą międzynarodową, to jeszcze jest możliwość wykazać się w komisjach i w weryfikatach. Tak sobie myślę, że jak już będę uprawniona, to zacznę tak weryfikować i weryfikować, że nikt nie będzie w stanie ze mną konkurować i szybko zrobię tę karierę. Wykoszę całą konkurencję!
Tak się zastanawiam, czy wobec takiego ogromu możliwości robienia kariery w tym, co lubię i czemu chętnie poświęcam cały wolny czas - czy ma jeszcze sens praca w mojej obecnej firmie??? Możliwości kariery niemal zerowe, jakby mogli, to by pewnie jeszcze zdegradowali, żeby mniej płacić, więc ja chyba podbudowana wczorajszym wykładem pójdę złożyć wymówienie!
P.S.
Jak wygląda KURS w innych częściach Polski można przeczytać TUTAJ.
Tygodnie oczekiwania dały się nam już we znaki, do tego stopnie, że część wiedzy zdobyliśmy pokątnie czytając materiały z ubiegłych lat. I całe szczęście! Jako, że w obecnych warunkach komunikacyjnych w Warszawie, przeprawa przez Wisłę trwa pół dnia, oczywiście na pierwszy wykład spóźniliśmy się i to dość znacznie. Ale tak się złożyło, że o prapoczątkach InO od Adama i Ewy sami sobie poczytaliśmy, wiedzieliśmy też, dla czego InO (dla duszy i ciała), więc specjalnie poszkodowani się nie czujemy. Znając treść wykładu mogłam się skupić na ciepłym głosie prowadzącego (T. D.) i jego czarującym uśmiechu. Nie wiem tylko, czy to będzie na egzaminie?????
Potem wystąpił S. B. z wykładem o odznakach, prawach i obowiązkach oinoka. Z tego wykładu dowiedziałam się, że "Fajnie jest być OInO...". Chociaż tak prawdę mówiąc, to ilekroć widzę i słyszę S., (ta melancholia w jego głosie ...) zamiast w entuzjazm, to popadam w depresję i mam ochotę skoczyć z mostu. Na szczęście teraz trudno się do mostu dopchać, więc może jakoś przeżyję ten kurs.
Jako ostatni zaprezentował swoją dawkę wiedzy D. W. Muszę przyznać, że to on zrobił na mnie największe wrażenie. Nie tyle jego urok i osobowość (choć tego mu nie można odmówić) ile treść prezentacji.
Będę robić karierę w InO!!!!!!!
D. przedstawił kilka ścieżek kariery!. Ludzie - jaki wybór! Nawet w robocie nie mam takich możliwości!
Mogę rozwijać się w zakresie organizowania imprez - nawet lampiony kiedyś będę mogła rozstawiać (na razie robiłam to raz i jak widzę nielegalnie), posiedzieć w sekretariacie będę mogła (chwilkę siedziałam - może nikt nie zauważył), trasy robić (czy te zrobione nielegalnie zostaną unieważnione???), a jak będę się bardzo, bardzo dobrze uczyła to nawet sędzią głównym zostanę!
I startować można w imprezach różnej rangi - od lokalnych do mistrzostw. Troszkę mnie martwi, że tu już widzę koniec mojej kariery, bo imprezy lokalne, regionalne i pucharowe mam już zaliczone, a za niecałe dwa tygodnie wezmę udział w Mistrzostwach Polski i nic mi już nie zostanie w zanadrzu. Ale może skoro dla A. K. robią kolejne stopnie odznak, to i dla mnie może ktoś zrobi imprezę wyższej rangi.
Odznaki mogę zbierać! Takie coraz złotsze. Na razie mam osiem różnych, ale tu rysują się szerokie perspektywy kariery. Żeby mi tylko życia starczyło!
Uprawnienia z jednej strony wyglądają imponująco - animator (jak nie zdam egzaminu to chociaż animatorem zostanę), organizator (to jeśli zdam) i przodownik (w perspektywie), z drugiej jednakowoż - jeśli wszystko pójdzie dobrze, ta ścieżka kariery może się dla mnie zakończyć już w tym roku. I do czego będę wtedy aspirować?????
Tak mi się wydaje, że najwięcej perspektyw daje kariera w PTTK: klub-oddział-zarząd. W klubie już jestem, a przede mną - jak widać - dopiero otwiera się świetlana przyszłość! Na sam koniec struktury międzynarodowe. Chyba muszę zacząć szlifować języki obce.
Jakby nie wyszło z tą karierą międzynarodową, to jeszcze jest możliwość wykazać się w komisjach i w weryfikatach. Tak sobie myślę, że jak już będę uprawniona, to zacznę tak weryfikować i weryfikować, że nikt nie będzie w stanie ze mną konkurować i szybko zrobię tę karierę. Wykoszę całą konkurencję!
Tak się zastanawiam, czy wobec takiego ogromu możliwości robienia kariery w tym, co lubię i czemu chętnie poświęcam cały wolny czas - czy ma jeszcze sens praca w mojej obecnej firmie??? Możliwości kariery niemal zerowe, jakby mogli, to by pewnie jeszcze zdegradowali, żeby mniej płacić, więc ja chyba podbudowana wczorajszym wykładem pójdę złożyć wymówienie!
P.S.
Jak wygląda KURS w innych częściach Polski można przeczytać TUTAJ.
sobota, 28 lutego 2015
WesolInO i kilka TRInO
Na kolejne WesolInO już mnie nie trzeba było namawiać. No bo w sumie teren już oswojony, punkty podpisane, mapa pełna - łatwo i przyjemnie. Na czas biegu i tak nie mam większego wpływu - ile dam radę, tyle wyjdzie, więc nie ma się co tym aspektem przejmować.
Ruszyliśmy razem z T. Zanim dobiegłam do pierwszego punktu już go straciłam z oczu. Spotkałam go jednak już przy dwójce i od razu tego pożałowałam.
- Tam jest punkt - wysapał i machnął ręką za siebie.
Faktycznie - punkt był - tyle, że nie z mojej trasy. Na szczęście przytomnie sprawdziłam kod przed podbiciem i to uratowało mi skórę. Wróciłam na swoją trasę, ale minutę już zmarnowałam:-(
Zawsze uważałam, że facetom nie można tak bezgranicznie wierzyć i nie wiem co mnie zaćmiło.
Trzeci punkt na górce. Bohatersko wbiegłam na nią i chwilę miotałam się po szczycie zanim znalazłam lampion. Druga minuta w plecy.
Do czwartego na dół i z powrotem na górkę. Prawie wbiegłam. Podbiłam co trzeba i poczułam jak odcina mi prąd. Żeby jakoś usprawiedliwić chwilę postoju, wyjęłam kompas i starannie ustawiłam azymut na piątkę. Po czym statecznym krokiem ruszyłam w jej kierunku. Azymut się sprawdził, więc na szóstkę tą samą metodą, tyle, że znowu biegiem. Muszę popracować nad arytmetyką, bo machnęłam się na liczeniu przeciętych dróg i punktu zaczęłam szukać o jedną drogę za blisko. Miotnęłam się w jedną stronę, potem w drugą, a potem pomyślałam i doszłam w czym rzecz. Ze trzy minuty w plecy. Żeby nadrobić - dalej pełnym pędem. Przy punkcie zastanawiałam się już - iść dalej, czy usiąść i poczekać na cud.
Jednak poszłam. Znowu azymutem, żeby rzecz już przećwiczyć do końca. Zaczęłam nawet podbiegać. Siódemka może niezbyt dokładnie tam, gdzie typowałam, ale tuż obok, więc w sumie bez problemu. Ósemka na wyciągnięcie ręki. Od ósemki znowu zaczęłam biec. Niczym szkapa dorożkarska, co to jak czuje dom, to przyspiesza. Oczywiście mój organizm od razu się zbuntował i przy cmentarzu zaczęłam zazdrościć jego lokatorom, że oni to sobie leżą, a ja nie. Do dziewiątki już się dosnułam na rezerwie, a tu jeszcze trzeba było wrócić na metę. Pewnie bym sobie odpuściła i zaległa gdzieś przy drodze, gdyby nie to, że od strony szkoły nadbiegały kolejne (jeszcze rześkie) osoby i trochę wstyd mi było. Trochę idąc, trochę biegnąc dotarłam do ogrodzenia szkoły i dalej (żeby zrobić odpowiednie wrażenie) już pełnym pędem.
Wpadłam, oddałam kartę startową, osunęłam się na ławkę i jęknęłam - wody!
T. zamiast mnie tą wodą reanimować, to sobie wolał sesję fotograficzną uskuteczniać, a ja już rozważałam dylemat - zemdleć, albo nie zemdleć? Oto jest pytanie! Ostatecznie, podjęłam decyzję - nie tym razem.
A tak wpadałam na metę:
Ledwo złapałam oddech po biegu, a T. już mnie zaczął poganiać do samochodu, bo trino. W czeluściach internetu wygrzebał jakiegoś starocia z Wiązownej sprzed czterech lat, a że byliśmy stosunkowo blisko, warto było zaliczyć.
Poza ławką, na której nie znaleźliśmy potrzebnego napisu (za to wiele innych), reszta poszła bezproblemowo. Był nawet ulubiony, a ostatnio już niemal nie używany wypełniacz trasy - stacja trafo:-)
Rozochoceni sukcesem, postanowiliśmy pójść na całość i zrobić dzisiaj jeszcze kilka tras. Wpadliśmy tylko do domu przebrać się, zjeść obiad i wydrukować kolejne mapy.
Robienie synchronicznie czterech tras po starówce i okolicach jest - trzeba przyznać - nie lada wyzwaniem. Głównie logistycznym. Każda pomyłka w układaniu marszruty skutkuje dodatkowymi kilometrami.
Powoli zaczynało się ściemniać, a my wciąż nie mieliśmy wszystkich punktów. Co gorsza, coraz trudniej było wypatrzyć szczegóły, o które pytali autorzy tras. W końcówce już gnaliśmy z punktu na punkt niemal na oślep. W efekcie przebiegając przez jezdnię pomiędzy dwoma przejściami, wpadliśmy wprost na patrol policyjny. Głupio im było nie zareagować, ale niespecjalnie też mieli nastrój do wlepiania mandatów. Polubownie ustaliliśmy, że do przejść jest więcej niż sto metrów (a jak mniej to przecież nie będziemy mierzyć), a my już nigdy w życiu nie przejdziemy przez jezdnię poza pasami, choćby było do nich nie sto metrów, ale sto kilometrów.
Nogi dzisiaj weszły mi już nawet nie do d..., ale co najmniej w szyję, a T. zapowiada na jutro kolejne trina. Jeszcze kilka takich akcji, a na słowo trino będę z krzykiem uciekać przed siebie. Byle jakoś dotrwać do tej złotej odznaki, potem da mi spokój!
Ruszyliśmy razem z T. Zanim dobiegłam do pierwszego punktu już go straciłam z oczu. Spotkałam go jednak już przy dwójce i od razu tego pożałowałam.
- Tam jest punkt - wysapał i machnął ręką za siebie.
Faktycznie - punkt był - tyle, że nie z mojej trasy. Na szczęście przytomnie sprawdziłam kod przed podbiciem i to uratowało mi skórę. Wróciłam na swoją trasę, ale minutę już zmarnowałam:-(
Zawsze uważałam, że facetom nie można tak bezgranicznie wierzyć i nie wiem co mnie zaćmiło.
Trzeci punkt na górce. Bohatersko wbiegłam na nią i chwilę miotałam się po szczycie zanim znalazłam lampion. Druga minuta w plecy.
Do czwartego na dół i z powrotem na górkę. Prawie wbiegłam. Podbiłam co trzeba i poczułam jak odcina mi prąd. Żeby jakoś usprawiedliwić chwilę postoju, wyjęłam kompas i starannie ustawiłam azymut na piątkę. Po czym statecznym krokiem ruszyłam w jej kierunku. Azymut się sprawdził, więc na szóstkę tą samą metodą, tyle, że znowu biegiem. Muszę popracować nad arytmetyką, bo machnęłam się na liczeniu przeciętych dróg i punktu zaczęłam szukać o jedną drogę za blisko. Miotnęłam się w jedną stronę, potem w drugą, a potem pomyślałam i doszłam w czym rzecz. Ze trzy minuty w plecy. Żeby nadrobić - dalej pełnym pędem. Przy punkcie zastanawiałam się już - iść dalej, czy usiąść i poczekać na cud.
Jednak poszłam. Znowu azymutem, żeby rzecz już przećwiczyć do końca. Zaczęłam nawet podbiegać. Siódemka może niezbyt dokładnie tam, gdzie typowałam, ale tuż obok, więc w sumie bez problemu. Ósemka na wyciągnięcie ręki. Od ósemki znowu zaczęłam biec. Niczym szkapa dorożkarska, co to jak czuje dom, to przyspiesza. Oczywiście mój organizm od razu się zbuntował i przy cmentarzu zaczęłam zazdrościć jego lokatorom, że oni to sobie leżą, a ja nie. Do dziewiątki już się dosnułam na rezerwie, a tu jeszcze trzeba było wrócić na metę. Pewnie bym sobie odpuściła i zaległa gdzieś przy drodze, gdyby nie to, że od strony szkoły nadbiegały kolejne (jeszcze rześkie) osoby i trochę wstyd mi było. Trochę idąc, trochę biegnąc dotarłam do ogrodzenia szkoły i dalej (żeby zrobić odpowiednie wrażenie) już pełnym pędem.
Wpadłam, oddałam kartę startową, osunęłam się na ławkę i jęknęłam - wody!
T. zamiast mnie tą wodą reanimować, to sobie wolał sesję fotograficzną uskuteczniać, a ja już rozważałam dylemat - zemdleć, albo nie zemdleć? Oto jest pytanie! Ostatecznie, podjęłam decyzję - nie tym razem.
A tak wpadałam na metę:
Poza ławką, na której nie znaleźliśmy potrzebnego napisu (za to wiele innych), reszta poszła bezproblemowo. Był nawet ulubiony, a ostatnio już niemal nie używany wypełniacz trasy - stacja trafo:-)
Robienie synchronicznie czterech tras po starówce i okolicach jest - trzeba przyznać - nie lada wyzwaniem. Głównie logistycznym. Każda pomyłka w układaniu marszruty skutkuje dodatkowymi kilometrami.
Powoli zaczynało się ściemniać, a my wciąż nie mieliśmy wszystkich punktów. Co gorsza, coraz trudniej było wypatrzyć szczegóły, o które pytali autorzy tras. W końcówce już gnaliśmy z punktu na punkt niemal na oślep. W efekcie przebiegając przez jezdnię pomiędzy dwoma przejściami, wpadliśmy wprost na patrol policyjny. Głupio im było nie zareagować, ale niespecjalnie też mieli nastrój do wlepiania mandatów. Polubownie ustaliliśmy, że do przejść jest więcej niż sto metrów (a jak mniej to przecież nie będziemy mierzyć), a my już nigdy w życiu nie przejdziemy przez jezdnię poza pasami, choćby było do nich nie sto metrów, ale sto kilometrów.
Nogi dzisiaj weszły mi już nawet nie do d..., ale co najmniej w szyję, a T. zapowiada na jutro kolejne trina. Jeszcze kilka takich akcji, a na słowo trino będę z krzykiem uciekać przed siebie. Byle jakoś dotrwać do tej złotej odznaki, potem da mi spokój!
czwartek, 26 lutego 2015
wtorek, 24 lutego 2015
Jaka piękna katastrofa! ... (cz.3)
Z poobiedniej drzemki wyrwały mnie brutalne słowa T.:
- Wstawaj, za chwilę jedziemy do lasu.
Normalnie przemoc w rodzinie! Zimno, ciemno, a ten chce mnie wywieźć do lasu. Jak niechcianego psa!
Ale cóż - "sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało"...
Co pierwsze zrobili genialni orientaliści w drodze do lasu? No, co?
Oczywiście, że się zgubili! Dopiero telefoniczne naprowadzanie sprowadziło nas na właściwą drogę.
W pierwszej chwili wygląd mapy mnie zmylił. Krótki, łatwy etap - pomyślałam w swojej naiwności. Weryfikacja nastąpiła bardzo szybko.
Ruszyliśmy szukać pierwszej kropki zaznaczonej na mapie i ... nic nie udało się nam przypasować:-( Postanowiliśmy iść dalej w nadziei, że w końcu coś z czymś skojarzymy. Całkiem słuszne założenie, bo po chwili w oddali zobaczyliśmy cywilizację. Szczątkową co prawda, ale i na wycinku T jedyna cywilizacja nie wyglądała na metropolię. Znalezienie dołów z punktami było już łatwe, podobnie PK 2 w pobliżu.
Na literkach O i A (tym z warstwicami) od początku widzieliśmy pokrywający się fragment, musieliśmy tylko go znaleźć w terenie. Szukaliśmy konkretnego rozwidlenia, a jak wiadomo, w nocy wszystkie rozwidlenia dróg wyglądają jednakowo. Mimo to, jakoś udało nam się wstrzelić we właściwe.
Najpierw literka A. Niby szliśmy razem, a jednak ja na PK 4, a T. na PK 5 (a może odwrotnie) i o dziwo, udało nam się znaleźć obydwa. Może to jakaś metoda?
Zaczęło mi świtać, że punkty są rozmieszczone po obu stronach drogi i można je zebrać robiąc kółeczko, no ale my wiadomo - bez ułatwień, więc postanowiliśmy, że dalej będziemy biegać raz na jedną stronę drogi, raz na drugą.
Po A przerzuciliśmy się na O i R. Szukanie głównie wyglądało tak, że ja robiłam za świecący i ziewający znacznik, a T. tropił punkt w terenie nie przejmując się pilnowaniem skąd przyszedł i gdzie ma wrócić. Po znalezieniu punktu musiał sobie tylko powtarzać:
- Idź w stronę światła!
Zostały nam wycinki orto. Po tysiąc trzysta siedemdziesiątym obejrzeniu ich, w końcu zauważyłam, że A zwykłe i A orto pokazują ten sam teren. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że PK 4 i PK 16 pokrywają się i czeka nas powtórny marsz w to samo miejsce.
Na pozostałe dwa orto nie znaleźliśmy sposobu. Prawdę mówiąc widać tam było tylko punkty postawione dokładnie na niczym, a cały wycinek nocą miał wygląd jednobarwnego bohomazu bez żadnych charakterystycznych szczegółów, odróżniających go od innych wycinków.
Na mecie autor trasy przyznał, że przed awarią drukarki, wyglądało to jakby lepiej.
Na ostatni, najdłuższy etap strasznie mi się już nie chciało iść. A jak zobaczyłam mapę, która w większości była białą kartką, miałam ochotę uciec z krzykiem. No, ale czego się nie robi dla ukochanej osoby ... (Która to osoba będzie chyba musiała jakoś odpracować moją krzywdę.)
Start etapu był oddalony od mety poprzedniego o ponad pół kilometra, co już wystarczająco zniechęcało do ruszenia zadnicy. Powlokłam się jednak jako ten skazaniec. W mapę patrzyłam już tylko z uprzejmości, nie wnikając specjalnie w jej treść. T. skupił się na szukaniu najbliższego punktu i w ten sposób przeoczyliśmy początek LOPki. Czy straciliśmy jakiś punkt - nie wiem.
Po dojściu do pierwszego trójmasztowca (bo autor mapy zagrał sobie z nami w statki) usiłowaliśmy jakoś dopasować do siebie wycinki. Bez większych sukcesów zresztą. W tej beznadziejnej sytuacji zastał nas nadjeżdżający tramwaj. Duuuży tramwaj. Tak duży, że uznaliśmy, że dwie osoby więcej już nie robi różnicy i najbliższy PK zebraliśmy na sępa. Potem tramwaj pojechał w jedną stronę, a my w drugą. T. usiłował mi tłumaczyć gdzie i dlaczego idziemy, ja entuzjastycznie potakiwałam, ale czemu potakiwałam - zupełnie nie wiem.
T. co chwilę zostawiał mnie samiuteńką na pastwę losu i znikał gdzieś w oddali, a po powrocie objaśniał co i gdzie znalazł. Zupełnie nie wiem po co, bo ja duchem byłam już na mecie.
Gdzieś w międzyczasie spotkaliśmy A. K., potem M. K. i każdy z nich w tym samym miejscu rekomendował nam zupełnie inne punkty do znalezienia w okolicy. Jak widać, nie tylko my mieliśmy problem z ustaleniem swojego położenia. To znaczy ja od początku wiedziałam, że nasze położenie jest co najmniej żałosne.
Poza dwoma przypadkami jakoś nie przypominam sobie żebyśmy zbierali coś z LOPek, a powinniśmy aż 8 punktów z nich mieć. Czy omijaliśmy LOPki, czy nie patrzyliśmy po drzewach, czy ja się już tak zupełnie wyłączyłam - trudno powiedzieć.
T. co chwilę patrzył na mnie badawczo i - jak potem przyznał - czekał tylko kiedy tak, jak na Podkurku, zacznę grozić rozwodem. A tymczasem ja postanowiłam być twarda i choćbym miała paść na pysk, nie odezwać się ani słowem na ten temat. Wytrwałam w postanowieniu! Na metę doszłam z uśmiechem na ustach. No dobra, może to coś na ustach bardziej przypominało grymas bólu, ale z założenia miał być uśmiech.
W lesie spędziliśmy grubo ponad cztery godziny i zrobiliśmy chyba z milion kilometrów. Nawet przeliczenie ich na stracone kalorie nie rekompensuje mi jednak strat moralnych. Zaczynam rozumieć przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo"!
Uroczyście oświadczam, że nie dam się zaciągnąć na żadne tezety ogólnopolskie i nie dam sobie więcej wcisnąć kitu, ile to ja się na nich nauczę!
Koniec! Kropka! pl.
cdn. lub nie
- Wstawaj, za chwilę jedziemy do lasu.
Normalnie przemoc w rodzinie! Zimno, ciemno, a ten chce mnie wywieźć do lasu. Jak niechcianego psa!
Ale cóż - "sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało"...
Co pierwsze zrobili genialni orientaliści w drodze do lasu? No, co?
Oczywiście, że się zgubili! Dopiero telefoniczne naprowadzanie sprowadziło nas na właściwą drogę.
W pierwszej chwili wygląd mapy mnie zmylił. Krótki, łatwy etap - pomyślałam w swojej naiwności. Weryfikacja nastąpiła bardzo szybko.
Ruszyliśmy szukać pierwszej kropki zaznaczonej na mapie i ... nic nie udało się nam przypasować:-( Postanowiliśmy iść dalej w nadziei, że w końcu coś z czymś skojarzymy. Całkiem słuszne założenie, bo po chwili w oddali zobaczyliśmy cywilizację. Szczątkową co prawda, ale i na wycinku T jedyna cywilizacja nie wyglądała na metropolię. Znalezienie dołów z punktami było już łatwe, podobnie PK 2 w pobliżu.
Na literkach O i A (tym z warstwicami) od początku widzieliśmy pokrywający się fragment, musieliśmy tylko go znaleźć w terenie. Szukaliśmy konkretnego rozwidlenia, a jak wiadomo, w nocy wszystkie rozwidlenia dróg wyglądają jednakowo. Mimo to, jakoś udało nam się wstrzelić we właściwe.
Najpierw literka A. Niby szliśmy razem, a jednak ja na PK 4, a T. na PK 5 (a może odwrotnie) i o dziwo, udało nam się znaleźć obydwa. Może to jakaś metoda?
Zaczęło mi świtać, że punkty są rozmieszczone po obu stronach drogi i można je zebrać robiąc kółeczko, no ale my wiadomo - bez ułatwień, więc postanowiliśmy, że dalej będziemy biegać raz na jedną stronę drogi, raz na drugą.
Po A przerzuciliśmy się na O i R. Szukanie głównie wyglądało tak, że ja robiłam za świecący i ziewający znacznik, a T. tropił punkt w terenie nie przejmując się pilnowaniem skąd przyszedł i gdzie ma wrócić. Po znalezieniu punktu musiał sobie tylko powtarzać:
- Idź w stronę światła!
Zostały nam wycinki orto. Po tysiąc trzysta siedemdziesiątym obejrzeniu ich, w końcu zauważyłam, że A zwykłe i A orto pokazują ten sam teren. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, że PK 4 i PK 16 pokrywają się i czeka nas powtórny marsz w to samo miejsce.
Na pozostałe dwa orto nie znaleźliśmy sposobu. Prawdę mówiąc widać tam było tylko punkty postawione dokładnie na niczym, a cały wycinek nocą miał wygląd jednobarwnego bohomazu bez żadnych charakterystycznych szczegółów, odróżniających go od innych wycinków.
Na mecie autor trasy przyznał, że przed awarią drukarki, wyglądało to jakby lepiej.
Na ostatni, najdłuższy etap strasznie mi się już nie chciało iść. A jak zobaczyłam mapę, która w większości była białą kartką, miałam ochotę uciec z krzykiem. No, ale czego się nie robi dla ukochanej osoby ... (Która to osoba będzie chyba musiała jakoś odpracować moją krzywdę.)
Start etapu był oddalony od mety poprzedniego o ponad pół kilometra, co już wystarczająco zniechęcało do ruszenia zadnicy. Powlokłam się jednak jako ten skazaniec. W mapę patrzyłam już tylko z uprzejmości, nie wnikając specjalnie w jej treść. T. skupił się na szukaniu najbliższego punktu i w ten sposób przeoczyliśmy początek LOPki. Czy straciliśmy jakiś punkt - nie wiem.
Po dojściu do pierwszego trójmasztowca (bo autor mapy zagrał sobie z nami w statki) usiłowaliśmy jakoś dopasować do siebie wycinki. Bez większych sukcesów zresztą. W tej beznadziejnej sytuacji zastał nas nadjeżdżający tramwaj. Duuuży tramwaj. Tak duży, że uznaliśmy, że dwie osoby więcej już nie robi różnicy i najbliższy PK zebraliśmy na sępa. Potem tramwaj pojechał w jedną stronę, a my w drugą. T. usiłował mi tłumaczyć gdzie i dlaczego idziemy, ja entuzjastycznie potakiwałam, ale czemu potakiwałam - zupełnie nie wiem.
T. co chwilę zostawiał mnie samiuteńką na pastwę losu i znikał gdzieś w oddali, a po powrocie objaśniał co i gdzie znalazł. Zupełnie nie wiem po co, bo ja duchem byłam już na mecie.
Gdzieś w międzyczasie spotkaliśmy A. K., potem M. K. i każdy z nich w tym samym miejscu rekomendował nam zupełnie inne punkty do znalezienia w okolicy. Jak widać, nie tylko my mieliśmy problem z ustaleniem swojego położenia. To znaczy ja od początku wiedziałam, że nasze położenie jest co najmniej żałosne.
Poza dwoma przypadkami jakoś nie przypominam sobie żebyśmy zbierali coś z LOPek, a powinniśmy aż 8 punktów z nich mieć. Czy omijaliśmy LOPki, czy nie patrzyliśmy po drzewach, czy ja się już tak zupełnie wyłączyłam - trudno powiedzieć.
T. co chwilę patrzył na mnie badawczo i - jak potem przyznał - czekał tylko kiedy tak, jak na Podkurku, zacznę grozić rozwodem. A tymczasem ja postanowiłam być twarda i choćbym miała paść na pysk, nie odezwać się ani słowem na ten temat. Wytrwałam w postanowieniu! Na metę doszłam z uśmiechem na ustach. No dobra, może to coś na ustach bardziej przypominało grymas bólu, ale z założenia miał być uśmiech.
W lesie spędziliśmy grubo ponad cztery godziny i zrobiliśmy chyba z milion kilometrów. Nawet przeliczenie ich na stracone kalorie nie rekompensuje mi jednak strat moralnych. Zaczynam rozumieć przysłowie: "Co za dużo, to niezdrowo"!
Uroczyście oświadczam, że nie dam się zaciągnąć na żadne tezety ogólnopolskie i nie dam sobie więcej wcisnąć kitu, ile to ja się na nich nauczę!
Koniec! Kropka! pl.
cdn. lub nie
Subskrybuj:
Posty (Atom)














