piątek, 3 listopada 2017

Orientacja precyzyjna

Dramatis personæ:
Tomasz
Renata

Właściwie to lubię orientację precyzyjną. No, może mniej lubię wersję Temp-O, ale chodzenie po ścieżkach i na spokojnie dociekanie, który to lampion jest właściwy jest fajne. A szczególnie gdy właściwy jest ten lampion, którego nie ma!
Nie żebym miał jakieś wielkie doświadczenie w tej kwestii – raz zdarzyło mi się wystartować w takiej pseudoprecyzyjnej orientacji (wyników nigdy nie widziałem), a raz w takich prawdziwych zawodach, gdzie wcale nie byłem taki ostatni:-)

Mnie tam odstręcza już sama nazwa - precyzyjna. Z precyzją to mi nijak po drodze - i w orientacji i w życiu. Zdecydowanie bardziej wolę "na oko", mniej więcej i w przybliżeniu. A najbardziej - jakoś to będzie:-)
 
Podkurek w niedzielę oferował właśnie orientację precyzyjną i BnO. Cały problem, że niedziela przywitała nas deszczem. Do Woli Karczewskiej przyjechaliśmy z samego rana, by zdążyć na zakończenie i pobić brawo naszym Stowarzyszonym dziewczynom za wygranie TU. Ale przybyliśmy ciut za późno i nie było dane nam poznać szczegółowych wyników etapu 2 i 3 (może to i lepiej?)
Po oficjalnym „zakończeniu” Podkurka ruszyliśmy na strat Pre-O. Oczywiście trochę „naokoło” zaliczając brakujące punkty TRInO po Gliniance. I oczywiście znaleźliśmy kolejną rozbieżność w pytaniach TRInO nad Świdrem. Przez czesanie cmentarza w poszukiwaniu tych pomylonych PK udało dotrzeć się nam na strat w stanie dość przemoczonym. My dotarliśmy , a  start jakoś nie dotarł. Precyzyjniej rzecz ujmując, start zaginął w lesie ustawiając lampiony. Zostało czekanie. Na zimnie, w deszczu (no dobrze, niby pod namiotem, ale niewiele to dawało). Ja się ciut rozgrzałem pomagając rozstawiać start BnO, ale Renata marzła. Zmarzła na tyle, że nie zajęła dobrego miejsca w kolejce do startu . Gdy wróciłem (startu jeszcze nie było), kolejka chętnych wiła się wężykiem po całym namiocie. Coś tam próbowałem Mojej Drugiej Połowie przekazać, o co  w tej orientacji precyzyjnej chodzi, ale wyraźnie zdegustowana przedłużającym się czekaniem aktywnie stawiała bierny opór przyswajaniu wszelakiej wiedzy.

Żeby zająć miejsce w kolejce, to trzeba najpierw wiedzieć, że jakaś kolejka będzie, a dopóki tam czekałam, to nawet nie było wiadomo, czy zawody będą, bo najpierw nie było precyzyjnego organizatora, potem okazało się, że w pojedynkę nie ogarnia, potem wyglądało, że pójdziemy według list, co to się skądś znalazły, potem, że najpierw "zawodowcy", a po nich amatorzy, a w końcu wyszło jak zwykle, czyli kto się dopchał, ten był wcześniej.
Zasad zabawy nie ogarniałam, prócz tego, że trzeba gadać jakieś bzdury typu alfa, beta i nie wiem co dalej, bo się greki nie uczyłam. I jak już się paszczą wyda jakichś dźwięk, to przepadło. No, ale jak to? A dopytać się, upewnić, czy zwyczajnie pokonwersować jak kulturalni ludzie? Zupełnie bez sensu.
 
Wreszcie zjawił się cały przemoczony „start” – znaczy twórca trasy i całego zamieszania i pierwszy zawodnik ruszył. Zaczynało się od stanowiska czasowego. Na strat poszły osoby nieświadome o co chodzi i z 60 sekund na zawodnika zaczęły się robić długie minuty. My marzliśmy, starter moknął, a kolejka jakoś się nie zmniejszała. W międzyczasie na trasę ruszali rowerzyści z RJnO… i wracali po pierwszym etapie. A my dalej staliśmy prawie w tym samym miejscu. I tak mieliśmy lepiej, bo starter, gdy na chwilę wpadł po coś pod namiot, przedstawiał sobą obraz nędzy i rozpaczy (ciekawe czy się pochorował).
Po dobrej godzinie oczekiwania przyszła i pora na nas. Pierwsza poszła Renata. Nawet bardzo długo nie siedziała na stanowisku czasowym. Gdy przyszła moja kolej…. szczerze mówiąc nie widziałem podobieństwa terenu do mapy. Strzelałem. Oba pudła;-( Dostałem mapę i poszedłem.

Stanowisko czasowe. Boguś usiłował wytłumaczyć o co chodzi, ale z zamarzniętym i przemoczonym mózgiem, to nie tak łatwo pojąć o co biega. Przede mną w lesie stała chmara lampionów jakby rozdzielona na dwie części - jedna bardziej w lewo, druga w prawo i kiedy dostałam dwie mapy założyłam, że do każdej grupy jest odrębna mapa. Oczywiście to co na mapie i to co przede mną nijak nie było spójne i nie przystawało do siebie. No, może druga mapka nosiła jakieś znamiona podobieństwa i dlatego lampion z pierwszej wybrałam na chybił-trafił, z drugiej według tego co widziałam przed sobą. Pierwszą odpowiedź przestrzeliłam, ale druga była dobra! Potem dostałam mapę do tej orientacji chodzonej, ale żadnych instrukcji, bo na stanowisko podszedł już Tomek. Jeszcze usiłowałam wydobyć jakąś wiedzę od organizatora, chociażby w jaki sposób legalnie przedostać się w pobliże punktów, na których mam dokonać identyfikacji okazanych podejrzanych, to znaczy lampionów. Dowiedziałam się jedynie, że mam chodzić po ścieżkach. No to poszłam.

Przy pierwszym stanowisku spotkałem Renatę. Raczej nie wiedziała o co chodzi. Tłumaczyłem jeszcze raz – masz lampiony od lewej A, potem B potem C i masz wskazać który właściwy. Może być żaden. Nie – nie można podejść do lampionu i sprawdzić. W tym momencie do lampionu podchodzi jakiś kolejny uczestnik zawodów. Krzyczę mu z daleka, że tak nie wolno :-) Renata łapie mapę i leci dalej mówiąc na odchodne, że będzie strzelała. Zaraz zniknęła mi z oczu. Chyba pomyliła orientację precyzyjną z BnO!  A jakby co, żadnej strzelaniny w lesie nie słyszałem;-)

Już na pierwszym punkcie okazało się, że nie będzie łatwo. Co innego widziałam na mapie, co innego w terenie, a co innego mówiły piktogramy dołączone do mapy. Wychodziło mi, że lampion ma być na kopczyku, kopczyka nie było, Tomek, który doszedł w międzyczasie poradził zaznaczyć Z, czyli że nic z niczym nie bangla i ogólnie do d... No to zaznaczyłam, a na drugi dzień dowiedziałam się, że kopczyk z piktogramów znaczy zupełnie coś innego, a w ogóle to nie ta rubryka informowała o terenie. Ponieważ zmarzłam stojąc i deliberując nad tą jedynką szybko pobiegłam na PK 2 zakładając, że w precyzyjnej bieganie nie jest zabronione.
 
Co tu dużo mówić – w ulewnym deszczu i przy porywistym wietrze ta precyzyjna orientacja nie jest taka fajna. Co chwila wiatr wyrywał mi z ręki parasol, deszcz zalewał okulary. PK 2 szło ustalić dosyć łatwo. Trochę liczenia kroków i wszystko się zgadza. Ale PK 3? 50% szansy na trafienie:-)
Przy PK 4 konsternacja,  bo więcej lampionów niż w opisie. Wokół lampionów jeżdżą rowerzyści, a nawet biegają biegacze z BnO. Zostawiam punkt na powrót.

PK 2 według mapy miał być tuż obok południka, no to wypatrzyłam ten południk na górce i zaznaczyłam najbliższy lampion. Jak się okazało - dobrze. Przy trójce zgłupiałam, bo nie wolno było do niej podejść, a w ogóle to widziałam tylko jeden lampion. Asia, która akurat podeszła do stanowiska wyjaśniła mi, że na mapie mam podaną ilość rozstawionych lampionów i faktycznie w tym miejscu ma być jeden. Nooo, jak jeden to go zaznaczyłam. A okazało się, że to wcale nie ten. Ale z takiej odległości oszacować gdzie stoi? Niemożliwe! Czwórka była bardzo daleko od ścieżki i bez okularów praktycznie widziałam jedynie, że lampiony są. Nie traciłam więc czasu na kombinowanie i zaznaczyłam jakiś przypadkowy wynik. Ponieważ nie mam szczęścia w grach losowych, więc oczywiście nie trafiłam.
 
PK 5 – także losowy, powinien być na lewo od ścieżki, a ten który mógłby być właściwy, stoi ciut na prawo. PK 6 fajna zmyłka. Ustawiono lampiony „jedna przecinkę za wcześnie”. Kto dobrze nie liczył przecinek, podbijał źle;-) PK 7 i 8 normalne – daje się namierzyć i wybrać. Przy PK 9 konsternacja – nie rozumiem opisu. I chyba słusznie nie rozumiem, bo punkt ostatecznie anulowano. PK 10, 11,12, normalne. Leje coraz bardziej. PK 13 fajny, bo stoi wyraźnie źle, ale daje się podejść i sprawdzić. PK 14 po pomiarze azymutów się zgadza. PK 15 stoi jakoś tak „za daleko”, aż obchodzę wydmę z drugiej strony. Ewidentnie lampion stoi źle. Tu ściga mnie telefon od małżonki: zamarzam. Zostaje przejść w tryb BnO. Jeszcze ta nieszczęsna czwórka. Podejmuję decyzję, ale i tak potem ten punkt anulowano. I biegiem na metę.

Piątkę i szóstkę robiłam w biegu, bo powoli zamieniałam się w sopelek lodu. Dodatkowo od deszczu rozpuszczała mi się mapa, więc musiałam się sprężać, póki miałam jeszcze na co patrzeć. Przy szóstce wyprzedziłam już z połowę zawodników, którzy wychodzili przede mną i miałam pewność, że nawet jeśli nie będę precyzyjna, to przynajmniej szybsza:-) Piątka i szóstka nie wydawały mi się trudne, ale na piątce nie zauważyłam na mapie jednej górki bo mi się skryła między ścieżkami, a przy szóstce nawet przez myśl mi nie przeszło, że można robić takie zmyłki z ustawianiem lampionów w innym miejscu niż zaznaczono na mapie. Tym sposobem zaliczyłam dwa pudła. Siódemkę i ósemkę trafiłam, albo tak genialnie oszacowałam gdzie co stoi:-) Dziewiątki i dziesiątki w ogóle mi nie zaliczono - może dlatego, że w dziewiątce ciut nie zmieściłam się z dziurkami w kratce, a dziesiątka odbiła się słabo. Miałam już tak zgrabiałe ręce, że ledwo ściskałam dziurkacz. PK 11, 12 i 13 - trafiony, zatopiony, mimo że zaznaczane niemal w biegu. No bo zimno. 14 i 15 znowu postawione daleko od ścieżki i g...o było widać, to nie tracąc czasu wbiłam cokolwiek (znowu nie trafiłam) i biegusiem wróciłam na metę po drodze wyprzedzając jeszcze kilka osób:-)
 
Gdy widzę Moja Drugą Połowę już wiem, że nie pójdziemy na BnO. Pewno bym tego nie przeżył (znaczy BnO tak, ale co by mi  Żona w domu zrobiła…).
Teraz już są znane wyniki. Mam 3 miejsce w open, a swojej kategorii amatorów (A-Open) 2.  No i wszystko jasne czemu lubię tę orientację precyzyjną! Tylko szkoda, że u nas tak rzadko rozgrywane są zawody w tej formule….

Strasznie dziwna ta orientacja precyzyjna. Logiki w tym za grosz - trzeba wybrać właściwy lampion, ale podejść do niego to już nie można. To niby jak z daleka mam zobaczyć czy on stoi na ścieżce, w dołku, na kopczyku, czy innej formie terenu. Jak zdecydować, kiedy widzę tylko, że lampion jest?? No jak?
Nie wiem, może jak kiedyś popróbuję w bardziej sprzyjających warunkach pogodowych, to jakiś sens w tym odkryję, ale na razie nie jestem przekonana do tej formy rozrywki.

Mapa po przejściach
 

środa, 1 listopada 2017

Nocne wariacje na orientację

Na Podkurku nie mogło zabraknąć Wieczornej Gry na Orientację. Wróciliśmy po etapie nocnym mokrzy i zabłoceni (zegarek pokazywał dystans zbliżający się do 40 km z etapów tego dnia)  i od razu upomnieliśmy się o mapę WGnO.
Etap miał być „wyjątkowy” . Chodziło o system elektroniczny potwierdzania swojej bytności na PK. Ot, taka domorosła tańsza alternatywa znanego systemu SI. Takie „zegarki” i chipy NFC znane z różnych pływalni. No, pogoda była pod psem, mokro wszędzie, ale żeby od razu basen?
Do tej pory WGN-y miały charakter sportowy – liczył się czas. Więc odłożyliśmy plecaki, zabraliśmy latarki, wybraliśmy pasujące nam kolorystycznie „zegarki” (ja oczywiście różowy) i pognaliśmy w ciemną noc. Mapa „jak zwykle” okazała się zlustrowana. Tym razem podany był dystans – imponujący 1600 m. I o dziwo, wyszliśmy poza teren bazy. Szybko ogarnęliśmy, że prawa to lewa i pognaliśmy na PK 1 (jeszcze wracałem się dopytać czy kolejność potwierdzeń obowiązkowa). Postanowiliśmy trasę zaliczyć biegiem (szczerze mówiąc nie doczytaliśmy, że jest rozgrywana na zasadach turystycznych), pomimo obuwia typowo niebiegowego. PK1 – łatwizna. PK 2 – bułka z masłem! PK 3 wymagał zbiegnięcia ze ścieżki. Wtedy zorientowaliśmy się, że kompasy zostały przy plecakach. Trochę marnie, bo w nocy wystarczy się obrócić raz dookoła swej osi i nie wiadomo gdzie dalej iść. PK 3 stał jakoś dziwnie, ale podbiliśmy. Znowu trzeba było na azymut – na górkę w lesie. Akurat ciemności rozświeciły znajome latarki. Dopadliśmy Zuzannę z Katarzyną i udało się uzyskać jeden kompas. Wprawdzie go nie użyliśmy po drodze , ale pewność, że jakby co, to się nie zgubimy w ciemnym lesie – bezcenna!


PK 6 – hmm,  gdzieś w okolicy, bo po ciemku to punkt nie do namierzenia bez przeczesania całego terenu. PK 7, bez historii, PK 8 – znany z etapu nocnego. PK 9 to była zgawozdka. Wyraźnie źle stał. Skala 1:4000 daje margines błędu 8 m, a lampion był wyraźnie dalej. Jak tu w zegarku wbić BPK-a? Nie da się. Po grupowej konsultacji wzięliśmy to co było (bo Zuza z Katarzyną nas dogoniły).  10-tka - daleko. Po drodze podmokłe łąki (utopiliśmy się). Wariant naokoło od asfaltu, ale i tak na koniec w jeżyny wpadliśmy. Po jeżynach nie zostało nam nic innego niż szukać „azymutu” na PK 11. Oczywiście azymut „bez kompasu” tylko „gdzieś tam” - znowu miejsce znajome z etapu trzeciego. Chwilka zastanowienia, bo w nocy tego typu granice kultur widoczne nie są. Uff jeszcze ostatni PK 12. Raczej oczywisty (choć mapa niedokładna, bo skarpy brak). Biegiem na metę. Ech, nie ma co lecieć z wyciągniętą kartą i krzyczeć „czas! czas!” bo wszystko elektronicznie. Po odczycie wyników jakaś zawierucha. No tak, autor nie ma wzorcówki, więc sam nie wie gdzie co postawił, a system wymaga wpisania wszystkiego przed startem;-)
Dobra – późno już, czas jechać do domu i przespać się przed jutrem.

Jak widać mocno trenujemy do 50-tki;-)


Teraz to już mamy wyniki  WGnO. 75 pkt karnych. Trzy stowarzysze. Ciekawe. PK 4 jeszcze mogę się zgodzić, choć lampion wisiał mniej niż 8 m od skrzyżowania. No, chyba że było to skrzyżowanie, którego nie ma na mapie! PK 6 także mogę się zgodzić, bo to było „gdzieś w okolicy”, a wariant biegowy nie sprzyja aż tak dokładnemu namierzeniu się w terenie tak mało zróżnicowanym w świetle latarek. PK 12 był na pewno dobry. Aż popatrzyłem na lidarze – na pewno lampion stał do 2 mm od środka kółka. Ale nie będę się wykłócał – bo zajęliśmy fajne 13-ste miejsce!
Na szczęście widać, że nie grozi nam w najbliższej przyszłości system elektronicznego potwierdzania PK w MnO – za dużo jest sytuacji ciężkich do obsłużenia chipem (zaczynając od BPK-a, poprzez punkty podwójne czy PK wymagające podania przypisania wycinka do PK). Ale w wersjach długodystansowych BnO czy rajdów przygodowych, gdzie stawianie drogich stacji SI bez nadzoru jest ryzykowne, lampiony z tanimi chipami NFC mają przyszłość!




C. D. N.

Przekoszony helikopter

Po dotarciu do Glinianki wymieniliśmy mapy etapów na mapy TRInO i znaleźliśmy kilka PK, po czym głodni i zmarznięci udaliśmy się na poszukiwanie ogniska i obiadu. Na początek uraczono nas pyszną drożdżową bułeczką z kapustą, co to ma nawet jakąś swoją specjalną nazwę, ale oczywiście nie pamiętam jaką, a potem informacją, że grochówka odjechała. No, ale jak to odjechała???? Okazało się, że ludzie przyszli, wyżarli i nic dla nas nie zostało. Na drugie danie zamiast kotlecika, o którym marzyłam pół etapu przewidziana była kiełbasa z ogniska. Nadzialiśmy na kije ostatnie dwa kawałki, podeszliśmy w miejsce wskazane jako ognisko, a tam.... a tam paliły się marne trzy deski nasączane impregnatem, a kilkoro szaleńców usiłowało nad tym upiec swoje kiełbaski. Zrobiłam natychmiastowy w tył zwrot i odłożyłam mój patyk - jeszcze mi zdrowie i życie miłe! Tomek był bardziej zdesperowany i chwilkę podgrzewał swoją porcję, ale też nie do stanu upieczenia. Propozycję zwiedzenia Izby Regionalnej musieliśmy odrzucić, bo trzeba było ruszyć na poszukiwanie jakiejś jadłodajni i zdążyć wrócić przed etapem nocnym. Summa summarum wylądowaliśmy w KFC, co może nie było nachalnie zdrowe, ale za to ciepłe, no i było.  A kartki obiadowe zostały nam na pamiątkę:-)
Mapa etapu nocnego ucieszyła mnie z trzech powodów: nie była przestrzenna, nie była za duża, była łatwa. Dopasowywanie jednakowych elementów z takiej samej mapy to moja specjalność, więc wirniki rozpracowałam w try miga, aczkolwiek poprzenosić ich w wyobraźni na właściwe miejsce nie potrafiłam, ale to już nie moja broszka.
Najpierw zaliczyliśmy LOP-kę, która w zasadzie służyła jedynie wyprowadzeniu nas na teren zawodów, a potem poszliśmy na PK 1. Azymutem. Od płotu. Tomek czujnie odliczał dołki, bo było ich tam chyba z pierdylion do wyboru. Na jedynce postanowiliśmy pociąć mapę, bo wyobrażanie sobie podczas całego etapu, w którym miejscu powinny być wirniki było ponad nasze, nadwątlone już siły. To znaczy wycięliśmy tylko wirniki, spadochroniarzy już nie, no bo bez przesady.


Z jedynki postanowiliśmy zaatakować "spadochroniarza" najbliższego mety, bo nie chcieliśmy zostawiać go na powrót, żeby czasem o nim nie zapomnieć.  Poszliśmy drogą na północ i od razu obstawiałam szesnastkę. Bliższe oględziny terenu potwierdziły moją teorię. Podwójność PK 6 i 2 też łatwo rzucała się w oczy, a trójka była już banalnie prosta. Z trójki poszliśmy na czwórkę i ósemkę, czyli takie TP na pełnej mapie:-) Gdzieś przed ósemką spotkaliśmy skrótowy tramwaj prowadzony przez Fionę, która nie przepuszczała żadnej kałuży, nie mówiąc już o bagienku między ósemką a piętnastką. W takich momentach cieszyłam się, że mam małe koty, które nie lubią wody, a nie dużego psa, mentalnie wodołaza:-)
Siódemka, dwunastka i dziesiątka stały zwyczajnie przy drodze, więc żadna filozofia, a dziewiętnastkę bezproblemowo wytypował Tomek. Z dziewiętnastki na jedenastkę podążaliśmy za Marcinem i Zuzą, nie dlatego, że nie wiedzieliśmy gdzie, tylko wiodła tam jedyna logiczna droga.  Do czternastki musieliśmy iść znowu przez dziewiętnastkę, bo skoro była droga, to nie było sensu chodzić na azymut. Zwłaszcza nocą. Osiemnastka, piątka, szóstka i siedemnastka znowu były łatwe i zastopowało nas dopiero przy dwudziestce. Normalnie doznaliśmy jakiegoś zaćmienia umysłu - na wycinku wszystko wyglądało prosto i łatwo, a w terenie nie szło znaleźć właściwego miejsca. Kręciliśmy się jak pies za własnym ogonem i w końcu za którymś kolejnym podejściem Tomek przeczesał metodycznie dosłownie wszystko od prawej do lewej, a może odwrotnie i w końcu znalazł. Ja stałam sobie spokojnie na ścieżce, no bo przecież musiał wiedzieć, gdzie wyleźć z tych krzaczorów. Jednym słowem robiłam za świecący punkt nawigacyjny.
Dwudziestka była naszym ostatnim punktem, a byliśmy dość daleko od mety, bo jakoś tak dziwnie ułożyliśmy sobie marszrutę. Nie pozostało nam nic innego jak tylko pobiec, szczególnie, że czas też nie był z gumy i każda minuta była cenna.
I jeśli ktoś by myślał, że po oddaniu mapy pojechaliśmy się wyspać przed niedzielnymi atrakcjami, to jest w bardzo, bardzo grubym błędzie...

C. D. N.

wtorek, 31 października 2017

Sudokowy horror

Po etapie Darka wydawało nam się, że już nic trudniejszego nie może nas spotkać, aczkolwiek osoba autora kolejnego etapu nie dawała takiej gwarancji. Leszek słynie z "ciekawych" map, a my jak dotąd zawsze przegrywaliśmy w starciu z tymi mapami. Jeszcze w drodze na etap pierwszy dowiedzieliśmy się, że będzie sudoku z milionem rozwiązań, z których tylko jedno jest dobre i nie ma co dopasowywać wycinków na starcie, tylko iść w teren i czesać. Tak też postanowiliśmy zrobić, tyle że do przeczesania mieliśmy 3240000 metrów kwadratowych.

 W oczekiwaniu na start
 
Mapa znowu okazała się bardzo nieporęczna, bo choć nie była przestrzenna, to duża - A3. Żeby ją schować do koszulki (bo deszcz) trzeba było złożyć na pół i tym sposobem nie dało się mieć oglądu całości sytuacji. Mi to bardzo przeszkadzało.
Zaczęliśmy od PK F, bo jako jedyny był identyfikowalny, no i wszyscy szli w tamtym kierunku. Potem pojechaliśmy klasyką: "Kierunek – wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja." Kiedy wschód wyszedł nam za mapę skręciliśmy trochę na południe. Ani do cywilizacji, ani do żadnego PK nie udało się nam jednak dotrzeć, bo drogę zagrodziło nam szerokie rozlewisko, którego z żadnej strony nie szło obejść. Cóż, podwinęliśmy ogony i wrócili jak niepyszni w okolice startu. Staraliśmy się przemknąć tak jakoś chyłkiem, boczkiem, bo głupio tak pójść i wrócić z niczym. Po przejściu jakichś 400 metrów na południe znowu nagięliśmy na wschód, no bo w końcu coś tam przecież musiało być. Na punkt D naprowadziły nas nieświadome niczego Miśki wyłażąc z jednej ze ścieżek i była to ta ścieżka, którą odpuściliśmy od drugiej strony z powodu wody.
A potem to już nic nie dawało się znaleźć. Plątaliśmy się po różnych drogach starając się mieć w zasięgu wzroku Waldka F. i Andrzeja W., bo może starzy wyjadacze gdzieś doprowadzą, ale gdzie tam... Co prawda przez chwilę byliśmy blisko PK H, ale nie na tyle żeby go jednoznacznie zidentyfikować. Dołków z wodą z PK Q, do których teren nam dosyć pasował również nie znaleźliśmy, ale za to spotkaliśmy Marcina S., który uraczył nas informacją o podwójnym punkcie z grupy trzeciej, czyli S i T. Zanim podjęliśmy decyzję żeby po niego wrócić, poszliśmy po PK X, który jako jedyny był uwidoczniony na schemacie, czyli był pewniakiem. Co prawda mieliśmy nadzieję, że po drodze coś jednak znajdziemy, ale gdzie tam. Dopiero kiedy byliśmy bliżej mety niż startu zdecydowaliśmy się wrócić po S i T stojące jakieś 300 metrów od startu. Uznaliśmy, że na przyzwoity wynik i tak nie mamy co liczyć, więc potraktujemy etap jako trening biegowy. Tak też zrobiliśmy i ruszyliśmy szybkim truchtem. Po drodze spotkaliśmy Marcina z Zuzą, którzy sprzedali nam informację gdzie jest PK I. Postanowiliśmy go wziąć po S i T. Kotłując się w krzakach wokół mokradeł z poszukiwanymi punktami natknęliśmy się na Bartka z Romkiem, którzy tak nie do końca wiedzieli czego szukają. W sumie trochę nas to podniosło na duchu, że nie tylko my tacy niezorientowani na tym etapie. Wspólnym wysiłkiem czterech par oczu wypatrzyliśmy w końcu lampion.
Koło PK I, okazało się że przechodziliśmy już kilka razy, ale jakoś nie wpadliśmy na to, że pas zarośli jest tym samym co goły kawałek ziemi z ortofotomapy.
Ponieważ bieganie całkiem przypadło nam do gustu, dla odmiany pobiegliśmy na południe, żeby raczej zbliżać się do mety, a nie oddalać od niej. Kolejne spotkanie, tym razem Ani i Marka dało nam wiedzę o PK B i L. W sumie to strach pomyśleć co by było, gdybyśmy nikogo na etapie nie spotkali. Chyba wrócilibyśmy z dwoma punktami - F i X. Taka proszę Was była jatka.
Ponieważ czas nieubłaganie się kurczył postanowiliśmy biec już raczej na metę, no chyba, że coś się nam rzuci w oczy. Niestety, jakoś nic się nie rzuciło, mimo że bacznie rozglądaliśmy się dookoła. Już przy samej mecie zobaczyliśmy Zuzę spisującą kod z jakiegoś lampionu i Tomek rzutem na taśmę dopasował go do PK A. Cóż, nasza karta startowa po tym etapie wyglądała co najmniej żałośnie.
I czy ja coś marudziłam, że etap Darka był trudny? No to włażę pod stół i odszczekuję. W porównaniu z tym, to była bajeczka dla grzecznych dzieci.
A po etapie czekał nas jeszcze ponad dwukilometrowy spacer do Glinianki, gdzie planowany był obiad i ognisko. Taka dłuuuga zejściówka bez lampionów. Czyste marnotrawstwo naszych nóg.

C. D. N.

poniedziałek, 30 października 2017

Houston, mamy problem

Ponieważ odprawa przez zawodami była zaplanowana na 8.30 rano, a my chcieliśmy jeszcze dokończyć nasze TRInO, więc w sobotę nie pospaliśmy zbyt długo. Ja musiałam się jeszcze spakować, bo w piątek zabrakło mi sił i chęci.
Z trina zaliczyliśmy PK 6, a LOP-kę postanowiliśmy przebiec w ramach rozgrzewki. Ciężko się biegło, bo piach, ale za to jakie prześliczne okoliczności przyrody. Polecam!
W bazie okazało się, że jest już po odprawie, bo zrobiono ją wcześniej, ale podobno nic nie straciliśmy. Jak to nic? A widok wspaniałych Organizatorów to nic?? Ale sami chcieli!
Ponieważ na wszelki wypadek wzięliśmy ze sobą całe wyposażenie noclegowe, zaczęliśmy rozglądać się za miejscem, gdzie można by się rozłożyć. Cóż - sala wyglądała jak otwarta puszka sardynek - śpiwór przy śpiworze, wobec czego pomysł skorzystania z noclegu uznaliśmy za bezsensowny. Ostatecznie do domu blisko, a gdzie człowiek wyśpi się lepiej jak nie we własnym łóżku. Szkoda tylko aspektu integracji z innymi uczestnikami.
Ponieważ w bazie nie działo się nic ciekawego, postanowiliśmy od razu podjechać do Glinianki, skąd miał nas zebrać autobus jadący na start. W Gliniance zaliczyliśmy kilka punktów kolejnego okolicznościowego TRInO, a potem załapaliśmy się na na podwózkę na start samochodem Organizatora. I tym sposobem dojechaliśmy komfortowo, ale sporo przed naszą minutą startową, która była dość odległa. Niby czas oczekiwania spędziliśmy na integracji (co to nas miała nocą ominąć), ale za to w zimnie i deszczu. To już nie wiem czy skórka warta wyprawki.
Etap pierwszy TZ (tak, tak - poszłam na tezety) robił Darek i już od kilku miesięcy przy każdej okazji (a i przy jej braku też) słuchaliśmy jakie super mapy będą i że na pewno będziemy zadowoleni.  Mapa rzeczywiście prezentowała się odlotowo, bo była w kształcie rakiety, a jej wypełnienie, ku uciesze większości uczestników, stanowiła puszka piwa. Pełna puszka, żeby nie było wątpliwości.

Kolejne zespoły po pobraniu map jakoś nie kwapiły się z wyjściem na trasę, ale myśleliśmy, że po prostu zawodników poraziła uroda mapy, albo też na miejscu wykorzystują zawartość. W końcu nadeszła i nasza kolej. Pobraliśmy nasze rakiety i zaczęliśmy rozkminiać. Szło opornie. Główną przeszkodą był kształt mapy, bo aczkolwiek przecudnej urody, ale kompletnie niefunkcjonalny i niewygodny. A już w deszczu mapa schowana do foliowego worka w ogóle przestawała spełniać funkcję mapy:-( Wyliczyliśmy, że do połączenia mamy 11 wycinków: mapa biegowa, 3 hipsometrie, lidarowy czubek i 6 lidarów ze stateczników. O tym, że lidary ze stateczników były trzy, tylko złożone na pół dowiedzieliśmy się gdzieś w połowie trasy. Podobno Darek innym zespołom pokazywał jakiś schemat wycinków, co go miał gdzieś za szybą samochodu, ale nam nie pokazał i straciliśmy masę czasu usiłując poskładać mapę do kupy. Po pół godzinie wpatrywania się w przecudnej urody rakietę, Tomek postanowił swoją zdewastować, żeby móc jednym spojrzeniem ogarnąć wszystkie wycinki. Zabrał się do tego nożyczkami i wiecie co się okazało? Te puszki na piwo to robią strasznie cieniutkie. Już po pierwszym szturchnięciu ostrzem z puszki trysnęło piwo zalewając mapę i Tomka. Pyszny płyn wsiąkał w ziemię, a ja zamiast wypijać, stałam ogłuszona tym co się stało. Z tego ogłuszenia i poczucia żalu po stracie napoju w ogóle już nie mogłam się skupić na wycinkach, że nie wspomnę o tym, że nie lubię ani lidaru, ani hipsometrii.

Ze startu na trasę wyszliśmy ostatni, chociaż wiele zespołów miało późniejsze minuty startowe, ale cóż - ostatecznie straciliśmy całe paliwo z jednej rakiety, to jak mieliśmy ruszyć?  Na dokładkę wyszliśmy nie bardzo wiedząc gdzie, a przede wszystkim po co iść. Cóż, w tym momencie nie życzyłam Darkowi niczego dobrego...
Mieliśmy dopasowane tylko duże hipso z mapą bno oraz dwa małe hipso ze sobą, ale w oderwaniu od całości. Jeszcze do dużego hipso udało się doczepić PK K ze statecznika.
Darek kilka razy mówił coś o mostku na rzeczce i bardzo go polecał, więc postanowiliśmy zacząć od mostku, czyli poszliśmy na PK H. Równolegle i synchronicznie z nami szedł Andrzej R., który jakimś cudem miał już dwa PK, ale skąd je miał, to już się nie chwalił. Potem zaliczyliśmy A i D i z braku pomysłu co dalej wróciliśmy nad rzeczkę po PK K, co to akurat udało nam się zidentyfikować jego położenie. Nad rzeczką spotkaliśmy Tomka G. snującego się smętnie z dwoma punktami na karcie i bez koncepcji co dalej. Ponieważ on miał inne punkty, a my inne, dokonaliśmy transakcji wymiennej i sprzedaliśmy sobie wiedzę o położeniu tego, co mieliśmy za to, czego nie mieliśmy. Przy okazji na jaw wyszła prawda o statecznikach, czyli że de facto są to 3 wycinki, a nie 6 jak myśleliśmy. To znacząco zmieniło naszą sytuację. Wróciliśmy najpierw niemal pod sam start po PK N i P, potem zgarnęliśmy K i z tego samego statecznika PK J. W okolicach Jota Marcin i Zuza usiłowali coś wykombinować z mapy i wyglądało, że też nie idzie im tak nachalnie łatwo.
Do PK B poszliśmy przez bagno - ot, takie drobne urozmaicenie. Nawet za bardzo się nie potopiliśmy, zresztą byliśmy prawie po uszy wysmarowani sudokremem, więc nas nie ruszało. Przy B po raz drugi spotkaliśmy Tomka G. i było to bardzo pożyteczne spotkanie biorąc pod uwagę fakt, że to on rzucił myśl, że B jest tożsame z R, czyli mamy punkt podwójny. Razem poszliśmy na PK S - lampion wisiał jak dla mnie bardzo źle, ale Tomek kazał wbijać, to wbiłam. Niestety racja była po mojej stronie, bo kawałek dalej wisiał ten słuszny i musieliśmy zrobić przebitkę.
Po PK S ani my, ani Tomek G. nie mieliśmy pomysłu co dalej, postanowiliśmy więc lecieć na metę zostawiając Tomka, który ruszył na indywidualne poszukiwania nie wiadomo czego. Mieliśmy nadzieję, że po drodze jeszcze ujawnią nam się jakieś lampiony i uda się je do dopasować do któregoś PK. Faktycznie - udało się zlokalizować dołki z hipso, ale głównie dzięki temu, że kiedyś Darek robił w tym miejscu imprezę i Tomek zbierał potem lampiony. Jak to dobrze być uczynnym człowiekiem. I jak to mówią - dobro zawsze wraca.
Ponieważ czas się nam bardzo, bardzo skurczył, a w zasadzie to nawet skończył, dalej puściliśmy się biegiem. Jak to dobrze, że ostatnio solidnie trenuję, bo dałam radę bez najmniejszego problemu lecieć tyle, ile było trzeba. W tym pędzie zgarnęliśmy jeszcze F, D i C. Na karcie startowej mieliśmy już 15 wpisów, więc Tomek pognał po ostatni PK M, trochę się dziwiąc, że jak liczył to wychodziło, że trzeba wziąć wszystko, a tu jeden zostaje. Dopiero po oddaniu karty startowej doszliśmy w czym rzecz - zapomnieliśmy o przebitce! Haniebnie zapomnieliśmy i tym sposobem zostaliśmy z jednym BPK-kiem, a wiedzieliśmy gdzie punkt był i nawet przechodziliśmy koło niego. Tego liczenia wpisów w karcie nie mogę sobie podarować. Ale mam przynajmniej pewność, że już zawsze będę na to uważać i liczyć dokładnie, a zmiany od razu zakreślać. Z drugiej strony, kiedy ruszyliśmy ze startu byliśmy pewni, że nawet połowy punktów nie znajdziemy, więc w ostatecznym rozrachunku moze jednak nie było tak źle...

C. D. N.

Przed Podkurek

Na Podkurek planowaliśmy dojechać w sobotę rano, bo od nas to raptem pół godzinki jazdy, ale w piątek Andrzej poprosił o przywiezienie do bazy kilku rzeczy, więc postanowiliśmy zrobić małą wycieczkę połączoną ze zrobieniem kilku punktów z nowego TRInO, co to się tuż przed imprezą pokazało. TRInO ma prawie 15 kilometrów długości i w zasadzie jest takie bardziej rowerowe, ale nasz Maluś to przecież taki trochę większy rower (bo przecież nie samochód:-)), więc uznaliśmy, że spokojnie wszędzie wjedziemy.
Dwa pierwsze punkty zaliczyliśmy bez problemu. Przy trzecim wyskoczyłam z samochodu, bo zza szyby nijak nie mogliśmy dojrzeć ile wynosi suma cyfr nad wejściem. Mało tego - nie mogliśmy dojrzeć żadnego wejścia. Chciałam podejść do krzyża, bo może chodziło o jakiś napis, a nie fizyczne wejście, ale jedynym skutkiem było ugrzęźnięcie w gliniastej mazi po kostkę. Ziemia dookoła krzyża była jednym miękkim grzęzawiskiem. Odpuściliśmy i pojechali dalej.
Między trójką, a czwórką droga wiodła ewidentnie coraz mniejszymi drogami aż do ścieżki włącznie. Miałam wątpliwości co do możliwości przejazdu tamtędy, ale Tomek twardo twierdził, że Maluś da radę  Nawet do połowy odległości nie udało się nam dotrzeć, gdy zakopaliśmy się z błocie. Autko warczało rozpaczliwie, koła buksowały, błoto leciało spod kół, a ja cieszyłam się, że w pobliżu są domostwa i w razie potrzeby może uda się uzyskać jakąś pomoc. Próbowaliśmy metodą w przód, w tył, w końcu ja warczałam za kierownicą, Tomek na przemian pokrzykiwał żeby skręcać to w prawo, to w lewo i jednocześnie wypychał z błocka. Jakoś się udało, ale do kolejnych punktów pojechaliśmy już naokoło. Czwórka była na swoim miejscu, a na piątce bezskutecznie szukaliśmy podków pod kluczem. Podkowy pod kluczem na krzyżu nijak nam się nie komponowały, ale bo to wiadomo. Odpuściliśmy piątkę.

Po piątce zaczęliśmy z innej beczki, bo wiedzieliśmy już, że jednak Maluś nie wszędzie wjedzie. Zaliczyliśmy PK 13, 12, 11, 10, 7 i 8. Tym razem na wszystkie pytania znaleźliśmy odpowiedzi, nigdzie się nie zakopaliśmy i w nic nie wpadliśmy. Trochę żałowałam, że było ciemno, bo trasa wyglądała na piękną widokowo, ale cóż - "ciemność, widzę ciemność" tylko... Jak by ktoś się wybierał, to naprawdę polecam rowerem lub pieszo i za dnia. I przy ładnej pogodzie, bo w deszczu to tak sobie...
W końcu dotarliśmy do bazy. Od razu zaatakowaliśmy autorkę TRInO pytaniami o trójkę i piątkę i okazało się, że jednak to nie my jesteśmy ślepe niedojdy, tylko przypadkiem do trina zaplątały się pytania z innej trasy. Uff. Drugie podejście Do PK 3 i 5 postanowiliśmy zrobić w sobotę, bo i tak zostało nam jeszcze kilka niezrobionych punktów.
W bazie tymczasem roiło się od organizatorów i powoli zaczynali zjeżdżać się uczestnicy. No, ale ponieważ my byliśmy tylko przejazdem, więc szybko przekazaliśmy, co było do przekazania Andrzejowi i wróciliśmy do domu wyspać się przed sobotnimi wyzwaniami.

C. D. N.

piątek, 27 października 2017

Jubileusz

We środę dopadła nas klęska urodzaju, czyli kumulacja. Nie, nie wygraliśmy w lotto, chociaż bardzo by mi to pasowało... Jednocześnie miało się odbyć pięćdziesiąte OrtInO oraz przesunięty o tydzień Spacer z mapą. Teoretycznie dawało się najpierw pobiec, a potem pójść, bo organizatorzy OrtInO byli skłonni czekać na biegaczy, ale... Ale co zajrzałam do prognozy pogody i za okno gdzie naprzemiennie mżyło, siąpiło i padało, tym większe miałam wątpliwości co do sensu wychodzenia z domu w ogóle, nie mówiąc już o udziale w dwóch imprezach. Jeszcze godzinę przed ewentualnym wyjściem nie byliśmy zdecydowani gdzie jechać. Ja, prawdę mówiąc, już siedząc w samochodzie nie wiedziałam przy której imprezie zaparkujemy, aczkolwiek sugerowałam odpuszczenie "Spaceru". Uff, pojechaliśmy do centrum. Jak się potem okazało nasza decyzja była bardzo dobra, bo ci, którzy zdecydowali się na biegi, najpierw pół godziny czekali w deszczu aż spóźnieni organizatorzy rozstawią trasę, potem lecieli w deszczu, a na koniec gruntownie przemoczeni musieli jeszcze maszerować na ortinowskiej trasie. My przynajmniej zmokliśmy tylko raz.
Tezetowska mapa okazała się łatwa, prosta i przyjemna - takie bardziej TU, więc wiedziałam co się dzieje i nawet brałam czynny udział. I to nie tylko w składaniu mapy (bo to w ogóle moja działka), ale i podczas marszu. Co prawda Tomek na tyle znał okolicę, że w niektóre miejsca prowadził na pamięć, a nie według mapy, ale i tak dwa razy pomyliły mu się kierunki i tylko moja czujność uratowała nas od pójścia na manowce. Chociaż, z drugiej strony, w kontekście tracenia zbędnych kalorii i kilogramów, to chyba jednak byłam zbyt czujna i być może drastycznie skróciłam trasę? Bo na metę przyszliśmy pół godziny przed limitem. Te pół godziny Tomek poświęcił na kalkowanie wycinków, żeby całość poskładać do kupy i wyznaczyć azymut, a na koniec i tak zrobił według mojej propozycji, czyli nanieść potrzebne PK na schemat i azymut wyznaczyć pi razy oko. Jak na pi razy oko to całkiem dobrze mu wyszło, bo dostaliśmy tylko 3 punkty karne za zadanie, które to 3 punkty zepchnęły nas na piąte miejsce, ale za to znaleźliśmy się tam w doborowym towarzystwie Marcina K.

Na mecie ciastem i "szampanem" uczciliśmy jubileusz imprezy, bo jednak pięćdziesiąta edycja to jest coś. Szkoda tylko, że ta pięćdziesiątka nie wypadła przy jakiejś bardziej sprzyjającej pogodzie, bo wtedy można by poświętować z rozmachem. Za to na sam koniec Barbara zaprosiła wszystkich współpracujących przy ortinach (autorów tras, ciast, rozstawiaczy i zbieraczy lampionów) do pubu na piwo, a tam było przyjemnie sucho i ciepło. Udało mi się narąbać jednym piwem (robię się coraz bardziej ekonomiczna jak widać) i mimo, że po powrocie do domu zrobiłam kolację, zjadłam ją, wykąpałam się i położyłam do łóżka, to jakoś nic z tych czynności za bardzo nie pamiętam. Za to mogę teraz mówić, że 50 OrtInO było tak huczne, że mi się film urwał:-)

wtorek, 24 października 2017

Jesień Idzie

"Jesień idzie" mieliśmy blisko i do tego w dobrze znanym lesie. To znaczy dobrze znanym Tomkowi, bo ja mogę być w lesie wielokrotnie, a za każdym razem jest dla mnie zupełnie nowy. Start był dopiero o 11.00, choć my z bannerem TMWiM musieliśmy przyjechać wcześniej, ale i tak wreszcie zdążyłam się wyspać. Co prawda po otwarciu oczu zobaczyłam za oknem ponurą szarówkę, na szczęście nie padało. Zresztą dla inoka każda pogoda jest dobra...
Startowaliśmy na TZ i okazało się, że była to słuszna decyzja. Mapa składała się z klocków typu tetris, które miały mieć wspólne skrajne elementy. Nam akurat uparcie wychodziło, że klocki przylegają do siebie, a nie że mają jakieś wspólne części, tym niemniej dość łatwo dawało się dopasować jeden do drugiego. Tradycyjnie ja dopasowywałam, a Tomek doprowadzał, czyli każde robiło to, na czym się zna. Dopiero kiedy zaczęły się wycinki zlustrowane zrobiło się troszkę trudniej, ale przecież nie na tyle żebyśmy sobie nie poradzili. W opisie wyczytaliśmy, że punkty należy potwierdzać w dowolnej, ale logicznej kolejności. Zupełnie nie wiedzieliśmy na czym ma polegać ta logiczność, więc robiliśmy jak wyszło. Mam nadzieję, że wyszło logicznie.
Znajomość terenu wykorzystaliśmy w zasadzie tylko raz, kiedy Tomek rozpoznał na mapie ogrodzenie z charakterystycznym wcięciem i poprowadził dalej na pamięć. Nawet i ja przypomniałam sobie, że kiedyś tam biegałam.
Gdzieś w 3/4  trasy dołączył do nas Tomek G., bo nudno mu było samotnie chodzić i tak już we trójkę dotarliśmy do mety. Na mecie obejrzeliśmy sobie mapę TU i wiecie co? Oni chyba mieli trudniej. U nas nawet po zrobieniu błędu dawało się dalej iść dobrze, u nich jeden błąd pociągał za sobą kolejne. I tak to jest z tymi poziomami trudności.

Na głowach mamy firmowe czapeczki Zielonki - tacy lokalni patrioci jesteśmy! :-)

niedziela, 22 października 2017

Chrumkający Smok

Nieuniknione nastąpiło! Chrumkająca Ciemność zadebiutowała jako organizatorzy InO. Co prawda robili już bepeki, ale taki bepek, a MnO to jednak różnica. Różnicę zaczęli odczuwać już na InO z Niepoślipką (gdzie robili trasy TP i TT) kiedy uzmysłowili sobie o ilu duperelach trzeba pamiętać i ilu rzeczy dopilnować, żeby wszystko grało. Oswój Smoka robili już samodzielnie od A do Z. Dzień przed imprezą przyszedł od nich mail, że właśnie zorientowali się, że nie mają kart startowych, ale reszta wyglądała na dograną.
Na starcie wyglądali na całkiem ogarniętych - kasę zbierali sprawnie i nawet mapy wydawali. Mapa składała się z siedmiu owieczek i dłuuugiego opisu, którego w części dotyczącej punktacji nawet nie czytałam. Te dziwne przeliczniki to jest to, czego w Smoku nie lubię.
Na starcie udało mi się połączyć trzy owieczki i wyczaić jeden punkt podwójny i już Tomek pogonił w teren. Początkowo wydawało się, że ciężko będzie zacząć  - i my i inni uczestnicy snuli się koło startu nie mogąc nic znaleźć. W końcu udało się i przez pewien czas szło nawet nieźle. Niestety, niektóre owieczki były strasznie blade i po ciemku nie było widać co na nich jest. Przy którymś punkcie przyłączył się do nas Andrzej i dalej kombinowaliśmy we trójkę.
Przed imprezą zakładałam, że idziemy w teren miejski i ubrałam się adekwatnie do swoich wyobrażeń, czyli prawie galowo. A tymczasem leźliśmy przez błoto, pola zryte przez dziki, jakieś krzaki - małe, bo małe, ale zawsze. W butach raczej do biegania po asfalcie chwilami trudno mi było utrzymać równowagę. Jednym słowem - Chrumkający zrobili mnie w bambuko:-)
Drugi raz zrobili nas w bambuko punktami podwójnymi i potrójnymi. Pewnie mieli dziką satysfakcję widząc, że niektóre podwójne mamy na karcie rozdzielone innymi wpisami:-) Jednym słowem - daliśmy się nabrać.
Tak jakoś szliśmy, że nazbieraliśmy masę nisko punktowanych PK, do wymaganych 51 trochę nam brakowało, a czas zaczął się kończyć. Jakieś trzy, czy cztery punkty przed metą Tomek rzucił hasło:
- Biegniemy?
- Biegniemy!
Ufff, dobrze, że ostatnio trenuję to bieganie, bo byłoby ciężko, a tak udało się uszczknąć coś z tych tłustych minut, w które wpadliśmy.


Na mecie wszyscy udzielali organizatorom "dobrych rad" na przyszłość, no bo trudno "bić" nowych autorów, prawda? W efekcie, mimo, że impreza wypadła całkiem fajnie Michał zapowiedział, że kolejną zrobi nie tak prędko. Mam nadzieję, że to tylko takie gadanie pod wpływem chwilowego stresu, choć z drugiej strony, po Niepoślipce moją pierwsza myślą też było:
- Nie tak prędko coś następnego!

piątek, 20 października 2017

7 Niepoślipka

Gdyby lampiony miały myśli samobójcze, to same by się powiesiły... Niestety, lampiony przygotowane na Niepoślipkę takich myśli nie miały, więc po Gliniankowej Pętli i szybkich zakupach wybraliśmy się do lasu, żeby rozwiesić ile się da. Dało się jedną torbę, co stanowiło prawie połowę wszystkich lampionów. Ostatnie wieszaliśmy już prawie po ciemku, bez latarek. Po powrocie do domu jeszcze zostało parę "drobiazgów" do zrobienia typu upieczenie ciasta, przygotowanie reszty lampionów, dokończenie wzorcówek, wydrukowanie list startowych i inne niezbędne drobne czynności, na których zeszło nam niemal do północy.
W niedzielę zerwaliśmy się  (ja to akurat się zwlekłam) koło szóstej, dopakowaliśmy autko i ruszyli do Ostrówka. Tomek z torbą lampionów wysiadł wcześniej, a ja pojechałam zakładać bazę. Na parkingu spotkałam się z Chrumkającą Ciemnością - Michałowi wręczyłam lampiony do wieszania, a Agnieszkę zgarnęłam do pomocy w bazie. Najbardziej martwiłam się żeby nikt nie połamał nóg przed albo w trakcie zawodów, bo do bazy dochodziło się drewnianymi pomostami, które po deszczu stawały się makabrycznie śliskie, a od rana siąpiło i mżyło. W końcu wymyśliłam, że trzeba je posypać piaskiem i faktycznie pomogło. Trzeba przyznać, że i nam organizacja bazy i chłopakom wieszanie lampionów poszło sprawnie i zanim zjawili się pierwsi uczestnicy, wszyscy byliśmy silni, zwarci i gotowi. Na wszystko!

Gotowi!

Ja i Agnieszka zasiedliłyśmy sekretariat, a panowie zajęli się startowaniem zawodników. Startowali wszystkie cztery trasy i nawet nie mogłam podpatrzeć reakcji na mój etap - przypadł do gustu, czy nie?
Etap Tomka tezety długo oglądały z każdej strony.

A kiedy już udało się wszystkich wyekspediować do lasu rozpaliliśmy (nie bez trudu) ognisko, rozłożyli trasę Mini InO i zorganizowali jedzonko.

 Dla każdego coś smacznego.
A potem zrobiło się już największe zamieszanie - jedni wracali z pierwszego etapu, drudzy chcieli startować w Mini InO, inni iść już na drugi etap, część jadła, więc trzeba było zerkać czy niczego nie brakuje, a w międzyczasie oczywiście sprawdzaliśmy karty startowe tych co wrócili. W pewnym momencie już marzyłam o tym, żeby wszyscy poszli na drugi etap, bo jak nie, to za chwilę zwariuję. Ja to jednak jestem mało odporna na trudnosterowalny tłum. W ogóle na tłum. A już przemawianie do tłumu to makabra, zwłaszcza z moim zanikającym głosem. Czekało mnie to na zakończenie imprezy, bo planowaliśmy zrobić małą oficjałkę - z wręczaniem dyplomów i upominków. Oczywiście wszystko poszło w odwrotnej kolejności niż planowaliśmy, bo jedni chcieli natychmiast wracać do domu po etapach, drudzy byli skłonni trochę poczekać, a innym w ogóle nigdzie się nie spieszyło. I jak pogodzić tak skrajne interesy? Jakimś cudem udało się ogarnąć sytuację, wręczyć co było do wręczenia i oficjalnie zakończyć imprezę. Zakończyć to zakończyliśmy tę część z uczestnikami, bo zostało jeszcze rozbrojenie bazy i pozbieranie lampionów. Chrumkający i Tomek ruszyli w las, a ja z Krzysztofem (dzięki dobry człowieku!) zajęliśmy się bazą. Potem mieliśmy jeszcze zebrać parę lampionów, ale co podeszliśmy na wskazane przez wzorcówkę miejsce, to lampionu nie było. Usiłowaliśmy dodzwonić się do Tomka i Chrumkających, bo może zebrali nasz teren, ale gdzie by się tam w lesie dodzwonił - nie ma opcji. Ponieważ zaczynała się szarówka, a my oczywiście nie mieliśmy ani kawałka latarki, postanowiliśmy wrócić do samochodu i spokojnie czekać na powrót reszty ekipy. Sądziliśmy, że nastąpi to szybko, no bo ciemno, a spryciarze poszli w ten las z latarkami, a już na Tomka to czekaliśmy strasznie długo. On w tym czasie rozsiewał po lesie narzędzia do wyciągania zszywek i pewnie dlatego tak długo mu zeszło, bo siłą woli to jednak trudno zszywki wyjmować.  Następnego dnia i tak musiał pojechać w teren zawodów jeszcze raz - po lampiony, których nie dali rady zebrać Chrumkający.
Podsumowując - fajne jest robienie imprez, ale najfajniej jest już po ich zakończeniu:-) W każdym razie na ten rok mam już dość!