niedziela, 22 lutego 2026

Rogaining czy nie rogaining - Oto jest pytanie

Rogaining to chyba to, co lubię najbardziej. Choć ostatnio rozpętała się dyskusja, czy jak biegniesz sam, to jest to rogaining? Najbardziej spodobał mi się głos Mateusza: 
Nie ma błędu w nazewnictwie. Niedawno był Tłusty Czwartek, więc każdy może powiedzieć: biegło nas dwóch - ja i mój brzuch:-)

Jak zwał tak zwał – E7 Dystansu Stołecznego miał formę rogainingu. Dla Chojraka był to rogaining tylko 2 godzinny, choć może przy tak niskiej temperaturze to całkiem dobry wartość, bo pozwala nie zamarznąć organizatorom na mecie. 

Mapy pod butem, Agnieszka robi za mistrzynię drugiego planu;-)

Czas start, dostaliśmy mapy formatu A3 w skali 1:12500, 42 PK do wyboru. W tym nawet jeden PK o wartości 10! Rzut oka na mapę – PK 100 za daleko, a wokoło pustka w lampionach – wariant dobry tylko dla wytrawnego biegacza. Na lewo od startu – dużo PK koło siebie, niby o małej wadze, ale niewielki dystans – idealne na zakończenie, gdy zostało trochę czasu i dobiera się na powrocie lampiony do podbicia wg dostępnego czasu. Czyli decyzja: kierunek północ i ruchem odwrotnym do kierunku ruchu wskazówek zegara… 

Ze startu wypadłem na lodowisko (czyli drogę dojazdową) i czym prędzej za jakimś biegaczem skręciłem w boczną drogę. Jak to przy startach masowych mało patrzyłem w mapę, bardziej gdzie kto biegnie. Nie wiem czemu tu ktoś skręcił – droga prowadziła dokładnie pomiędzy dwoma lampionami, a nie w kierunku któregoś z nich. No cóż, zostało brnąć przez śnieg (raczej kopny), by dotrzeć do pierwszego lampionu (PK 31). 

PK 38, 39 wydeptanym już z lekka śladem, trochę ścieżką, trochę na azymut. Bieganie na azymut niezbyt szło – po kilkuset metrach człowiek nie miał już siły podnosić nóg i przebijać się przez warstwę chrupiącego śniegu. 

PK 37, 65, 80 – zawsze ktoś był w zasięgu wzroku, przebiegi głównie drogami. Do PK 80 – na skróty, po lodzie przez Jezioro Zapadliska. Zawsze marzyłem, by przebiec to jeziorko „na skróty” i wreszcie się udało. Może niezbyt dokładnie nawigowałem, ale wreszcie trafiłem w pobliże PK 71. 

Bunkier. Wokół kłębi się mały tłumek orientalistów. Patrzę na opis PK: budynek i jakaś kropka w półkwadracie. Budynek jest – więc szukamy. Wejście do bunkra - lampionu nie ma. Gdzieś dalej w ciemności pali się jakaś świeczka. To chyba nie tu. Ale może na górze? Tam są jakieś „kominy”. Wbiegam na górę i szukam (inni także szukają) - także nic nie ma. Ale jest drugie wejście do bunkra. To MUSI być tu. Ale przy wejściu nie ma. Ktoś na początku grupy brnie dalej w ciemności. Wpada w jakąś dziurę (środek to jakaś dziura przy brzegach niewielkie gzymsiki, śliskie od lodu, ciemność). Wreszcie okrzyk JEST! Lampion wisi dokładnie w środku bunkra tam gdzie wcześniej widziałam świeczkę. Od pierwszego wejścia można było dojść wygodnie, bez wpadania w dziury, ale człowiek nie pomyślał. 

PK 71 w bunkrze - zdjęcie organizatora

 Lecę dalej. Drogi coraz mniej wydeptanie. PK 53, potem kolejne jeziorko „po lodzie” i PK 72. 

Dłuższy przebieg. Na granicy zasięgu wzroku jakiś konkurent. Biegnę za nim, tak trochę „na tramwaj”. Jak się okazuje, jest to chyba mój największy błąd. Nieuwaga. „Tuż obok” był PK 92. Z 400-500 m więcej, po drogach. Nie zauważyłem i pobiegłem od razu na PK 73. 

PK 82 chwilkę szukałem. Obiegając Parów Karski spotykam grupę biegnących z naprzeciwka Wkręconych. 

Pomiędzy PK 57 i 54 zaczynają się w pełni oblodzone drogi. Biegnie się trudno. Przez chwilę waham się, czy biec na PK 91 czy na PK 54. Nie – biorąc PK 91 zbyt dużo będę musiał pomijać na nawrocie i pewno będę w niedoczasie. Nie warto – zostaje PK 54, a potem ślizganie się do PK 81. Nie są to chyba zbyt popularne punkty – do lampionów prowadzą wręcz pojedyncze ślady. 

Na zegarku mam 1:08, czyli zostało 52 minuty na powrót. Muszę zaliczyć klubowy PK 44, a dalej na Parów Karski po wartościowy PK 67. Niestety, droga się psuje, tylko ślady zwierząt na niewyraźnej przecince. Teraz patrząc na mapę, myślę, że mogłem wybrać inną kolejność i po lodzie pokonać Parów Karski wcześniej, zaliczyć PK 67 przez PK 57. Ale rogaining to wyższa matematyka, nie tylko liczenie kilometrów, ale uwzględnianie jakości drogi, zmęczenia…. 

Przed PK 67 widziałem jakąś dziewczynę. Taką bardziej szybkobiegaczkę. Punkt miał być na końcu pomostu… tyle że pomost był bardzo „teoretyczny”. Bez lodu trzeba by ten koniec pomostu zdobywać po pas w wodzie – zostały z niego słupki i jakaś deseczka „pływająca” po lodzie. Dziewczę przede mną przebiegło tą niepozorną konstrukcją ukrytą w trzcinach wyraźnie szukając widocznego z dala pomostu. 

PK67

PK 74, 61. Zostało 28 minut. I kolejna „zła decyzja”. Skusił PK o wadze 5 i 4 … gdybym pobiegł na północ, to na mniejszym dystansie zamiast 12 pp zebrałbym ich 14 lub nawet 17. W rogainingu nie należy w pełni sugerować się wagami lecz szybko sumować wartości punktów. Boleśnie odczuli to ci, co połakomili się na PK100 – na dystansie ok. 3 km zebrali 17 pp (PK 70,100), a w środku mapy, czy na zachodzie na takim dystansie można było zebrać blisko 30 pp.

 


sobota, 21 lutego 2026

Walentynkowe WesolInO dla niedowidzących

Czy można zrobić mapę do BnO dla osób w kwiecie wieku? Można! Potrafi to Michał;-) Ale… to chyba tylko taki jednorazowy wyskok z powodu Walentynek-)

Miało być bieganie w parze z Renatą (jak na Walentynki przystało), ale Renata załapała katar, kaszel, słowem nie była w żaden sposób zdolna do biegania. Pojechałem sam.

Pod urzędem dzielnicy, wjazdu do bazy pilnowały elektroniczne bramki. Niby wjazd bezpłatny, ale wjazd i wyjazd na parking wymaga niemałych akrobacji wykonywanych kierownicą. Szczerze mówiąc nigdy nie widziałem na tym parkingu kompletu (może poza jakimiś dużymi zawodami) i nie wiem czy takie inwestowanie w szlabany to dobra droga…

Już za szlabanem, prawie gotowy do startu

Wracając do zawodów- dostałem mapę i poszedłem szukać startu… na mecie! Tak duże symbole potrafią człowieka omamić!
Wreszcie znalazłem start, odpikałem się i ruszyłem…. Naokoło – bo po co po śniegu załamującym się pod nogami biegać przez najwyższą w okolicy górkę? Śniegu w lesie sporo. Z wierzchu zmarznięta pokrywa, ale na tyle cienka, że człowiek zapada się powyżej kostek. Czyli bieganie „na kreskę” jest naprawdę ciężkie.

Trochę naokoło do PK 1 (nie w tą ścieżkę wbiegłem, ale skala 1:5000 nie powoduje dużego nadkładania dystansu). Starałem się biegać ścieżkami – to była dobra decyzja.

Pierwszą rozterkę przeżyłem po PK 3. Niby bliżej drogami – i chyba jest jakieś dojście ukryte pod kółkiem. Zaczynałem ruszać już w tą stronę, ale trochę zniechęcił mnie płot niby oddzielający dojście do punktu. Pobiegłem naokoło, ale chwilę na niezdecydowanie straciłem.

Po PK 5 ścieżki się skończyły i trzeba było brodzić w śniegu. Nie powiem, nogi bolały po dłuższych odcinkach brodzenia w śniegu.

Sama trasa bez większych dramatów. Pod koniec trochę dałem ciała i dałem się wyprzedzić w wynikach kilku osobom, bo nie miałem siły biec na kreskę przez las. Ale grunt, że pobiegane;-)


 

poniedziałek, 16 lutego 2026

ZAZU Tour z lekkim smrodkiem w tle.

Dzień po FalInO pojechaliśmy na ZAZU Tour. Przezornie wybrałam krótką trasę, bo zima, bo dzień po dniu bieganie, bo latka lecą. Zaczęliśmy od zapoznania się z metą, bo i tak musieliśmy czekać aż organizator skończy stawianie punktów.
 
Dobrze wiedzieć, gdzie wrócić.
 
 W końcu machina ruszyła i wystartowałam.
 
Start.
 
Do jedynki od razu na azymut. Punkt na muldzie, czyli po mojemu nie wiadomo na czym - może być wszędzie. Mulda nieustannie jest dla mnie tajemniczym zjawiskiem, bo tak samo znaczona na mapie, w terenie za każdym razem wygląda inaczej. Szukałam więc raczej lampionu niż charakterystycznego miejsca w terenie. W sumie sprawdziło się, choć nieco zaskoczył mnie mały lampionik zamiast standardowego.
Z jedynki na dwójkę dość długi przebieg, na azymut. Teoretycznie mogłabym ścieżkami, ale ja ścieżkom nie ufam - zwłaszcza zimą. Nie wiem dlaczego, ale ścieżkami zawsze się gubię. A to jakiejś nie zauważę, a to widzę nieistniejąca, a to źle policzę. Strasznie długo szłam, a punktu nie było i coraz bardziej nie było.W końcu doszłam niemal do drogi i już wiedziałam, że jestem za daleko. Dodatkowo punkt miał stać na małej przełączce, a najbliższe wybrzuszenie były w całkiem innym kierunku. Normalnie totalny chaos. W końcu jakoś trafiłam na punkt i dopiero ogląd śladu w domu powiedział mi co się stało. Otóż jedynka źle stała i skoro namierzyłam się z niej, to nie mogłam trafić na dwójkę. A ja cały czas byłam przekonana, że to mój kompas oszalał.
 
To się nie mogło udać.
 
Do trójki trafiłam bez problemów, ale też była banalnie łatwa i jeszcze dodatkowo widziałam innych zawodników zmierzających w tamtą stronę. Za to z czwórką się rozminęłam. Nie za wiele, ale wystarczająco żeby nie znaleźć lampionu. Po co lazłam tak daleko, to zupełnie nie rozumiem, chyba nie chciało mi się myśleć. Dodatkowo jeszcze nawąchałam się szambianych zapachów, bo zawiewało z oczyszczalni ścieków, Fuj.
 
Było blisko.

Po czwórce byłam z lekka zniechęcona i coraz bardziej  przekonana, że mój kompas źle działa, bo przecież jeszcze nie znałam powodu rozminięcia się z dwójką. Dlatego postanowiłam bardziej skupić się na obserwacji terenu niż kompasu. Nie wiem czy to ta obserwacja, czy fart, czy co, ale z resztą trasy już nie miałam kłopotów. Tylko ósemki nie zauważyłam od razu, ale wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu i trzeba dokładniej szukać, no bo lampionik mały, to łatwo przeoczyć. Z dziewiątki, ostatniego punktu, przebiłam się do asfaltu i już luksusowo dobiegłam do mety. Myślałam, że będę w wynikach najostatniejsza, ale okazało się, że źle stojąca jedynka innym też pomieszała szyki. Dodatkowo sporo osób miało problem z siódemką, która mi akurat weszła bezboleśnie.
A kompas jednak działał dobrze:-)
 
Cała trasa
 

piątek, 13 lutego 2026

FalInO, czyli śliska sprawa.

Sobotni poranek okazał się tak śliski, że nawet dojście od progu domu do samochodu było wyzwaniem. Tomek miał kolce, więc dał radę, ja doszłam trzymając się kurczowo wszystkiego po drodze. Fakt - wzięłam ze sobą nakładki antypoślizgowe, ale jeszcze ich nie ubierałam.
Kolejnym sprawdzianem było dojście od samochodu do bazy zawodów i tu już wisiałam na Tomku, nakładki dzielnie dzierżąc w dłoni. W końcu założyłam je tuż przed startem  i byłam gotowa do działania.
Gotowa na wszystko.

Tym razem falenickiej wydmy nie było w planach, tylko las w kierunku obwodnicy. W związku z tym mapa wyglądała tak jakoś dziwnie. Ale to i tak wciąż znane tereny.

Odliczanie do startu.

Wreszcie wybiegłam, czy raczej wyszłam ze szkoły i nijak nie mogłam ogarnąć, w która stronę powinnam ruszyć. To znaczy wiedziałam, że na tyły szkoły, ale nogi same kierowały się do głównego wyjścia. Co to znaczy przyzwyczajenie.  Dopiero Agnieszka stanowczo nakierowała mnie gdzie trzeba i pomknęła, bo miała kolce. Ja po kilkunastu krokach zgubiłam swoje nakładki, bo to taki szajs, co nie chce się trzymać. Trudno. Pozbierałam je  i wsadziłam do kieszenie i krok po kroczku, ostrożnie kierowałam się do wyjścia. Za bramką szkoły było już dużo łatwiej, a w lesie to całkiem spokojnie.
Wybrałam na mapie swoje siedem punktów, choć teraz myślę, że należało zrezygnować z trójki albo lepiej czwórki i wziąć w zamian szóstkę. No, ale zrobiłam, jak zrobiłam.
Trasa zasadniczo bez historii - poszłam, podbiłam, wróciłam. Zgubić się nie było jak, żadnych atrakcji po drodze, ale wcale tego nie żałuję. Las po którym biegaliśmy, to w sumie nie taki prawdziwy las, tylko zagajniki między zabudowaniami. W sumie najbardziej dał mi w kość przebieg od PK 11 do mety - długi, nudny, po mieście. 
Mimo, że przez całą trasę się nie spieszyłam, to dość dobrze mi poszło, a może tylko za niską kategorię wybrałam?

Taki przebieg wybrałam.

czwartek, 12 lutego 2026

Słodka Zima na Pradze

Kolejny Bieg Wedla dla orientalistów, czyli już XXX Zima na Pradze. Nie ma co nawet pytać o miejsce, bo wiadomo, że będzie to Skaryszak. Jedyna różnica to mróz. Zamarzało wszystko: oddech, krzewy, organizatory i jeziorka. Jeziorka zamarzły bardzo porządnie – widziałem na nich kilka wydzielonych lodowisk. Niby te sadzawki nie są głębokie, ale organizator wyraźnie zabronił biegania po lodzie. Było to przykre, bo było widać lampion „za lodem”, były wydeptane przez spacerowiczów ścieżki przez ten lód, a człowiek musiał biec dodatkowe pół kilometra do mostku, by przekroczyć zamarzniętą wodę. 

Panie - za czym ta kolejka???
Trasa jak zwykle szybka. Szybka bo park, wydeptane ścieżki i ścieżynki. Ale… były dylematy. Najpierw jak dobiec do PK 1- odruchowo skierowałem się na zamkniętą kładkę i musiałem się cofać… Zresztą teraz widzę, że nie pobiegłem optymalnie - bliżej było pobiec dołem… Podobnie do dwójki. I tu także ze 100 m straty… 

Dalej szło lepiej. Ale tylko do 12-stki. Nie wiem co zmyliło – może Jacenty szukający lampionu za wcześnie? W każdym razie szukałem dobrą minutę lampionu przed zakrętem alejki, a nie za…. Wstyd! 

Po PK 13, zamiast jak cywilizowany człowiek wydeptaną ścieżką, ruszyłem „na skróty” przez śnieg, potem krzaki… 

Tragedia nastąpiła przy PK 16. Na opiśniku był „dziwny symbol”, ale samo miejsce na mapie wskazywało na wielopoziomowość przy lampionie. Na początku myślałem dobrze: na dół na parking i dziura. Tyle że z góry w tej dziurze nie widziałem lampionu. Udałem się więc do „dziury obok” i oczywiście lampionu tam nie znalazłem. Aby się upewnić, że to nie ta dziura, zwiedziłem jeszcze poziom +1 (sam nie wiem po co). Tak to jest, gdy człowiek wyjdzie z wprawy. No dobra, zwalmy wszystko na mróz – oczy mi zamarzły;-) 

Jeszcze pomiędzy PK 23 i 24 wybiegłem za mapę – tak to bywa, gdy biega się na pamięć, a nie patrzy na trzymany w ręku świstek papieru. 

Meta na środku jeziora czyli na końcu mola

W efekcie – miejsce poniżej możliwości i oczekiwań. Ale za to kolejna Zima na Pradze zaliczona.

 


piątek, 6 lutego 2026

WesolInO - czyli za zimno, za daleko i za ciężko.

Gdyby nie to, że na poprzednim WesolIno zapisaliśmy się na cały cykl (i oczywiście opłaciliśmy), to chyba żadna siła nie wyciągnęła by mnie do lasu na taki mróz. Poczucie obowiązku i bliska odległość od domu jednak zwyciężyły. W lesie śniegu masa, że nawet nie było gdzie zaparkować, bo drogi nie dość, że wąskie, to jeszcze odśnieżone tylko pośrodku, a z boku usypane zwały śniegu. Dobrze, że przyjechaliśmy jako jedni z pierwszych i gdzieś tam udało się wcisnąć samochód w mniejszą zaspę.
 
Przed biegiem.

Zimno było przeokropnie - tak, że po raz pierwszy nie przemogłam się, żeby zdjąć kurtkę i postanowiłam ruszyć na trasę w pełnym rynsztunku. Zresztą nie byłam jedyna, bo inni też woleli zachować ciepełko.
Jak na takie warunki, to trasę miałam strasznie długą i żałowałam, że nie zapisałam się na A. Ale głupio mi było zapisywać się na jakieś 2 km, zresztą przy zapisach nie przewidywałam takiej pogody.

Start.
 
Wcale nie chciało mi się nigdzie ruszać, ale przemogłam się i wystartowałam. Coś tam do pierwszego punktu było już wydeptane - tyle, żeby trafić bez kombinowania, ale nie tyle, żeby było wygodnie się przemieszczać. Usiłowałam biec, żeby się rozgrzać, ale w zapadającym się śniegu wcale nie było to łatwe. Dwójka była tuż przy jedynce, a za to do trójki prawie na miejsce dawało się dobiec ścieżkami. Gdzieś jeszcze przed trójką zaczęło mi nie być dramatycznie zimno, ale też nie mogę powiedzieć, że zrobiło się ciepło. Widocznie za wolno biegłam:-) 
Do czwórki to tak mi się ciągnęło, że już w połowie odległości zaczęłam szukać lampionu, bo wydawało mi się, że idę już wieki. Co prawda w terenie nic mi się nie zgadzało z miejscem na mapie, gdzie powinien stać punkt, ale poszukać nie zawadzi. Niestety, nic nie znalazłam, więc powędrowałam dalej. Nie dość, że szłam wariantem autorskim, to jeszcze w zasięgu wzroku żywego ducha nie było. Już mnie zaczęła z lekka rozpacz ogarniać, kiedy na horyzoncie pojawiły się żywe duchy, a przy podejściu bliżej jedną z żywin okazał się Tomek i co najważniejsze potwierdził, że punkt jest i czeka na mnie.
Kolejny raz spotkaliśmy się przy piątce. Na piątkę na szczęście spory kawał leciało się drogami i tylko końcówka na azymut. Poszło dobrze.

Hej! Hej!

Spotkanie przy piątce trochę mnie rozkojarzyło, swoje dołożyło zmęczenie i na szóstkę poszłam głupio. To, że nawet na chwilę wyszłam na właściwą drogę niczego nie zmieniło, bo zaraz z niej zeszłam. Myślałam, że jestem dalej i skręciłam na niewłaściwym skrzyżowaniu. A potem było gorzej i gorzej. Nawet fakt, że kierunek drogi był dość abstrakcyjny nie zwrócił mojej uwagi.  Co zresztą nie dziwne, bo od jakiegoś czasu weszłam w tryb przetrwania i  czynności życiowe ograniczyłam do marszu przed siebie (żeby nie zamarznąć), a myślenie wyłączyłam. W końcu dotarło do mnie, że skoro i tak nie ma szans na szóstkę, to należy iść przynajmniej w kierunku mety, czyli na północ. Dobry (albo i nie) los sprawił, że idąc tak w stronę mety natknęłam się na zakręt sieci energetycznej i zorientowałam się, gdzie jestem. Z radości aż postanowiłam wrócić się po szóstkę, co w ogólnym rozrachunku nie miało żadnego sensu.

No nic mi tu nie pasuje...

Co z tego, że znalazłam szóstkę, skoro na siódemkę i tak nie trafiłam, mimo że byłam blisko, bardzo blisko. No dobra, jakoś specjalnie to się nawet nie starałam. Miałam dość, do tego zaczęłam trochę marznąć, a głowa napierniczała mnie ile wlezie, bo przecież musiałam jeszcze odpracować meteopatię. Teraz to już na serio zamierzałam dotrzeć do mety. Jedyne ustępstwo na jakie poszłam, to wzięcie dziesiątki, która stała niemal przy drodze. Po co mi ona była, to sama nie wiem.
W końcu dowlekłam się na metę i nawet ją odbiłam, żeby organizatorzy nie pomyśleli, że zaginęłam w akcji. No, ale wiadomo - nkl to żaden wynik. Najważniejsze jednak, że przeżyłam, choć chwilami nie zanosiło się na to. Niech ta zima już się skończy!!!!

Udało się wrócić.

 
A tak mi to wyszło.

czwartek, 5 lutego 2026

Orient

 

Orient – można powiedzieć już „tradycyjnie” zawitał w okolice Wiązownej. Niby do Emowa, ale mapa ta sama. Jakoś nie czuję powołania do MnO i standardowo poszedłem na BnO. Takie „klasyczne”, z perforatorami. Po niebieganym śniegu, nie tak jak w Falenicy, gdzie biega się właściwie zawsze po ścieżkach.

Dostałem mapę w dłoń i wystartowałem. Oczywiście w złym kierunku. No, może nie zupełnie złym, ale drogą oddalającą się od pierwszego PK. Nie zostało mi nic innego jak wbić się w sypki śnieg podążając we właściwym kierunku. Ze złości zamiast biec, jak przystało myślącemu orientaliście ścieżką, prułem na azymut. Prułem to może zbyt wiele powiedziane… pełzłem raczej po tym śniegu.

Do PK 2 nie za bardzo było jak dostać się ścieżkami. Niby coś na mapie było, ale widząc stan śniegu przy PK 1 sądzę, że raczej mało wydeptane. Tak więc, wydeptywałem nowy szlak do PK 2 (taki urok gdy człowiek za wcześnie zgłasza się na start). PK 4, 5, 6 i 7 ciągle po śniegu. Nieraz pojawiał się pojedynczy ślad, ale nie zawsze prowadził we właściwym kierunku. A brnięcie po śniegu jest mega męczące….

Koło PK 7 zaczęły pojawiać się inne osoby. Zawsze w towarzystwie raźniej;-)

Przy PK 9 dopadła mnie łosia rodzinka. Trzy czy cztery dorodne sztuki, chyba wypłoszone przez innych biegaczy.

Po PK 10 kawałek udało się pobiec ścieżką. Niestety – nieduży kawałek. Potem odbiłem w jakąś inostradę – tyle że taką mało szczęśliwą, bo zaprowadziła mnie trochę na manowce, w pobliże PK 3 zamiast PK 11.

Klubowy PK12
Problemy pojawiły się przez PK 15. Biegłem całkiem dobrze wydeptaną ścieżką i miałem skręcić w prawo przy górce. Skręt był ciut dalej, ale kto by się przejmował takimi niedokładnościami mapy. Gorzej że po przebiegnięciu właściwego dystansu mapa przestała się zgadzać. Jakaś ścieżka  w lewo….. Jakbym był na ścieżce bardziej na południe…. Dopada mnie Grzesiek, także zdezorientowany. Coś tu musi się dobrze nie zgadzać. Po chwili błądzenia identyfikuję swoją pozycję i znajduję PK 15. Ruszam w górę na ostatni PK. Za kolejnym już spotkanym dzisiaj dorodnym łosiem, wyraźnie przestraszonym biegającym po krzakach tłumem.

Łoś czający się przy PK15
Mam ostatni lampion – teraz byle do drogi i do mety. Rozpędzam się. Gnam uskrzydlony powiewami zimowego wiatru… Gnam, pędzę i…. przebiegam metę. Nie zauważam jej. Stopuje mnie zakręt asfaltu. Patrzę na mapę… no tak jestem za daleko. Wracam na metę kryjąc się przez wzrokiem organizatorów, bo wstyd tak metę przebiec. Niestety na mecie Ania wita mnie pytaniem „Czemu nie przybiegłeś od razu na metę, tylko gdzieś tam pognałeś?”.