Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jary. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jary. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 lipca 2024

Wawel Cup - etap trzeci: czy ktoś próbuje mnie zamordować?

Po dojściu do bazy z porannego etapu nie zastałam jeszcze Tomka, bo sądził, że dłużej mi zejdzie i czekał na mnie (bezskutecznie oczywiście) na mecie. Nie doczekał się i wrócił.
Do popołudniowego etapu mieliśmy dużo czasu, ale i tak nie byłam pewna, czy zdążę się zregenerować, szczególnie, że robiło się coraz cieplej i nawet w cieniu trudno było wytrzymać. No to nie wytrzymałam i padłam.

Nie wiadomo, czy jeszcze wstanę.

Pewnie leżałabym tak już do wieczora, albo i następnego dnia, ale organizatorzy ogłosili, że przyjechał obiad i to zmobilizowało mnie do podniesienia zwłok. W końcu obiad to ważna rzecz. Aaaale było pyszne! Jak to po wysiłku:-)
W końcu trzeba było zacząć się zbierać na kolejny etap. Samo przebranie się było już nadludzkim wysiłkiem, a dojście na start to już katastrofa. Niby nie było daleko - według komunikatu technicznego 700 metrów, a według informacji na numerze startowym tylko 500. Według mojego odczucia to musiało być co najmniej z 50 kilometrów! Do tego po odkrytym terenie, a od gorącego, falującego powietrza widziałam nawet fatamorgany! Tomek usiłował mnie ciągnąć, pchać, mobilizować, szkoda, że nie miał sił nieść.

Nie dojdę! No, nie dojdę!
 
Jakimś cudem podniosłam się i doczłapałam na miejsce, ale najwyraźniej coś mi się po drodze porobiło z oczami, bo w ogóle nie widziałam siebie na trasie.
Ponieważ przyszliśmy dość wcześnie, miałam chwilę na pozbieranie się w sobie, choć z oczami jakoś wciąż nie było lepiej:-) Ale skoro już byłam na starcie, to i wystartowałam, żeby mi się to bolesne podejście nie zmarnowało.

Ruszam.

Ci, którzy startowali razem ze mną chyba też nie byli w najwyższej formie, bo mimo że się o to nie starałam, biegłam na czele stawki. Oczywiście tylko przez kilka metrów:-)

Pierwsza! Pierwsza!

Zaczęło się nawet nieźle - pierwszy punkt dość blisko, łatwy do namierzenia, bo w rozwidleniu strumyków (w jarze oczywiście). Tylko nie wiem dlaczego piktogram dotyczący tego punktu przedstawiał plemnik. Ale niech będzie. Do dwójki też trafiłam, choć z mniejszą precyzją, może dlatego, że było bardziej pod górę i skupiałam się na przetrwaniu. Przy trójce spotkałam Tomka i w ramach odpoczynku urządziliśmy sobie sesję zdjęciową. Zawsze to chwila na złapanie oddechu.

PK 3.

Tak się wyluzowałam przy tej trójce, że ciężko mi było wrócić do mapy i w efekcie zamiast na czwórkę, ruszyłam na piątkę. Całe szczęście, że szybciutko się zorientowałam co robię i zawróciłam. Szkoda byłoby mieć missing pointa i wypaść z klasyfikacji. Ufff, upiekło mi się.
Nawigacyjnie to te punkty nawet wchodziły mi bezproblemowo, szczególnie że nie było długich przebiegów, w lesie było dużo zawodników, to czasem można było z ich poczynań wnioskować, że w pobliżu jest lampion, a i trochę ścieżek było już wydeptanych. Gorzej było z moją formą, czy raczej jej brakiem. Poranny etap i wściekły skwar zupełnie mnie wykończyły. Nie wiem dlaczego miałam wrażenie, że chodzę od jaru do jaru, bo na mapie wcale nie ma ich tak dużo. Najwięcej problemów miałam z przedarciem się z PK 9 na PK 10. Ten jar to już mnie dobił. W żaden sposób nie mogłam znaleźć dogodnego miejsca, żeby przez niego jakoś przeleźć, bo albo było za stromo, albo za gęsta roślinność, albo za rzadka i nie było się czego chwytać - no, zawsze coś. Ja wiem, że złej baletnicy to przeszkadza i rąbek spódnicy, ale tym razem ten rąbek był dla mnie za duży. Oczywiście w końcu jakoś przelazłam i dotarłam do dziesiątki, ale praktycznie byłam już u kresu sił.
 
Jar - killer.

Od dziesiątki to szłam już tylko siłą woli, nie miałam z tego żadnej przyjemności i tylko chęć utrzymania się w klasyfikacji pchała mnie do przodu. Strasznie żałowałam, że nie wzięłam na trasę butelki wody, bo na pewno byłoby mi ciut łatwiej.
Gdyby nie ta piekielna pogoda, to byłby fajny i przyjemny etap. A tak, to mam z niego złe i wręcz bolesne wspomnienia. Na szczęście jakoś dotrwałam do mety i nawet zdobyłam się na wysiłek dobiegnięcia do niej, za to nie miałam siły już doczołgać się do auta i musiałam chwilę posiedzieć. Dobrze, że tym razem meta była w centrum zawodów i nie trzeba było już nigdzie iść dalej.
 
Wyczekana, wymarzona meta!

Cieszę się, że to już koniec.
 
Tak zasadniczo, robienie dwóch etapów w takim upale, to już podpada pod morderstwo z premedytacją! Wiem, wiem - za jakiś czas będzie się te męki wspominać z rozrzewnieniem, ale chwilowo miałam dość.


środa, 17 lipca 2024

Wawel Cup - etap pierwszy, czyli pod górę w tempie konwersacyjnym.

Jak co roku pierwszy etap rywalizacji przewidziano na popołudnie, żeby wszyscy zdążyli dojechać. Tym sposobem mogliśmy się wyspać, a potem zrobić małą wycieczkę objazdową po dawno nie widzianych cerkwiach. Żar lał się z nieba od samego rana, więc o żadnych spacerach nawet nie myśleliśmy.
Odwiedziliśmy Blechnarkę, Hańczową, Skwirtne i Kwiatoń, a na Uście Gorlickie zabrakło nam czasu. W Kwiatoniu spotkaliśmy Paprochy i o włos rozminęliśmy się z Hanią.

 
Kocham takie widoki.

 Ikonostas w Kwiatoniu.
 
W drodze powrotnej wstąpiliśmy na obiad do baru "U Tomasza", gdzie spotkaliśmy Ulę - moją konkurentkę z kategorii oraz innych orientantów. Już o 13.30 ruszyliśmy do bazy zawodów zająć dobrą miejscówkę i rozejrzeć się w sytuacji. Mieliśmy nadzieję na zakup jakiś portek biegackich, ale nie było ani pół kramika z ciuchami. Może w następny dzień będą?
 
W bazie zawodów na tle mety.
 
W tym roku bardzo fajnie ułożyli nam minuty startowe, bo żadnego dnia nie musieliśmy na siebie długo czekać i na ogół startowaliśmy we wczesnych minutach. Pierwszego dnia ja miałam dziesiątą, a Tomek dwunastą. Do startu trzeba było dojść 1,1 km, ale po asfalcie i w dół, więc nawet mimo upału jakoś dało radę, choć przyjemne to nie było. Tomek tym razem nie wziął kamerki (to znaczy wziął, ale nie znalazł w czeluści plecaka) i na jedynym zdjęciu z okolic startu jestem w tle. Ale zawsze to coś.

Wchodzimy do boksu startowego (Fot.: J.Kijak)

Mapy dla mojej kategorii miały być w skali 1:7500, ale nie spodziewałam się, że będą to tak duże płachty. W sumie można ich było użyć jako parasola w razie deszczu, który prognozy obiecywały, ale pogoda ignorowała.
Na początek najważniejsze było szybko znaleźć pierwszy punkt, bo jak to się nie udaje, to człowiek od razu traci motywację do dalszej walki. Nie żebym się na jakąś walkę nastawiała, raczej na przetrwanie i nawet nie planowałam biegać, bo i tak bym nie dała rady. Na szczęście  z jedynką poszło dobrze, bo jak już sforsowałam nieduży strumyk i parę metrów podejścia, to potem było po poziomnicy. Między jedynką a dwójką był już normalny jar, choć jeszcze nie tak duży jak późniejsze. Mimo to nie brałam go na azymut, tylko poszukałam miejsca z najłagodniejszym zejściem. Nawet udało mi się potem złapać dobry kierunek i bezproblemowo trafiłam gdzie trzeba. 
Do trojki było pod górę, męcząco i jeszcze tuż przed punktem zeszłam z azymutu i niepotrzebnie wylazłam na drogę. Blisko trójki był punkt wodopojowy, ale ja miałam własną wodę, która trochę mnie spowalniała (bo nie umiem pić idąc), ale za to ratowała życie.

PK 3

Czwórka była nawet spoko, ale piątka to już droga przez mękę - pod górę i trzy jary po drodze. Widziałam kilka wyczynowych dupozjazdów z lądowaniem  na dnie jaru, czyli w wodzie, z czego najbardziej widowiskowy zaprezentowała jakaś weteranka, na oko starsza ode mnie. Ma kobieta fantazję!
Za ostatnim jarem wspinałam się razem z jakąś dziewczyną i było śmiesznie, bo ja do siebie mamrotałam po polsku, ona do siebie chyba po węgiersku (lub czymś równie egzotycznym), ja do niej po angielsku (na miarę swoich możliwości), a ona do mnie po czesku czy słowacku myśląc chyba, że to polski. Ale dogadałyśmy się. Zresztą długo nie pokonwersowałyśmy, bo ja musiałam przysiadać na co drugim zwalonym drzewie, żeby odpocząć, a ona parła w górę bez przystanków.
Kolejne punkty były już mniej wyczynowe, ale i tak dały mi nieźle popalić. Na metę dotarłam już  z czerwoną kontrolką rezerwy, ale dotarłam. Ufff.  I nawet dwie osoby z kategorii wyprzedziłam, choć nie wiem jakim cudem. Ale fakt się liczy:-)
W trakcie etapu poza zaliczaniem swoich punktów, robiłam za biuro informacji. Cała masa dzieciaków co chwilę pytała mnie o drogę i gdzie są. Najwyraźniej sprawiałam wrażenie osoby, której nigdzie się nie spieszy i spokojnie można ją zatrzymać. Znowu najczęściej były to jakieś egzotycznie brzmiące pytania, ale pokazać palcem na mapie umiem w każdym języku.

Tuż za metą.

W nagrodę za trudy etapu pozwoliłam sobie na pyszny serniczek z porzeczkami i to był nawet chyba lepszy wybór niż wata cukrowa. A na koniec jeszcze pamiątkowa fota pod flagami:
 
Poważne międzynarodowe zawody.

 
Mój przebieg, czy raczej przemarsz, a chwilami przeczołg.
 
Na kwaterze okazało się, że kolejni współlokatorzy w domku, to oczywiście także "nasi", więc zrobiło się jeszcze bardziej orientalistycznie. I to lubię.

sobota, 22 lutego 2020

Skorpion 2020

 Motto:  
              Kiedy się wypełniły dni
              i zgubić się przyszła pora,
              prosto do jarów czwórkami szli,
              inocy ze Skorpiona...

Dwa miesiące odwyku i wreszcie jakaś pięćdziesiątka. Co prawda nie wyobrażałam sobie, że po takiej przerwie będę w stanie zaliczyć całą trasę, ale lepiej nawet odpuścić jakieś punkty jakby co, niż nie być na Skorpionie. W piątek wieczorem, w składzie powiększonym o Barbarę, dotarliśmy do Goraja. Odebraliśmy skromne pakiety startowe, czyli kartę i koszulkę na mapę oraz podpisaliśmy cyrograf. Koszulki dla ludzi miały dopiero dojechać. Kiedy wreszcie dotarły, miłym zaskoczeniem było, że nie są bawełniane, tylko prawdziwie techniczne, zaś niemiłym (ale nie zaskoczeniem) fakt, że tylko wersje męskie. Zamówiłam rozmiar S, ale i tak mogę się w nią owinąć. Śmiałyśmy się z Basią, że na Przejście Smoka powinna zamówić tylko wersje damskie i niech się panowie w nie wciskają:-)


Od razu udało mi się stworzyć dookoła siebie artystyczny nieład:-)

W sobotę rano największym problemem było - co na siebie włożyć, czyli w sumie nic nowego. Po kilkukrotnym sprawdzeniu pogody udało się ustalić jakąś wersję, spakowaliśmy plecaki, wysłuchali uwag Organizatora,  pobrali mapy i wreszcie  nastąpił start do przygody.

Ostatnie przygotowania.

Mapa wyglądała mizernie - mała kartka A4, a na niej cały teren zawodów. Do tego żadnych rozświetleń ani nawet opisów punktów! O ja głupia! Rok temu wyśmiewałam różnorodność opisów - początek jaru, koniec jaru, to teraz dostałam za swoje - nie ma żadnych. I proszę jak to trzeba uważać co się mówi i pisze... Cóż, na dokładność mapy nie mogliśmy liczyć, ale w końcu trzy głowy przecież dadzą radę rozgryźć trasę.
Postanowiliśmy punkty 1, 2 i 3 zostawić sobie na powrót, bo wyglądały na łatwiejsze - po ciemku trudniej szukać w lesie niż na otwartej przestrzeni. Planowaliśmy zacząć od PK 13, potem PK 12 i dalej zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Podobny pomysł miała większość zawodników, co zauważyliśmy po starcie. Kilka najszybszych osób pomknęło w dal, a przez chwilę my przewodziliśmy reszcie stawki. Tak gdzieś przez minutę, ale zawsze to coś:-)
Do trzynastki umiejscowionej (jak to na Skorpionie) w jarze, praktycznie dobiegliśmy drogami, a przy punkcie zrobił się lekki tłok, chociaż nie zator.

 PK 13

Na dwunastce znowu było tłoczno. Ponieważ, jak na razie, do punktów dobiegaliśmy wygodnymi drogami, bez wariantów, stawka nie miała jak się rozciągnąć i rozdzielić. Z tego jaru gramoliliśmy się powoli, bo zbocza miał dość strome, a ja pod górę to tak średnio.
Jedenastka urzekła mnie swoim majestatem - to już był konkretny, głęboki jar, na którego dno musieliśmy zejść po stromym zboczu. 

Stowarzysz do PK 11

Po jedenastce skończyły się wygodne, wybetonowane fragmentami drogi, a zaczęły drogi błotniste i rozjeżdżone oraz pola. Z polami to mieliśmy trochę kłopot. Na odprawie Organizator prosił żeby nie chodzić po tych obsianych oziminą, zapomniał tylko nam pokazać jak ona wygląda. W końcu wymyśliliśmy, że jak zielone rośnie w rządkach, to ozimina, a jak chaotycznie, to trawa. Staraliśmy się chodzić miedzami, ale jak pragnę zdrowia - nie wszędzie się dało. Wtedy staraliśmy się unosić nad ziemią. 

 Polami, polami, po miedzach, po miedzach, po błocku skisłym, w mgłę i wiatr...

W Hoszni Ordynackiej to sami gospodarze kazali nam iść przez obsiane pole i spieszyć się, bo widzieli, że już dużo naszych szło wcześniej i sądzili, że jesteśmy spóźnieni:-))) Tak się nam od razu przypomniała sytuacja z Wilgi Orient, gdzie większość napotkanych ludzi patrzyła na nas krzywo, a za wejście na prywatny teren najchętniej by zabili. Tutaj wszyscy byli życzliwi i sami z siebie chętni do pomocy.
Dziesiątka znowu była w głębokim jarze i z góry widzieliśmy kilka sztuk konkurencji wdrapującej się na przeciwległy stok wąwozu. Nas to też czekało, ale najpierw musieliśmy zejść nie zabijając się po drodze. Ufff... udało się.
Czternastka zadziwiła nas swoim położeniem, bo - uwaga!- nie była w jarze, lecz na skraju krzaczorów. A co tam było w krzaczorach - nie dociekałam. Aż zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę żeby uwiecznić to nietypowe umiejscowienie punktu:-)

PK 14

Byliśmy zaledwie na naszym piątym punkcie, a już następny miał być tym najdalszym, jak na odprawie mówił Organizator. Może był i najdalej położonym od bazy, ale my mieliśmy za sobą dopiero jakieś 1/3 trasy. Na punkcie miało, albo nie miało być być ognisko i miała, albo nie miała być herbata. No taki ten Organizator niezdecydowany był, jak o tym informował - że to niby kociołek się zgubił, a to może drzewa na podpałkę w lesie nie będzie, a to zapałek - no, nie słuchałam dokładnie czego mu tam brakowało. Szesnastka była niemal na końcu długaśnego wąwozu, ognisko się paliło, a czy kociołek się znalazł nawet nie zwróciliśmy uwagi, bo jakoś nie mieliśmy ochoty na herbatę. W ubiegłym roku przy ognisku zmieniałam przemoczone skarpety i padałam na pysk, teraz było jakoś bardziej lajtowo. W sumie to podbiliśmy punkt i po dolaniu wody do butelki od razu ruszyliśmy dalej. Świadomość, że od tej pory będziemy zbliżać się do bazy i w razie czego można będzie do niej wrócić w każdej chwili, bardzo podnosiła mnie na duchu, chociaż nie czułam się tak zmęczona jak przewidywałam, że będę.
Po szesnastce zaliczyliśmy dziewiątkę i ósemkę prawidłowo ustawione w jarach, a przejście na ósemkę trochę mi dało w kość. Ciągle było pod górę i pod górę. Nasza wędrówka wyglądała tak - Barbara darła przed siebie oddalając się coraz bardziej, ja lazłam dwa kroki, odpoczynek, krok, odpoczynek, Tomek usiłował mnie na co stromsze odcinki wciągać albo wpychać, żeby było szybciej.
Ilość poziomnic między ósemką, a siódemką trochę mnie przeraziła.  Byłam pewna, że u celu wyciągnę kopyta i koniec, kaplica, a tymczasem nie było tak tragicznie. Siódemka była pierwszym punktem, który nie chciał wejść. Niby wszystko się zgadzało, ale wąwóz szedł pod złym kątem i według mnie był za daleko. Wróciliśmy do jego wejścia i Tomek wymyślił, żeby spenetrować drugie rozgałęzienie. Faktycznie, był tam lampion, ale wzięliśmy go bez przekonania. Niestety, przy takiej skali mapy jaką mieliśmy, trudno było dopatrzeć się takich niuansów jak odgałęzienia niewielkiego wąwozu. Jak się później okazało, udało się nam wstrzelić na właściwy lampion, ale nawet nie wiem czy w ogóle był tam stowarzysz.
Do piętnastki szliśmy głównie otwartym terenem, najpierw na azymut, a od  Jędrzejówki drogami. Taki bezproblemowy punkt. Po piętnastce chcieliśmy wziąć szóstkę, do której było z każdego punktu nie po drodze. Żeby się do tej szóstki dostać, musieliśmy podejść prawie pod piątkę, żeby potem kawał drogi wracać po śladach do niej. Jedyna zaleta, że wszystko odbyło się drogami, oczywiście oprócz samych wejść na punkty, które tradycyjnie stały w jarach. Za piątką natrafiliśmy na pole kwitnących przebiśniegów, ale gdzie tam kto tej zimy widział śnieg - ty były raczej przebibłota, a nie przebiśniegi:-)

Śniegu to one raczej nie przebijały.

O ile wcześniej co chwile kogoś spotykaliśmy, szczególnie przy lampionach, to teraz już od jakiegoś czasu nie było w zasięgu wzroku żywej duszy. Trochę nas to niepokoiło, bo nie widzieliśmy żeby wszyscy nagle nas wyprzedzili, ale z drugiej strony niemożliwe żeby zostali daleko w tyle. Ale trudno - nie ma, to nie ma.
Po piątce powoli zaczynało robić się coraz ciemniej. Jeszcze nie wyciągaliśmy czołówek, ale ja praktycznie niewiele co widziałam na mapie, więc musiałam wierzyć Barbarze i Tomkowi, że idą w słusznym kierunku. Faktycznie prowadzili w słusznym, tylko dlaczego w pewnej odległości od drogi, a nie drogą, to już zupełnie nie wiem. Ale grunt, że do czwórki dotarliśmy bez żadnych problemów.

Co im ta droga przeszkadzała?

Zostały nam jeszcze tylko trzy punkty, godzina była całkiem przyzwoita, a ja czułam, że mimo wcześniejszych obaw, spokojnie dam radę przejść cała trasę. Oczywiście, że byłam porządnie zmęczona, ale nie wyczerpana, jak na niektórych trasach.
Za czwórką, w Wólce Abramowskiej nie wstrzeliliśmy się we właściwą drogę i troszkę nadłożyliśmy, ale nie dużo i po chwili już byliśmy na właściwym asfalcie, a potem przecięliśmy główną drogę. Gdzieś w tamtych okolicach zastał nas klubowy 44-ty kilometr. Tym razem jego czterdziestoczwartość była jeszcze bardziej umowna niż zwykle, bo każdemu z naszej trójki gps pokazywał inną odległość, a między największą, a najmniejszą było prawie 5 km różnicy. Tak więc tradycyjna fotka została zrobiona gdzieś między 40-tym, a 50-tym kilometrem:-)

Ciemno, to i tak niewiele widać.

Od jakiegoś czasu byłam już okropnie głodna, ale batoniki przestały mi wchodzić.  Zaczęłam więc marzyć o obiedzie (weganom proponuje opuścić ten fragment) - o ogromnym, dwukrotnie panierowanym, ociekającym tłuszczem, przyrumienionym schabowym. Takim wielkim na cały talerz, jak dają na przykład w Oleśnicy. Tak się rozmarzyłam, że nawet nie zauważyłam kiedy zaliczyliśmy PK 3. Ale oczywiście byłam na nim, co dokumentuje poniższe zdjęcie.

 
PK 3. Tam między nami widać lampion.

Do dwójki musieliśmy oddalić się od mety. Mówię Wam - to jest straszne uczucie - ciemno, zimno, do domu daleko, do mety blisko, a ty musisz iść w przeciwnym kierunku. Jakiż to trzeba mieć hart ducha, żeby nie odpuścić punktu. I my wykazaliśmy się tym hartem. I już wiemy Как закалялась сталь. Na szczęście z trójki na dwójkę prowadziła droga, więc przynajmniej szło się w miarę dobrze, a punkt stał przy drodze, a droga nie prowadziła przez wąwóz.
Jedynka była w pieron daleko, no bo przecież oddaliliśmy się od niej, ale na ostatni punkt, to zawsze człowiek jakoś żywiej idzie. Nie kombinowaliśmy z chodzeniem na skróty, tylko ruszyliśmy drogami, trochę zygzakiem, ale za to wygodnie. Z mapy wynikało nam, że punkt będzie przy skarpie, ale czy to po ciemku da się cokolwiek zobaczyć. Na zakręcie ścieżki wisiał na widokowym miejscu lampion, więc rozejrzeliśmy się za skarpą. Była. Ja z Barbarą byłyśmy gotowe wbijać i iść dalej, ale Tomek postanowił dokładnie spenetrować dziurę, bo coś mu nie pasowało. Oczywiście nie znalazł żadnej alternatywy, więc zgodził się na to, co było.
Teraz nastąpił najprzyjemniejszy moment - powrót do bazy. Z jedynki było już blisko, do tego głównie z górki, więc szybko zbliżaliśmy się do celu. Ostatni odcinek tradycyjnie pokonaliśmy biegiem, chociaż któreś z nas zadało zasadnicze pytanie : po co? Ano, chociażby dla zachowania tradycji:-)

Meta i fotka w proroczym miejscu:-)

W bazie interesowało mnie głównie gdzie dają żarcie i nie myjąc się (no dobra, ręce - tak) i nie czekając na resztę towarzystwa pognałam na stołówkę. Wymarzonego kotleta co prawda nie było, ale trafili z pomidorową, którą lubię, a mielony też dał radę. Dla mnie najgorsza opcja to kurczak i ryż, ale oczywiście też bym wciągnęła jak by co.


 Ziemniaków niewiele, ale surówki ile kto zmieścił.

Ponieważ na metę dotarliśmy o przyzwoitej porze, postanowiliśmy od razu wracać do domu. Organizatorzy widząc, że wynosimy rzeczy do samochodu, zatrzymali nas, chcąc wręczyć nam dyplomy. I co się okazało? Barbara klasyfikowana w kategorii kobiet zajęła drugie miejsce, a my klasyfikowani w mixach - pierwsze. Oprócz dyplomów były więc i statuetki i spora torba z nagrodami oraz książka " Zanim wyruszysz, czyli coś o survivalu 2". I teraz zastanawiamy się, czy to jest jakiś znaczący podarunek i czego spodziewać się na kolejnej edycji Skorpiona. Na wszelki wypadek planujemy dokładnie przestudiować otrzymane dzieło:-)

Wkrótce film - bądźcie czujni!

środa, 30 października 2019

Dożynki, czyli kiedy 8 godzin rogainingu to jeszcze za mało.

Na "Dożynki" wcale się nie zapisywałam, ale na liście startowej przy moim nazwisku jak wół widniało słowo - TAK. Najwyraźniej nikt nie dopuszczał nawet myśli, że mogłabym nie pójść:-) Uznałam więc, że nic nie będę korygować i jak dam radę, to pójdę, a jak nie dam rady, to nie pójdę. Proste. O dziwo w niedzielny poranek obudziłam się rześka i wcale nie obolała. Co prawda wizja poleżenia do południa trochę kusiła, ale tam przecież wąwozy czekały!
Dożynki odbywały się na tej samej mapie co Smok, tylko dostaliśmy nowe wagi. Zdecydowaliśmy, że znowu pójdziemy na północ, a nawet drugi raz pójdziemy na te same punkty, tylko na niektóre mądrzej niż dzień wcześniej:-)
Na pierwszy punkt ruszyliśmy niespiesznie z ekipą wrocławskiego Orientopu. To miejsce znaliśmy z Hały, więc żadnej nawigacji nie musieliśmy stosować. Do kolejnego - 442 poszliśmy "na skróty", czyli po linii prostej, a że po drodze było góra-dół, no to co? Inni poszli naokoło drogami i zeszło im dłużej. A potem nie dogadaliśmy się, gdzie idziemy i ja prowadziłam na 438, a Tomek spodziewał się dojść na 408. W efekcie musieliśmy zawrócić, bo w sumie szkoda było by odpuścić tego 408, szczególnie, że znaliśmy go z sobotniej trasy.
Kolejny punkt - 438 - też znajomy i tak jak dzień wcześniej, zamiast górą, poszliśmy dnem wąwozu. Plan był inny, ale wyszło jak wyszło. Jedynie na zbocze wspięliśmy się w mniej stromym miejscu.

Tuż przed 438.

Żeby iść dalej bez nadkładania drogi, musieliśmy pokonać wąwóz w poprzek, czyli od punktu najpierw zejść, a potem wdrapać się na górę.  Chyba tylko my wybraliśmy taki karkołomny wariant. Z tym wdrapywaniem się to u mnie było już ciężko. Znowu przerzuciłam się na raczkowanie, bo dwie kończyny to było stanowczo za mało przy moim ograniczonym zasobie sił. Na szczęście potem było już mniej więcej płasko, a lampion wisiał na granicy kultur za linią wysokiego napięcia.
Dalsza część trasy była jeszcze fajniejsza, bo cały czas zbiegaliśmy w dół, aż do zabudowań i asfaltu. Nawet pobiegliśmy trochę tym asfaltem uznawszy, że należy nam się odrobina luksusu. Od asfaltu na PK 400 poszliśmy szlakiem. Było co prawda pod górę, ale przynajmniej nie pionowo, a widoki w zupełności rekompensowały wysiłek. Najpierw był wąwóz przecudnej urody, a potem panoramka spod trzech krzyży na szczycie. Przy tych krzyżach to też byliśmy na Hale. Fajnie tak wracać w znajome miejsca.
447 podbijałam już na siedząco, bo znowu było trochę wspinaczki, a do tego jakiś kryzys mi się przyplątał.

W drodze na 447 przysiadałam, gdzie się dało.

Powoli zaczynaliśmy się zbliżać do połowy limitu czasu i dalsze punkty trzeba było wybierać rozważnie, żeby nie przedobrzyć. Uznaliśmy, że damy radę zrobić szybki wypad na wschód po PK 426 i 393. Do 426 było dosyć daleko, ale większa część trasy wygodną drogą i dopiero końcówka wąwozem. Lampion wisiał na grzbiecie rozdzielającym dwa jary i oczywiście musieliśmy się do niego wspiąć. Wejście było mordercze, ale zejście było jeszcze bardziej abstrakcyjne i w końcu uznaliśmy, że jedyną metodą jest zjazd na tyłku. I tak też zrobiliśmy.
393 był stosunkowo blisko, ale złośliwie postawiony podobnie jak 426 - na wysokościach, ze stromym podejściem. Na pewno autor trasy nie chciałby wiedzieć, co wtedy sobie na jego temat myślałam.
Na powrót do bazy została nam godzina. Do kolejnego punktu (398) było daleko, ale drogami i po równym, więc poszło sprawnie. Wyjątkowo punkt nie był w wąwozie i jeszcze znaliśmy go z poprzedniego dnia. Same pozytywy! Do 413 w linii prostej był rzut beretem i postanowiliśmy pójść po prostej, nie przewidzieliśmy jednak dwóch spowalniaczy jakie napotkamy po drodze. Pierwszy z nich to plantacja malin. Boszsz,... jakie tam były cudowne maliny - wielkie jak pięść, dojrzałe, soczyste i makabrycznie brudne, co niestety skonstatowałam dopiero napchawszy się nimi po kokardę. Wtedy też dodatkowo uświadomiłam sobie, że te maliny były czyjąś własnością i żrąc je dokonałam czynu karalnego. Mam tylko nadzieję, że  zostałoby to uznane za drobne wykroczenie ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Druga przeszkoda była już natury technicznej i nieprzekraczalnej - płoty. Musieliśmy wrócić do drogi i w sumie nic nie skróciliśmy.
Z 413 postanowiliśmy już lecieć drogami w kierunku bazy zbierając tylko to, co po drodze, czyli 449 i 444. Do 449 szliśmy chyba najdłuższym wąwozem, bo prawie kilometr. Sam punkt wisiał sobie na końcu jednej z odnóg głównego jaru w malowniczej dziurze.

Idealne miejsce na schowanie lampionu:-)

444, podobnie jak dzień wcześniej, był ostatnim punktem zebranym na trasie. Do bazy pobiegliśmy już rozsądniej niż w sobotę, bez nadkładania drogi, tyle że po większej stromiźnie, na szczęście w dół. Na mecie byliśmy osiem minut przed końcem limitu. Niby to były tylko 3 godziny, ale nie powiem - dostałam porządnie w kość.
W bazie kręciły się już tylko niedobitki dożynkowe czekające na podliczenie wyników. Większość pozostałych uczestników imprezy, szczególnie uczestnicy tras marszowych, rozjechała się już do domów. Po podliczeniu wyników obydwu rogainingów (sobotniego i niedzielnego) okazało się, że zostałam Wielką Smoczycą. W sumie to nie wiem, czy oprócz mnie i Małgosi jeszcze jakaś dziewczyna zaliczyła obydwie trasy, więc tak naprawdę rywalizowałyśmy ze sobą tylko we dwie. W nagrodę dostałam misia uszytego przez właścicielkę Muzeum Torebek i Misiów w Bochotnicy. Niestety - muzeum nie zdążyliśmy zwiedzić. Ponieważ jednak teren zawodów ma wielki potencjał, to myślę, że nie raz jeszcze tam pojedziemy i do misiów kiedyś zajrzymy.

Wielki Smok i Wielka Smoczyca oraz Organizatorzy.

Kto nie był na Przejściu Smoka niech żałuje i szykuje się na przyszłoroczną edycję - warto, naprawdę warto!

Nocny killer

Co robi orientalista po 8 godzinnym dziennym rogainigu? Oczywiście z niecierpliwością czeka na noc, by wystartować w kolejnych zawodach. Nie było w  planach nocnego rogainingu (a byłoby to ciekawe), więc zostają „zwyczajne” MnO .
Do wyboru były trasy od TP do TZ. TP – nudne i za łatwe. TT właściwie tak samo. Drogą eliminacji zostaje TU lub  TZ. Znając zawody rangi PP można podejrzewać, że TZ może uczestnika wpędzić we frustrację lub wręcz czarną rozpacz (o ile to etap nocny), a że nie przyjechaliśmy się tu stresować, zostaje TU.
Renata po powrocie z rogainingu, zassaniu prawie schabowego na obiadek wpełzła do śpiwora i stanowczo odmówiła jego opuszczania. Miałem iść sam, ale okazało się, że Ula po utracie połowy karty na rogainingu postanowiła się odegrać i wyruszyć także na nocne MnO. Wstępnie celowała niżej - w TT, ale wiadomo nocą w zespole jest raźniej i łatwo dała się przekonać na TU . Odgrażała się, że będzie tylko użyczać światła, a ja mam prowadzić. No, nie wiem – dawno już nie startowałem w MnO, więc mogło być różnie. Choć budowniczy – Paweł – zawsze robi fajne etapy nocne.
Dostaliśmy (losowo dobraną)  40 minutę startową – tak gdzieś w środku stawki. Nie będąc na etapach dziennych nie byliśmy żadną konkurencją dla reszty, ale wiadomo -  na zawodach w randze PP musza być zachowane jakieś tam zasady.
Na start oddalony jakiś kilometr od bazy poszliśmy z większą grupą uczestników. Trochę wcześnie – musieliśmy sporą chwilę poczekać na swój start. Przyszła nasza kolej. Mapa jak mapa – liniówka prowadząca główną drogą z kółkami do dopasowania. Żadnych luster i wyjątkowo mało obrotów. Coś tam próbowałem wyskalować mapę na pierwszym odcinku do końca zabudowań. Skala wyszła jakoś tak 1:9000, czy coś takiego. Pierwszy punkt miał być na zakręcie skarpy, czy właściwie jakiejś dziury w ziemi. Coś na kształt dziury w lesie było. I mrowie latarek  czeszących las. Nawet skarpa się znalazł i jej zakręt… ale lampionu żadnego nie widać. Przeszliśmy tu i tam, wróciliśmy na drogę, znaleźliśmy kilka innych dziur i skarp i zero lampionów. Trochę głupio, bo zwykle pierwszy PK jest łatwy prosty i przyjemny – tak by zachęcać uczestników, a tu kicha… Wreszcie mnie coś tknęło by przez krzaki wdrapać się na górę skarpy – i proszę lampion się znalazł!
Dobra, idziemy na drugie kółeczko. Gdy w nocy idzie się drogą w ponad metrowym zagłębieniu właściwie nic poza tą drogą nie widać. Snuliśmy się drogą w tą i w tamtą trochę bezładnie nie mając pomysłu co przypasować – to co pasowało „drogą dedukcji” jakoś nie zgadzało nam się z terenem. Aż z lasu wypadł tramwaj TZ-ów, którzy tyralierą przeczesywali las.  Zadaliśmy im pytanie  „co jest charakterystycznego po tej stronie drogi z której przyszli” – dostaliśmy odpowiedź, że jest kilka rówów. I wtedy wszystko stało się jasne - rowy były na jedynym wycinku. Trochę dziwnie te rowy były narysowane - kreskami nie kropkami, więc w pierwszej chwili nawet nie skojarzyłem co te kreski oznaczają. Ale tak – kompas w dłoń – w poprzek przez jeden rów, potem drogę, jeszcze kawałek i prosto na punkt. TZ-ty chodząc metodycznie tyralierą, w której co chwila przybywało uczestników, także znaleźli ten sam lampion.
Teraz przed nami prawdziwe wyzwanie: PK 3 – zaznaczony na mapie głównej „ w szczerym polu”. Założyliśmy, że dojdziemy do niego jakąś drogą. Kompas w dłoń i szukamy czegoś biegnącego we właściwym kierunku. Jest droga – idziemy. Droga się kończy dochodząc do dróżki poprzecznej, przed nami dołek z lampionem i znowu tyraliera TZ-ów. Akurat oni szukają dołka nie krzyża, ale ponoć ktoś widział jakąś mogiłkę z krzyżem, tyle że nikt nie potrafi pokazać w jakim kierunku.  Nic próbujemy. Idziemy w prawo, ale wyraźnie droga prowadzi w złym kierunku. Idziemy w lewo i nagle się odnajdujemy na wycinku. Tu widać na obrzeżu drogę która powinna doprowadzić do tego krzyża. Udało się. PK 3 zaliczony!
Jak na razie idzie nam fatalnie – 3 punkty kontrolne zajęły nam masę czasu, a przed nami jeszcze 11 lampionów!
Tramwaj TZ-ów idzie w inną stronę, my wracamy na główną drogę i idziemy na kolejny wycinek. Nie mamy pojęcia jaki. Po obu stronach drogi pojawiają się wysokie urwiska. Po obu stronach, wysoko słychać głosy i widać światła latarek. Nawet w pewnej chwili ktoś zjeżdża po prawie pionowej ścianie wąwozu. Mamy jeden wycinek z PK 8. ale nie pasują kierunki i zakręty drogi. Miotamy się bezradnie tam i z powrotem. W akcie desperacji nawet wycinam wycinek (Ula protestuje, bo chce zachować niepociętą mapę dla potomności), ale nijak nie idzie go wpasować w kółko na mapie gdzie jesteśmy.

Mapa i nożyczki
Spotykamy jakiś innych zagubionych uczestników z trasy TU – twierdzą, że także bezskutecznie szukają ósemki, ale wcześniej była 13 i 14.  Wycinek z 13 i 14 ma do siebie to, że… nie pasuje do niczego. Na orto widać gęsty las i dwie polanki. Nigdzie drogi, która tworzy mapę główną. A w terenie jest porządna i szeroka betonowa droga w wąwozie.  Ale cofamy się, idziemy sprawdzić na boki czy będą jakieś polanki. Z krzaków wypełza Tomek G. i mówi, że rzeczywiście – tam trochę dalej jest jakaś polanka. Idziemy tam – coś zaczyna się zgadzać. No, może nie do końca, bo lampion powinien być na  rogu granicy kultur. Wskazuje to miejsce, ale rogu jakoś nie widzę, a lampionu tym bardziej. Pojawiają się grupa zdezorientowanych TZ-ów i  nasi konkurenci z TU. Obchodzę jeszcze raz polankę, a Ula woła mnie z daleka. Lampion był tam gdzie pierwotnie wskazałem, ale tak zmyślnie ukryty, że mój wzrok przyzwyczajony do lampionów biegowych nie dostrzegł go! Idziemy szukać 14-tki. Nie napisałem, ale coś nam się przestała zgadzać skala mapy, którą wyznaczałem na początku – raz wydaje się tak jak obliczyłem, drugi raz zupełnie inna. Powinna być droga i druga polanka. Nie wiemy dokładnie w jakiej odległości. Jakaś droga jest, zaczynają się lampiony, a po pewnym czasie polanka. Tyle, że bez lampionu. Trochę zdezorientowani plączemy się wokoło. Las ciemny, żadnych innych latarek, chyba zostaliśmy sami w lesie. Po długich dyskusjach wbijamy lampion „niedaleko” polanki – nie pasuje idealnie, ale zawsze lepszy stowarzysz niż BePeK. Wracamy do głównej drogi i…. coś zaczyna się zgadzać. Ta 14-stka była tuż obok głównej drogi – widać lampion i jest coś na kształt polanki. Przebijamy wpis.
Zawsze twierdziłem, że kobiety są lepsze w dopasowywaniu fragmentów mapy. Szybciej wyłapują podobne szczegóły. Tak więc Ula głównie zajmowała się dopasowywaniem fragmentów, a ja doprowadzaniem na miejsce. Ósemkę mieliśmy wyciętą i spasowała się idealnie z następnym kółkiem. Na punkt trzeba było iść ścieżką nad drogą, tam gdzie wcześniej widzieliśmy światła na wysokiej skarpie. Czy to po rogainigu, czy z innego powodu, nie mierzymy dokładnie odległości. Wprawdzie liczę kroki, ale niestarannie i ciągle nie jesteśmy pewnie skali mapy.  Ósemka jest na końcu jakieś poprzecznej skarpy (uskoku?) . Po prawej pokazuje się uskok. Chyba trochę blisko – idę szukać czy jest lampion. Nie ma. Gdyby był, na pewno wbilibyśmy jako dobry. Dołącza do nas Maciek – także szuka ósemki i także w tym miejscu. Idziemy dalej i oczywiście pojawiają się właściwe uskoki i znajdujemy lampion. Ufff. Pozostałe wycinki mamy dopasowane – są oczywiste, PK 7, PK 6 (no, trochę krzaków tu było), PK 9 (tu krzaków było znacznie więcej niż trochę) i idziemy do PK 11. Po drodze zadanie – kolory szlaków. W nocy kolor niebieski wygląda jak zielony i na odwrót. Mamy wątpliwości jaki  to kolor. Wpisujemy zielony, skreślamy wpisujemy niebieski, aż znajdujemy drzewo gdzie są dwa szlaki na raz niebieski i zielony!
PK 11 powinien być na charakterystycznym drzewie „na środku ścieżki”. Na mapie drzewo jest jedno, w terenie za trzy. Nie widzimy lampionu. Dopadamy naszą konkurencję i pytamy czy znaleźli PK 11. TAK - wisi na spróchniałym pniu, który wcześniej dokładnie oglądaliśmy. Wracamy i rzeczywiście – coś nam ten rogaining negatywnie wpłynął na spostrzegawczość – to już drugi lampion którego nie zauważamy!
Grupowo idziemy na zamek. Prowadzi Wojtek – mi się mapa jakoś nie zgadza z terenem. Ale zamek ciężko przeoczyć. Na zamku jakaś impreza harcerska i  stowarzyszony lampion biegowy. Jeszcze szybko do mety i ostatni PK 12 – pytanie o numer domu. W nocy wszystkie domy są takie same, wpisuję to co inni. Jak się okazuje numerek niewłaściwy, ale jak widać z wyników większość także się pomyliła.
Mapa po przejściach (smoka)
Jak się później okazało…. wygraliśmy etap nocny! No cóż, tym razem Paweł zaszalał i zbudował prawdziwego killera zarówno dla TU i dla TZ, choć na papierze etap wydawał się dziecinnie prosty;-)

sobota, 26 października 2019

Smok w krainie lessowych wąwozów.

Przejście Smoka jest jedną z flagowych imprez naszego klubu i na ogół odbywa się w randze Pucharu Polski lub/i Pucharu Polski Młodzieży w turystycznych marszach na orientację, a przynajmniej jako impreza ogólnopolska. W tym roku jednak organizatorzy poszli po całości i oprócz wspomnianych pucharów dołączyli jeszcze Puchar Maratonów na Orientację.  Chociaż... w sumie to jeszcze się trochę ograniczyli bo mogli przecież dołączyć PP w wyciskaniu sztangi leżąc, czy PP w akrobacji samolotowej, że nie wspomnę o piłce.
Bardzo, bardzo chcieliśmy iść na rogaining 8 godzinny, ale wiadomo, że przy takim nagromadzeniu imprez to wszystkie ręce na pokład, więc z bólem serca zgłosiliśmy organizatorom naszą chęć pomocy. Nasz ból musiał być bardzo widoczny, bo Pani Prezes oddelegowała nas do.... robienia frekwencji  w PMnO. Nasza impreza w tym pucharze debiutowała, więc ważne było zebranie tych przepisowych dwudziestu kilku uczestników. A przy nowej, nisko punktowanej imprezie to nigdy nie wiadomo czy ludzie się zapiszą. Ostatecznie okazało się, że i bez nas by się obyło, ale przecież wiadomo, że my nie obylibyśmy się bez tego startu.
Do Bochotnicy ruszyliśmy w piątek po pracy. Tak gdzieś godzinę drogi od domu zorientowałam się, że zapomniałam wziąć swoich leków na nadciśnienie, więc od razu zdenerwowałam się co będzie jak mi w sobotę rano skoczy i nie będę w stanie iść na trasę? I tak już byłam w marnej kondycji po grypie, więc zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że mogę nie wystartować. W bazie nawet nie wyjmowałam z torby kawy i piwa, żeby sobie nie zaszkodzić i jako jedna z pierwszych położyłam się spać. Oczywiście uprzednio zaliczając Mini InO, no bo bez przesady. Mini InO wyglądało prześmiesznie, bo co chwilę grupy ludzi obmacywały okoliczną roślinność, co wyglądało jak by czule obejmowali tuje, cyprysy, czy co to tam rosło. Do dziś zastanawia mnie PK 23, który trzeba było potwierdzić na pandzie. Zastanawialiśmy się czy musimy potwierdzić punkt siedząc na pandzie (jedyna znaleziona panda to była huśtawka), czy wyryć nożem potwierdzenie na obiekcie? Na wszelki wypadek siedząc na pandzie wpisałam do karty słowo "potwierdzam" i dodatkowo na taśmie, którą huśtawka była poklejona dopisałam numer punktu :-)
W dniu przyjazdu otrzymaliśmy wszyscy mapy na sobotni rogaining. Mapa była wielką płachtą w formacie A-2 i skali 1:15000, czyli bardzo nietypowa jak na imprezę PMnO. Ale jaka to była piękna mapa! Wyraźna, czytelna, pełna szczegółów - istne arcydzieło sztuki kartograficznej. Mapę od podstaw wykonał Michał i chwalę nie dlatego, że Michał jest moim kolegą (duma, duma, duma), ale uroda mapy stanowi fakt obiektywny.
Otrzymanie mapy dzień przed startem niczego nikomu nie ułatwiło, bo wagi punktów mieliśmy poznać dopiero w sobotę na odprawie. Ale przynajmniej mogliśmy oczy nacieszyć:-)
Startowy poranek powitał nas dość chłodno, ale wiedzieliśmy, że za chwilę rozgrzejemy się aż nadto. Po otrzymaniu rozpiski z wagami poszliśmy popodpisywać sobie nimi punkty i ustalić jak idziemy. W zasadzie mieliśmy dwa pomysły - albo na północ, albo na południe. Na północ rozciągały się szersze perspektywy, bo więcej punktów było w tej części mapy, więc wybraliśmy północ. Oczywiście wiadomo było, że i tak nawet z połowy mapy nie zbierzemy wszystkiego. Moje samopoczucie na szczęście było całkiem dobre, więc żwawo ruszyliśmy. To znaczy żwawo do pierwszego podejścia, które zaczynało się niedaleko bazy.

To gdzie idziemy? (Fot. B. Szmyt)

Zaczęliśmy od 391, ale zamiast zaraz od startu wejść do wąwozu, polecieliśmy drogami, najpierw nabierając wysokości, potem gwałtownie ją tracąc schodząc na dno jaru. Bo wiecie - mieliśmy taki bezsensowny plan, że nie łazimy wąwozami, tylko drogami. Skąd nam się to wzięło - nie wiem, bo teren znaliśmy z ubiegłorocznej Hały i powinniśmy pamiętać jak chodziliśmy.
Przy drugim punkcie niedokładnie popatrzyliśmy na mapę i zamiast szukać charakterystycznego drzewa, uparliśmy się na granicę kultur. Doszliśmy niemal do samego punktu i zawróciliśmy na drogę. Odległość była nieduża, ale za to roślinność na tym odcinku - wyższa ode mnie.

Cztery razy przeszliśmy przez te chabazie w tle.

Wąwóz którym szliśmy do 438 był przecudnej urody, tyle tylko, że lampion nie wisiał na dnie wąwozu, a na grzbiecie rozdzieląjącym kilka jarów. Oczywiście na górę wdrapaliśmy się w najbardziej stromym miejscu, nie dość ze czterokończynowo, to jeszcze Tomek mnie wciągał kiedy zaczynałam się osuwać w dół. Do drogi wróciliśmy już górą - było szybciej i łatwiej.
413 uczciwie stało na dnie jaru, którego jedną odnogą weszliśmy, a drugą wyszliśmy. Punkt 398 był wyjątkowy, bo wyobraźcie sobie - nie w jarze, a w szczerym pole, na samotnym drzewie. Dziwne - prawda?:-)
Potem już były jary i jary i jary i w końcu przestałam je rozróżniać, bo w zasadzie jedyne co je różniło to mniej lub bardziej bujna roślinność.
 Punkt 421 okazał się najbardziej niebezpiecznym. Weszliśmy do jaru jak normalnie, Tomek leciał przodem, biegł, bo w dół i nagle stanął jak wryty - przejście się kończyło, a po prawej stronie ziała wielka, głęboka na co najmniej kilkanaście metrów dziura. Gdyby zrobił jeszcze ze dwa kroki, jak nic spadłby na dno. Aż mi ciarki przeszły po kręgosłupie kiedy to sobie uświadomiłam.  Ponieważ w żaden bezpieczny sposób nie dawało się ominąć dziury, nie pozostało nam nic innego jak wdrapać się po niemal pionowej ścianie na brzeg wąwozu i dalej iść górą. Tak po prawdzie to od razu powinniśmy iść górą i zejść dopiero do punktu, ale mądry Polak po szkodzie.

431 - po raz trzeci nie w wąwozie!

 Po PK 431 w polu, kolejne trzy PK - 404, 415 i 407 były znowu w jarach. Jedyne co pamiętam, to że było pięknie i ciężko. A jak już wyszliśmy z jarów, to udało nam się zabłądzić. Na serio - mimo tak dokładnej mapy i w sumie prostego terenu. Straciliśmy czujność przy obchodzeniu nieprzebieżnego jaru i zamiast po wyjściu na pole iść jeszcze 200 metrów na wschód, my uczepiliśmy się pierwszej napotkanej granicy kultur. Coś nam się wydawało, że za długo idziemy do jej końca, ale dopiero kiedy nie znaleźliśmy lampionu, a tego co widzieliśmy dookoła w ogóle nie było już na mapie, zaczęliśmy coś podejrzewać.



Przy PK 450 spotkaliśmy Mateusza i Tomka, którzy wspólnie biegli po zwycięstwo. My nadeszliśmy od północy, oni od południa i spotkaliśmy się przy płocie.To nawet nie był płot, tylko ogrodzenie z siatki z cienkiego drutu, z dużymi okami i jeszcze do tego mało stabilny. I my i oni byliśmy po złej stronie ogrodzenia i musieliśmy zamienić się miejscami. Usiłowałam jakoś wdrapać się na siatkę, ale cała konstrukcja kiwała się na boki i ciężko było złapać choćby ciut stabilności. Widząc, że marnie mi idzie, panowie postanowili mnie wspomóc - Tomek pchał z jednej strony, Mateusz ciągnął z drugiej. Jakoś dotarłam do krawędzi, po czym błyskawicznie znalazłam się po drugiej stronie ogrodzenia. Romantycznie byłoby powiedzieć, że wpadłam w ramiona Mateusza, ale prawda jest taka, że zwaliłam się na niego jak worek cementu. Jak przystało na dżentelmena, którym jest (niech was jego startowy wygląd i ksywka nie zmylą), udawał, że ale co tam, ale lekko to mu na pewno nie było. Tomka w każdym razie już nie chciał łapać:-)
Od jakiegoś czasu, to na punktach, to gdzieś w terenie, co chwilę spotykaliśmy patriotyczną, biało-czerwoną parkę (on biały, ona czerwona). Uśmiechaliśmy się do siebie, coś tam zagadywaliśmy i w końcu przy kolejnym punkcie postanowiliśmy dopełnić formalności i dokonać kurtuazyjnej prezentacji. Akurat było to spotkanie na szczycie, więc i okoliczności jakby oficjalne:-) Przedstawiliśmy się sobie wzajemnie, wymienili wizytówkami, wypili bruderszafta - wiecie, te rutynowe czynności zapoznawcze.

PK 410 - Dominika i Marek

Kolejne punkty niby były w jarach, ale autor trasy wykazał się wyjątkową złośliwością, bo co doszliśmy na miejsce, to okazywało się, że lampion wisi owszem - w jarze, czy na rozwidleniu jarów, ale w najwyższym możliwym punkcie, na który trzeba się wspiąć i z powrotem zleźć do wąwozu. Nie powiem - trasa była bardzo widowiskowa, oczy latały mi dookoła głowy, żeby nic z widoków nie przegapić, ale ciężko było cholernie.W pewnym momencie nawet niewielkie wzniesienia i niezbyt strome zbocza pokonywałam na czworaka, bo po prostu nie miałam siły robić tego w pozycji wyprostowanej. Czułam się mniej więcej tak:


Z każdego kolejnego punktu pamiętam coraz mniej. Po 424 weszliśmy na złą drogę, która co prawda doprowadziłaby nas do mety, ale ominęlibyśmy dwa punkty. Nadłożyliśmy jakieś 400 metrów w jedną stronę i drugie czterysta żeby wrócić na rozwidlenie. Całe szczęście, że w miarę po równym, a nie pod górę.
Przed 418 spotkaliśmy Ulę i tak już do mety szliśmy w bliskiej odległości. Przy PK 444 przejechaliśmy się jej po ambicji i wzięła ten punkt, chociaż twierdziła, że go pominie. Ale jak my bierzemy, to ona też:-) Punkt na szczęście był łatwy, ale tuż przed metą, to już z siłami krucho.  Jeszcze na ostatnim rozwidleniu zamiast polecieć prosto, my skręciliśmy w lewo i do bazy pobiegliśmy naokoło. Na szczęście było w dół i po porządnej utwardzonej drodze.

Meta w zasięgu wzroku (Fot.: M. Kamiński)

Kilka minut przed końcem limitu oddaliśmy karty startowe i już. Koniec. Tomek od razu co prawda zaczął namawiać mnie na TRInO i na marszowe etapy nocne, ale jedyne gdzie zgodziłam się pójść to do restauracji gdzie mieliśmy zamówione obiady. Po obiedzie szybka kąpiel i od razu zaszyłam się w śpiworze, a Tomek... zaczął przygotowywać się na nocne wyjście do lasu.

C.D.N.

wtorek, 19 lutego 2019

Skorpion ukąsił boleśnie

W tym roku późno zainaugurowaliśmy sezon pięćdziesiątkowy, bo dopiero w lutym, ale Tomek był wcześniej zarobiony, a ja zadowolona, że zimą mogę siedzieć w ciepłym domku. W końcu jednak postanowiliśmy ruszyć tyłki i zapisaliśmy się na Skorpiona. W ubiegłym roku byłam po raz pierwszy i Tomek przed wyjazdem straszył mnie jarami i trudnością trasy. Udało nam się wtedy wziąć komplet punktów w niecałe jedenaście godzin. Ponieważ przez rok intensywnie trenowałam na kolejnych pięćdziesiątkach, więc nie czułam specjalnego respektu przed Skorpionem. Pójdziemy, zbierzemy co trzeba, wrócimy i po sprawie - tak sobie kombinowałam. Już ilość PK oraz szesnastogodzinny limit czasu powinny dać mi do myślenia, ale ja do ostatniej chwili byłam optymistką. Nawet kiedy setkowicze nie pojawili się rano, tłumaczyłam sobie, że pierwszą pętlę mieli dłuższą i przyjdą później. Kiedy do bazy dotarł pierwszy z nich - Marcin - z zapałem filmowałam jego ubłocone buty i jeszcze nic mi to nie dało do myślenia.
Pierwsza myśl na widok mapy wypłynęła spontanicznie:
- Ożesz w mordę, w pieron daleko!
Kartka z opisem punktów była nudna i mało urozmaicona: początek wąwozu i rozgałęzienie wąwozu, na górze albo na dole. I nic, absolutnie nic więcej! Twórczym myśleniem to się autor mapy nie popisał:-)
Przez dziesięć minut między rozdaniem map, a startem kombinowaliśmy nad wariantem - w prawo, w lewo, czy może nietypowo od razu do góry? W końcu zdecydowaliśmy się zacząć od PK 22. Najpierw asfaltem na most, przez rzekę Wolicę, drogą między polami, prawie do samego jaru. Przynajmniej na mapie wyglądało to tak ładnie. Polna droga okazała się jedną wielką błotną mazią, a samo dojście do punktu przez pola pokazało nam z czym będziemy musieli walczyć na trasie. Jakoś ponad tydzień temu Tomek chciał mi kupić obciążniki biegowe na nogi, a tu patrz pan - dostaliśmy je gratisowo na zawodach. Po paru krokach przez zaorane pole każda noga oblepiona była kilogramami błota tworzącego wysokie koturny, na których ciężko utrzymać równowagę, że już nie wspomnę o trudnościach z podnoszeniem nóg .

Gustowne błotne buciki.

W końcu udało się dotrzeć do punktu, przy którym kręciło się już kilka osób, miedzy innymi Marcin - przyszły zwycięzca setki. Na kolejny punkt ruszyliśmy za nim, bo też i trudno było wykombinować inną trasę jak tylko przez pola, po prostej. Na odprawie co prawda organizator mówił, że nie będziemy chcieli chodzić polami, ale co on tam wie o naszych upodobaniach? :-) W drodze na PK 20 zgubiliśmy Marcina, ale za to spotkaliśmy pierwszy okaz tambylczej fauny - centaura. Z bliska co prawda okazało się, że to człowiek na koniu, ale centaur brzmi zdecydowanie lepiej.
PK 20 stał wcale nie na początku wąwozu, tylko już w jego trakcie, więc i my i ponownie spotkany Marcin uparcie szukaliśmy lampionu w innym miejscu, biorąc nawet pod uwagę opcję, że jesteśmy w złym wąwozie. W końcu postanowiliśmy brać co jest, bo szkoda czasu na czesanie całego lasu.


W dwóch milimetrach w skali mapy się mieścił, ale miał się nijak do opisu.

Z dwudziestki na dziewiętnastkę szykował się trochę dłuższy przelot. Staraliśmy się iść jak najmniej po błocku, a że alternatywą był śnieg, buty miałam przemoczone na wskroś i zaczynały mi marznąć stopy. Nawet nie przypuszczałam jak szybko rozgrzeją mnie emocje na ostatniej prostej. Kiedy już zbliżyliśmy się w okolice poszukiwanego jaru, okazało się, że między nim, a nami ciągnie się siatka ogradzająca sad. Po chwili zastanowienia postanowiliśmy obejść ją z prawej strony, w sumie nie wiedząc jak daleko ciągnie się z każdej strony. Wydawało się, że w pewnej odległości widać koniec ogrodzenia, ale kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że to tylko jego załom, a ogrodzenie ciągnie się po horyzont. W sumie to nawet wyglądało jakby cała kula ziemska była tą siatką przedzielona na pół. W załomie była zamocowana jakaś zdezelowana brama, w jednym miejscu na tyle niska, że zdecydowaliśmy się przeleźć górą. Osobiście nie jestem zwolenniczką naruszania własności prywatnej i włamywania się na posesje, ale wizja maszerowania w nieskończoność wzdłuż siatki była jeszcze trudniejsza do przełknięcia.

Co nam to przyszło wyczyniać na stare lata!

 Szczęśliwi ruszyliśmy dalej, a tu po kilkunastu (może kilkudziesięciu) metrach kolejna siatka! I to wyższa niż sforsowana wcześniej furteczka. Ruszyliśmy wzdłuż niej szukając jakiejś dziury lub chociaż obniżenia.
- Uff, nasi tu byli! - zawołaliśmy na widok naderwanej siatki z wbitymi w ziemię kołkami ułatwiającymi wspięcie się na górę. Ja szybko przeskoczyłam na drugą stronę niczym rącza łania, chcąc jak najkrócej popełniać przestępstwo, Tomek celebrował i celebrował przechodzenie. W końcu i jemu się udało. Jak myślicie - na co natknęliśmy się po chwili? Tak - na kolejne ogrodzenie. To na szczęście udało się jakoś łatwo pokonać, ale kiedy zobaczyłam czwartą siatkę, z ust wyrwał mi się spontaniczny okrzyk:
- O kurła!!!
Ostatnia siatka okazała się być najbardziej zdezelowana i w końcu trafiliśmy na miejsce gdzie po prostu leżała na ziemi. Jak się potem dowiedzieliśmy przygody z siatkami stały się udziałem sporej części zawodników.
Kolejny PK - osiemnastka - był w odnodze głębokiego wąwozu, na początku (a z naszego punktu widzenia na końcu) odnogi, na górze. My oczywiście najpierw zeszliśmy do wąwozu głównego w najbardziej stromym miejscu, by przejść dołem do naszego wąwoziku.  Zlazłam z narażeniem życia, ale warto było, bo jar był przecudnej urody. O taki:

W oryginale wygląda jeszcze lepiej.

Do siedemnastki zaliczyliśmy podobnie karkołomne zejście, bo punkt był na dnie wąwozu, w jego rozgałęzieniu. Wąwóz z PK 16 był tuż przy zabudowaniach i wzbudziliśmy zainteresowanie gospodarzy, przez których podwórko usiłowaliśmy się przedrzeć, nie wiedząc czy jest jakaś możliwość obejścia. Sympatyczny pan nie dość, że pozwolił przejść, to jeszcze wskazał drogę.
Piętnastka to praktycznie wysypisko śmieci, bo tak miejscowa ludność potraktowała dziurę w ziemi. Mało przyjemny punkt.
Żeby dotrzeć do dwudziestki trójki musieliśmy sforsować dwa strumyki. Niby na mapie było coś zbliżonego do mostka, ale kto to wie gdzie tego szukać i czy w ogóle, bo przez te dziesiąt lat od powstania mapy, mostek mógł już dawno odejść w niebyt. Na szczęście udało się znaleźć na tyle wąskie miejsce, że mogliśmy przeskoczyć. Za to za strumykami ciągnęło się wielkie pole ryżowe. To znaczy my typowaliśmy takie jego przeznaczenie, bo wszędzie stała woda po kostki. Niby w butach i tak mieliśmy już mokro, ale świeża dostawa zimnej wody i tak nami lekko wstrząsnęła.

Pole ryżowe?

Już przy samym punkcie spotkaliśmy Przemka, który po całej nocy i ponad połowie dnia nie wyglądał zbyt przytomnie. Ale wciąż trzymał się na nogach i plany miał wielkie. Zastanawialiśmy się na co iść najpierw - na dwunastkę czy trzynastkę i w końcu my poszliśmy na dwunastkę, a Przemek na trzynastkę.
Na dwunastce straciliśmy jakieś piętnaście minut. Niestety przez te kilkadziesiąt lat od aktualności mapy, trochę się w terenie pozmieniało  i chociaż naprawdę byliśmy blisko, to wąwozu nie mogliśmy znaleźć. Nawet jakiś uczestnik trasy 20 km pokazywał nam, w którym kierunku szukać, ale Tomek za nic nie chciał uwierzyć, że to tam. Tym bardziej, że wskazany kierunek pokrywał się z tym, gdzie i ja chciałam szukać;-) W międzyczasie dogonił nas Przemek, który w czasie gdy my błąkaliśmy się po okolicy, zdążył zaliczyć PK 13. Nawet chciałam pożerować na nim, skoro mu idzie tak dobrze, ale Tomek chciał po swojemu. Ostatecznie i tak spotkaliśmy się przy lampionie.

 PK 12

Trzynastka na szczęście weszła bez problemów, a na punkcie ponownie spotkaliśmy człowieka z kijkami, który wcześniej kierował nas na dwunastkę.
Do czternastki polecieliśmy lasem i nawet natknęliśmy się na przecinkę zaznaczoną na mapie, a ostatni odcinek znowu polami. Samo zejście do jaru Tomek zaznaczył efektownym zjazdem na tylnej części ciała, dzięki czemu jego wygląd wzbudzał potem szacunek i podziw.

 Na PK 14

Z dwudziestki czwórki było tak blisko do bazy, że tylko i wyłącznie nadludzkim hartem ducha powstrzymałam się przed ucieczką z trasy i powrotem na metę. Tak prawdę mówiąc to dość miałam już znacznie wcześniej, praktycznie po kilku pierwszych punktach. Obrzydliwe błocko wyssało ze mnie większą część energii, ale przecież nie mogłam po kilkunastu kilometrach powiedzieć, że nie chcę iść dalej. Zresztą póki człowiek się nie przewraca, to powinien iść dalej.
Za PK 25 pojawił się pierwszy dłuższy asfalt i pierwsza okazja żeby trochę przyspieszyć. Mimo zmęczenia zebrałam się w sobie i pobiegłam. W końcu im szybciej, tym krócej.
Na jedenastce miało być ognisko. Mieliśmy nadzieje, że organizatorzy jeszcze się z nim nie zwinęli, bo przy starcie nie byli w stanie powiedzieć, do której będzie czynne.  Tomek to już z daleka czuł dym, ale moim zdaniem tylko w wyobraźni, bo ja poczułam dopiero kiedy już dość długo szliśmy wąwozem. Przy ognisku nastąpił historyczny moment - pierwszy raz podczas pięćdziesiątki zmieniłam skarpety. Zawsze oczywiście mam zapasowe ze sobą, ale nigdy jeszcze nie były potrzebne. I zmieniałam je bynajmniej nie z powodu wilgoci, bo chodzenie w mokrych nie robi już na mnie wrażenia. Tym razem musiałam pozbyć się kilku kilogramów gliniastego błota, które oblepiało moje stopy i tworzyło uwierające nierówności pod podeszwą. No, nie dawało się chodzić. Wypiliśmy też po kubku gorącej herbaty, do której zaordynowałam sobie masę cukru i po tych wszystkich zabiegach poczułam się jak nowa. Mogliśmy iść dalej.

Troszkę zasiedzieliśmy się na PK 11.

Przy ognisku zaczęło się już powoli ściemniać i wyjęliśmy czołówki. Tomek oczywiście spakował mi to niedorobione bździdło, co to się z nim dogadać nie umiem, ale jak się idzie we dwoje, to w sumie i jedna latarka starczy, więc nie protestowałam specjalnie. No dobra, muszę przyznać, że na mapę patrzy się z tym nawet nieźle, ale poza mapą - tragedia. Co ruszyłam głową do góry albo do dołu to lampka świeciła raz mocniej, raz słabiej, a moje stare oczy nie nadążały akomodować i nigdy nie były na bieżąco z mocą światła. No i rozejrzeć się dookoła ciężko, bo wiązka światła wąziutka i nie daje się regulować.
Dziesiątkę podbijaliśmy już po ciemku, ale znaleźliśmy ją łatwo.  Z dziewiątką też nie było problemów, a widoczność malała z minuty na minutę. Oprócz tego, że zrobiło się ciemno, to zewsząd sączyła się gęsta mgła i nic nie było widać na wyciągnięcie ręki. Dobrze, że te wąwozy były wielkie i trudno było je ominąć niezauważone.
Wiedzieliśmy już, że na pewno nie weźmiemy wszystkich punktów i planowaliśmy po szóstce zacząć wracać. I chyba tylko ta obietnica powrotu trzymała mnie przy życiu. W drodze na ósemkę zjadłam ostatniego batonika, ze zdziwieniem konstatując, że pierwszy raz w życiu pożarłam wszystko, co wzięłam na drogę i jeszcze mi było mało. Do tej pory batoniki głównie wyprowadzałam na spacer, a zjadałam w samochodzie w drodze powrotnej.
Na ósemce ponownie spotkaliśmy Przemka, który przeoczył ten punkt i musiał po niego wracać. Nadłożył kawał drogi i w efekcie odechciało mu się dalszej walki o komplet punktów.

Spotkanie na PK 8

Za to chętnie odprowadził nas do Kryniczek, chociaż nasza siódemka nie była jego punktem. Chyba naprawdę stracił serce do tej swojej setki.
Na szóstkę doszłam już na rezerwie, a tam pod samym lampionem czekała na mnie ławeczka. Normalnie cud! Mogłam na moment przysiąść i zebrać się w sobie.

Ławeczka taka bardziej z konara, ale dobre i to.

Niby z szóstki mieliśmy wracać do bazy, ale kiedy Tomek rzucił hasło, że z piątki będzie praktycznie taka sama odległość, a dodatkowy punkt zdobyty, nie wahałam się długo i mimo zmęczenia chętnie poszłam. Bo to jest tak, że albo żałuje się natychmiast, że się idzie i męczy, ale trwa to tylko do powrotu do bazy, albo żal, że się nie poszło jest odroczony, ale trwa dużo dużo dłużej, może nawet już zawsze?
Między szóstką, a piątką była cywilizacja z asfaltem i rzeką, którą musieliśmy pokonać mostem. Tradycyjnie zachodząc zabudowania od d..y strony natrafiliśmy na ciąg ogrodzeń, a wiadomo jak to jest trudno przebić się do drogi kiedy wszystko jest pogrodzone. W efekcie znaleźliśmy się na czyimś podwórku, dookoła rozszczekały się psy (nie wiadomo czy na uwięzi), a jedyną drogą szybkiej ewakuacji (zanim gospodarz wyskoczy z kosą) było przeczołganie się pod ogrodzeniem, na szczęście zrobionym z desek, a nie siatki. Między pierwszą deską, a ziemią było dość miejsca żeby zwiać. Oczywiście za jednym płotem był kolejny, szczęśliwie o podobnej konstrukcji, więc uszliśmy z życiem.
Piątki za nic nie mogliśmy znaleźć. Przy zerowej widoczności kierowaliśmy się tylko wskazaniami kompasu i liczeniem kroków. Niestety, droga którą nadeszliśmy nie szła dokładnie po równoleżniku jak założyliśmy i znaleźliśmy się za daleko na północ od punktu. Miotając się we mgle znowu natknęliśmy się na Przemka, który podobnie jak my miał problem ze znalezieniem piątki. Szukaliśmy razem, no ale ile można. W końcu poddaliśmy się i postanowili wracać. Przemek został, zupełnie niepotrzebnie, bo ostatecznie też  nie znalazł. A mogło być tak pięknie, bo gdybyśmy od razu wzięli piątkę, to i czwórki na pewno nie odpuścilibyśmy tak łatwo. Wrócilibyśmy tylko bez trzech punktów, a nie bez pięciu.
Z nieznalezionej piątki do bazy było w pieron daleko. Tomek bał się powiedzieć mi ile i skłamał, że tylko sześć kilometrów. Zmierzyłam sobie na mapie i mi wyszło osiem. Ile by nie było, wrócić i tak jakoś trzeba było, a nie zakładałam podwózki i dyskwalifikacji. Cała droga powrotna to już był asfalt i teoretycznie mogliśmy pobiec żeby było szybciej. Niestety - tylko teoretycznie. Moje nogi całkowicie odmówiły posłuszeństwa, a szczególnie mięśnie odpowiedzialne za ruch odrywania od podłoża i unoszenia do góry. Mogłam tylko szurać noga za nogą. Zresztą nawet i z tym miałam problemy, bo zrobiło się tak zimno, że impulsy z mózgu idące do nóg zamarzały wpół drogi i nogi nie wiedziały co robić. Tym sposobem po raz pierwszy nie biegliśmy od ostatniego punktu. Do kompletu "pierwszych" rzeczy (skarpetki, żarcie, bieganie) dorzucić można jeszcze zamarznięcie kamerki, co też się nie zdarzało i przez to nie mamy uwiecznionego powrotu na metę.
W bazie litościwie Ania (dziecko drogie) zatroszczyła się o mnie - podała piwo, przyniosła obiad, oddała swoje ostatnie batoniki - jednym słowem podtrzymywała moje funkcje życiowe. Ostatkiem sił dowlokłam się pod prysznic i w końcu padłam na materac. Powrotu do domu odmówiłam stanowczo. Tego mogłabym już nie przeżyć.
Rano obudziłam się w całkiem dobrej kondycji - skurcze nie łapały, chodziłam bez trudu, nawet schody nie robiły na mnie wrażenia. Czyżbym jednak za mało dostała poprzedniego dnia w kość?

A tak wyglądało nasze przejście:


Będzie jeszcze oczywiście film. Bądźcie czujni!