Pokazywanie postów oznaczonych etykietą InO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą InO. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 kwietnia 2024

Sosnowe klimaty rodem z Diuny


Startujemy na pierwszy etap

Na początku była Diuna. A potem ukazał się „wierzgający SZEI-HULUD”, czyli pierwszy etap Sosnowych Klimatów. Bo jakoś tak ostatnio wyszło, że zamiast biegać, chodzimy jak za dawnych czasów na marsze w TU. No, może bardziej „turystycznie” i bezstresowo – z zadaniem znalezienia wszystkich PK, ale bez napinania się, czy to ten właściwy, czy stowarzyszony lampion. 

Wracajmy więc do SZEI-HULUDA, który zerkał na nas z mapy pierwszego etapu. Popatrzyliśmy mu chwilę w paszczę i ruszyliśmy na poszukiwania PK 1 na skrzyżowaniu wielkiej ilości dróg. Niby skrzyżowanie znaleźliśmy, ale nie zgadzała się ilość dróg. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do nas, że połowa z tych dróg to po prostu linie oddzielające segmenty odwłoka, a nie drogi! 

Szukamy PK2 gdzieś na końcu bagienka

Podbudowani tym małym sukcesem, zamiast drogą ruszyliśmy na PK 2 na azymut. Niby proste zadanie - bagienko, a tuż za nim karpa, czy inne zwalone drzewo. Bagienko się skończyło, ale drzewa ani śladu. Wkrótce w okolicy zaroiło się od zespołów z obłędem w oczach szukających zielonego iksa. Wierzcie - nie było to proste zadanie, bo nigdzie w wynikającej z mapy odległości nic nie było, ani lampionu ani zdewastowanego elementu roślinnego. Jako, że na mapie był PK nadmiarowy, po dłuższym czasie bezowocnych poszukiwań ruszyliśmy na PK 3. Po chwili trafiliśmy na charakterystyczne skrzyżowanie i nagle stało się jasne, gdzie szukać zaginionego lampionu PK 2! No cóż, nie zostało nam nic innego, niż się wrócić;-) 

PK 3 na skrzyżowaniu ze ścieżką, której nie było, ale cóż i tak się zdarza;-) 

PK 4 bez historii, bo to jedyny rów w okolicy, a PK 5 na azymut strasznie daleko. PK 6 lidar, więc ciężko się pomylić i w ten sposób dotarliśmy do paszczy pustynnego czerwia. 

Paszcza stanowiła pewne wyzwanie: w jakiej kolejności zaliczać punkty, a i przy okazji dwa wycinki się zamieniły miejscami, więc trzeba było się podwójnie zastanowić. Zaczęliśmy od PK 7 na niewielkiej skarpie. Tu pojawiło się pytanie - czy najpierw na pobliski PK 8, czy na PK 9 (właściwie to podejrzewaliśmy, że ten wycinek może być zamieniony z czymś innym). Renata zadecydowała - PK 9.
Więc poszliśmy (wygodnie drogą). Chwila poszukiwań i mamy jednak PK 9. 

Co chwila spotykaliśmy przyszłych zwycięzców tu akurat na PK 9

Na PK 8 wędrujemy po jakiejś kolorowej abstrakcji stworzonej z danych lidarowych. Podobnie na PK 15. Tu należy zaznaczyć – wyjątkowo malownicza wydma! 

Po PK15 decyzja - idziemy na najdalszy PK12 - bo nigdy nie wiadomo czy na koniec nie trafimy na jakiś niejednoznaczny PK. 

Malowniczy PK12

PK 13 i PK 14 to przyjemność wynikająca z lidarowego cieniowania. Do PK 17 idziemy lekko naokoło wygodnymi drogami. 

Wygodną drogą na PK16

Zostaje ostatni (ten zamieniony miejscami) ząb robaka. Ustawiamy azymut i ruszamy. Idziemy, idziemy i… nie znajdujemy tego co trzeba. Lekko zniechęceni idziemy na kolejny PK 17. Tu mamy także lekkie wątpliwości: na mapie jest skarpa, polanka, a w ternie skarpy dopatrzyć się trudno;-( Ale w okolicy jest tylko jeden lampion – nie mając wyboru podbijamy PK i ponownie namierzamy się na PK 17. Tym razem znajdujemy lampion, choć odwzorowanie mapy biegowej ma się dość abstrakcyjnie do tego, co spotykamy w terenie. Mikrorzeźba nie jest prosta do sensownego odwzorowania na mapie do BnO! 

PK 18 - mokry dół gdzieś w krzakach - jedyna trudność to ciężko przebieżne podłoże. Podobnie PK 19 - znowu ciężkie dojście. 

PK 18 przy dole z wodą

Wędrówka po ciężkim podłożu

Zostaje nam ostatni PK (mamy dwa do wyboru) - idziemy ścieżką do krzyża, który trudno z czymkolwiek pomylić. 

PK20 ciężko tu znaleźć Stowarzysza;-)

Do mety lekko podbiegamy, bo okazuje się, że zaczyna kończyć nam się czas. Etap inspirowany Diuną - właściwie cała trudność polegała na przedzieraniu się przez podmokły teren. Ciężko było znaleźć stowarzysze (choć nam udało się na PK 1 dzięki segmentom i kółku z PK zamazującymi skutecznie mapę – przez co źle ustaliśmy azymut na PK 2 i szukaliśmy karpy gdzieś pośrodku bagienka). 

Organizator z pucharem za TMWiM za rok 2023

Chwila oddechu i ruszamy na etap 2. Etap dedykowany Romanowi, weteranowi InO, który w zeszłym roku wyruszył na swoje ostatnie InO na niebieskie połoniny. 

Tu od samego początku zaczęły się schody. Za nic nie dawało dopasować się pochyłych liter. No dobra, dopasowaliśmy literkę L i literkę T. Po dłuższej chwili udało się dopasować tę łatwiejszą literkę I. Drugie „pstrokate” tak „mniej więcej” przypasowaliśmy blisko startu, ale jakoś bez przekonania jak znaleźć PK 6. Tajemnicą zostały literki L i C. 

Z taką (nie)wiedzą ruszyliśmy do lasu. PK 7 wzięliśmy bez przekonania (jak się okazało stowarzysza), ale te pstrokate obrazki zupełnie nam nie podeszły. 

PK 13 - mokry dół

 PK 10, 12, 14 i mamy zrobione literki R,O L. 


Powrót do głównego napisu jakąś drogą, której nie ma na mapie, z rozglądaniem się w koło w poszukiwaniu lidaru z literki C. Oczywiście rozglądanie to było nieskuteczne;-( 

PK14 gdzieś na skraju mokradła

Wracamy więc na literę M i podbijamy PK 3. Tu dostrzegam obiecujące miejsce na mapie - jedyna woda otoczona czarną kreską – daje to szansę na dopasowanie literki A na drugim końcu jeziora. Idziemy. Zgadza się! Czyli zostaje nam do dopasowani jedynie literka C . 

PK12 - taki punk na białej plamie;-)

My ruszamy na literkę A i PK 4. Tu (wg wyników) podbijamy stowarzysza na sąsiednim wierzchołku, choć na mapie odległość pomiędzy wierzchołkami mieści się w 2 mm i powinniśmy protestować. Ale jak pisałem – podchodzimy do rywalizacji w TU na luzie i nie protestujemy;-) 

PK 4 - my wzięliśmy lampion z tego prawego wierzchołka;-)

Przed nami najdalsza literka N i PK 5 oraz ta literka „I” którą dopasowaliśmy na początku. 

W tym momencie zostaje nam już powrót w kierunku mety poprzez literkę T i ewentualnie pstrokate I. Ciągle nie mamy dopasowanej literki C, choć logika mówi, że musi być ona gdzieś na tym powrocie. W tym przekonaniu utwierdza nas konkurencja, z którą co chwila spotykamy się od pierwszego etapu. Oni idąc w przeciwnym kierunku mają jasność co do literki C, my zaś co do pstrokatej literki I. 

Zasadniczo idziemy poza mapą. Na „czuja”. Gdzieś tam pojawia się niewielki kopczyk z lampionem. Pasuje do PK 19 na literce C. Czyli jesteśmy w domu! Azymut i znajdujemy PK 18 i PK 17. I znowu „poza mapą” ruszamy w poszukiwaniu dwóch PK na literce T. Charakterystycznych, bo jeden z nich to paśnik, a paśniki nie stoją tu stadami (do tej pory nie spotkaliśmy żadnego). 

Paśnik o numerze 30

Idąc trochę drogami, których brak na mapie, trochę na azymut wychodzimy na drogę i… paśnik. Podbiliśmy (prawie) ostatnie punkty i zaczęliśmy się spieszyć na metę. Prawie na metę, bo został jeszcze jeden PK po drugiej stronie ekspresówki. Powiedziałbym, że jeden z najtrudniejszych, bo gdy pod presją czasu szukasz czegoś co ma być „prawie” na rogu ogrodzenia, a ukryte jest na górce za jakimiś gałęziami;-) 


 

Grunt, że przeżyliśmy i dobrze się bawiliśmy. Oczywiście jesteśmy ofermy, bo nie dojrzeliśmy PK X na logo, który zaoszczędziłby nam czasu i chodzenia po krzakach, ale na usprawiedliwienie - wzrok na starość się psuje i już;-) 



 

czwartek, 4 kwietnia 2024

ZAW-OR tym razem bez biegania

ZAW-OR w Otwocku/Soplicowie lat temu 10 to była pierwsza impreza, którą wygraliśmy. Wprawdzie kategorię TP, ale to był nasz drugi, czy trzeci start w ogóle w InO. 

ZAW-OR od zawsze kojarzył się z Andrzejem. Aż do tego roku;-( 

Nasza ekipa na ZAW-ORZe

Pojechaliśmy we trójkę (jak za naszego pierwszego startu w InO) do pobliskich Marek, ale w miejsce całkiem nam nieznane. Najpierw robiona z auta dojściówka (właściwie dojazdówka), potem nierówna walka z niedodrukowanymi i niepociętymi dyplomami i oczekiwanie z pucharami na laureatów zeszłorocznego TMWiM. Odczekawszy ile się dało i zostawiwszy resztą "fantów" do rozdania organizatorom, nieźle wymarznięci ruszyliśmy w trasę etatu 1. Mapę dostaliśmy jakąś taką mikroskopijną, formatu A5, choć pod względem trudności sprawiała wrażenie trasy TT. Poganiani przez zmarzniętą Agatę ruszyliśmy dziarsko do… stowarzysza. Kółko z PK A sprytnie zakryło sąsiadujący z właściwym kopczykiem rząd wypiętrzeń terenu. Oj tam, po prostu z niecierpliwości nikt nie zwrócił uwagi, że kopczyki miały być odsunięte od drogi i tyle;-) 

 

Pierwszy PK i ... stowarzysz...

Kolejne punkty poszły stanowczo lepiej bo rozgrzana drużyna zaczęła współpracować. PK S był chytry. 170 m na azymut i w okolicach celu rząd dołów w odległości ok. 30 m, a każdy z lampionem. Z wzorcówki wynika, że wzięliśmy stowarzysza, ale analiza z danych lidarowych pokazuje, że trafiliśmy na właściwy dół. No cóż, stare mapy rysowane "analogowo" mają czasem pewne rozbieżności w ułożeniu elementów i tu takie zadanie na azymut może dać nieprzewidziane efekty. Ciekawe jak autor trasy podejdzie do tych rozbieżności;-) 

PK Y po lewej, odmierzone 170m...

 Dalej nie było większych problemów poza: 

  • rozmokłymi drogami, 
  • mało przebieżnym lasem chwytającym za nogi, 
  • PK L na azymut, do którego należy się wracać;-) 

 

Krzaki

Rozmokłe drogi

I kolejne rozmokłe drogi

PK X był to drugi PK na azymut. Jak nic z pomiaru na lidarze (na trasie na mapie jak i potem domu dokładniej) wychodzi mi, że właściwy powinien być ostatni dołek, a nie przedostatni jak na wzorcówce! Zresztą, na mapie którą dostaliśmy, oba mieszczą się w granicy 2 mm, więc myślę, że tu nie będzie żadnych wątpliwości;-) 

PK Y po prawej. Jak nic ostatni dół

W każdym razie etap przeżyliśmy i pomimo nieoptymalnej trasy chyba zmieściliśmy się w czasie;-) 

Na etap drugi dostaliśmy mapę już normalnych rozmiarów. Na pierwszy rzut oka bardziej skomplikowaną, bo do nałożenia warstwicówka, cieniowanie lidarowe i zwykła mapa topograficzna. Jednak złożenie wszystkiego raczej trudne nie było. Może poza PK A, który na mapie BnO wygląda zupełnie inaczej niż to, co jest na lidarze, więc dopasowywaliśmy wycinek metodą eliminacji. 

Chodząc po lesie zastanawialiśmy się gdzie są lampiony biegowe. W lesie raz widzieliśmy Konrada, jak szukał lampionu gdzieś koło naszego pierwszego PK na drugim etapie, choć samego lampionu biegowego nie dojrzeliśmy. 

Żeby nie było - były na trasie także i urokliwe miejsca

Oraz chwile na odpoczynek

Sama trasa była łatwa i przyjemna. Oczywiście poza jeżynami pomiędzy PK 9 i 2. Szczególnie malowniczy był PK 5 przy zrujnowanym budynku;-) Jedyna wtopa to PK 8 – nie dostrzegliśmy pierwszego dołu i szukaliśmy tego drugiego tam, gdzie go stanowczo nie było;-) 

PK 5 na etapie II z bliska

i z oddali

 

Co tu dużo pisać – intrygująco jest wrócić czasami do marszy – choć długa przerwa nie sprzyja koncentracji. W BnO to jest lampion lub go nie ma, a tu trzeba zwracać uwagę na szczegóły, co dobitnie pokazał pierwszy PK na pierwszym etapie;-) 


 

sobota, 14 stycznia 2023

UrodzInO

Chwilami to już myślałam, że z UrodzInO będą nici. Początkiem grudnia dopadła nas grypa i remont kuchni, a dodatkowo ja mało ruchliwa z powodu nogi niewiele mogłam pomóc. Ale z Tomka to taki pomysłowy Dobromir, co potrafi zrobić w try miga coś z niczego i tuż przed siedemnastym impreza była gotowa. Wziął wykorzystywany już kiedyś teren niedaleko Zielonki, trochę dodał, trochę ujął, trochę zmienił i w efekcie wszystko było gotowe na czas. 
Start był dopiero od 17-tej, pod wiatą, w pełni klimatyzowany. Tej klimatyzacji trochę się obawiałam, bo zima akurat była pełnoobjawowa, ze śniegiem i mrozem. Brrrr...
 
Ciemno, śnieżno i zimno...
 
Sekretariat.
 
Tomek przyjmował życzenia urodzinowe i żelki, ja wydawałam karty startowe i naklejki, a uczestnicy powoli rozchodzili się po lesie z mapami w garści. Mapy to mimo braku czasu Tomek zrobił bajeranckie, bo w formie piłki (takiej do kopania, nie do cięcia), jako że akurat Mundial dobiegał końca i wszyscy czekali na mecz finałowy.
 
Mundialowe mapy.

Czekanie na uczestników powoli stawało się nudne. Nikt nowy już nie przybywał, wokół ciemno i co gorsza mróz zaczynał podszczypywać. Gdybym mogła biegać, to jakoś bym się w ruchu rozgrzała, ale ja ledwo łaziłam, bo noga wciąż napierniczała. Myśleliśmy, że chociaż Marcin, który ruszył pierwszy, wróci sporo przed końcem limitu, ale wykorzystał go do samego końca. Wreszcie jednak ludzie zaczęli wyłazić z krzaków, a kiedy cieszyłam się, że już wkrótce koniec - zjawił się Tomek G. Wyglądało na to, że noc spędzimy w lesie czekając na jego powrót, ale litościwie stwierdził, że nie potrzebuje na mecie komitetu powitalnego i spokojnie możemy się zbierać. Jeszcze tylko za jakiś czas telefonicznie potwierdziliśmy, że wrócił cały i zdrowy i UrodzInO można było uznać za zakończone.

czwartek, 31 marca 2022

ZAW-OR

W niedzielę odbył się ZAW-OR, a na nim podsumowanie chodzonego InO za ubiegły rok, więc Tomek musiał wystąpić służbowo jak wręczodawca dyplomów i nagród. Tak się przejął swoją rolą, że świtkiem wygnał mnie z łóżka, bo już natentychmiast trzeba jechać żeby się nie spóźnić. W efekcie byliśmy na miejscu niemal godzinę przed czasem. Bazą imprezy były bunkry na Dąbrowieckiej Górze. Byliśmy tam już kiedyś, ale miejsce tak atrakcyjne, że warto było je znowu zobaczyć. Ponieważ czasu mieliśmy od groma, więc obejrzeliśmy dokładnie z zewnątrz i wewnątrz. 

Niedziela nie była już tak ciepła jak sobota i chodziłam zakutana we wszystko co wzięłam.


Tomek musiał wszędzie wleźć.

Kiedy już dotarła większość uczestników, odbyla się część oficjalna, Tomek wręczył, co miał wręczyć i dopiero wtedy mogliśmy ruszyć na BnO.

Mistrzowie i wicemistrzowie w pełnej krasie.
 
Tak prawdę mówiąc, to w ogóle nie chciało mi się biegać - byłam totalnie niewyspana po zmianie czasu, zmarznięta i znudzona długim czekaniem. Ale z drugiej strony - co miałam zrobić? Siedzieć, marznąć i czekać na Tomka? To już jednak lepiej pobiec.

Szukanie trójkąta startowego na mapie.
 
Ruszyłam. Do jedynki biegło się grzbietem wydmy, więc łatwo było utrzymać kierunek, nawet bez patrzenia na kompas. Niestety, już drugi punkt okazał się zdradliwy. Zniosło mnie w prawo (jak zwykle), ale naprawdę odrobinkę i musiałam minąć lampion w niewielkiej odległości, nie zauważając go. Niby na mapie były jakieś granice kultur, różne odcienie zielonego, ale w lesie zupełnie tego nie widziałam - las jak las. Kiedy w oddali zobaczyłam kolejną ścieżkę, zawróciłam. Kierując się na odwrócony azymut wyszłam idealnie na punkt.
Przy kolejnych punktach częściej spoglądałam na mapę i kompas i do szóstki szło idealnie, aczkolwiek niespiesznie, bo nogi w ogóle nie chciały ze mną współpracować, a i cały człowiek był jakiś omdlewający i bezsilny. Przed siódemką znowu zniosło mnie na prawo, ale na szczęście charakterystyczny układ górek szybko naprowadził mnie na właściwy ślad.
Gdzieś w międzyczasie dogoniła mnie Marzena, a ponieważ biegłyśmy na tej samej mapie, wyglądało, że dalszą część trasy pokonamy razem. No, chyba że zostanę w tyle, co akurat tego dnia było bardzo prawdopodobne. Aż do dziesiątki nadążałam za nią, chociaż nie było łatwo, mimo że ona szła, a ja chwilami biegłam. Na jedenastkę zamiast iść drogą, jak wszelka logika nakazywała, mi się zebrało na azymuty i w efekcie nie dość, że się zmęczyłam na górkach, to przeszłam obok lampionu nie zauważając go i poszłam dalej. Co prawda daleko się nie wracałam, ale pod górkę. Jedenastka na szczęście była ostatnim punktem, a meta blisko. Już na ostatniej prostej, tuż przed wybiegnięciem na drogę, las chwycił mnie za gardło i myślałam, że normalnie zadusi. Jakaś gałąź owinęła mi się na szyi i nie chciała puścić. Na szczęście udało się uwolnić. Czas oczywiście miałam haniebny, aczkolwiek nie byłam ostatnia, ale to jakiś cud. 
Nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale jak w organizacji jakiegoś BnO bierze udział Andrzej K., to ja zawsze mam jakieś problemy - albo nawigacyjne, albo z poruszaniem nogami. Jakieś złe fluidy, czy co?

Niby ślad nie wygląda tragicznie, ale to dlatego, ze nie pokazuje mojego tempa:-)
 

poniedziałek, 25 lutego 2019

Gó…ne OrtInO (czyli jak OrtInO zeszło na psy)

Czemu taki tytuł? Zaczęło się od Zuzanny. Spotkałem ją jak szukaliśmy startu. Owszem znaleźliśmy, ale był on po drugiej stronie płotu. Gdzieś pośród huśtawek i innych atrakcji dla najmłodszych. Poszliśmy wzdłuż płotu do furtki i niestety, buty Zuzanny (nówki nie śmigane) zaliczyły pierwszą psią kupę. Zuzanna z przerażeniem zaczęła czochrać buta o pobliską trawę i dopytywać się czy na trasie jest może jakaś woda do sforsowania w bród. W mieście ciężko o takie atrakcje, bo wszędzie są mosty i kładki, ale zostały jej wskazane przez usłużnych okoliczne oczka wodne (takie w promieniu 5-10 km).
Było dość chłodno (wiatr), więc nie czekając na zegar, pobrałem mapę i udałem się w świat. Pierwszy PK wiedziałem gdzie jest – prawdę mówiąc idąc na start stwierdziłem, że w tak charakterystycznym miejscu (samotne drzewo na górce) musi być lampion i sprawdziłem – rzeczywiście był. Na tym wiedza gdzie co jest się skończyła. No dobra, 4 wycinki w kształcie fajek były w planie mapy, więc wiedziałem, że trzeba iść gdzieś ”w górę i w prawo”. Pozostałe fajki miały mieć części wspólne, ale w nocy wszystkie orta są takie same. Dla ścisłości - są taką samą ciemną plamą. Tak po zawartości (dużo zielonego) coś mi mówiło, że obok startu powinien być wycinek z PK H (jak nic Forty Korotyńskiego). Tyle, że jakoś nic mi nie pasowało. Pochodziłem i nie znalazłszy dopasowania powlokłem się na „ustnik” pierwszej fajki. Ustniki były pozamieniane, ale to była najprostsza część łamigłówki. Potem druga fajka (z dwoma PK) i ustnik z charakterystycznym obiektem, który pozwalał dopasować coś więcej. Zdobywszy sposobem alpejskim PK na Górce Szczęśliwickiej poszedłem dopasowanym cybuchem na PK A. Okazało się, że tuż obok jest punkt W. No cóż, myślałem, że wyląduję gdzie indziej, a tak zostało mi się wracać na PK L. Po drodze spotkałem ekspresowy tramwaj pod wodzą Pawła i Andrzeja. Co to za radocha szukać punktów w 6 osób? Po małej wymianie informacji uświadomiłem ich gdzie jest wycinek ACT, oni zaś podpowiedzieli gdzie szukać PK X. Nie zostało mi nic innego jak pognać za nimi z powrotem, w okolice gdzie byłem, czyli do PK L. Tu na drodze stanęły mi płoty. Błąkając się bezradnie po terenach zamkniętych dotarłem wreszcie do lampionu schowanego w żywopłocie i kolejnego PK E, którego kilkanaście minut wcześniej podbijałem jako PK C. Ech te punkty podwójne – ile to człowiek się nachodzi!
Dobra, odwaliłem "górę" mapy. Reszta wycinków musi być gdzieś na dole w okolicach startu. Znalazłem PK M, P, po chwili szukania PK S. Do PK R poszedłem na "skróty" - naokoło, niepotrzebnie okrążając szkołę z przylegającym blokiem. Zasadniczo byłem już po czasie, więc postanowiłem iść "na Leszka". Nawet zastanawiałem się, czy nie potwierdzić nadmiarowego, 20-go lampionu!
Został ostatni wycinek – ten, z którym walczyłem na początku. Z opisu wynikało, że to ten drugi zlustrowany. I zaczęło się wszystko zgadzać! Na koniec potwierdziłem jeszcze klubowy lampion nr 44. Zostało jeszcze zadanie. Jako że odwiedziłem PK A i PK B osobiście , naniosłem je na mapę i gdzieś tam mierząc skalę udało mi się chyba po raz pierwszy idealnie określić odległość na OrtInO!
Tak ogólnie jako jedyny przeszedłem trasę i rozwiązałem zadanie bezbłędnie. To drobne spóźnienie i 20 ciężkich minut to pryszcz;-)
Tylko jedna rzecz na OrtInO mnie zniesmaczyła. To tytułowe gówno. Konkretnie - psie gówno. Oczywiście także takowe zaliczyłem. I nie zauważyłem. A że buty mają „agresywną podeszwę”… no cóż - następnego dnia zastanawiałem się co tak mi nieładnie pachnie. Niby dbam o higienę, myłem się, a nawet napachniłem się jakimś dezodorantem….
Nie miałem nożyczek ani drugiej mapy, więc w pewnej chwili odrywałem wycinki by sprawdzić ich dopasowanie

środa, 16 września 2015

No, przecież nie tak miało być...

Dzień złudzeń i niespełnionych nadziei - tak można nazwać wczorajszy dzień.
Najpierw miała być nagroda za wygranie Nawigacyjnego Rajdu Rowerowego. Co prawda rower to w tym sezonie widziałam raz i w innych okolicznościach, ale skoro znalazłam się na liście zwycięzców, to po nagrodę pojechałam. Okazało się, że nagród jest dziesięć, zwycięzców osiemnaścioro, więc będzie losowanie. A skoro losowanie, no to wiadomo ... jestem bez szans. T. także się nie załapał, D. M. podzielił nasz los i tylko S. O. miał więcej szczęścia.
Trudno, może to i nawet sprawiedliwie, skoro trasę podstępnie przebyłam pieszo.
Po pięciominutowej ceremonii rozdania nagród pojechaliśmy na InO szkoleniowe dla młodzieży, co to razem jedziemy na Budzyń. Byłam pewna, że jedziemy tylko towarzysko, dogadać się w sprawie wyjazdu, ewentualnie udzielić młodzieży dobrych rad i wsparcia. Ubrałam się półcywilnie, z torebusią  pod pachą. Po chwili stałam zdziwiona w środku lasu, z mapą w garści, czołówką na głowie , którą zapobiegawczy T. wyciągnął ze swojego plecaczka niczym magik królika z kapelusza i przeświadczeniem, że coś tu jest nie tak. Nie miałam kompasu, linijki, ołówek dał mi T.
Zdrada! Normalnie zdrada! Nic mi nie powiedział, że jedziemy na pełnowymiarowe InO!
Wiem - jego ciągnie do lasu, bo to ostatnie podrygi przed cięciem nogi, no ale żeby mnie w to wciągać?!
Od razu go pokarało, bo już na pierwszym PK się zgubiliśmy, ale jak się potem okazało, nie tylko my. Znaczy się - punkt musiał być felerny. Lop-ka też była do bani, bo trzeba się było przedzierać przez krzaczory i niektórzy poszli na łatwiznę i wybrali lop-kę stowarzyszoną, bo prowadziła kulturalnie porządną, szeroką drogą. Potem było już łatwiej, zwłaszcza, że po drodze zgarnęliśmy D. M., a po chwili A. K., a wiadomo - co cztery głowy to nie mniej.
Gdzieś tam w lesie spotkaliśmy tę trenującą młodzież. Na zagubionych nie wyglądali, więc nie narzucaliśmy się z pomocą i szkoleniem. Podobno nawet wszyscy wrócili na metę.

Grzybów jeszcze nie ma (pewnie za sucho), ale za to znaleźliśmy butelkę żubrówki. Pełną. Z banderolą. Szkoda żeby się tak marnowała, to ją wzięliśmy ze sobą. A na mecie okazało się, że sami abstynenci i nie ma kto wypić. W końcu udało się wcisnąć butelczynę A. N. i teraz czekamy, na które InO przyjdzie nawalona:-)