Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jurajska Jatka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jurajska Jatka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 października 2019

Jatka nie-jatka

Ubiegłoroczna Jatka była jatką nie tylko z nazwy, ale faktycznie mocno dała nam w kość, łącznie z odpuszczeniem kilku punktów, na które brakło czasu i sił. Tym razem przygotowałam się więc psychicznie na wszystko co najgorsze, bo wtedy rzeczywistość może okazać się jedynie lepsza niż się spodziewamy. Pierwszą oznaką tej lepszości była podana przez organizatora długość trasy po wariancie - 51 z hakiem. Bardzo ludzka odległość. I jeszcze się zarzekał, że na pewno nie będzie dłużej. No dobra.
Pogoda na pewno zapowiadała się gorsza niż rok wcześniej, bo nieprzyjemnie siąpiło i kropiło i było wrednie zimno. Oczywiście w ogóle nie wiedziałam jak się ubrać i co chwilę albo wpychałam coś do plecaka, albo wyjmowałam, wciągałam na siebie, zdejmowałam, aż w końcu udało mi się wypracować jakiś kompromis.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - normalną pięćdziesiątkową A4 i dwa razy większą płachtę do BnO w skali 1:12500. Trochę nieporęczna, ale przynajmniej wszystko było dobrze widać. No, może poza kółeczkami, którymi oznaczono punkty, bo nie dość, że totalnie zlewały się z tłem, to jeszcze były maleńkie i w ogóle nie trzymały standardów. Od razu wiedzieliśmy, że trzeba być czujnym, żeby któregoś PK nie przegapić. Do pilnowania tych PK mieliśmy tym razem trzy pary oczu, bo razem z nami szła Barbara.

Rozdanie map w sali gimnastycznej, bo na zewnątrz zimno i deszcz.

Zaczęliśmy od punktu na krawędzi (PK 10), a potem Tomek chcąc się utrzymać w konwencji przeczołgał nas dokładnie przez kolczastą zwartą ścianę roślinności, nie zwracając uwagi na nasze nieśmiałe propozycje, że może by jednak obejść, jak wszyscy inni to robili. W tych krzaczorach ustaliłyśmy z Basią, że decyzje o łażeniu po nieprzebieżnościach to jednak my będziemy podejmować i więcej nie damy się wmanewrować w żadne takie.
Po ósemce na szczycie (taki tam szczyt, nawet się za bardzo nie zasapałam) postanowiliśmy wziąć jedenastkę, żeby na powrocie nie trzeba było po nią zbaczać. Tak na pierwszy rzut oka to po ósemce pasowało 68 i przejście na drugą mapę, ale to tylko pozory. Ponieważ mapy różniły się znacząco skalami, musieliśmy czujnie pokombinować, gdzie najlepiej wstrzelić się po jedenastce. Pomogły nam w tym cycki utworzone z poziomnic, które wyhaczyliśmy na obydwu mapach. A przy cyckach mieliśmy PK 73.

Jurajskie cycki - bez sutków, bo cenzura:-)

Zrobiliśmy szybką burzę mózgów jak najsensowniej zaliczyć BnO, żeby za bardzo nie nadkładać drogi, zebrać wszystko i rezerwat brać od północy (bo tak). Jeden punkt mogliśmy odpuścić, bo był nadmiarowy i zaczęliśmy od eliminacji. Padło na 61 bo najdalej i najwyżej. Resztę wzięliśmy w kolejności: 73, 72, 69, 70, 71, 68, długi przelot na 65 i zachodnią część mapy biegowej mieliśmy z głowy. Na mapie biegowej leciało się luksusowo - punkty były stosunkowo gęsto, a odległości takie, jakie jestem w stanie przyswoić i oszacować. Bo na pięćdziesiątce to mam z tym problem - wciąż wydaje mi się, że to już. PK 69 szukaliśmy najdłużej. W opisie mieliśmy - "zagłębienie terenu", szukaliśmy więc dołka, dołu, niecki, niedużej dziury. W trzy osoby dokładnie czesaliśmy teren i dołków, owszem, było nawet sporo, ale lampionu ani jednego. Właściwą dziurę bylibyśmy pominęli, bo lampion z góry był niewidoczny, ale albo Tomka albo Basię tknęło wychylić się za krawędź i zajrzeć głębiej. Baardzo głębiej. Bo obniżenie terenu okazało się być w zasadzie małą studnią krasową - głęboką, ze skalnymi ścianami, a zejście do lampionu groziło skręceniem karku. Wyjście z niej było, nie wiem czy nie trudniejsze.

Pionowa, skalista ściana "obniżenia terenu". Niebieskie  (lewo-dół) to czyjaś głowa.

Oczywiście nie wychodziliśmy po tych skałach, tylko po ziemnym fragmencie dziury.
Dla odmiany PK 68, który w opisie miał "studnia krasowa" w ogóle nie wyglądał na żadną studnię, do momentu kiedy nie zadarło się głowy do góry. Bo dla urozmaicenia ta studnia nie szła w głąb, tylko w górę.
I tak się można naciąć na opisy punktów.

PK 68

Za rezerwatem mieliśmy jeszcze tylko 5 punktów z mapy biegowej - 62, 64, 66, 67 i 63. Punkty jak punkty - łatwo weszły, choć nie zawsze łatwo znaczyło - bez zmęczenia. Ot, nawigacyjnie łatwo. Po drodze spotykaliśmy stowarzyszone płaskie lampiony, ale żadnej ekipy, która by ich szukała. Może one tak wiszą całorocznie i są na każdą okazję?

Widok miły oku.

Po  wyjściu z dużej (rozmiarem) mapy zaliczyliśmy PK 7 i stanęliśmy przed dylematem - iść na dziewiątkę czy na dwunastkę? Mi przypadło w udziale podjęcie tej trudnej decyzji, ale ponieważ dwunastka była punktem żywieniowym, więc nie miałam praktycznie żadnego dylematu - idziemy na dwunastkę! Na dwunastce mieliśmy niewielką szansę spotkać Anię z Moniką z naszej ekipy, ale rozminęliśmy się gdzieś po drodze.

Ciastka, owoce, woda i piwo tylko dla rowerzystów. Jedyny moment, kiedy żałowałam , że nie mam roweru:-)

Bunkier na dziewiątce trochę mnie rozczarował, bo myślałam, że będzie można do niego wejść, a zobaczyłam tylko kawałeczek betonu wystający z ziemi.
 PK 15 i 16 były malowniczo usytuowane przy skałkach, ale dużo większe wrażenie robił PK 17 niepozornie nazwany przez autora mapy - "barierka". Ale to nie była taka zwykła barierka, tylko barierka odgradzająca Jaskinię Wielkanocną. Co prawda gdyby nie podpis na mapie to do dzisiaj myślałabym, że to taka duuuża i bardzo, bardzo głęboka dziura w ziemi, a nie jaskinia. Szkoda, że nie mam fotki, bo naprawdę robiła wrażenie. W drodze na dziewiętnastkę trochę machnęliśmy się na skrzyżowaniu i poszliśmy dłuższą drogą nadkładając jakieś pół kilometra, ale co to jest naprzeciwko nieskończoności.
Robiło się coraz zimniej i coraz bardziej zaczynało padać. Zaczęliśmy naciągać na siebie kolejne warstwy odzieży - kto oczywiście miał w plecaku. Na szczęście do bazy było już stosunkowo blisko i co ciekawe - wciąż jeszcze było jasno. Mieliśmy więc bardzo dobry czas, oczywiście jak na nasze możliwości. Rok temu, o takiej porze byliśmy jeszcze niewyobrażalnie daleko od Włodowic.
Między dziewiętnastką, a dwudziestką dopadł nas umowny 44-ty kilometr. Umowny - bo każdemu gps pokazywał inną odległość, więc wyciągnęliśmy średnią:-)

Fotka trochę nie wyszła, ale wiadomo przynajmniej gdzie byliśmy:-)

W okolicach PK 18 wyciągnęliśmy już latarki, bardziej żeby widzieć mapę niż teren, bo poruszaliśmy się praktycznie drogami. Czternastka była już tylko formalnością i kilka minut po dziewiętnastej zameldowaliśmy się na mecie.

Na mecie.

Tradycyjnie każdy dostawał medal i butelkę piwa marki "Zasłużone" o cudownych właściwościach: chłodzi, nawadnia, usuwa pęcherze.
W pierwszej kolejności, tuz po zdjęciu butów,  pognaliśmy na obiad, bo ile można żyć o samych batonikach? Jak ja nie cierpię kurczaka z ryżem! I jak bardzo mi smakował na mecie:-) Ostatnio ciągle co impreza to kurczak i ryż, a ja zawsze od połowy trasy marzę o schabowym z ziemniakami. Chyba zacznę wozić swoje żarcie.
Ta Jatka wyjątkowo była mało jatkowata.  Gdyby nie przecudne widoki po drodze, to powiedziałabym, że wręcz nudna - nie zgubiliśmy się, nie wdzieraliśmy się na niebotyczne szczyty, nie przeprawialiśmy się przez rzeki, zebraliśmy wszystkie punkty i spokojnie wyrobiliśmy się przed limitem czasu i to sporo. Nie wiem czy krzaki z pierwszego punktu i  "zagłębienie terenu" ratują sytuację, no, nie wiem... Chyba organizator za bardzo przejął się uwagami po ubiegłorocznej imprezie i przygotował taką mocno zachowawczą trasę. A ja to w gruncie rzeczy lubię być trochę przeczołgana na pięćdziesiątce. Bo wiecie, w razie jakichś wnuków w przyszłości, to będzie o czym opowiadać:-)
Ale jedną rzecz udało się Łukaszowi zrobić wbrew prawom fizyki. Skoro start i meta były w tym samym miejscu to ilość podejść i zejść chyba powinny być takie same, a jemu udało się tak zbudować trasę, że więcej było w dół i po płaskim niż pod górę. A pamiętam imprezy gdzie start i meta w tym samym miejscu, a kurde - cały czas pod górę.
I za to obalenie praw fizyki w słusznym kierunku - wielki szacun!

piątek, 19 października 2018

środa, 10 października 2018

Jatka i rzeź niewiniątek

Co do udziału w Jurajskiej Jatce, to nie miałam żadnych wątpliwości, że MUSZĘ tam być. Po Wawel Cup-ie jestem zauroczona Jurą i w ogóle dziwię się, że jakoś wcześniej nie było mi po drodze z tą okolicą. Tradycyjnie wyruszyliśmy w piątek, razem z Krzysztofem i Sylwią. Po drodze (jak niemal zawsze)  zaliczyliśmy pizzę i zakupy w Biedronce. No, kurtkę sobie kupiłam - jakaś pamiątka z wyjazdu musi być:-)

Nauczeni doświadczeniem wzięliśmy średnią pizzę. Sylwia i Krzysztof - największą:-)

Na miejscu zastaliśmy już resztę stowarzyszonej ekipy, czyli Zuzię, Basię i Anię z Moniką, a także Przemka (który wybierał się wygrać setkę) oraz inne znajome, ale niestowarzyszone gęby.
Start zaplanowany był dopiero na dziewiątą, co z jednej strony było fajne, bo można się wyspać, ale z drugiej niefajne, bo oznaczało szukanie części punktów po ciemku. Odprawa odbyła się na boisku, dostaliśmy mapy pod buta, wysłuchaliśmy komunikatów szefa imprezy, odliczyliśmy od dziesięciu do zera i poooszli.

Tuż przed startem.

Za bramką część zawodników ruszyła w prawo, część w lewo.  My wybraliśmy wariant prawy, a jak się potem okazało, reszta Stowarzyszy lewy. Po chwili dołączył do nas Hubert, który choć kontuzjowany, to jednak chciał się trochę przelecieć i razem biegliśmy na nasz pierwszy punkt z numerkiem 29.

Przy punkcie ruch jak na Marszałkowskiej

PK 33 na rozwidleniu strumienia chwilę nas powstrzymał, bo Tomek bardzo nie chciał wpaść do wody i chociaż Hubert i ja przeskoczyliśmy, on wolał poszukać węższego miejsca. Po podbiciu punktu poszliśmy wzdłuż strumienia, jeszcze po drodze obchodząc jego odnogę, zupełnie zresztą niepotrzebnie. Najwygodniej to się nie szło, ścieżki praktycznie nie było, jedynie to, co "nasi" wydeptali, a im dalej, tym przez większy gąszcz musieliśmy się przedzierać. I gdzieś w tym gąszczu Tomkowi zapodział się zegarek z krokomierzem. Kiedy się zorientował (już po wyjściu na drogę), nawet nie próbowaliśmy wracać szukać, bo zegarek mały, czarny - w wielkim lesie nie do odnalezienia. Szkoda, no szkoda:-(
W międzyczasie zaginął nam też Hubert, to znaczy poleciał przodem i tyle go widzieliśmy. Za to zaczęliśmy spotykać dzikie tłumy rowerzystów, którzy tak jak i my jechali (lub już wracali) zgarnąć PK 35.

 Pozdrawiam z PK  35

PK 37 wydawał się prosty, a jednak... Kiedy (na azymut) doszliśmy we właściwe naszym zdaniem miejsce, wcale, ale to wcale nie znaleźliśmy stawu, na którego brzegu miał być punkt. Była droga pasująca nam do koncepcji, ale nic poza tym. Rozeszliśmy się więc po okolicznych krzakach bliższych i dalszych i po dziesięciu minutach czesania znaleźliśmy bajoro w zupełnie innym miejscu niż się spodziewaliśmy. Nie tylko my mieliśmy problem ze znalezieniem lampionu, bo i inni uczestnicy snuli się po lesie z obłędem w oczach.  Droga, którą mieliśmy na mapie w rzeczywistości kończyła się w innym miejscu, a my bezkrytycznie uwierzyliśmy kartografowi. W końcu jednak znaleźliśmy, co było do znalezienia i mogliśmy polecieć dalej.
Do 42 też poszliśmy na azymut, bo najpierw nie było dróg (na mapie), a potem wydawało nam się, że skoro punkt ma być na szczycie, to wystarczy po prostu iść pod górę, a jak się okaże, że wyżej się nie da, to właśnie będzie szczyt. Musimy niestety zrewidować nasze pojęcie szczytu, bo tam gdzie się wyżej już nie dało, wcale nie było żadnego lampionu. Za to byli inni zawodnicy, którzy najwyraźniej poszli naszym tokiem myślenia i też szczytu szukali na szczycie:-) Połaziliśmy chwilę (taką prawie dwudziestominutową) w te i we wte, w końcu postanowiliśmy wyjść z lasu na otwartą przestrzeń i rozejrzeć się po niezarośniętej okolicy. I co się okazało? Linie energetyczne stały w złym kierunku!
I tu już organizator trochę przesadził. Żeby dla utrudnienia przenosić cały prąd??? Ale jednak nie, nie przenosił. To my wyleźliśmy nie na ten wierzchołek co trzeba. Uff, wszystko się wyjaśniło.


Teraz to już właściwy szczyt.

PK 41 w odnodze wąwozu znaleźliśmy bez problemu, bo po tegorocznej Hale żaden wąwóz nie jest nam straszny. Nawet wręcz - jaramy się jarami, bo są fajne i na ogół dość widowiskowe.



Nie widać, że to wąwóz, ale przysięgam, że tak.

Wraz z kolejnym punktem wreszcie miały rozpocząć się skałki, czyli to, na co najbardziej czekałam. Wyszliśmy też w końcu z lasów i mogliśmy zrobić przegląd upraw. O ile na Kaczawskiej Wyrypie królowała rzodkiew oleista, to na Jurajskiej Jatce szliśmy przez ogromne pole czerwonych, z lekka podeschniętych roślinek, które za pomocą wujka googla zidentyfikowałam jako rdest. Naszą skałkę widzieliśmy już z daleka, a tuż przed nią rozciągało się pole ziemniaków, na którym pracowali ludzie. Od razu wypytali nas, co to za impreza, bo co chwilę ktoś im po tych ziemniakach maszerował:-)  Nie, nawet nie mieli za złe.
Skałkę oczywiście zaszliśmy od niewłaściwej strony i musieliśmy ją obejść, co bardzo mi się to nie podobało, bo zmarnowało mi się wdrapywanie na nią, a byłam już z lekka zmęczona. Ale cóż - siła wyższa.

Tomek - zdobywca skały.

Do 44 postanowiliśmy już iść przykładnie drogami, a nawet biec jeśli by nie było pod górę. Trochę tylko na początku ścięliśmy przez pola zasugerowani idącą przed nami konkurencją. A potem przyłapaliśmy konkurencję wpatrującą się w mapę nie dostarczoną przez organizatora! A my co? Gorsi? Też sobie popatrzyliśmy! Cóż, mapa wisząca przy szlaku była jeszcze mniej szczegółowa niż ta dostarczona:-( I całe przestępstwo się nam zmarnowało:-(
Potem  natknęliśmy się na jakieś UFO, które okazało się wiatą i wreszcie dotarliśmy w okolice punktu.

Przydrożne UFO.

Chwilę szukaliśmy lampionu, bo Tomkowi wychodziło, że powinien być bliżej niż stał, a ja nie pilnowałam odległości więc nie mogłam skorygować. Czterdzieści cztery to nasz klubowy numer, więc fota z lampionem, jak zawsze w takiej sytuacji, była obowiązkowa.

PK 44

Wreszcie dotarliśmy do punktu żywieniowego. Wiecie za co najbardziej lubię takie punkty? Nie, wcale nie za wodę i wyżerkę (choć to też), ale głównie za to, że legalnie zatrzymujemy się na dłużej i mogę wreszcie chwilę odpocząć - nawet na siedząco jak mi się zachce i Tomek mnie nie pogania, tylko zajmuje się piciem i nalewaniem wody do pojemników:-) Zresztą na trasie odpoczywanie jest, zaraz za widoczkami, najfajniejszą rzeczą, jaka może się przydarzyć. Też tak macie?

Przy lampionie znalazłam ciasteczka - nie mogły się zmarnować!

PK 36 u podnóża skały znaleźliśmy bezproblemowo, za to idąc do niego natknęliśmy się na interesujący obiekt - ciągnący się niemal kilometrami mur, za którym było... No właśnie! Czy ktoś wie co tam było??? Bo to mi spokoju nie daje do dzisiaj.
Kolejny punkt to Skały Morskie. Skały Morskie to nasz pierwszy kontakt z orientacją skałkową zaliczony podczas treningu przed Wawel Cup, więc miejsce dla którego mamy duży sentyment. Wydawało nam się, że skoro już tam byliśmy, to na punkt trafimy bezproblemowo. Szliśmy więc beztrosko nie pilnując za bardzo ścieżek i odległości.  W efekcie najpierw nadłożyliśmy drogi, bo zniosło nas do asfaltu, gdzie wcale nie planowaliśmy iść, a potem zaczęliśmy szukać o jedną górkę za wcześnie. W sumie straciliśmy niemal dwadzieścia minut - ot, taka kara za zbytnią pewność siebie.

Spotkanie na szczycie.

Po nauczce jaką dostaliśmy za niepilnowanie dróg, teraz już nawigowaliśmy z większą dokładnością i do dwudziestki siódemki dotarliśmy bez problemów. To znaczy w jej okolice. Kiedy z daleka zobaczyłam lampion na szczycie wysokiej skały, nie wierzyłam, że jest jakakolwiek możliwość wspięcia się do niego bez całego oprzyrządowania wspinaczkowego. O dziwo, udało się wyleźć na górę jedynie za pomocą czterech przynależnych człowiekowi kończyn.

Łatwo nie było, ale dałam radę.

Po chwili na szczycie dołączyły do nas Zuza i Barbara, które szły przeciwległym wariantem. Wymieniliśmy się wrażeniami z trasy, ostrzegli wzajemnie przed trudnościami na poszczególnych punktach i rozeszliśmy się w swoje strony. Na szczycie spotkaliśmy też całą masę rowerzystów, tylko ani jednego roweru nie zauważyliśmy. To jak oni się tam dostali? :-)

Zuza wyłania się zza skały.

Kolejny punkt w Skałach Podlesickich  o numerku 28 przeszedł bezproblemowo, za to potem znowu zaczęły się schody. Kolejny raz zapomnieliśmy o dokładnym mierzeniu odległości, a może raczej nie umiemy się przestawić z odległości po płaskim na odległości po górkach. Bo jednak i tempo inne jest wtedy i długość kroku też się zmienia na podejściach i zejściach. W każdym razie skały zaczęliśmy szukać dużo za wcześnie. Co gorsza natrafiliśmy na jakieś spore kamyki, wokół których teren nawet trochę zgadzał nam się z mapą i Tomek uparł się, że to na pewno tu. Jak dla mnie to wcale nie były żadne tam skały, tylko takie wypierdki, co to na porządnej mapie nawet się ich nie zaznacza, ale co ja się będę wykłócać. Co ciekawe - nie tylko my szukaliśmy punktu w tym miejscu, bo razem z nami jeszcze jedna ekipa. Łaziliśmy więc z kamola na kamol, w górę, w dół i w końcu miałam już dość, bo po tylu kilometrach to chętniej bym się położyła niż bawiła się w jakąś kozicę. W końcu Tomek odpuścił kamyczki i postanowił poszukać trochę dalej na północ. Faktycznie, była tam już dość solidna skała odpowiadająca moim standardom, tyle że jeszcze nie ta. Przeszukaliśmy ją skrupulatnie i kiedy już odchodziliśmy zniechęceni nie bardzo wiedząc co dalej, obejrzałam się za siebie i … w niezbyt dużej odległości zobaczyłam skałę idealną na punkt. Tomek co prawda od razu stwierdził, że nawet jeśli jest tam jakiś punkt, to najwyżej 25, no ale przecież 25 też był nam potrzebny. Żeby przekonać się (i Tomka), że mam rację musieliśmy wspiąć się na to wielkie skalisko, bo oczywiście lampion wisiał na samym szczycie. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby go tam nie było, no chyba dalej już bym nie poszła.

PK 26 zdobyty.

Do PK 25 było niezbyt daleko, a kiedy tylko wyszliśmy z lasu od razu zobaczyliśmy w oddali skałę z "oknem". Przynajmniej tym razem mieliśmy pewność, że trafimy gdzie trzeba:-) Zanim zaczęliśmy się wdrapywać na górę, odpytaliśmy wspinaczy kręcących się u podnóża skały, czy na szczycie na pewno wisi lampion i dopiero po ich zapewnieniach, że tak, ruszyliśmy w górę. Bardzo w górę. Dotarłam tam ledwo żywa i w pełni rozumiałam napotkanego zawodnika, który mamrotał sobie pod nosem, że już go przestaje bawić ta zabawa. Ale za to jakie mieliśmy widoki z góry... Chyba jednak warto było się pomęczyć.


PK 25 był niezwykle malowniczy i widokowy.

Do kolejnego PK 19 było dla odmiany dość daleko, ale za to wygodnymi drogami, chociaż ta w trójkącie asfalt-kolej-asfalt trochę nam się rozmyła w lesie i kawałek szliśmy przez krzaczory. Przy jaskini musieliśmy już wyjąć czołówki, bo zrobiło się ciemnawo i ponuro.
Ciemno, nie ciemno - do bazy daleko, masa punktów przed nami, więc trzeba było się sprężać. Na ogół nie biegam po ciemku po nierównym i w dół, ale tym razem mnie poniosło. Jakoś wydawało mi się, że drobne kamyczki na drodze nie będą przeszkodą, nie uwzględniłam jednak korzeni gdzieniegdzie wystających nad powierzchnię gruntu. W końcu jeden z nich złapał mnie za nogę i gwałtownie powalił. Aż ziemia się zatrzęsła, szyszki pospadały z drzew, a okoliczna zwierzyna uciekła w popłochu sądząc, że nastąpiło trzęsienie ziemi.
- Żyjesz? - zapytał a niepokojem i nadzieją Tomek. Ta nadzieja, że żyję była bardzo wyczuwalna w głosie, bo jednak trup w środku lasu, po zmroku, daleko od bazy jest pewnym kłopotem. Szybko zrobiłam więc inwentaryzację swojego jestestwa: nogi - są, ręce - są, głowa - jest, plecy -no, niby są, ale czy mój wstrząśnięty (nie zmieszany) kręgosłup podejmie jeszcze współpracę?
- Żyję - odpowiedziałam jednak uspakajająco i leżałam sobie dalej.
- Dasz radę wstać? - indagował dalej Tomek. Noo, niby mogłabym, ale w sumie to po co? Leżało mi się całkiem dobrze, nie trzeba było iść, a tym bardziej biec - pełen relaks. Poza tym, to o ile tego, że żyję byłam raczej pewna, to już tego czy dam radę wstać, niestety nie. Tomek w akcie desperacji zaczął mnie ciągnąć za ręce w górę i nie pozostało mi nic innego, jak podjąć współpracę. W przeciwnym wypadku chyba zostałabym bez rąk. Dalej ruszyliśmy już ostrożniej.


PK 24 na tyłach kapliczki

Dwudziestkę podbiliśmy o 19.25 i ambitnie zaczęliśmy iść w stronę szesnastki, rozmyślając po drodze, że osiemnastkę to raczej będziemy musieli sobie odpuścić. Po chwili byliśmy gotowi odpuścić także siedemnastkę, a po piętnastu minutach zrezygnowaliśmy i z szesnastki. Przez moment jeszcze łudziliśmy się, że może uda się wziąć trzydzieści dwa i trzydzieści cztery położone dość blisko bazy, ale kiedy Tomek obliczył, że do mety mamy jeszcze czternaście kilometrów, sporo pod górę, sił mało (to akurat dotyczyło bardziej mnie), a czasu raptem dwie godziny - odpuściliśmy wszystko i głównym celem stał się powrót w limicie. Gdyby nie panujące ciemności to pewnie tak szybko byśmy się nie poddali, bo 14 km w dwie godziny to przeczołgać się można, ale w razie problemów ze znalezieniem punktu moglibyśmy nie zdążyć. Na mecie zameldowaliśmy się czterdzieści minut przed limitem. Wróciliśmy bez pięciu punktów, co zdecydowanie nam się nie zdarza, ale okazało się, że nie jesteśmy wcale tacy beznadziejni, bo  z kompletem to poprzychodzili tylko najlepsi z najlepszych. Jednym słowem - organizator trochę przeszarżował - późny start, trasa z założenia dłuższa niż 50 km, bardzo dużo PK przy dość krótkim limicie. To się nie mogło udać.
Kurczę - ostatecznie zapłaciłam za 23 punkty, a nie za18 :-)) Pięciu w ogóle nie zobaczyłam na oczy i nawet wrażeń z tych punktów nie mogę wymienić z innymi uczestnikami :-(
W ogóle organizacyjnie było trochę słabiej niż dotychczas (co nie znaczy, że jakoś szczególnie źle) - coraz więcej uczestników, a ekipa organizatorska pewnie wciąż taka sama, więc i ogarnąć trudniej. Widać było, że Łukasz jest totalnie zalatany i nie wie w co ręce włożyć. Kwestia posiłku regeneracyjnego rozwiązana była fatalnie - człowiek wpadał do bazy zmęczony, wygłodzony, a tu dostawał zimną, małą porcję i musiał czekać z pół godziny w kolejce do mikrofali, z której na dokładkę śmierdziało pieczonym plastikiem. I na koniec jeszcze mały zgrzyt z wynikami kobiecymi (mam nadzieję, że już wyjaśniony).

No dobra, pomarudziłam, ale to wcale nie znaczy, że impreza mi się nie podobała. Przecież wiadomo, że było świetnie, cudowne widoki po drodze, niezapomniane wrażenia ze wspinaczki na niektóre skałki, możliwość sponiewierania się do woli (o, tę okazję to wykorzystałam na maksa), no i na pewno kolejnej edycji nie odpuszczę.

Jednym słowem - dzięki za fajną zabawę.

niedziela, 9 października 2016

Niezła Jatka

Wysłałam chłopa na Jatkę, ale wrócił. Jak to mówią - chłop i połamany parasol zawsze pod drzwi wrócą.

Jedna pięćdziesiątka, druga… jeszcze chwila, a uzbiera się pół litra!

Nie dam pomiatać sobą jakimś wrednym bąblom na podeszwach! Namówiony powtórnie przez Panią Prezes, tak „w ostatniej chwili” zdecydowałem się na Jurajska Jatkę. Nie dość, że mniej płasko (na Jurze górki bywają podobno), to daleko, a i półka wyższa, bo PP w Maratonach na Orientację!
Prognozy pogody były nie najlepsze. Wg meteo, której zwykle ufam, należało spodziewać się opadów przelotnych, zazębiających się, właściwie przez cały dzień, z nasileniem od godziny 11. Jakiś skandynawski serwis pogodowy, który lansuje Basia, pokazywał odwrotnie - opady do 11, a potem sucho. No cóż, zobaczymy  to na własne oczy na miejscu (a właściwie „poczujemy na własnej skórze”, bo start był jeszcze przed świtem).

Wyjechaliśmy w piątek, dość wcześnie, z komfortowym dowozem dzięki Robertowi, którego znaleźliśmy przypadkiem na liście startowej. Do bazy chyba dotarliśmy jako drudzy – zajęty był tylko numerek startowy nr 1, a w reszcie można było przebierać. Oczywiście wybrałem taki fajny z rokiem urodzenia;-) . Mieliśmy czas na piątkowy wieczorny spacer po Olsztynie, nawet próbowaliśmy jakoś zidentyfikować punkty do TRInO, ale szło raczej opornie. Pogoda nie wskazywała w żaden sposób na jakieś opady…
Sobota. Co niektórzy zerwali się przed czwartą i zaczęli robić hałas. Nie wiem po co, skoro odprawa dopiero o piątej! Budzik miałem nastawiony na 4:31, ale nie doczekałem, bo wszyscy zrywali się wcześniej, palili światło i wskakiwali w stroje wyczynowe. Ciszę przerywały bulgoty napełnianych bukłaków na wodę. Nie pozostało nic innego jak dołączyć się do powszechnych gorączkowych przygotowań.
Odprawa – standardowa. Ostrzegali przed jakimś PK na skałce, z której można spaść, przed strumieniem, do którego można wpaść lub go przeskoczyć i przed jakąś piaskarnią, by jej nie zadeptać.
Start na zamku – jakieś 20 minut dojścia. Ubieramy się i wychodzimy. Coś tam pokapuje z nieba, ale niezbyt mocno. Na nogach lekkie buty – postanowiłem wziąć na nich odwet za bąble na Orientiadzie! Niech się ubłocą i pomoczą!

Zamek w świetle czołówek – całkiem fajny widok!. Dostajemy mapy. W odróżnieniu od mapy poprzedniej edycji – wszystkie punkty tylko po południowej stronie Olsztyna. Dwie możliwości przejścia – bo układają się w pętelkę -  w lewo lub w prawo. Kusi wersja „w prawo”, ale pierwszy jest PK na skałce, przed która ostrzegali… więc w ostatniej chwili decydujemy się na wersję „w lewo”. Robert zaraz po starcie umyka z biegaczami, a my idziemy marszem. Postanawiamy nie biegać, no, chyba że gdzieś później. Jakoś długo nam zeszło schodzenie z zamku i idziemy raczej na końcu. Deszcz zaczyna padać. Wiadomo – pierwszy PK zawsze jest najgorszy – trzeba „oswoić mapę”. Beztrosko nie mierzymy odległości – idziemy sobie tylko asfaltem. Jakaś droga w bok – niby górka po prawej jest, więc idziemy szukać szczytu Pańskiej Góry oraz opisu „samotna jabłoń”, która wg informacji z odprawy podobno jest gruszą. Szczyt jest rozmyty, my weszliśmy za wcześnie. Za nami jacyś zmyleni uczestnicy, którzy jak widać chodzą nie na mapę, tylko „za tłumem”. Mokre trawy i oczywiście mamy już mokro w butach. Stanowczo zbyt wcześnie. Jest wreszcie ta jabłko-grusza i tłum latarek wokół. Imprezę zaliczają trzy podbite PK, czyli musimy podbić jeszcze dwa, aby wrócić z honorem…
Wracamy na asfalt i idziemy dalej szukając jakiegoś zauważalnego skrzyżowania. Coś jest, ale jakoś zbyt mało wyraźne więc przechodzimy. Tak ze 200m. Rzut oka na mapę – jednak to było to – postanawiamy zawrócić, a nie chodzić „na skróty” przez mokre trawy. Pozwala to lekko wyschnąć butom. Postanawiamy dokładniej mierzyć odległości… ale kończy się na postanowieniach. Zagadujemy się i na rozwidleniu wybieramy „lepszą drogę”. Jakościowo lepszą. Niestety mapy Compassu są jakie są - tą samą kreską raz zaznacza się „autostradę”, a raz ledwo widoczną ścieżkę. A my niestety uwierzyliśmy słowom organizatora z odprawy - że mapa jest bardzo dokładna i aktualna i wszystkie drogi są jak należy! Robi się jasno. Czas zgasić czołówki. Las bardzo fajny , sosnowy zupełnie jak u nas. Tyle, że powinien się skończyć i powinna być linia energetyczna. Kompas także mówi, że odbiliśmy za bardzo w prawo. Wypatrujemy jakiegoś odbicia w lewo. Jest! Z naprzeciwka jakiś zagubiony uczestnik, który za bardzo się rozpędził wraca z naprzeciwka.  Idziemy na wyczucie – droga zaczyna iść w złym kierunku, więc decydujemy się na azymut. Wychodzimy „idealnie” i po chwili widać uczestników wypadających z PK 5. Dalej wydaje się prosto – porządne przecinki, kawałek szlaku turystycznego… Tylko czemu na PK wybrano akurat te przecinki zarośnięte, zabagnione, zasadniczo jakieś dzikostrady i łosistrady??? Efekt -  coraz mokrzej w butach. Zresztą chyba to i innym dokucza bo przed PK 8 spotykamy sporą grupę mocno niezdecydowanych piechurów i podbiegaczy patrzących z wyraźną niechęcią i niezdecydowaniem na „przecinkę” prowadzącą na PK 8. My wtedy zdecydowanie wkraczamy w „grząski teren” torując drogę pozostałym.
Kolejny PK postanawiamy iść lekko  naokoło, ale asfaltem. Tu znowu jacyś biegacze, a w oddali słychać głosy, tych co przedzierali się przez bagna. Ogólnie widać, że na tych z pozoru „prostych PK”  jakaś część biegaczy wymięka i ma problemy lokalizacyjne.  Niestety, druga połowa trasy wydaje się dla nich lepsza – łatwe do lokalizacji przebiegi drogami bitymi, więc tam pewnie odpadniemy. Bo do tej pory całkowicie przeszła nam chęć biegania w tych warunkach pogodowych i postanawiamy do mety twardo wytrwać tylko przy marszu.
PK 15 „skraj bagna”. Rzeczywistość trochę przesunęła ten „skraj bagna”, ale na szczęście jest dojście do lampionu po zwalonej kłodzie. Niestety Basia „wpada”. Tzn. jedną nogą w wodę wpada.
Coraz lepsze drogi i wkrótce punkt żywieniowy. Niby miał być „w połowie trasy”, ale analiza czasu i mapy mówi, że to raczej 1/3, a nie połowa!
Przed nami PK 21. Z mapy wynika, że pomiędzy jeziorkami. Na mapie nie ma wrysowanego wprawdzie, ale wszystko sugeruje, że te jeziorka łączy jakiś znaczny ciek wodny o wdzięcznej nazwie „Sucka Woda”. Postanawiamy iść lekko bezpiecznie i od razu kierować się w stronę jakiegoś zaznaczonego na mapie przejścia. Sporo na azymut i raczej inaczej niż wszyscy. Trafiamy idealnie na jakąś kładkę i to całkiem niedaleko od PK. Gdzieś po drugiej stronie bagniska (bo te jeziorka i ciek wodny tworzą spory teren podmokły - raczej nie do bezproblemowego przejścia wpław) słyszymy raczej „zdenerwowane” głosy uczestników.
Teraz czas na feralną trzynastkę. PK, który jest „nie po drodze” w każdym wariancie przejścia. I przy okazji najdłuższy przebieg. Do tej pory wychodziła nam średni rzędu 30 min/PK – wyraźnie się pogorszy;-(
Do PK13 wybieramy ciut dłuższą drogę, ale lepszą jakościowo. Zamiast zyskać 200 m wolimy szeroką i dobrze wydeptaną drogę przed zarośniętą przecinkę. Przy PK 13 tłumy. Chyba trasa TP 25, bo jakieś nieznane twarze (TP 25 ruszyła później). W międzyczasie przestaje padać, czyli jednak chyba skandynawska prognoza pogody wygrała! Gdzieś tam zmieniamy skarpetki na suche – znowu wraca radość chodzenia i zwiększa się niechęć ładowania się w ciągle mokre trawy.
Wreszcie PK 20 - najdalszy punkt trasy! Trochę go szukamy, bo opis „przełęcz” sugeruje przełęcz, a nie skałki gdzie jest umieszczony. I kółko na mapie źle zaznaczone, więc chwilę idzie na czesanie terenu, bo oczywiście najpierw szukamy w miejscu oznaczonym na mapie. Na MnO można by spokojnie wbijać BPK-a i bić organizatora;-) Reszta wydaje się łatwa – wyraźne drogi i znakowane szlaki.  Okazuje się, że oznaczenia szlaków nie są idealne, ale wrodzona czujność orientalisty pozwoliła skręcić we właściwa drogę. Tu dokładność mapy trochę zawiodła i organizatorzy wyjątkowo „ukryli” lampion, ale jakiś biegacz z rozpędu go szybko wyczesał i wystawił nam jak trzeba.

Na dojściu do kolejnego PK 12 spotkaliśmy ekipę piechurów, która gdzieś nam uciekła przy PK 21 przechodząc w z marszu w bieg, a teraz bezskutecznie szukająca PK 16. Udało nawrócić nam się ich na właściwą drogę.
PK 12 – jeden z najfajniejszych punktów. Skałka na najwyższym szczycie w fajnym bukowym lesie. Piękne dojście i zejście na azymut.
Ciągle czując niechęć do wysokich traw, wybieramy warianty „wygodne” - pewnie trochę drogi dodajemy, ale spokojnie przez 10-tkę dochodzimy do 9-tki. Ciekawy opis – „krzak dzikiej róży” zamiast bardziej oczywistego „szczyt wzniesienia”, bo tych krzaków dzikiej róży w koło „na pęczki”. Teraz zejście do cywilizacji – na północ. I tu wychodzi cała „wredota” budowniczego trasy. Bo droga (oznaczona na mapie) kończy się bramą do zabudowań. A wkoło płoty. Ale takie „ukryte” – niby wydaje się, że po kawałku chaszczy powinno być dojście do drogi, a tu wyrasta płot. Wszędzie wydeptane „dróżki” przez miotających się uczestników. Na skraju pola upranego ślady w tę i wewtę. Przez chwilę zastanawiamy się nad forsowaniem płotów górą, ale stanowczo odmawiam – nogi zesztywniałe po tylu godzinach marszu i nie wiem czy dałbym radę unieść je tak wysoko bez jakiś skurczowych konsekwencji. Wreszcie po długiej walce, płosząc przy okazji stado saren i jednego kota, obchodzimy te płoty i docieramy do drogi. Ale co sobie myślimy o budowniczym….
Do bazy w linii prostej zostaje już z 5km Jeden dłuższy przebieg na PK 6 i ostatnie 3 PK obok siebie. Idziemy na szóstkę - „grusza obok szczytu”. Jest jakaś droga na górę ale ciut bliżej niż by wynikało z mapy. Porządna , przejezdna widzieliśmy na niej auto. Wchodzimy. Szczyt wyraźnie jest bardziej na zachód, majaczą tam nawet jakieś drzewa owocowe. Sprawdzamy jeszcze raz na mapie – kropka jest dokładnie na szczycie, a że szczyt od naszej drogi dzielą ze dwa rzędy zarośli, odbijamy wcześniej na zachód. Znajdujemy właściwą drogę przy której ma być PK, tę przechodzącą przez szczyt. Na szczycie są jabłonki i inne drzewa owocowe, ale ani śladu lampionu. Zastanawiamy się nad telefonem do organizatora bo lampionu w dobrym miejscu ewidentnie brak.  Ostatnim rzutem na taśmę znajdujemy lampion… Powinien być kolejny BPK! Pewnie budowniczy chciał „ułatwić” i postawił go przy tej przejezdnej drodze, tyle że nie ta droga była wrysowana na mapie!

Zostały ostatnie 3 punkty. Czuję podeszwy, ale chyba jeszcze bąbli nie ma, bo ból do wytrzymania. Jednak łapię się na tym, że całą uwagę skupiam na tym jak postawić stopę, a nie na wpatrywaniu się w mapę. Do jaskini trafiamy „na czuja”. Odległość wydaje się dobra, więc zbaczamy w krzaki i wychodzimy bezpośrednio na dziurę oszczędzając kilkaset metrów w stosunku do wędrówki znaczonym szlakiem. Skałki z PK 2 widać z daleka, ale ta skałka z lampionem niby tak blisko na mapie w rzeczywistości jakoś „daleko” się znajduje. Ostatni PK. Skałka – gigant. Widoczna jak na dłoni i żadnej sensownej widocznej drogi.

Idziemy na azymut, znowu przez te morze mokrej trawy. Dla podeszw - mordęga, bo teren mocno nierówny. Ale się udaje. Jeszcze zejście i jesteśmy na mecie – medale fanfary i obiad. Właściwe najbardziej cieszy jedzenie! Oficjalne zakończenie ma być o 19 postanawiam zaczekać, a nóż coś wylosujemy.
Robert zajął podobno 7 miejsce, a my – nawet nie wiem, ale na pewno nie medalowe. Grunt, że zdążyliśmy w limicie bez problemów i przed zmrokiem, na pewno kilka osób wyprzedzając. Niestety, mój wybrany numerek nie okazał się szczęśliwy w losowaniu nagród, ale reszta ekipy coś tam wylosowała;-).  Potem powrót do domu (kierowcy udało się nie zasnąć za kierownicą) i można odpocząć we własny łóżeczku;-) Tak do 29 października, bo wtedy kolejna pięćdziesiątka w okolicy, a do tego pół litra trzeba jeszcze kilka ich uzbierać;-)