Ta czarodziejska moc żurku niestety zemściła się na nas. Czasem nadmiar sił jest zgubny. Według wstępnego planu po ognisku mieliśmy wziąć jeszcze tylko punkty 8 i 11 i wracać na metę, Tymczasem rozochocona przypływem energii ochoczo zgodziłam się pójść jeszcze na dziesiątkę. Wydawało się, że PK 10 to będzie formalność, bo niemal pod sam punkt prowadziły przecinki i tylko na samej końcówce trzeba było wejść w las wzdłuż rowu. Tam, na jego końcu, na granicy kultur miał wisieć lampion. Doszliśmy gdzie trzeba, ale lampionu ani śladu - nawet stowarzysza. Przetrzepaliśmy wszystkie krzaki - nie ma. Tomek uparł się, że wpisze BPK, bo jak nie ma, to nie ma. Ja tam nie jestem fanką BPK, ale na wyniku mi niespecjalnie zależało, bardziej na zakończeniu wreszcie trasy. I oczywiście organizatorzy nie uznali nam tego PBK-a i jeszcze dowalili PM. Został jeszcze jeden, ostatni punkt - jedenastka. Najpierw przecinkami, potem wzdłuż cieku, na którym miał być punkt. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie woda. Ta pitolona rzeczka rozlewała się coraz szerzej i lawirując między mokradłami coraz trudniej było nawigować. Buty powoli nasiąkały, aż doszliśmy do momentu, że nie robiło różnicy którędy idziemy. Chlup, chlup, chlup. Chodzenie po rzece w listopadową noc może i ma swój urok, ale jedynie w opowieściach przy kominku i to po kilku latach od zdarzenia. W końcu wspólnym wysiłkiem z Adamem i Arkiem, których ponownie spotkaliśmy namierzyliśmy jakiś lampion, który i tak okazał się stowarzyszem. Ale w sumie było nam wszystko jedno. Najważniejsze, że wreszcie mogliśmy wracać do bazy.
piątek, 28 listopada 2025
Nocne Manewry SKPB, czyli jak nabrać awersji do rowów i cieków wodnych.
Ta czarodziejska moc żurku niestety zemściła się na nas. Czasem nadmiar sił jest zgubny. Według wstępnego planu po ognisku mieliśmy wziąć jeszcze tylko punkty 8 i 11 i wracać na metę, Tymczasem rozochocona przypływem energii ochoczo zgodziłam się pójść jeszcze na dziesiątkę. Wydawało się, że PK 10 to będzie formalność, bo niemal pod sam punkt prowadziły przecinki i tylko na samej końcówce trzeba było wejść w las wzdłuż rowu. Tam, na jego końcu, na granicy kultur miał wisieć lampion. Doszliśmy gdzie trzeba, ale lampionu ani śladu - nawet stowarzysza. Przetrzepaliśmy wszystkie krzaki - nie ma. Tomek uparł się, że wpisze BPK, bo jak nie ma, to nie ma. Ja tam nie jestem fanką BPK, ale na wyniku mi niespecjalnie zależało, bardziej na zakończeniu wreszcie trasy. I oczywiście organizatorzy nie uznali nam tego PBK-a i jeszcze dowalili PM. Został jeszcze jeden, ostatni punkt - jedenastka. Najpierw przecinkami, potem wzdłuż cieku, na którym miał być punkt. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie woda. Ta pitolona rzeczka rozlewała się coraz szerzej i lawirując między mokradłami coraz trudniej było nawigować. Buty powoli nasiąkały, aż doszliśmy do momentu, że nie robiło różnicy którędy idziemy. Chlup, chlup, chlup. Chodzenie po rzece w listopadową noc może i ma swój urok, ale jedynie w opowieściach przy kominku i to po kilku latach od zdarzenia. W końcu wspólnym wysiłkiem z Adamem i Arkiem, których ponownie spotkaliśmy namierzyliśmy jakiś lampion, który i tak okazał się stowarzyszem. Ale w sumie było nam wszystko jedno. Najważniejsze, że wreszcie mogliśmy wracać do bazy.
niedziela, 1 grudnia 2024
13. Nocne Manewry SKPB ze zdradą w tle
Żona mnie zdradziła. Mnie i Nocne Manewry SKPB. Zamiast, jak przystoi dobrze prowadzącej się niewieście, pójść nocą do lasu w towarzystwie swojego ślubnego, wybrała młodszego, wyższego i przystojniejszego i w dodatku takiego, co ponoć potrafi lepiej śpiewać (w tym ostatnim to bym polemizował, bo mi słuchanie tego śpiewania wychodzi już drugim bokiem).
No cóż, na żonieńskie kaprysy nie ma rady. Zostało mi z rozpaczy zapisać się na trasę Himalajską. W ostatniej chwili udało mi się namówić na towarzystwo kolegę Marcina z poniedziałkowych truchtań z Rembertów Team. Świeżaka – pierwszy raz na zawodach na orientację.
W sobotą ogłoszono bazę zawodów – ja stawiałem na lasy Otwocko-Celestynowskie, nawet godziny odjazdów pociągów się zgadzały na jednej ze stacji, ale okazało się że jedziemy za Wyszków do Leszczydołu-Nowin.
Przyjechaliśmy jako pierwsi na parking przy bazie (nawigacja google kłamie co do czasu dojazdu!), ale mieliśmy początkową (dwunastą) minutę startową – a trzeba było wytłumaczyć Marcinowi co to jest kompas, mapa, lampion i inne takie orient-zagadnienia.
![]() |
| Od wejścia do bazy organizatorzy starają się zmotywować uczestników |
![]() |
| Bo jak widać co niektórych spotkanie z nocą rzuca na kolana... |
![]() |
| Marcin i ja gotowi do wyjścia na autokar |
Dojechaliśmy na start – można powiedzieć, że w „ostatniej chwili” - na zegarkach była już godzina 17-ta czyli minuta zerowa.
Po kolei startowały zespoły i znikały w lesie. Leszek, który był bezpośrednio przed nami, zamiast jak inni wleźć w las, pobiegł asfaltem w przeciwną stronę… Hmm, dziwne.
![]() |
| Start w Trzciance |
Nadeszła nasza minuta startowa. Dostaliśmy wielkie mapy A3, a na mapach coś w rodzaju węża. Pierwsza część węża, ta do ogniska wydawała się całkiem ludzka – w większości przypadków pomiędzy PK były drogi, a elementy do dopasowania były malutkie i dość oczywiste. Ustawiłem mapę zgodnie z kompasem i… wyszło mi, że mamy iść asfaltem – tak jak Leszek przed nami! Krótki instruktarz dla Marcina w obsłudze naszej mapy, pokazanie jak dojść w okolice pierwszego wycinka i ruszyliśmy. Na mapie o dziwo wszystko się zgadzało - drogi, skrzyżowania, nawet trochę podbiegliśmy, bo temperatura jak to listopadową nocą miała tendencję spadkową. Wkrótce przed nami zamajaczyło w krzakach światełko. Leszek szukający pierwszego PK. Dopasowanie było raczej oczywiste, jeden jedyny lidar wpasowywał się w skrzyżowanie na środku ośmiokąta. Wtedy nawet nie doczytałem, że ośmiokątne lidary mogą być obrócone;-) Środek skrzyżowania, dołek na azymucie i w dobrej odległości, a kilka metrów dalej widać kolejne dołki. Leszek nie dowierzał i twardo szukał PK gdzieś po drugiej stronie ścieżki… My pobiegliśmy do drugiego PK z numerem 1.
Najpierw drogą, potem planowaliśmy na azymut, ale na przeszkodzie stanął płot. Płot niby do sforsowania, ale tak od razu zaczynać od takich ekstrawagancji? Postanowiliśmy obiec zagrodzenie od północy. Płot się nie kończył formalnie tylko fizycznie – był coraz bardziej zdewastowany. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę po wzniesieniu i parliśmy w kierunku lampionu. Las po pracach leśnych nie sprzyjał sprawnemu przemieszczaniu się. Drogi na mapie nijak nie zgadzały się z tymi w terenie. W pewnej chwili dojrzeliśmy światełko Leszka. Buszował po jakiejś górce, ale krzyknął, że nie ma tam żadnych lampionów. My szukaliśmy na innych wzniesieniach – pusto. W efekcie poszukiwań, nie spojrzałem dobrze na kompas, a Marcin jeszcze nie był w tym w sprawny – poszliśmy drogą na południe zamiast na wschód. Jeden plus tego, że zorientowaliśmy się na której drodze (jednej z dwóch) jesteśmy. Dalej już poszło łatwiej – trafiliśmy na teren z lampionami! (post factum wyszło, że wzięliśmy stowarzysza, ale to nie był prosty PK).
Temperatura powoli spadała, wiec potruchtaliśmy na azymut (drogą, której nie było na mapie) w kierunku następnego lampionu. Zniosło nas ewidentnie na zachód (tu pojawiły się pierwsze podejrzenia o stowarzyszu na PK 1), ale w miejsce charakterystyczne. Dalej na azymut i w prawie odpowiedniej odległości trafiamy na poprzeczna drogę i wyraźnie gęściejszy las. Tyle, że w terenie są dwie drogi a na mapie jedna. Brak lampionów. I zaczyna się tradycyjna zabawa w czesanie terenu. Nie ma co tu dużo pisać w takich przypadkach, zostają czarne drogi na mapie – naokoło, ale udaje się zidentyfikować właściwe miejsce. Gorzej jest z samym lampionem, bo granice kultur mają się nijak do tego co jest na mapie. Z jednej strony nie dostrzegamy nic, co mogłoby być tą granicą, dopiero z drugiej strony idziemy już na kroki, a nie na granice kultur i znajdujemy lampion wiszący na niczym i ciut bliżej drogi niż powinien być.
![]() |
| Lampion PK2 za znaczony zieloną kropką. Tak już bywa gdy budowniczy wybiera punkt, którego nie ma w terenie, a jest tylko na mapie.... |
Nie ma co rozpaczać, podbiegamy dalej. Zakładaliśmy, że trasę uda się przebiec sprawnie, ale jak na razie co punkt to długotrwałe czesanie terenu w poszukiwaniu lampionu….
Czas na dopasowanie ortofotomapy. Niby znajdujemy coś podobnego w terenie, ale… zapominamy o tym, że może być to zlustrowane. Dochodzimy prawie do lampionu zakładając brak lustra. Ale lampionu nie ma. Cofam się, próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili czesania odkrywamy gdzie co być powinno i znajdujemy lampion. To czesanie co chwila powoduje że dogonili/przegonili nas ci, co startowali zdecydowanie później niż my.
![]() |
| Przy PK B dogonił nas zespół AP, który startował w 30 minucie |
Wracamy i próbujemy drugi wariant – bardziej obiecujący, bo jest jakieś pofałdowanie, ale bez lampionu. Wracamy na azymut trochę bardzie w prawo i znajdujemy wreszcie lampion i pofałdowania. Jest nawet ślad po ścieżce. Uff, mamy PK, ale znowu straciliśmy czas. Na tym PK dobrze ponad 30 minut. Ogółem niecałe 9 km i prawie dwie i pół godziny!
![]() |
| Po lewej wzorcówka, po prawej mapa która dostaliśmy. Znajdź różnice pomiędzy obrazkami. W pewnym momencie zakładaliśmy że jesteśmy na skrzyżowaniu wskazywanym przez pionową strzałką... |
Podbiegamy na kolejny PK drogą, której nie ma na mapie. Wtedy jeszcze łudzimy się, że to jest ta droga, co nie ma przedłużenia na południe, ale okolice PK się nie zgadzają. Jedyny logiczny wniosek – droga którą ktoś wymazał z mapy. Trzeba by zgłosić gdzie trzeba, że w SKPB coś wymazuje drogi! (wymazanie wymazaniem, ale powinno być to opisane na mapie! – za ten brak duży minus dla budowniczego). Znajdujemy lampion (kolejny stowarzysz, ale byłem już zniesmaczony tym zagraniem budowniczego) i lecimy dalej, by się rozgrzać.
PK 5 i PK 6 wchodzą wreszcie na czysto i odbudowują nasze morale. Przy PK 6 spotykamy Barbarę z Anią, które starowały 50 minut po nas! Dalej biegniemy razem. W grupie raźniej. Zresztą 4 latarki pozwalają sprawnie znaleźć właściwy lampion przy PK 7.
![]() |
| Spotkanie przy PK 6 |
Problem zaczyna się po PK 7. Wycinek z orto. Kilka polan w lesie. Pytanie - która to ta właściwa. Chwila czesania – my bierzmy lampion, który nam się podoba, dziewczyny zostają dłużej i biorą inny. Okazuje się, że to one mają rację (jak zwykle w życiu).
Przy kolejnym lidarze spotykamy Marcina. Marcin o tej porze to powinien być już na mecie, a nie w połowie trasy! Rzadko udaje się spotkać Marcina tak zdezorientowanego. Naprowadzamy go na szczegół, którego nie zauważył, czyli pas terenu bez lasu od którego szliśmy. Szukamy właściwego dołka, ale nie idzie. Oczywiście budowniczy ukrył kolejne dołki pod kółkiem z PK. Doganiają nas dziewczyny. Wreszcie wspólnymi siłami typujemy lampion zbliżony lokalizacją do tego właściwego, ale nikomu on nie pasuje do końca.
Na kolejny wycinek biegniemy z Barbarą i Anią. Tu jest wszystko jasne: doły są na tyle charakterystyczne, że zaraz zyskujemy 100% pewności gdzie jest właściwy lampion.
PK 8 - punkt wysokościowy. Niby oczywisty, ale … coś źle się odmierzamy i szukamy w lesie za wcześnie. Zresztą samego znaku wysokościowego w ternie nie dojrzeliśmy, ale z innej strony nadszedł Marcin i wszystko mu się zgadzało.
PK8
Przed nami ostatni lidar. Na lidarze masa dołów, ale jest charakterystyczna ścieżka i nie ma problemu ze znalezieniem właściwego.
Kolejny wycinek – przedostatnie orto. Wydaje się oczywisty: zakręt asfaltu i na azymut wbijamy się w las w poszukiwaniu rogu terenu bez drzew. Prowadzi chyba Ania. Coś mi się wydaje, że zbaczamy w lewo, ale to czego szukamy, ciężko przeoczyć. Jednak nam się udaje. Nie pamiętam, czy nikt nie spojrzał na kompas, ale docieramy do drogi, niby jest jakaś polana, ale lampionów brak. Konsternacja. Dopiero po chwili Barbara zerka na kompas i zauważa, że takiej drogi tu być nie powinno. Widok auta na asfalcie wszystko wyjaśnia – zamiast iść po prostej zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy na drogę z której wyruszyliśmy. Wniosek – nie ufaj kobietom! Coraz bliżej do ogniska. Ognisko wyraźnie nie jest w połowie trasy – na liczniku mamy 17 km z nominalnych 22, a do ogniska jeszcze 4 PK.
Na drodze do PK 9 stanął nam płot. Od razu przypomniały mi się moje pierwsze nocne manewry, gdzie płot przed punktem przegradzał drogę i na tym płocie była strzałka „w lewo lub w prawo”. Tym razem podobnie wybraliśmy wariant w lewo. Płot dłużył się straszliwie. Ale doprowadził nas prawie pod punkt w wielkim dole.
Na ostatnie dwa PK przed ogniskiem ruszyliśmy szybszym biegiem. Ziemia zamarza, jest zimno więc należy się rozgrzać. Z rozpędu z jednego prostego orto bierzemy stowarzysza. No cóż, pośpiech ma to do siebie, że lubi stowarzyszy.
![]() |
| Ognisko i chwila, gdy czas się zatrzymuje |
PK 13 to formalność. Docieramy do końca wycinka i trzeba pomyśleć. Ta część trasy, krótsza, polega na „zaginaniu” kolejnych ogniw łańcuch pod bliżej nieznanym kontem. Doganiają nas dziewczyny – widać na ognisku były jeszcze krócej niż my!
Tu Marcin wykazuje się spostrzegawczością i pokazuje jak można przekręcić ogniwo łańcucha, by pasowały poziomnice. Ja się przyzwyczaiłem, że od takich dopasowywanek mam Renatę, ja nad tym zawsze spędzam zbyt dużo czasu. Ruszamy na PK 14, a potem na PK 15. W tym fragmencie trasy nie będzie podbiegania. PK są zbyt blisko siebie i tu dokładność jest najważniejsza. Idziemy dalej razem z dziewczynami.
Kolejne ogniwo – tu nic nie dało się dopasować. Tylko logika i „przeczucie” Barbary spowodowało, że poszliśmy w dobrą stronę. Oczywiście można metodą prób i błędów testować wszystkie warianty, ale ile się wtedy traci czasu…
Po PK 16 zakładamy wyjście poza mapę. Dochodzimy do jej brzegu i trafiamy na porządną asfaltową drogę. Jej ślad jednak powinien być na naszej mapie. W efekcie po prostu poszliśmy „na azymut”, licząc że dojdziemy do terenów podmokłych. Tu trochę pomogły światełka konkurencji, która naprowadziła nas na lampion w ostatniej fazie.
Kolejne ogniwo łańcucha to kolejne wyzwanie. Drogi coś przestały się zgadzać, a potem czarnobiałe orto…. Wbrew pozorom pomysł na orto szybko się znalazł w postaci charakterystycznej drogi. Zostało tylko odszukanie lampionu, co nie było takie łatwe. Chaszcze. Samo dotarcie do lampionu wymagało sporo samozaparcia.
Do mety zostały już ostanie punkty: PK 19 tuż za zabudowaniami, PK 20 i PK 21 na granicy kultur. Koło PK 20 znowu spotykamy Marcina, który nie znalazł PK 19. Dziwne, bo punkt raczej oczywisty. Nakierowujemy go na właściwe tory i biegniemy na metę. Jak nic Marcin jest podobnie jak i my w lekkich minutach.
Na mecie żurek (pychota). Nie ma to jak coś ciepłego po powrocie z lasu;-) Marcin przeżył swoje pierwsze InO i wygląda nawet na zadowolonego. Zobaczymy co powie na poniedziałkowym truchtaniu;-) W tym roku wyniki organizatorzy publikują online w internecie. Niestety, ze sporym opóźnieniem. Nasz „uzysk” to 4 stowarzysze i 34 punkty kary za czas. Dwa czy trzy stowarzysze – zabrakło cierpliwości i dokładności. Marcin całkiem dobrze jak na pierwszy strat opanował chodzenie na azymut. Ale zabrakło lekkiego wspomagania, kilka razy się rozproszyłem, bo te 3 stowarzysze były do naprostowania. A czas… niestety te kilka wpadek w pierwszej części trasy spowodowały spóźnienie. Z nominalnych 22 km zrobiło się prawie 38… Następnym razem będzie lepiej;-) Ciekawe tylko, czy Marcin znowu da się namówić na kolejny start.
PS. Na poniedziałkowym truchtaniu Marcin deklarował chęć startu w najbliższym czasie! Chyba mu się spodobało!
piątek, 1 grudnia 2023
Nocne Manewry w sąsiedztwie
niedziela, 8 stycznia 2023
Pouczające Nocne Manewry SKPB.
sobota, 7 stycznia 2023
sobota, 27 listopada 2021
wtorek, 24 listopada 2015
A ja taka nieuczesana!
Po posiłku A. M. odjechała w siną dal (do domu), a my z coraz większym niepokojem oczekiwaliśmy na powrót dziecka. Dziecko co prawda od kilku lat pełnoletnie i w lesie sobie radzi, ale bo to wiadomo, czy nie natknie się na niedźwiedzia albo inne takie.... Ja oczekiwałam w coraz bardziej horyzontalnej pozycji, T. co chwilę biegał sprawdzać wyniki uaktualniane co jakiś czas. Na najwcześniejszej liście byliśmy pierwsi. Co prawda na cztery zespoły, ale przynajmniej mieliśmy gwarancję, że nie będziemy tacy ostatni. Kolejne wywieszenie listy zepchnęło nas na drugą pozycję, ale za nami pojawiło się dużo innych zespołów. Nie było źle. Do trzeciego wywieszenia wyników już do doczekałam. Jak tylko skonstatowałam, że A. z koleżanką wróciły całe i zdrowe, przekręciłam się na trzeci bok i chrapnęłam z ulgą.
Ranek powitał mnie informacją, że ostatecznie zajęliśmy trzecie miejsce. Hurrrra! Chęć zobaczenia listy na własne oczy zmotywowała mnie do wysupłania się ze śpiwora. Faktycznie - trzecie miejsce. Trzecie miejsce, a ja taka nieuczesana! Nieumalowana! Bez stroju galowego! No jak tu gratulacje odbierać???? Proszę, jak to człowiek musi być zawsze gotowy na sukces ...
Kiedy organizatorom udało się już dobudzić wszystkich uczestników, na salę gimnastyczną wjechały stoły z fantami. "Dziecko", które do tej pory tylko wstało, ale nie obudziło się, przejawiło oznaki ożywienia. Obejrzawszy stoliki zadecydowało: to, to i to! I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że dla nas nagród nie będzie:-) Jako dobrzy rodzice, oczywiście wzięliśmy to, to i to, sami zadawalając się dyplomami, mapami i słodyczami. Dyplomów to wzięliśmy nawet cały plik, bo jakoś nikt ze znajomych nie został do rana, a większość z nich zajęła czołowe miejsca w swoich kategoriach.
Po powrocie do domu - nie, wcale nie poszliśmy spać! T. od razu włączył komputer, geoportal, lidar i co tam tylko się dało i zaczął analizować mapę i nasze PS-y. W końcu żeby "bić autora", trzeba się jakoś przygotować:-) A wiadomo - bez "bicia autora" impreza jest jakaś taka niedokończona ....
T. w ogóle coś zaczyna przebąkiwać o trasie himalajskiej na przyszły rok, ale ja widząc niektórych "himalaistów" wracających do bazy w stanie wskazującym (na długotrwały pobyt w lesie oczywiście), raczej wolę podziękować za tę przyjemność.
Bo sam fakt, że w ogóle idziemy za rok nie budzi żadnych wątpliwości.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Za górami, za lasami ....
Pit-stop trochę nas rozczarował - nie było natrysków, masażysty, gabinetu odnowy biologicznej, nawet zwykłych leżanek nie zapewniono. Być może dlatego nie cieszył się zbytnią popularnością. Okazało się, że jesteśmy drugim, czy trzecim zespołem, który zdecydował się na chwilę odpoczynku. T. to nawet w pierwszym odruchu chciał od razu iść dalej, ale ja dałam się skusić kiełbasą. Niestety, mam słaby kręgosłup moralny i daję się przekupić. Poza tym organizatorzy autentycznie ucieszyli się na nasz widok, co i nie dziwne, bo nudno tak samemu siedzieć przy ognisku i każde nowe towarzystwo wnosi powiew świeżości. W sensie metaforycznym, bo wprost to trudno o świeżość po kilku godzinach marszu.Pojedli, popili, posiedzieli i po jakiś 20 minutach uznaliśmy, że pora ruszać dalej. Rok temu, w takim samym momencie, marzyłam żeby ktoś mnie dobił, żebym nie musiała się dłużej męczyć, tym razem jednak wciąż czułam w sobie moc. Jak to się człowiek przez rok potrafi wyrobić. Jeszcze trochę i na ultrasy zacznę chodzić:-)
Do PK 13 było blisko (raptem pół kilometra) i łatwo. To złudzenie bliskości dawała skala drugiej części mapy - 1:25 000. Na papierze to tyci kawałeczek. Pocieszeniem był fakt, że ponad połowę trasy mieliśmy już za sobą.
Druga strona mapy w ogóle wydawała nam się jakby łatwiejsza, a może to my tak się rozkręciliśmy, że nic już nie było nam straszne. Zaczęliśmy też wreszcie chodzić więcej drogami i ścieżkami.
Ta łatwość (najwyraźniej pozorna) nie uchroniła nas od złapania kolejnego stowarzysza - na piętnastce. Teraz T. przekonuje sędziego, autora trasy i kogo się da, że ten stowarzysz, to taki pozorny stowarzysz, bo mapa nie zgadza się ze wzorcówką i lidarem. Czy coś tam, coś tam ...
Coraz częściej spotykaliśmy zespoły z beskidzkiej idące w stronę ogniska. Trochę dziwnie na nas patrzyli, że my w stronę przeciwną, ale nikt nie próbował nas zawrócić. Kiedy z piętnastki wydobyliśmy się na ścieżkę natknęliśmy się na Leśne Dziady. Nie było jednak czasu na wymianę grzeczności i pogaduszki.
Do kolejnego punktu było prosto jak w pysk. I daleko. I pod kłodą narysowaną na mapie czyhała drobna niespodzianka. Po długotrwałych opadach deszczu niespodzianka pewnie mocno by nas wciągnęła (podobno chodzenie po bagnach wciąga), na szczęście było tylko niezwykle malowniczo, nastrojowo i tajemniczo. Idealna scenografia do filmu.
Przed siedemnastką zaczęły boleć mnie przyczepy mięśni pod kolanami, czy co tam człowiek ma w tym miejscu. Nawet miałam zamiar wetrzeć jakieś przeciwbólowe mazidło, ale nie było kiedy, bo szybko, szybko, czasu coraz mniej. Zresztą do wcierania musiałabym się rozebrać, a tu jakiś zespół deptał nam po pietach, to co miałam robić striptiz dla obcych, nie? Pocieszyłam się kawałkiem czekolady i poszłam dalej. PK 17 wisiał po prawej stronie ścieżki, a mi z mapy wychodziło, że ma być po lewej. Dopiero po powrocie do domu, przy świetle dziennym rozwiązałam tajemnicę wędrujących górek - to co brałam za ścieżkę było poziomnicą, a prawdziwej ścieżki do tej pory nie udało mi się znaleźć.
Od osiemnastki zaczęliśmy się z lekka cieszyć, że już blisko. Niczym te szkapy dorożkarskie, co to czując bliskość domu przyspieszają, także i my ruszyliśmy biegiem. Dla moich obolałych nóg była to całkiem miła odmiana, bo podczas biegu pracują inne mięśnie, więc te zmęczone miały chwilę oddechu. A nawet jeśli tak nie jest, to ja w to uwierzyłam, a wiadomo, że wiara czyni cuda. Moja - uzdrowiła nogi.
O dziewiętnastce i dwudziestce nie ma co mówić - lekko, łatwo i przyjemnie. Zupełnie jak w bajce - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami - jednym słowem - pioruńsko daleko!
Przy dwudziestce byliśmy już w lekkich minutach, a do bazy jeszcze ho,ho,ho. Zaczęliśmy więc ucieczkę przed minutami ciężkimi i mimo zmęczenia biegliśmy co sił. Po drodze dopingowały nas mijane zespoły, więc biegliśmy jeszcze szybciej, bo głupio nam było zwolnić:-) Jeszcze tylko rozważaliśmy, czy meta jest usytuowana w drzwiach wejściowych, czy trzeba szukać we wnętrzu, po wysupłaniu się z butów. Organizatorzy nie zawiedli i kartę startową oddaliśmy w wejściu do bazy.
c. d. n.
niedziela, 22 listopada 2015
Byle do pit-stopu!
W zaistniałej sytuacji szybko zmieniłam planowaną strategię - do pierwszego PK się czołgam, potem T. i A. M. mnie niosą. A potem się zobaczy.
Na szczęście do popołudnia ból głowy minął i tylko pozostała pewna niemrawość, przez którą wyjechaliśmy z domu dość późno. Ledwo więc zgłosiliśmy się w biurze zawodów, ledwo rozłożyliśmy nasze rzeczy w sali gimnastycznej, a już było oficjalne rozpoczęcie. Coś tym razem organizatorom nie wyszło z harmonogramem, bo kto chciał zdążyć na pierwszy autobus wywożący na trasę, musiał wyjść w trakcie przemówień. Kto się w tym nie połapał (a byli tacy), ten został w bazie. T. na szczęście wykazał się przytomnością umysłu i niemal siłą wywlekł mnie za frak, tak że ostatnie części garderoby ubierałam już w autobusie.
Tradycyjnie zostaliśmy wywiezieni w siną dal, wysadzeni w ciemnym lesie i puszczeni na pożarcie lwom i niedźwiedziom. Tym razem zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na trasę alpejską. Nasze dziecko zaszalało w ramach swoich możliwości i z koleżanką poszło na tatrzańską i tylko Leśne Dziady i Paprochy rozsądnie wybrały beskidzką.
Mapy, jak to u nie za bogatych skpbowców, czarno-białe i mocno przestarzałe - czyli coś tam ze starych zapasów wygarnęli. Limit czasu 400 minut (to dużo, czy za mało?), długość trasy nieludzka jak na moje możliwości - ponad 17 kilometrów. W linii prostej, żeby nie było niedomówień. Ale nic to - trzeba iść. Szybko okazało się, że barbarzyńska skala mapy przekłada się na długie puste przeloty, a przecież najfajniejsze jest szukanie punktów, a nie samo maszerowanie do nich. Organizatorzy oczywiście liczyli tu na naturalną selekcję, czyli słabsze jednostki padają po drodze i są zadziobywane przez osobniki silniejsze. Postanowiliśmy się nie dać! Nawet ja poczułam przypływ mocy i ruszyliśmy ostrym tempem. Zasadniczo planowaliśmy poruszać się po ścieżkach, zwłaszcza, że las był mokry i nie wszędzie przebieżny. Ale wiadomo jak to jest z planami - już w drodze na PK 1 zostały zweryfikowane i poszliśmy metodą T., czyli gdzieś tam (z charakterystycznym machnięciem ręką w bliżej nieokreślonym kierunku). Na szczęście T. kupił sobie nowy kompas i chciał go wypróbować, więc pilnował azymutu. Jedynka została zdobyta!
Dwójka początkowo wydawała się nam skrzyżowaniem dwóch ścieżek i trochę nas zbiło z tropu, kiedy jedna z nich okazała się ciekiem wodnym. Tak właśnie jest z tymi czarno-białymi mapami - nigdy nie wiadomo do końca co jest czym.
Trójkę można było zajść od dołu, albo od góry mapy. T. optował za dolną opcją, ja i A. za górną. Byłyśmy w przewadze, więc wiadomo jak poszliśmy. Marniutkich ścieżyneczek w ogóle nie było widać, zresztą po trzydziestu latach od powstania mapy trudno było spodziewać się ich w zaznaczonych miejscach. Znowu musieliśmy pójść "gdzieś tam" i w efekcie zebraliśmy stowarzysza. A przynajmniej tak nam wmawia autor trasy:-)
Na czwórkę lwią część trasy przeszliśmy drogami, drogami zanikającymi, bezdrożami i po zatoczeniu półkola i pominięciu punktu wylądowaliśmy na asfalcie. Niewątpliwie wygodna opcja, tylko autor trasy miał inną wizję i punktów nie stawiał na utwardzanych drogach. Nie było zmiłuj - musieliśmy wrócić między drzewa. Z 700 metrów nadłożyliśmy, ale co tam - najważniejsze, że znaleźliśmy lampion.
Na piątce nie daliśmy się nabrać na japońca, za to Zimna Woda przy szóstce okazała się za zimna i umoczyliśmy trochę - znowu PS:-(
Siódemka okazała się prosta, ale za to szło się do niej i szło i szło i końca nie było widać. Dla pewności od samego startu liczyłam dwukrokami odległości, które mieliśmy przejść i przy milionowej serii liczenia do sześćdziesięciu trzech pomyślałam, że tak mi już na zawsze zostanie. W każdym razie, w przypadku konieczności terapii, rachunki za psychiatrę wysyłam do SKPB!
Koło ósemki dopadł mnie pierwszy kryzys. Nie żeby jakiś wielki, ale chwilami traciłam kontakt z mapą i mój wkład w poszukiwania punktu ograniczył się do nie opóźniania i nie przeszkadzania T. i A.
Okopów w okolicach dziewiątki było do wyboru, do koloru. Mam wrażenie, że znacznie więcej niż na mapie. Wybranie właściwego było już loterią, a że w loteriach szczęścia jakoś nie mamy, więc oczywiście wybraliśmy okop stowarzyszony. Tak przynajmniej głoszą wyniki, bo podejrzewam, że w rzeczywistości nikt (łącznie z autorem mapy) nie wie, który okop jest który. Ale co tam okop, grunt, że nie pomyliliśmy okopu z jeziorem na przykład albo górką. Znaczy się - mapy czytać umiemy:-)
Na dziewiątce zakończyliśmy pierwszą stronę mapy i zaczęliśmy się pocieszać, że do dwunastki z ogniskiem już coraz bliżej. Dziesiątkę zaszliśmy od d..y strony i zamiast dojść wygodnie drogą prawie pod punkt, okrążyliśmy jezioro niemal dookoła narażając się na utopienie, a przynajmniej zamoczenie, bo brzegi były śliskie, a zdradliwe gałęzie i pniaki łapały za nogi. Będąc już w temacie wodnym, do jedenastki poszliśmy rowem, a jak wiadomo: jest rów - może pojawić się i woda. W końcu ubłoceni i przemoczeni wydostaliśmy się z niego triumfalnie wpisując kod z jedenastki, po czym niesieni wizją kiełbasek, rączo pomknęliśmy w stronę PK 12. Na szczęście był to dość krótki przebieg, punkt wisiał w widokowym miejscu i już po chwili mogliśmy zatrzymać czas i udać się do punktu regeneracji uczestnika.
c. d. n.
piątek, 20 listopada 2015
Nocne Manewry SKPB - strategia
Więc robimy tak:
Ze startu biegniemy sprintem na punkt pierwszy. Jesteśmy wypoczęci, zrelaksowani, w super formie - możemy więc ostro zacząć, w celu odbicia się od konkurencji dyszącej nam w kark na starcie. Kolejne dwa, trzy punkty zdobywamy biegiem, żeby wysunąć się na czoło stawki - przed nami startują cztery zespoły, więc musimy ich przegonić. Przez kolejne trzy, cztery PK szybkim marszem utrzymujemy i umacniamy przewagę. Po jej umocnieniu tempem umiarkowanym, ale nie wolnym, posuwamy się w stronę pit stopu. Tam nie zabawiamy długo, aby się nie rozleniwić i po krótkiej (ale treściwej) regeneracji ostro zaczynamy drugą część trasy. Zdecydowanym marszem pochłaniamy odległości, zgarniając kolejne punkty bez zatrzymywania się. Po przebyciu 2/3 trasy nieco zwalniamy, aby zachować siły na finisz. Za sobą nie widzimy już żadnych światełek, co oznacza, że konkurencja została daleko w tyle. W tej sytuacji tempem spacerowym zaliczamy większość pozostałych do zebrania PK. Od ostatniego punktu ruszamy rytmem joggingowym, żeby dobrze wypaść wizerunkowo na mecie, a jednocześnie nie przeforsować się. Na mecie odbieramy gratulacje, pozdrawiamy wiwatujący tłum fotoreporterów, udzielamy wywiadów - jednym słowem pławimy się w zasłużonej chwale.
Dzisiaj wieczorem musimy jeszcze szczegóły przedyskutować z A. M., ale sądzimy, że nie będzie miała nic do zarzucenia naszemu planowi. W końcu też, jak każdy, chce wygrać!








































