Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocne Manewry SKPB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nocne Manewry SKPB. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 listopada 2025

Nocne Manewry SKPB, czyli jak nabrać awersji do rowów i cieków wodnych.

Wymyśliliśmy sobie, że tegoroczne Nocne Manewry będą gdzieś blisko - najlepiej w Lasach Celestynowskich i kiedy okazało się, że jednak nie, to byliśmy zbulwersowani. Nawet podwójnie zbulwersowani, bo okazało się, że zawody odbędą się tak daleko, że... w ciul daleko - aż w Pionkach. Od nas ponad dwie godziny jazdy. Dodatkowo naszą trasę robił "ulubiony" autor tras (w kooperacji z innym), więc zapowiadało się ciężko, żeby nie powiedzieć beznadziejnie. Bo jak Adam przygotuje mapę, to może kilka osób na świecie jest w stanie gdziekolwiek trafić i zmieścić się w limicie czasu. My do tej garstki geniuszów niestety nie należymy. A trzeba powiedzieć, że zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na Himalajską, ale na szczęście krótką, w odróżnieniu od normalnej. Mimo tych "drobnych" niedogodności i tak cieszyliśmy się na myśl o nocy spędzonej w lesie. Ja tak jakby mniej niż Tomek, ale starałam się nie pokazać tego po sobie, choć nie wiem z jakim skutkiem.
 
W bazie zawodów.
 
Tym razem nigdzie nas nie wywozili autobusem (tzn. naszej trasy), co było pocieszające, bo znaczyło, że będziemy się kręcili gdzieś w okolicach bazy i jak by co, to będzie można wrócić. Na start pomaszerowaliśmy więc pieszo, jakieś 2 kilometry. Ot, taka rozgrzewka na początek. Ale prawdziwą rozgrzewką było dla mnie obejrzenie mapy i przeczytanie opisu. Aż pot pociekł mi po plecach. Nie dość, że tradycyjnie mapa była czarno-biała, stara (tak gdzieś z epoki trzeciorzędu), drobnym druczkiem, to jeszcze budowniczowie porombali ją na romby, a w tych rombach to narobili jeszcze kupę bałaganu: a to wycięli część dróg, a to dołki poobracali do góry nogami, to zlustrowali i najgorsze - poobracali o pi/2 i pi radiana. Rozumiecie? Radiana! No, nie mogli poobracać o stopnie? Nawet Celsjusza, jak innych nie było pod ręką. Już chyba szybciej bym ogarnęła niż te radiany. W ogóle, widział ktoś kiedyś radiana? Bo ja nie. Nawet tytuł nadali adekwatny- Zdezorientowana Supernowa.No, może nie do końca adekwatny, bo powinno być Superzdezorientowana Superstara. 
 

Opis naszej mapy.

Tak więc z opisu mapy nie ogarnęłam ani słowa, ale z dołączonych obrazków wywnioskowałam, że wycinki trzeba dopasować na swoje miejsce i tym się postanowiłam zająć. Ale nie zdążyłam. Bo Tomek zarządził, że od razu idziemy na PK 1, a dopiero potem będziemy kombinować. W sumie miało to sens, bo głupio tak stać na starcie jak jakieś niemoty - to już lepiej iść w krzaki. 
Jedynka była łatwa, bo najpierw ścieżką do skrzyżowania, a potem kawałek na azymut. Przy jedynce w końcu przyjrzałam się mapie i wyszło mi, że pierwszy wycinek jest bez punktu i można go olać, a kolejny powinien być z punktem I. 
 
PK 1
 
Postanowiliśmy iść wzdłuż rowu, na szczęście suchego. W końcu natrafiliśmy na jakiś lampion, ale był to tak ewidentny stowarzysz, że nawet ja bym się nie nabrała. Kawałek dalej, na drodze, której oczywiście na wycinku nie było, spotkaliśmy Adama z Arkiem z naszej trasy. Ich wynik poszukiwań był podobny to naszego, czyli żaden. Poszliśmy kawałek razem, ale ponieważ nasze koncepcje były rozbieżne, więc każdy zespół ruszył swoją droga. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że to jednak ich koncepcja była słuszna, a my tylko niepotrzebnie dołożyliśmy sobie dziesiątki metrów do trasy. Summa summarum w końcu znaleźliśmy właściwy lampion, ale zajęło nam to stanowczo za dużo czasu i sił.
 
Błąkaliśmy się bez ładu i składu.
 
 Następna była dwójka na głównej mapie, więc ufałam, że Tomek nas doprowadzi i tak też się stało. Ja to nawet nie zaglądałam jakoś specjalnie do mapy, bo nocą, na czarno-białym i w tak nieludzkiej skali, do tego bez okularów, to i tak przecież nic nie widzę. Powiem Wam, że może i ze znalezieniem niektórych punktów mieliśmy problem, ale za to w drodze na dwójkę,  w tym wielkim, ciemnym lesie udało mi się zauważyć przebiegającą myszkę. Może ja powinnam szukać myszy, a nie lampionów?
 
Zapozowała i pobiegła dalej do swoich spraw.
 
Kolejny wycinek dopasowaliśmy jako D, czyli zakręt rowu. Teoretycznie miało być prosto, bo blisko dwójki i tylko dwa rowy do wyboru. Nie wiedzieliśmy tylko czy wycinek nie został zlustrowany albo obrócony. Zeszliśmy z dwójki, wyszliśmy na otwartą przestrzeń i ruszyliśmy rowem. Szliśmy, szliśmy i szliśmy. Jednym rowem, potem (jak się nam wydawało) drugim rowem, Tomek obleciał okolice zobaczyć czy nie ma więcej rowów. Jakiś lampion niby stał, ale przecież nie ma zakręcie. Ile myśmy się tam nałazili - chyba więcej niż przy poprzednim punkcie z rowem. W końcu wzięliśmy ten jedyny znaleziony lampion, choć już na odwrocie do kolejnego punktu, coś tam jeszcze w trzcinach wyhaczyliśmy równie, a może i bardziej abstrakcyjnego. Jak sprawdziliśmy potem na śladzie i wzorcówce, to nawet za bardzo nie zbliżyliśmy się do właściwego miejsca. Nieźle nam zamieszali tym wycinkiem.
 
Rowy wyjątkowo nam nie szły.
 
 Do trójki znowu Tomek doprowadził nas bezbłędnie i coś mi się zaczynało wydawać, że jedynie punkty z głównej mapy będziemy mieć pewne.
Minęły 3 godziny, a my nie byliśmy jeszcze nawet w 1/3 trasy. Limit podstawowy wynosił poniżej siedmiu godzin, więc już wiadomo było, że nie jest dobrze.
Z dopasowaniem kolejnego wycinka mieliśmy problem. Niby zgodnie z założonymi regułami wyszukiwania powinien by punkt F, tylko tak średnio pasował. W końcu Tomek zagłębił się mocniej w te nieszczęsne radiany i wyszło mu, że wycinki jednak mogą być obrócone, co zupełnie zmieniało naszą koncepcję dopasowań. Dobrze, że te poprzednie cudem pasowały do naszych wstępnych założeń.
Jak ogarnęliśmy kolejne punkty E, J, 4 i B zupełnie nie pamiętam, bo powoli zaczynałam mieć dosyć. Co chwilę Tomek zostawiał mnie samą gdzieś w środku ciemnego, obcego i zimnego lasu i biegał po okolicy namierzając punkty kontrolne, albo usiłując nas zlokalizować.
 
Gdzieś przy punkcie.
 
Punkty 5 i 6 były znowu na głównej mapie, co dawało nadzieję znalezienia nawet jeśli nie właściwego lampionu, to chociaż stowarzysza, ale Tomek doprowadził nas bezbłędnie. Ja z tego odcinka pamiętam tylko ciemność, chrupiące od mrozu podłoże, jeżyny łapiące za nogi, przedzieranie się przez gęstwiny i konieczność uważnego stawiania każdego kroku, bo pod warstewką liści kryły się różne pułapki. Tomek to akurat na to ostatnie wcale nie zwracał uwagi i podczas całej trasy zaliczył chyba z pięć gleb. Za każdym razem skóra mi cierpła ze strachu, bo gdyby za którymś razem nie wstał, to nie wiem co bym zrobiła. Ani zadzwonić po pomoc, bo przecież i tak bym nie wytłumaczyła gdzie jesteśmy (a i to pod warunkiem, że akurat jest zasięg), ani go nieść, ani pchać, ani ciągnąć, bo za ciężki, ani nawet zakopać, bo nie wzięliśmy saperki, zresztą lekki mrozek był, to ciężko kopać. Oj, nie są łatwe te zawody, nie są....
Przy punkcie szóstym byliśmy gdzieś w połowie trasy z czasem 5,5 godziny i ja już wiedziałam, że kilka punktów trzeba będzie odpuścić, a Tomek wciąż się łudził, że damy radę w minutach lekkich. Wieczny optymista. Mnie w tej chwili interesowało tylko dojście do PK 7 - punktu z ogniskiem. Niestety - przed siódemką były jeszcze trzy wycinki do dopasowania.
 
PK 6
 
Wycinki z punktami F i A dopasowałam szybko, ale chwilę nam zeszło zanim je znaleźliśmy. Tak w zasadzie to zanim Tomek je znalazł, bo to on obiegał okolice. Ja stałam tam, gdzie mnie postawił i robiłam za znacznik, gdzie powinien wrócić. Chwilami nie było go tak długo, że już myślałam, że jesteśmy dawno po rozwodzie, tylko nie zauważyłam. Ale nawet gdyby mnie zostawił, to z tych punktów już na ognisko sama bym trafiła. 
Został nam jeszcze jeden wycinek do dopasowania przed siódemką, ale nic tam nie pasowało i uznaliśmy, że to musi być wycinek bez punktu. A nawet gdyby się okazało inaczej, to trudno.
W końcu dotarliśmy do upragnionego ogniska i z wrażenia nie mogliśmy znaleźć lampionu, a głupio byłoby być i nie zaliczyć. W końcu ja poszłam się grzać (bo zmarzłam stojąc w lesie w oczekiwaniu na Tomka), a Tomek szukał lampionu. Potem już tradycyjnie - pieczenie kiełbasy, gapienie się w ogień i konsultacje z innymi zespołami. A, i jeszcze pyszny żurek mieli - taki z czarodziejską mocą stawiania na nogi. Przynajmniej na mnie tak podziałał.
 
Tomek przy ognisku.

Ta czarodziejska moc żurku niestety zemściła się na nas. Czasem nadmiar sił jest zgubny. Według wstępnego planu po ognisku mieliśmy wziąć jeszcze tylko punkty 8 i 11 i wracać na metę, Tymczasem rozochocona przypływem energii ochoczo zgodziłam się pójść jeszcze na dziesiątkę. Wydawało się, że PK 10 to będzie formalność, bo niemal pod sam punkt prowadziły przecinki i tylko na samej końcówce trzeba było wejść w las wzdłuż rowu. Tam, na jego końcu, na granicy kultur miał wisieć lampion. Doszliśmy gdzie trzeba, ale lampionu ani śladu - nawet stowarzysza. Przetrzepaliśmy wszystkie krzaki - nie ma. Tomek uparł się, że wpisze BPK, bo jak nie ma, to nie ma. Ja tam nie jestem fanką BPK, ale na wyniku mi niespecjalnie zależało, bardziej na zakończeniu wreszcie trasy. I oczywiście organizatorzy nie uznali nam tego PBK-a i jeszcze dowalili PM. Został jeszcze jeden, ostatni punkt - jedenastka. Najpierw przecinkami, potem wzdłuż cieku, na którym miał być punkt. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie woda. Ta pitolona rzeczka rozlewała się coraz szerzej i lawirując między mokradłami coraz trudniej było nawigować. Buty powoli nasiąkały, aż doszliśmy do momentu, że nie robiło różnicy którędy idziemy. Chlup, chlup, chlup. Chodzenie  po rzece w listopadową noc może i ma swój urok, ale jedynie w opowieściach przy kominku i to po kilku latach od zdarzenia. W końcu wspólnym wysiłkiem z Adamem i Arkiem, których ponownie spotkaliśmy namierzyliśmy jakiś lampion, który i tak okazał się stowarzyszem. Ale w sumie było nam wszystko jedno. Najważniejsze, że wreszcie mogliśmy wracać do bazy.
Taki ogólnie mieliśmy niefart, że nawet w szkole nie mogliśmy znaleźć stolika z metą, bo w pobliżu kłębił się tłum uczestników, którzy wrócili przed nami, a do tego Tomek miał zaparowane okulary. Dla nas zaś każda sekunda była ważna, bo byliśmy już w ciężkich minutach. W końcu udało się.  
 
Meta!


 Nasza sponiewierana karta startowa.
 
Już po drodze ustaliliśmy, że nie wracamy do domu, tylko nocujemy, bo niby wygodniej we własnym łóżku, ale dwie godziny dojazdu to trochę dużo po takiej ciężkiej nocy. Poza tym byłam ciekawa jak innym poszło na naszej trasie - zebrali wszystko, czy też mieli problemy? Rano, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, okazało się, że zajęliśmy piąte miejsce na 15 zespołów na naszej trasie, co moim zdaniem jest bardzo dobrym wynikiem, bo spodziewałam się, że będziemy gdzieś w ogonie. W końcu nie poszło nam za dobrze, żeby nie powiedzieć wręcz. Tomek może niekoniecznie podziela moje zadowolenie, bo wolałby być ciut wyżej, ale wyszło jak wyszło. Za to nasze klubowe koleżanki - Ania i Barbara zajęły drugie miejsce na trasie Himalajskiej długiej.
 
Brawo dziewczyny!
 
A przy rozdawaniu nagród wybrałam sobie taką książeczkę:
 
Będę trenować przed kolejnymi Manewrami!
 
A w ogóle to następnym razem nie idę w żadne Himalaje. W najgorszym wypadku Alpy i to tylko latem!
 
Ślad naszej wędrówki (a raczej bardziej Tomka).
 

niedziela, 1 grudnia 2024

13. Nocne Manewry SKPB ze zdradą w tle

Żona mnie zdradziła. Mnie i Nocne Manewry SKPB. Zamiast, jak przystoi dobrze prowadzącej się niewieście, pójść nocą do lasu w towarzystwie swojego ślubnego, wybrała młodszego, wyższego i przystojniejszego i w dodatku takiego, co ponoć potrafi lepiej śpiewać (w tym ostatnim to bym polemizował, bo mi słuchanie tego śpiewania wychodzi już drugim bokiem).
No cóż, na żonieńskie kaprysy nie ma rady. Zostało mi z rozpaczy zapisać się na trasę Himalajską. W ostatniej chwili udało mi się namówić na towarzystwo kolegę Marcina z poniedziałkowych truchtań z Rembertów Team. Świeżaka – pierwszy raz na zawodach na orientację. 

W sobotą ogłoszono bazę zawodów – ja stawiałem na lasy Otwocko-Celestynowskie, nawet godziny odjazdów pociągów się zgadzały na jednej ze stacji, ale okazało się że jedziemy za Wyszków do Leszczydołu-Nowin. 


Przyjechaliśmy jako pierwsi na parking przy bazie (nawigacja google kłamie co do czasu dojazdu!), ale mieliśmy początkową (dwunastą) minutę startową – a trzeba było wytłumaczyć Marcinowi co to jest kompas, mapa, lampion i inne takie orient-zagadnienia. 

Od wejścia do bazy organizatorzy starają się zmotywować uczestników

Bo jak widać co niektórych spotkanie z nocą rzuca na kolana...

Marcin i ja gotowi do wyjścia na autokar
W autobusie Leszek opowiadał jakiemuś „zielonemu” uczestnikowi mrożące krew w żyłach historie z poprzednich edycji. Po ciemku nie widziałem dokładnie wyrazu twarzy tego co pytał, ale oczy Marcina siedzącego tuż obok mnie robiły się coraz większe – zupełnie jak w bajce o Czerwonym Kapturku… 

Dojechaliśmy na start – można powiedzieć, że w „ostatniej chwili” - na zegarkach była już godzina 17-ta czyli minuta zerowa. 


Po kolei startowały zespoły i znikały w lesie. Leszek, który był bezpośrednio przed nami, zamiast jak inni wleźć w las, pobiegł asfaltem w przeciwną stronę… Hmm, dziwne. 

Start w Trzciance

Nadeszła nasza minuta startowa. Dostaliśmy wielkie mapy A3, a na mapach coś w rodzaju węża. Pierwsza część węża, ta do ogniska wydawała się całkiem ludzka – w większości przypadków pomiędzy PK były drogi, a elementy do dopasowania były malutkie i dość oczywiste. Ustawiłem mapę zgodnie z kompasem i… wyszło mi, że mamy iść asfaltem – tak jak Leszek przed nami! Krótki instruktarz dla Marcina w obsłudze naszej mapy, pokazanie jak dojść w okolice pierwszego wycinka i ruszyliśmy. Na mapie o dziwo wszystko się zgadzało - drogi, skrzyżowania, nawet trochę podbiegliśmy, bo temperatura jak to listopadową nocą miała tendencję spadkową. Wkrótce przed nami zamajaczyło w krzakach światełko. Leszek szukający pierwszego PK. Dopasowanie było raczej oczywiste, jeden jedyny lidar wpasowywał się w skrzyżowanie na środku ośmiokąta. Wtedy nawet nie doczytałem, że ośmiokątne lidary mogą być obrócone;-) Środek skrzyżowania, dołek na azymucie i w dobrej odległości, a kilka metrów dalej widać kolejne dołki. Leszek nie dowierzał i twardo szukał PK gdzieś po drugiej stronie ścieżki… My pobiegliśmy do drugiego PK z numerem 1. 

Najpierw drogą, potem planowaliśmy na azymut, ale na przeszkodzie stanął płot. Płot niby do sforsowania, ale tak od razu zaczynać od takich ekstrawagancji? Postanowiliśmy obiec zagrodzenie od północy. Płot się nie kończył formalnie tylko fizycznie – był coraz bardziej zdewastowany. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę po wzniesieniu i parliśmy w kierunku lampionu. Las po pracach leśnych nie sprzyjał sprawnemu przemieszczaniu się. Drogi na mapie nijak nie zgadzały się z tymi w terenie. W pewnej chwili dojrzeliśmy światełko Leszka. Buszował po jakiejś górce, ale krzyknął, że nie ma tam żadnych lampionów. My szukaliśmy na innych wzniesieniach – pusto. W efekcie poszukiwań, nie spojrzałem dobrze na kompas, a Marcin jeszcze nie był w tym w sprawny – poszliśmy drogą na południe zamiast na wschód. Jeden plus tego, że zorientowaliśmy się na której drodze (jednej z dwóch) jesteśmy. Dalej już poszło łatwiej – trafiliśmy na teren z lampionami! (post factum wyszło, że wzięliśmy stowarzysza, ale to nie był prosty PK). 

Temperatura powoli spadała, wiec potruchtaliśmy na azymut (drogą, której nie było na mapie) w kierunku następnego lampionu. Zniosło nas ewidentnie na zachód (tu pojawiły się pierwsze podejrzenia o stowarzyszu na PK 1), ale w miejsce charakterystyczne. Dalej na azymut i w prawie odpowiedniej odległości trafiamy na poprzeczna drogę i wyraźnie gęściejszy las. Tyle, że w terenie są dwie drogi a na mapie jedna. Brak lampionów. I zaczyna się tradycyjna zabawa w czesanie terenu. Nie ma co tu dużo pisać w takich przypadkach, zostają czarne drogi na mapie – naokoło, ale udaje się zidentyfikować właściwe miejsce. Gorzej jest z samym lampionem, bo granice kultur mają się nijak do tego co jest na mapie. Z jednej strony nie dostrzegamy nic, co mogłoby być tą granicą, dopiero z drugiej strony idziemy już na kroki, a nie na granice kultur i znajdujemy lampion wiszący na niczym i ciut bliżej drogi niż powinien być. 

Lampion PK2 za znaczony zieloną kropką. Tak już bywa gdy budowniczy wybiera punkt, którego nie ma w terenie, a jest tylko na mapie....
Co ciekawe, ze śladu wynika, że idąc na azymut powinniśmy trafić na lampion, gdyby wisiał dokładnie tam gdzie powinien…. 

Nie ma co rozpaczać, podbiegamy dalej. Zakładaliśmy, że trasę uda się przebiec sprawnie, ale jak na razie co punkt to długotrwałe czesanie terenu w poszukiwaniu lampionu…. 

Czas na dopasowanie ortofotomapy. Niby znajdujemy coś podobnego w terenie, ale… zapominamy o tym, że może być to zlustrowane. Dochodzimy prawie do lampionu zakładając brak lustra. Ale lampionu nie ma. Cofam się, próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili czesania odkrywamy gdzie co być powinno i znajdujemy lampion. To czesanie co chwila powoduje że dogonili/przegonili nas ci, co startowali zdecydowanie później niż my. 

Przy PK B dogonił nas zespół AP, który startował w 30 minucie
Kolejny PK 3 to już masakra. Idąc na azymut z ostatniego PK, przedzierając się przez mało przebieżny las trafiamy wreszcie na drogę północ-południe. Porządną drogę. Bo oczywiście innych dróg narysowanych na mapie, które miały być wcześniej nie było. Sęk w tym, że na naszej mapie tej drogi do której dotarliśmy nie ma. Jest taka jedna, ale ponad 300 m na zachód. I jest jeszcze jedna, może w naszych okolicach, ale ona powinna kończyć się na drodze poprzecznej i prowadzić tylko na północ. Zakładamy najpierw ten gorszy wariant, idziemy czterysta metrów na wschód i szukamy PK. Nie ma. Nie ma lampionu ani pofałdowania. 

Wracamy i próbujemy drugi wariant – bardziej obiecujący, bo jest jakieś pofałdowanie, ale bez lampionu. Wracamy na azymut trochę bardzie w prawo i znajdujemy wreszcie  lampion i pofałdowania. Jest nawet ślad po ścieżce. Uff, mamy PK, ale znowu straciliśmy czas. Na tym PK dobrze ponad 30 minut. Ogółem niecałe 9 km i prawie dwie i pół godziny! 

Po lewej wzorcówka, po prawej mapa która dostaliśmy. Znajdź różnice pomiędzy obrazkami. W pewnym momencie zakładaliśmy że jesteśmy na skrzyżowaniu wskazywanym przez pionową strzałką...

Podbiegamy na kolejny PK drogą, której nie ma na mapie. Wtedy jeszcze łudzimy się, że to jest ta droga, co nie ma przedłużenia na południe, ale okolice PK się nie zgadzają. Jedyny logiczny wniosek – droga którą ktoś wymazał z mapy. Trzeba by zgłosić gdzie trzeba, że w SKPB coś wymazuje drogi! (wymazanie wymazaniem, ale powinno być to opisane na mapie! – za ten brak duży minus dla budowniczego). Znajdujemy lampion (kolejny stowarzysz, ale byłem już zniesmaczony tym zagraniem budowniczego) i lecimy dalej, by się rozgrzać. 

PK 5 i PK 6 wchodzą wreszcie na czysto i odbudowują nasze morale. Przy PK 6 spotykamy Barbarę z Anią, które starowały 50 minut po nas! Dalej biegniemy razem. W grupie raźniej. Zresztą 4 latarki pozwalają sprawnie znaleźć właściwy lampion przy PK 7. 

Spotkanie przy PK 6

Problem zaczyna się po PK 7. Wycinek z orto. Kilka polan w lesie. Pytanie - która to ta właściwa. Chwila czesania – my bierzmy lampion, który nam się podoba, dziewczyny zostają dłużej i biorą inny. Okazuje się, że to one mają rację (jak zwykle w życiu). 

Przy kolejnym lidarze spotykamy Marcina. Marcin o tej porze to powinien być już na mecie, a nie w połowie trasy! Rzadko udaje się spotkać Marcina tak zdezorientowanego. Naprowadzamy go na szczegół, którego nie zauważył, czyli pas terenu bez lasu od którego szliśmy. Szukamy właściwego dołka, ale nie idzie. Oczywiście budowniczy ukrył kolejne dołki pod kółkiem z PK. Doganiają nas dziewczyny. Wreszcie wspólnymi siłami typujemy lampion zbliżony lokalizacją do tego właściwego, ale nikomu on nie pasuje do końca. 

Na kolejny wycinek biegniemy z Barbarą i Anią. Tu jest wszystko jasne: doły są na tyle charakterystyczne, że zaraz zyskujemy 100% pewności gdzie jest właściwy lampion. 

PK 8 - punkt wysokościowy. Niby oczywisty, ale … coś źle się odmierzamy i szukamy w lesie za wcześnie. Zresztą samego znaku wysokościowego w ternie nie dojrzeliśmy, ale z innej strony nadszedł Marcin i wszystko mu się zgadzało. 


 PK8

Przed nami ostatni lidar. Na lidarze masa dołów, ale jest charakterystyczna ścieżka i nie ma problemu ze znalezieniem właściwego. 

 Kolejny wycinek – przedostatnie orto. Wydaje się oczywisty: zakręt asfaltu i na azymut wbijamy się w las w poszukiwaniu rogu terenu bez drzew. Prowadzi chyba Ania. Coś mi się wydaje, że zbaczamy w lewo, ale to czego szukamy, ciężko przeoczyć. Jednak nam się udaje. Nie pamiętam, czy nikt nie spojrzał na kompas, ale docieramy do drogi, niby jest jakaś polana, ale lampionów brak. Konsternacja. Dopiero po chwili Barbara zerka na kompas i zauważa, że takiej drogi tu być nie powinno. Widok auta na asfalcie wszystko wyjaśnia – zamiast iść po prostej zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy na drogę z której wyruszyliśmy. Wniosek – nie ufaj kobietom! Coraz bliżej do ogniska. Ognisko wyraźnie nie jest w połowie trasy – na liczniku mamy 17 km z nominalnych 22, a do ogniska jeszcze 4 PK. 

Na drodze do PK 9 stanął nam płot. Od razu przypomniały mi się moje pierwsze nocne manewry, gdzie płot przed punktem przegradzał drogę i na tym płocie była strzałka „w lewo lub w prawo”. Tym razem podobnie wybraliśmy wariant w lewo. Płot dłużył się straszliwie. Ale doprowadził nas prawie pod punkt w wielkim dole. 

Na ostatnie dwa PK przed ogniskiem ruszyliśmy szybszym biegiem. Ziemia zamarza, jest zimno więc należy się rozgrzać. Z rozpędu z jednego prostego orto bierzemy stowarzysza. No cóż, pośpiech ma to do siebie, że lubi stowarzyszy. 

Ognisko i chwila, gdy czas się zatrzymuje
Wreszcie ognisko, ciepła herbata i kiełbaska. Nie ma co się rozsiadać – trzeba ruszać dalej – poganiam - planujemy jeszcze dzisiaj wracać do domu. Ogólnie robi się zimno. Marcinowi pożyczam swoje zapasowe rękawiczki, bo zaczyna przymarzać. 

PK 12 znowu z takich, na który się dobiega i nie ma lampionu. Albo zaznaczonej na mapie granicy kultur nie ma w terenie. Jest za to jakaś wyraźna ścieżka, której brak na mapie. Namierzamy się z drugiej strony – trafiamy w to samo miejsce i wreszcie jest lampion. Z granicą kultur to bym polemizował, ale zgadza się odległość, to bierzemy. 

PK 13 to formalność. Docieramy do końca wycinka i trzeba pomyśleć. Ta część trasy, krótsza, polega na „zaginaniu” kolejnych ogniw łańcuch pod bliżej nieznanym kontem. Doganiają nas dziewczyny – widać na ognisku były jeszcze krócej niż my!
Tu Marcin wykazuje się spostrzegawczością i pokazuje jak można przekręcić ogniwo łańcucha, by pasowały poziomnice. Ja się przyzwyczaiłem, że od takich dopasowywanek mam Renatę, ja nad tym zawsze spędzam zbyt dużo czasu. Ruszamy na PK 14, a potem na PK 15. W tym fragmencie trasy nie będzie podbiegania. PK są zbyt blisko siebie i tu dokładność jest najważniejsza. Idziemy dalej razem z dziewczynami. 

Kolejne ogniwo – tu nic nie dało się dopasować. Tylko logika i „przeczucie” Barbary spowodowało, że poszliśmy w dobrą stronę. Oczywiście można metodą prób i błędów testować wszystkie warianty, ale ile się wtedy traci czasu… 

Po PK 16 zakładamy wyjście poza mapę. Dochodzimy do jej brzegu i trafiamy na porządną asfaltową drogę. Jej ślad jednak powinien być na naszej mapie. W efekcie po prostu poszliśmy „na azymut”, licząc że dojdziemy do terenów podmokłych. Tu trochę pomogły światełka konkurencji, która naprowadziła nas na lampion w ostatniej fazie. 

Kolejne ogniwo łańcucha to kolejne wyzwanie. Drogi coś przestały się zgadzać, a potem czarnobiałe orto…. Wbrew pozorom pomysł na orto szybko się znalazł w postaci charakterystycznej drogi. Zostało tylko odszukanie lampionu, co nie było takie łatwe. Chaszcze. Samo dotarcie do lampionu wymagało sporo samozaparcia. 

Do mety zostały już ostanie punkty: PK 19 tuż za zabudowaniami, PK 20 i PK 21 na granicy kultur. Koło PK 20 znowu spotykamy Marcina, który nie znalazł PK 19. Dziwne, bo punkt raczej oczywisty. Nakierowujemy go na właściwe tory i biegniemy na metę. Jak nic Marcin jest podobnie jak i my w lekkich minutach. 


 

Na mecie żurek (pychota). Nie ma to jak coś ciepłego po powrocie z lasu;-) Marcin przeżył swoje pierwsze InO i wygląda nawet na zadowolonego. Zobaczymy co powie na poniedziałkowym truchtaniu;-) W tym roku wyniki organizatorzy publikują online w internecie. Niestety, ze sporym opóźnieniem. Nasz „uzysk” to 4 stowarzysze i 34 punkty kary za czas. Dwa czy trzy stowarzysze – zabrakło cierpliwości i dokładności. Marcin całkiem dobrze jak na pierwszy strat opanował chodzenie na azymut. Ale zabrakło lekkiego wspomagania, kilka razy się rozproszyłem, bo te 3 stowarzysze były do naprostowania. A czas… niestety te kilka wpadek w pierwszej części trasy spowodowały spóźnienie. Z nominalnych 22 km zrobiło się prawie 38… Następnym razem będzie lepiej;-) Ciekawe tylko, czy Marcin znowu da się namówić na kolejny start. 

PS. Na poniedziałkowym truchtaniu Marcin deklarował chęć startu w najbliższym czasie! Chyba mu się spodobało! 


 

 


piątek, 1 grudnia 2023

Nocne Manewry w sąsiedztwie

W tym roku już znacząco spuściliśmy z tonu i odpuściliśmy sobie trasę himalajską, a nawet alpejską. Powiem więcej - w pierwszym odruchu pomyśleliśmy o beskidzkiej, no ale to już przesada. Tomek uznał, że jego noga da radę na tatrzańskiej, a ja miałam nadzieję, że moja nie rozsypie się jak rok temu. Trasę beskidzką tradycyjnie obsadziła więc Agata razem z nową koleżanką z ogłoszenia, bo nikt ze starych znajomych nie przejawiał chęci włóczenia się nocą po lesie.
Jak zawsze przed Manewrami, typowaliśmy gdzie mogą się tym razem odbyć i Tomek strzelił bezbłędnie - okolice Nieporętu. Dla nas to super bo po pierwsze blisko domu, a po drugie okolica tak obiegana na wszelakich zawodach, że ciężko się zgubić (to znaczy Tomkowi, bo ja to i we własnym ogródku mogę).

Formalności wstępne.
 
Po rozlokowaniu się na sali gimnastycznej i pobraniu karty startowej mieliśmy chwilę czasu na przygotowanie się fizyczne i psychiczne, pogadanie ze znajomymi i nacieszenie się atmosferą zawodów i już trzeba było zbierać się na autobus.

Wywożą nas w "nieznane".
 
Tym razem "nieznane" było dla nas znane, bo po podaniu w sobotę rano miejsc startu, szybko znaleźliśmy je na mapie.
Na starcie nie zauważyliśmy żadnej znajomej gęby - wiadomo: wszyscy na himalajskiej i alpejskich. Trochę mi się łyso zrobiło, ale cóż - tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Wkrótce nadeszła nasza kolej, dostaliśmy mapy i mogliśmy ruszać.

Co my tu mamy?
 
Mapa (poza tym, że czarno-biała i nieaktualna) wyglądała bardzo przyjaźnie - żadnych dopasowań, przekształceń i innych kombinacji, do których przywykliśmy w wyższych kategoriach. Wyglądało na to, że wystarczy iść, zebrać co trzeba i wrócić na metę. No i nie zapomnieć o dwóch zadaniach.

No to ruszyliśmy!
 
Pierwszy punkt taki rozgrzewkowy, na górce przy drodze, co to nawet w mapę szkoda patrzeć. Ale już w drodze do drugiego był lekki haczyk, bo ścieżka biegła ciut inaczej niż na mapie i niektórzy poszli w złą stronę. W sumie ja też bym poszła (przynajmniej kawałek, bo jednak zerkałam na kompas), ale Tomek był czujny i od razu skorygował marszrutę.
Po podbiciu dwójki stwierdziliśmy, że to już czas na przygodę i od punktu postanowiliśmy ruszyć na azymut, prosto przez podmokły i pełen dziur teren. No dobra, nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak. Co prawda wcześniej widzieliśmy, że inni zawodnicy obchodzą teren, ale my wiadomo - twardziele. Ale w sumie było bardzo klimatycznie wśród wysokich traw i tylko raz noga wpadła mi do mokrej dziury.

Może i trudny teren, ale przynajmniej ciekawy.
 
Trójka znowu łatwa, w wielkim dole niedaleko ścieżki, trafiona od pierwszej próby, a potem ruszyliśmy na część trasy za linią kolejową.

Przekraczamy tory pierwszy raz.

Czwórka miała być na granicy kultur, tylko raczej tej granicy z lat świetności mapy, a nie obecnej. Chwilkę musieliśmy poczesać - najpierw żeby znaleźć, a potem żeby się upewnić, że to własciwy lampion.

Może to PK 4, a jak nie, to coś w okolicy:-)
 
Piątka stała na zakręcie rowu, którego ja nie mogłam wypatrzeć na mapie, bom ślepota, ale Tomek w okularach wypatrzył. A potem jeszcze wlazł w zarośla żeby podbić. Po podbiciu punktu mało się nie zgubiliśmy, bo odeszliśmy od niego w złą stronę. Kiedy po chwili marszu zerknęłam na kompas, natychmiast podniosłam larum, ale Tomek usiłował uspokoić mnie, że dobrze idziemy. W sumie byłoby dobrze, gdyby nie przyłożył kompasu do mapy odwrotnie - północą na południe. Na szczęście nie zdążyliśmy ujść daleko i po chwili znowu byliśmy na właściwej marszrucie.
Szóstka była łatwa, za to z siódemką chwilę się męczyliśmy. Tomek zaczął tak kombinować, że po chwili nie wiedziałam gdzie jestem, a potem mi wmówił, że znaleziony lampion wcale nie pasuje, bo nasz powinien być w innym miejscu. Fakt, że odwzorowanie terenu na mapie było oględnie mówiąc ciut do sempiterny i nawet namierzanie się z charakterystycznego skraju pola nie dawało pewności, że bierzemy dobry punkt. Jednak był dobry, co potwierdzają wyniki i zapisany ślad.

Problematyczna siódemka.
 
Ósemkę znaleźliśmy tam, gdzie powinna być i udaliśmy się na ognisko z PK 9. Ognisko, zgodnie z naszymi wcześniejszymi przewidywaniami (i oczywiście zgodnie z mapą), zlokalizowane było w Forcie Baniaminów. Przed oddaniem map chcieliśmy jeszcze przygotować sobie materiał do przemyśleń związany z zadaniem o odległości i skali, ale bez porządnej linijki i w powietrzu nie bardzo nam to szło. W końcu odpuściliśmy.
 
Próba zmierzenia odległości za pomocą podkładki.
 
Tymczasem na czas-stopie organizatorzy desperacko usiłowali wydusić coś z dwóch smętnych kupek drewna, co w efekcie dawało kilkusekundowy ogień i wielominutowe zadymienie.  W ubiegłych latach, kiedy przychodziliśmy znacznie później (bo na dłuższych trasach), ogień był tak wielki, że strach się było zbliżać. Najwyraźniej tym razem byliśmy dużo za wcześnie.

 
 Chwila odpoczynku.
 
Przy "ognisku" nie posiedzieliśmy zbyt długo, bo przecież nawet nie byliśmy zmęczeni, a ogrzać się nie bardzo było jeszcze przy czym. Ruszyliśmy więc dalej. Po ogniskowej dekoncentracji bardziej szłam za Tomkiem niż nawigowałam i nie bardzo pamiętam PK 10, ale mam dowód rzeczowy, że osobiście go podbijałam:-)

Niewątpliwie PK 10
 
Jedenastka - łatwy dołek prawie przy ścieżce. Dobry moment żeby z powrotem wrócić do nawigowania:-) Zawsze to lepiej wiedzieć gdzie się jest i dokąd idzie.

Jedenastkę podbija Tomek.
 
Dwunastka była równie banalna jak jedenastka, podobnie trzynastka. W sumie to z mapy wynikało, że cała reszta punktów jest tylko formalnością i myk myk zaraz dotrzemy do bazy. I pewnie tak by było gdyby nie czternastka. Już zbliżając się do punktu widzieliśmy spore nagromadzenie światełek, co mogło oznaczać tylko jedno - czeszą teren. Podeszliśmy dumni i bladzi, że my im pokażemy jak się znajduje punkt, bo co to za problem znaleźć miejsce gdzie przecinka dochodzi do ścieżki. Kurcze, okazało się, że jednak jest problem, bo nie znaleźliśmy ani przecinki ani lampionu. Mało tego, nie udało się także znaleźć pobliskiego dołka, z którego ewentualnie można by się namierzyć. Nic, kompletne nic. Po kilku nieudanych próbach znalezienia lampionu stwierdziliśmy, że raczej na pewno go w ogóle nie ma  i wpisujemy BPK. 
Został nam już ostatni punkt, już całkiem w cywilizacji, przy asfalcie. Jeszcze tylko zaliczyliśmy ostatnią "przygodę" - spektakularny synchroniczny upadek na śliskich podkładach kolejowych, kiedy przechodziliśmy przez tory. Para, która szła tuż za nami miała niewątpliwie interesujący spektakl typu taniec na lodzie zakończony bardzo bliskim kontaktem z PKP.
Przy ostatnim punkcie znaleźliśmy odpowiedź na jedno z zadań, dotyczące szwagra Florentyna Pogorzelskiego.

 Punkt ze szwagrem.

Do bazy wracaliśmy już asfaltem zaliczając po drodze słynna kładkę nad Kanałem Żerańskim. Widziałam ją już kilka razy, ale zawsze robi na mnie wrażenie.
W bazie przed oddaniem karty startowej musieliśmy jeszcze przeliczyć odległość z mapy w skali 1:25 000 na skalę 1:84 000 przy czym największym problemem okazał się brak długiej linijki, bo samo przeliczenie to już pestka.

Oddajemy kartę startową.
 
Myśleliśmy, że w bazie już będzie na nas czekać Agata z Anią, ale gdzie tam. Co prawda ruszały godzinę później niż my, ale trasę miały krótszą. Dość długo czekaliśmy na ich powrót, za to tym razem udało się zebrać wszystkie punkty, a w tym tylko dwa stowarzysze.  Wpadły w grube minuty, więc wynik taki sobie, ale za to mają lepszy od nas przelicznik opłaty za minutę zabawy:-)
Rano odbyło się tradycyjne ogłoszenie wyników i wybór nagród. Ponieważ niewiele osób zostało do końca imprezy, w nagrodach można było przebierać jak w ulęgałkach, dla każdego starczyło i jeszcze dużo zostało. 

Dumni z dyplomami i nagrodami.

Tak więc tego - jeśli ktoś śmieszkował z naszego budowania formy tydzień wcześniej, to proszę: da się? Da!

niedziela, 8 stycznia 2023

Pouczające Nocne Manewry SKPB.

Na Nocne Manewry można (w moim przypadku) nie iść tylko wtedy, kiedy się nie żyje. To, że od kilku miesięcy boli kolano i plecy, a kilkanaście dni przed imprezą dołącza ból kostki nie jest więc żadnym usprawiedliwieniem i iść trzeba. Tak więc nałykawszy się ketonalu i nasmarowawszy większą część człowieka voltarenem wyruszyłam na najdłuższą i najtrudniejszą trasę.
Na starcie dostaliśmy dwie mapy - jak określił sam autor: pierwsza od startu do ogniska, druga od ogniska do mety. 
 
Pierwszy kontakt z mapą.
 
Bardzo mi się ta idea spodobała, szybko schowałam drugą mapę na potem i zajęliśmy się rozpracowywaniem pierwszej. Już na pierwszym punkcie wzięliśmy stowarzysza, ale nie miało to znaczenia, bo Tomek tym razem planował lajtowe przejście (do dziś nie wiem co mu się stało) i stwierdził, że bierzemy wszystko co się napatoczy, jeśli tylko choć trochę przypomina punkt kontrolny. Tak to ja lubię, a nie sprawdzanie dwie godziny czy lampion wiszący 50 metrów dalej nie jest czasem lepszy. 
Szło nam ze zmiennym szczęściem - raz stowarzysz, raz punkt właściwy, a czasem nic do niczego nie pasowało i wtedy to już naprawdę braliśmy, co było. 
 
PK 2.

W lesie było bardzo przyjemnie, cieszyłam się, że tam jestem, delektowałam się tym i było mi całkiem dobrze, zwłaszcza że mokre i zimne buty działały na kostkę niczym krioterapia, wyższe części załatwiała tabletka. 
 
Urokliwe okoliczności przyrody.
 
Do ogniska dotarłam nawet niezbyt zmęczona, ale z lekka zdegustowana problemami z dopasowaniem niektórych wycinków. Za to pełna nadziei, że druga mapa będzie łatwiejsza, bo wyglądała jak zwykła biegówka, czyli to, co znamy najlepiej.
Przy ognisku tradycyjnie kiełbaska, herbata, ciastko i ... znowu w drogę.
 
Ciepło i smacznie.
 
I tu proszę państwa sprawa się rypła. Pierwszego poogniskowego punktu szukaliśmy ponad godzinę i w końcu coś tam wzięliśmy, choć to coś do niczego nie było podobne. Nasz entuzjazm ulotnił się bezpowrotnie, mnie bolała już większa część człowieka, a dodatkowo rankiem czekała mnie trzystukilometrowa podróż. Decyzja mogła być tylko jedna - idziemy najkrótszą drogą do mety. Ponieważ po drodze mieliśmy dwa z kolejnych ośmiu punktów, więc zebraliśmy... jeden. Ale nic więcej. Nastrój zapanował ponury, bo też i tak źle nie było na żadnej edycji imprezy. I wiecie co się okazało? Te mapy to wcale nie były tak, jak mówił autor - do ogniska i od ogniska, tylko niektóre wycinki z jednej mapy trzeba było przypasować do drugiej i odwrotnie. Tak zostaliśmy zrobieni w konia. Nic dziwnego, że nic nam do niczego nie pasowało...
A i tak najgorsze nadeszło następnego dnia, te trzysta kilometrów od domu - kostka spuchła jak balonik i nie pozwalała się używać. I wciąż nie pozwala - już drugi miesiąc. 
 
Pamiętajcie więc dwie rzeczy:
1. nie należy wierzyć autorowi trasy,
2. nie należy nadużywać (a nawet w ogóle używać) bolących części ciała.
 
Summa summarum - Nocne Manewry to bardzo pouczająca impreza!

wtorek, 24 listopada 2015

A ja taka nieuczesana!

Pierwsze kroki po powrocie skierowaliśmy oczywiście do stołówki. Jak się człowiek przeleci po lesie, to i jeść się chce. Cuda wyczynialiśmy nad żurkiem mając do dyspozycji tylko łyżki, a na talerzu nieprzekrojone jajko i kawał kiełbasy pływające w zupie. Oczywiście, że sobie poradziliśmy, ręce w końcu mieliśmy.
Po posiłku A. M. odjechała w siną dal (do domu), a my z coraz większym niepokojem oczekiwaliśmy na powrót dziecka. Dziecko co prawda od kilku lat pełnoletnie i w lesie sobie radzi, ale bo to wiadomo, czy nie natknie się na niedźwiedzia albo inne takie.... Ja oczekiwałam w coraz bardziej horyzontalnej pozycji, T. co chwilę biegał sprawdzać wyniki uaktualniane co jakiś czas. Na najwcześniejszej liście byliśmy pierwsi. Co prawda na cztery zespoły, ale przynajmniej mieliśmy gwarancję, że nie będziemy tacy ostatni. Kolejne wywieszenie listy zepchnęło nas na drugą pozycję, ale za nami pojawiło się dużo innych zespołów. Nie było źle. Do trzeciego wywieszenia wyników już do doczekałam. Jak tylko skonstatowałam, że A. z koleżanką wróciły całe i zdrowe, przekręciłam się na trzeci bok i chrapnęłam z ulgą.
Ranek powitał mnie informacją, że ostatecznie zajęliśmy trzecie miejsce. Hurrrra! Chęć zobaczenia listy na własne oczy zmotywowała mnie do wysupłania się ze śpiwora. Faktycznie - trzecie miejsce.  Trzecie miejsce, a ja taka nieuczesana! Nieumalowana! Bez stroju galowego! No jak tu gratulacje odbierać???? Proszę, jak to człowiek musi być zawsze gotowy na sukces ...

Kiedy organizatorom udało się już dobudzić wszystkich uczestników, na salę gimnastyczną wjechały stoły z fantami. "Dziecko", które do tej pory tylko wstało, ale nie obudziło się, przejawiło oznaki ożywienia. Obejrzawszy stoliki zadecydowało: to, to i to! I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że dla nas nagród nie będzie:-) Jako dobrzy rodzice, oczywiście wzięliśmy to, to i to, sami zadawalając się dyplomami, mapami i słodyczami. Dyplomów to wzięliśmy nawet cały plik, bo jakoś nikt ze znajomych nie został do rana, a większość z nich zajęła czołowe miejsca w swoich kategoriach.

Po powrocie do domu - nie, wcale nie poszliśmy spać! T. od razu włączył komputer, geoportal, lidar i co tam tylko się dało i zaczął analizować mapę i nasze PS-y. W końcu żeby "bić autora", trzeba się jakoś przygotować:-) A wiadomo - bez "bicia autora" impreza jest jakaś taka niedokończona ....

T. w ogóle coś zaczyna przebąkiwać o trasie himalajskiej na przyszły rok, ale ja widząc niektórych "himalaistów" wracających do bazy w stanie wskazującym (na długotrwały pobyt w lesie oczywiście), raczej wolę podziękować za tę przyjemność.
Bo sam fakt, że w ogóle idziemy za rok nie budzi żadnych wątpliwości.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Za górami, za lasami ....

Pit-stop trochę nas rozczarował - nie było natrysków, masażysty, gabinetu odnowy biologicznej, nawet zwykłych leżanek nie zapewniono. Być może dlatego nie cieszył się zbytnią popularnością. Okazało się, że jesteśmy drugim, czy trzecim zespołem, który zdecydował się na chwilę odpoczynku. T. to nawet w pierwszym odruchu chciał od razu iść dalej, ale ja dałam się skusić kiełbasą. Niestety, mam słaby kręgosłup moralny i daję się przekupić. Poza tym organizatorzy autentycznie ucieszyli się na nasz widok, co i nie dziwne, bo nudno tak samemu siedzieć przy ognisku i każde nowe towarzystwo wnosi powiew świeżości.  W sensie metaforycznym, bo wprost to trudno o świeżość po kilku godzinach marszu.
Pojedli, popili, posiedzieli i po jakiś 20 minutach uznaliśmy, że pora ruszać dalej. Rok temu, w takim samym momencie, marzyłam żeby ktoś mnie dobił, żebym nie musiała się dłużej męczyć, tym razem jednak wciąż czułam w sobie moc. Jak to się człowiek przez rok potrafi wyrobić. Jeszcze trochę i na ultrasy zacznę chodzić:-)
Do PK 13 było blisko (raptem pół kilometra) i łatwo. To złudzenie bliskości dawała skala drugiej części mapy - 1:25 000. Na papierze to tyci kawałeczek. Pocieszeniem był fakt, że ponad połowę trasy mieliśmy już za sobą.
Druga strona mapy w ogóle wydawała nam się jakby łatwiejsza, a może to my tak się rozkręciliśmy, że nic już nie było nam straszne. Zaczęliśmy też wreszcie chodzić więcej drogami i ścieżkami.
Ta łatwość (najwyraźniej pozorna) nie uchroniła nas od złapania kolejnego stowarzysza - na piętnastce. Teraz T. przekonuje sędziego, autora trasy i kogo się da, że ten stowarzysz, to taki pozorny stowarzysz, bo mapa nie zgadza się ze wzorcówką i lidarem. Czy coś tam, coś tam ...
Coraz częściej spotykaliśmy zespoły z beskidzkiej idące w stronę ogniska. Trochę dziwnie na nas patrzyli, że my w stronę przeciwną, ale nikt nie próbował nas zawrócić. Kiedy z piętnastki wydobyliśmy się na ścieżkę natknęliśmy się na Leśne Dziady. Nie było jednak czasu na wymianę grzeczności i pogaduszki.
Do kolejnego punktu było prosto jak w pysk. I daleko. I pod kłodą narysowaną na mapie czyhała drobna niespodzianka. Po długotrwałych opadach deszczu niespodzianka pewnie mocno by nas wciągnęła (podobno chodzenie po bagnach wciąga), na szczęście było tylko niezwykle malowniczo, nastrojowo i tajemniczo. Idealna scenografia do filmu.
Przed siedemnastką zaczęły boleć mnie przyczepy mięśni pod kolanami, czy co tam człowiek ma w tym miejscu. Nawet miałam zamiar wetrzeć jakieś przeciwbólowe mazidło, ale nie było kiedy, bo szybko, szybko, czasu coraz mniej. Zresztą do wcierania musiałabym się rozebrać, a tu jakiś zespół deptał nam po pietach, to co miałam robić striptiz dla obcych, nie? Pocieszyłam się kawałkiem czekolady i poszłam dalej. PK 17 wisiał po prawej stronie ścieżki, a mi z mapy wychodziło, że ma być po lewej. Dopiero po powrocie do domu, przy świetle dziennym rozwiązałam tajemnicę wędrujących górek - to co brałam za ścieżkę było poziomnicą, a prawdziwej ścieżki do tej pory nie udało mi się znaleźć.
Od osiemnastki zaczęliśmy się z lekka cieszyć, że już blisko. Niczym te szkapy dorożkarskie, co to czując bliskość domu przyspieszają, także i my ruszyliśmy biegiem. Dla moich obolałych nóg była to całkiem miła odmiana, bo podczas biegu pracują inne mięśnie, więc te zmęczone miały chwilę oddechu. A nawet jeśli tak nie jest, to ja w to uwierzyłam, a wiadomo, że wiara czyni cuda. Moja - uzdrowiła nogi.
O dziewiętnastce i dwudziestce nie ma co mówić - lekko, łatwo i przyjemnie. Zupełnie jak w bajce - za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami - jednym słowem - pioruńsko daleko!
Przy dwudziestce byliśmy już w lekkich minutach, a do bazy jeszcze ho,ho,ho. Zaczęliśmy więc ucieczkę przed minutami ciężkimi i mimo zmęczenia biegliśmy co sił. Po drodze dopingowały nas mijane zespoły, więc biegliśmy jeszcze szybciej, bo głupio nam było zwolnić:-) Jeszcze tylko rozważaliśmy, czy meta jest usytuowana w drzwiach wejściowych, czy trzeba szukać we wnętrzu, po wysupłaniu się z butów. Organizatorzy nie zawiedli i kartę startową oddaliśmy w wejściu do bazy.

c. d. n.

niedziela, 22 listopada 2015

Byle do pit-stopu!

Sobotni poranek powitał mnie konkluzją: przed Nocnymi Manewrami nie należy imprezować, a już na pewno nie należy mieszać wina i wódki, nawet jeśli nie są to duże ilości.
W zaistniałej sytuacji szybko zmieniłam planowaną strategię - do pierwszego PK się czołgam, potem T. i A. M. mnie niosą. A potem się zobaczy.
Na szczęście do popołudnia ból głowy minął i tylko pozostała pewna niemrawość, przez którą wyjechaliśmy z domu dość późno. Ledwo więc zgłosiliśmy się w biurze zawodów, ledwo rozłożyliśmy nasze rzeczy w sali gimnastycznej, a już było oficjalne rozpoczęcie. Coś tym razem organizatorom nie wyszło z harmonogramem, bo kto chciał zdążyć na pierwszy autobus wywożący na trasę, musiał wyjść w trakcie przemówień. Kto się w tym nie połapał (a byli tacy), ten został w bazie. T. na szczęście wykazał się przytomnością umysłu i niemal siłą wywlekł mnie za frak, tak że ostatnie części garderoby ubierałam już w autobusie.
Tradycyjnie zostaliśmy wywiezieni w siną dal, wysadzeni w ciemnym lesie i puszczeni na pożarcie lwom i  niedźwiedziom. Tym razem zaszaleliśmy i zapisaliśmy się na trasę alpejską. Nasze dziecko zaszalało w ramach swoich możliwości i z koleżanką poszło na tatrzańską i tylko Leśne Dziady i Paprochy rozsądnie wybrały beskidzką.
Mapy, jak to u nie za bogatych skpbowców, czarno-białe i mocno przestarzałe - czyli coś tam ze starych zapasów wygarnęli. Limit czasu 400 minut (to dużo, czy za mało?), długość trasy nieludzka jak na moje możliwości - ponad 17 kilometrów. W linii prostej, żeby nie było niedomówień. Ale nic to - trzeba iść. Szybko okazało się, że barbarzyńska skala mapy przekłada się na długie puste przeloty, a przecież najfajniejsze jest szukanie punktów, a nie samo maszerowanie do nich. Organizatorzy oczywiście liczyli tu na naturalną selekcję, czyli słabsze jednostki padają po drodze i są zadziobywane przez osobniki silniejsze. Postanowiliśmy się nie dać! Nawet ja poczułam przypływ mocy i ruszyliśmy ostrym tempem. Zasadniczo planowaliśmy poruszać się po ścieżkach, zwłaszcza, że las był mokry i nie wszędzie przebieżny. Ale wiadomo jak to jest z planami - już w drodze na PK 1 zostały zweryfikowane i poszliśmy metodą T., czyli gdzieś tam (z charakterystycznym machnięciem ręką w bliżej nieokreślonym kierunku). Na szczęście T. kupił sobie nowy kompas i chciał go wypróbować, więc pilnował azymutu. Jedynka została zdobyta!
Dwójka początkowo wydawała się nam skrzyżowaniem dwóch ścieżek i trochę nas zbiło z tropu, kiedy jedna z nich okazała się ciekiem wodnym. Tak właśnie jest z tymi czarno-białymi mapami - nigdy nie wiadomo do końca co jest czym.
Trójkę można było zajść od dołu, albo od góry mapy. T. optował za dolną opcją, ja i A. za górną. Byłyśmy w przewadze, więc wiadomo jak poszliśmy.  Marniutkich ścieżyneczek w ogóle nie było widać, zresztą po trzydziestu latach od powstania mapy trudno było spodziewać się ich w zaznaczonych miejscach. Znowu musieliśmy pójść "gdzieś tam" i w efekcie zebraliśmy stowarzysza. A przynajmniej tak nam wmawia autor trasy:-)
Na czwórkę lwią część trasy przeszliśmy drogami, drogami zanikającymi, bezdrożami i po zatoczeniu półkola i pominięciu punktu wylądowaliśmy na asfalcie. Niewątpliwie wygodna opcja, tylko autor trasy miał inną wizję i punktów nie stawiał na utwardzanych drogach. Nie było zmiłuj - musieliśmy wrócić między drzewa. Z 700 metrów nadłożyliśmy, ale co tam - najważniejsze, że znaleźliśmy lampion.
Na piątce nie daliśmy się nabrać na japońca, za to Zimna Woda przy szóstce okazała się za zimna i umoczyliśmy trochę - znowu PS:-(
Siódemka okazała się prosta, ale za to szło się do niej i szło i szło i końca nie było widać. Dla pewności od samego startu liczyłam dwukrokami odległości, które mieliśmy przejść i przy milionowej serii liczenia do sześćdziesięciu trzech pomyślałam, że tak mi już na zawsze zostanie. W każdym razie, w przypadku konieczności terapii, rachunki za psychiatrę wysyłam do SKPB!
Koło ósemki dopadł mnie pierwszy kryzys. Nie żeby jakiś wielki, ale chwilami traciłam kontakt z mapą i mój wkład w poszukiwania punktu ograniczył się do nie opóźniania i nie przeszkadzania T. i A.
Okopów w okolicach dziewiątki było do wyboru, do koloru. Mam wrażenie, że znacznie więcej niż na mapie. Wybranie właściwego było już loterią, a że w loteriach szczęścia jakoś nie mamy, więc oczywiście wybraliśmy okop stowarzyszony. Tak przynajmniej głoszą wyniki, bo podejrzewam, że w rzeczywistości nikt (łącznie z autorem mapy) nie wie, który okop jest który. Ale co tam okop, grunt, że nie pomyliliśmy okopu z jeziorem na przykład albo górką. Znaczy się - mapy czytać umiemy:-)
Na dziewiątce zakończyliśmy pierwszą stronę mapy i zaczęliśmy się pocieszać, że do dwunastki z ogniskiem już coraz bliżej. Dziesiątkę zaszliśmy od d..y strony i zamiast dojść wygodnie drogą prawie pod punkt, okrążyliśmy jezioro niemal dookoła narażając się na utopienie, a przynajmniej zamoczenie, bo brzegi były śliskie, a zdradliwe gałęzie i pniaki łapały za nogi. Będąc już w temacie wodnym, do jedenastki poszliśmy rowem, a jak wiadomo: jest rów - może pojawić się i woda. W końcu ubłoceni i przemoczeni wydostaliśmy się z niego triumfalnie wpisując kod z jedenastki, po czym niesieni wizją kiełbasek, rączo pomknęliśmy w stronę PK 12. Na szczęście był to dość krótki przebieg, punkt wisiał w  widokowym miejscu i już po chwili mogliśmy zatrzymać czas i udać się do punktu regeneracji uczestnika.

c. d. n.

piątek, 20 listopada 2015

Nocne Manewry SKPB - strategia

Egzaminy na Pinokia egzaminami, a tu przed nami wcześniej równie poważne wyzwanie - Nocne Manewry. Wczoraj, w oczekiwaniu na listy startowe, ustalaliśmy strategię. No bo skoro w zeszłym roku zajęliśmy drugie miejsce na swojej trasie, to teraz nie możemy być gorsi. A bez strategii ani rusz!
Więc robimy tak:
Ze startu biegniemy sprintem na punkt pierwszy. Jesteśmy wypoczęci, zrelaksowani, w super formie - możemy więc ostro zacząć, w celu odbicia się od konkurencji dyszącej nam w kark na starcie. Kolejne dwa, trzy punkty zdobywamy biegiem, żeby wysunąć się na czoło stawki - przed nami startują cztery zespoły, więc musimy ich przegonić. Przez kolejne trzy, cztery PK szybkim marszem utrzymujemy i umacniamy przewagę. Po jej umocnieniu tempem umiarkowanym, ale nie wolnym, posuwamy się w stronę pit stopu. Tam nie zabawiamy długo, aby się nie rozleniwić i po krótkiej (ale treściwej) regeneracji ostro zaczynamy drugą część trasy. Zdecydowanym marszem pochłaniamy odległości, zgarniając kolejne punkty bez zatrzymywania się. Po przebyciu 2/3 trasy nieco zwalniamy, aby zachować siły na finisz. Za sobą nie widzimy już żadnych światełek, co oznacza, że konkurencja została daleko w tyle.  W tej sytuacji tempem spacerowym zaliczamy większość pozostałych do zebrania PK. Od ostatniego punktu ruszamy rytmem joggingowym, żeby dobrze wypaść wizerunkowo na mecie, a jednocześnie nie przeforsować się.  Na mecie odbieramy gratulacje, pozdrawiamy wiwatujący tłum fotoreporterów, udzielamy wywiadów - jednym słowem pławimy się w zasłużonej chwale.
Dzisiaj wieczorem musimy jeszcze szczegóły przedyskutować z A. M., ale sądzimy, że nie będzie miała nic do zarzucenia naszemu planowi. W końcu też, jak każdy, chce wygrać!