Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieporęt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieporęt. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2025

Trening w Nieporęcie, czyli lekko, łatwo, przyjemnie i powoli.

Wiecie, że od Wawel Cupu aż do ubiegłej niedzieli nie biegałam na orientację? Nie było w okolicy żadnych zawodów, a jak się jedne trafiły, to akurat miałam już inne plany. Ta posucha chyba i innym dała się we znaki, bo Aleks zdecydował się zorganizować trening w Nieporęcie.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, punkty jeszcze się wieszały, więc musieliśmy chwilę poczekać. W międzyczasie Aleks opowiadał o wycinkach, których nie ma zaznaczonych na mapie, bo i jego zaskoczyło, co dzieje się w lesie. Trochę spieszyło nam się na trasę, bo zapowiadali deszcze i burze i woleliśmy skończyć przed tymi atrakcjami.
Start podbijaliśmy w bazie na parkingu, ale lampion startowy stał daleko, daleko - chyba z 600 metrów dalej. Takiego dobiegu do lampionu startowego to jako żywo nigdy nie widziałam.

Start z bazy.

Razem z Tomkiem dobiegliśmy do tego realnego startu i tam już nasze drogi się rozeszły, a nawet rozbiegły.
 
Chwila zastanowienia, w którą stronę...

Punkt pierwszy stał w pobliżu ścieżki, ale żeby wiedzieć, kiedy z niej zejść w las, umyśliłam sobie, że będę liczyła dwukroki, żeby wymierzyć odległość. Dwukroki na zawodach biegowych... Ale ostatecznie kto mi zabroni robić głupie rzeczy? Szczególnie, jeśli te głupie rzeczy działają. I to dobrze.
Dwójka była daleko, nic egzotycznego nie udało mi się wymyślić, więc pobiegłam po prostu po kresce. Sprawdziło się równie dobrze jak dwukroki i na punkt wyszłam idealnie. Przy trójce spotkałam Tomka, a potem kawałek biegliśmy razem w stronę czwórki, ale ja wybrałam wariant całkiem drogowy, a Tomek mieszany.
 
Przy PK 3

 
W drodze na PK 4

 
 Mój wariant drogowy.

Przy piątce ponownie spotkałam Tomka, więc krótka sesja zdjęciowa musiała się odbyć. Bo wiadomo, że co się nie dobiega, to można próbować dowyglądać.

Przy piątce  jedna z niespodziewanych wycinek.

Ponieważ teren był taki jak lubię, czyli płasko z niewielkimi odchyłkami w górę lub dół, to łatwo leciało się po kreskach i tak też zaliczałam kolejne punkty. Lampiony na ogół były z daleka widoczne, więc nawet jeśli mnie gdzieś odrobinę zniosło, to mogłam już z odległości reagować. Ponieważ było parno, gorąco i duszno to biegowo raczej się nie wysilałam, ot taki bardziej rekreacyjny spacer. Były też takie fragmenty lasu - przebieżne, czyste, równe, że aż nogi same rwały się do biegu. No to wtedy biegłam. Gdzieś tam jeszcze pod koniec trasy spotkaliśmy się z Tomkiem, ale tak z daleka, więc tylko pomachaliśmy sobie i każde poleciało na swój punkt. Obydwoje zdążyliśmy przed deszczem, a kropić zaczęło, kiedy już wracaliśmy do domu. 
Do następnego biegania pewnie znowu trzeba będzie sobie poczekać, no bo wakacje, to i zawodów lokalnych nie ma. Ale spoko - wytrzymam. 
 
Taka bezproblemowa traska.
 

wtorek, 2 lipca 2024

Trening KOS z poślizgiem, kaniami i rwą.

Latem, kiedy odbywają się różne poważne imprezy wyższych rang, zdarzają się weekendy bez BnO w najbliższej okolicy. No, serio. Ale zawsze można wtedy liczyć na KOS Azymut, który stara się zapełnić takie luki. I tym razem też zorganizowali niedzielny trening w przedostatnią niedzielę czerwca. Wyjechaliśmy dość wcześnie, żeby wystartować na samym początku i jakież było nasze zdziwienie, kiedy na miejscu nie zastaliśmy niczego - ani organizatorów, ani uczestników. 
- Nie dzisiaj? Nie tutaj? - zadawaliśmy sobie pytania. 
Tomek od razu odpalił internety i okazało się, że start przesunięto o pół godziny. Ufff. Po chwili zaczęli pojawiać się inni amatorzy biegania, a także przedstawiciel organizatora, czy raczej organizatorki treningu, której przytrafiło się zaspać i z organizacją była jeszcze w lesie. Tak dokładnie to z lampionami była w lesie, żeby je rozwiesić. W sumie przeciągnęło się to do godziny, ale pogoda była przepiękna, w samochodzie mieliśmy wygodne krzesełko, wokół miłe towarzystwo i jeszcze w bonusie dostałam kilka pięknych, wielkich kani na obiad.
 
Czekamy.

Pani zamawiała kanie?
 
W końcu organizatorka się znalazła, biuro zawodów ruszyło i można było startować.

Przed startem
 
Start mieliśmy tuż za naszym miejscem postoju, przy drodze. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek. Ponieważ moja rwa kulszowa wciąż mocno się trzymała, nawet nie planowałam biegać, co najwyżej iść energicznie.
 
 Od razu w krzaki.
 
Ze startu ruszyłam po kresce, bo w sumie innego wyjścia nie było - żadnej drogi w pożądanym kierunku. Kreska doprowadziła mnie też do PK 2, a trójkę zaszłam od lewej, ale skutecznie. Czwórka znowu po kresce, a piątka za torami, więc wystarczyło iść w kierunku torów nie przejmując się za bardzo kreską i kompasem. Może nawet ciut za bardzo się nie przejmowałam, bo sporo zniosło mnie w lewo, szczególnie, że starałam się izolować od innych biegaczy, a ci bardziej trzymali się kreski. 
Za torami piątka i szóstka weszły gładko. Szóstka to chyba nie stała we właściwym dołku i namierzając się z niego nie weszłam na kreskę. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo do siódemki było daleko, a po drodze masa charakterystycznych miejsc do namierzania się.
Lekki problemik pojawił się przy dziewiątce. Z ósemki szłam po lewej stronie kreski, a im bliżej dziewiątki, tym bardziej mnie znosiło, aż doszłam do drogi za punktem. Dobrze, że ktoś tam jeszcze szukał, to było raźniej.
Do dziesiątki bardzo pilnowałam azymutu. Za mną niczym tajemniczy Don Pedro podążał Tomek i przy dziesiątce mnie wyprzedził. 
 
Tuż za PK 10.
 
Jedenastka daleko, znowu po pierwszej stronie torów. Bezproblemowo, jeśli nie liczyć znaczącego ubytku sił i chęci położenia się zamiast iść dalej. Do dwunastki miało być blisko i łatwo, a wyszło daleko i ze zdziwieniem. Ponieważ byłam już zmęczona, więc postanowiłam iść po ścieżkach, a nie na azymut. I to był wielki błąd. Ścieżki nie znalazłam, a kiedy zorientowałam się, że coś za długo jej nie ma, byłam już przy drodze. Musiałam wracać kawał drogi i jedyną satysfakcją było to, że i ze dwie inne osoby zrobiły to samo. Tomek zaś zarzeka się, że ścieżka była. No jak była, jak nie było? Nawet po dojściu już do dwunastki sprawdzałam dlaczego nie udało mi się trafić od razu i od drugiej strony też ścieżki nie znalazłam. No, chyba, że ona pojawia się i znika w zależności kto nadchodzi.

Do dwunastki naokoło.
 
Dwunastka była ostatnim punktem, należało jeszcze tylko dotrzeć do mety. Wlokłam się krok za krokiem, a prawa noga zostawała gdzieś w tyle. Kiedy w końcu wyszłam na otwartą przestrzeń i zobaczyłam gdzie jest meta, to aż mnie osłabiło. Widzieć na mapie, a widzieć na żywo to jednak różnica. Meta była na piaszczystej górze, a ja dodatkowo szłam na nią najmniej optymalnym wariantem. Tomek dopingował mnie i poganiał, żebym nie dała się wyprzedzić konkurencji, ale moim jedynym marzeniem było dojść i siąść i całą konkurencję miałam w głębokim poważaniu. Oczywiście, że dałam się wyprzedzić i wcale nie cierpiałam z tego powodu, bo do cierpienia miałam inne.

 Wreszcie meta!
 
Ledwo dolazłam do biura zawodów, a potem już woda i ciastka podnosiły mnie na duchu i ciele. Te bolesne zawody nie są dobrym prognostykiem przed zbliżającym się Wawel Cup-em.  No, ale zobaczymy jak będzie dalej.

Raz lepiej, raz gorzej.
 

piątek, 1 grudnia 2023

Nocne Manewry w sąsiedztwie

W tym roku już znacząco spuściliśmy z tonu i odpuściliśmy sobie trasę himalajską, a nawet alpejską. Powiem więcej - w pierwszym odruchu pomyśleliśmy o beskidzkiej, no ale to już przesada. Tomek uznał, że jego noga da radę na tatrzańskiej, a ja miałam nadzieję, że moja nie rozsypie się jak rok temu. Trasę beskidzką tradycyjnie obsadziła więc Agata razem z nową koleżanką z ogłoszenia, bo nikt ze starych znajomych nie przejawiał chęci włóczenia się nocą po lesie.
Jak zawsze przed Manewrami, typowaliśmy gdzie mogą się tym razem odbyć i Tomek strzelił bezbłędnie - okolice Nieporętu. Dla nas to super bo po pierwsze blisko domu, a po drugie okolica tak obiegana na wszelakich zawodach, że ciężko się zgubić (to znaczy Tomkowi, bo ja to i we własnym ogródku mogę).

Formalności wstępne.
 
Po rozlokowaniu się na sali gimnastycznej i pobraniu karty startowej mieliśmy chwilę czasu na przygotowanie się fizyczne i psychiczne, pogadanie ze znajomymi i nacieszenie się atmosferą zawodów i już trzeba było zbierać się na autobus.

Wywożą nas w "nieznane".
 
Tym razem "nieznane" było dla nas znane, bo po podaniu w sobotę rano miejsc startu, szybko znaleźliśmy je na mapie.
Na starcie nie zauważyliśmy żadnej znajomej gęby - wiadomo: wszyscy na himalajskiej i alpejskich. Trochę mi się łyso zrobiło, ale cóż - tak krawiec kraje, jak mu materii staje.
Wkrótce nadeszła nasza kolej, dostaliśmy mapy i mogliśmy ruszać.

Co my tu mamy?
 
Mapa (poza tym, że czarno-biała i nieaktualna) wyglądała bardzo przyjaźnie - żadnych dopasowań, przekształceń i innych kombinacji, do których przywykliśmy w wyższych kategoriach. Wyglądało na to, że wystarczy iść, zebrać co trzeba i wrócić na metę. No i nie zapomnieć o dwóch zadaniach.

No to ruszyliśmy!
 
Pierwszy punkt taki rozgrzewkowy, na górce przy drodze, co to nawet w mapę szkoda patrzeć. Ale już w drodze do drugiego był lekki haczyk, bo ścieżka biegła ciut inaczej niż na mapie i niektórzy poszli w złą stronę. W sumie ja też bym poszła (przynajmniej kawałek, bo jednak zerkałam na kompas), ale Tomek był czujny i od razu skorygował marszrutę.
Po podbiciu dwójki stwierdziliśmy, że to już czas na przygodę i od punktu postanowiliśmy ruszyć na azymut, prosto przez podmokły i pełen dziur teren. No dobra, nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak. Co prawda wcześniej widzieliśmy, że inni zawodnicy obchodzą teren, ale my wiadomo - twardziele. Ale w sumie było bardzo klimatycznie wśród wysokich traw i tylko raz noga wpadła mi do mokrej dziury.

Może i trudny teren, ale przynajmniej ciekawy.
 
Trójka znowu łatwa, w wielkim dole niedaleko ścieżki, trafiona od pierwszej próby, a potem ruszyliśmy na część trasy za linią kolejową.

Przekraczamy tory pierwszy raz.

Czwórka miała być na granicy kultur, tylko raczej tej granicy z lat świetności mapy, a nie obecnej. Chwilkę musieliśmy poczesać - najpierw żeby znaleźć, a potem żeby się upewnić, że to własciwy lampion.

Może to PK 4, a jak nie, to coś w okolicy:-)
 
Piątka stała na zakręcie rowu, którego ja nie mogłam wypatrzeć na mapie, bom ślepota, ale Tomek w okularach wypatrzył. A potem jeszcze wlazł w zarośla żeby podbić. Po podbiciu punktu mało się nie zgubiliśmy, bo odeszliśmy od niego w złą stronę. Kiedy po chwili marszu zerknęłam na kompas, natychmiast podniosłam larum, ale Tomek usiłował uspokoić mnie, że dobrze idziemy. W sumie byłoby dobrze, gdyby nie przyłożył kompasu do mapy odwrotnie - północą na południe. Na szczęście nie zdążyliśmy ujść daleko i po chwili znowu byliśmy na właściwej marszrucie.
Szóstka była łatwa, za to z siódemką chwilę się męczyliśmy. Tomek zaczął tak kombinować, że po chwili nie wiedziałam gdzie jestem, a potem mi wmówił, że znaleziony lampion wcale nie pasuje, bo nasz powinien być w innym miejscu. Fakt, że odwzorowanie terenu na mapie było oględnie mówiąc ciut do sempiterny i nawet namierzanie się z charakterystycznego skraju pola nie dawało pewności, że bierzemy dobry punkt. Jednak był dobry, co potwierdzają wyniki i zapisany ślad.

Problematyczna siódemka.
 
Ósemkę znaleźliśmy tam, gdzie powinna być i udaliśmy się na ognisko z PK 9. Ognisko, zgodnie z naszymi wcześniejszymi przewidywaniami (i oczywiście zgodnie z mapą), zlokalizowane było w Forcie Baniaminów. Przed oddaniem map chcieliśmy jeszcze przygotować sobie materiał do przemyśleń związany z zadaniem o odległości i skali, ale bez porządnej linijki i w powietrzu nie bardzo nam to szło. W końcu odpuściliśmy.
 
Próba zmierzenia odległości za pomocą podkładki.
 
Tymczasem na czas-stopie organizatorzy desperacko usiłowali wydusić coś z dwóch smętnych kupek drewna, co w efekcie dawało kilkusekundowy ogień i wielominutowe zadymienie.  W ubiegłych latach, kiedy przychodziliśmy znacznie później (bo na dłuższych trasach), ogień był tak wielki, że strach się było zbliżać. Najwyraźniej tym razem byliśmy dużo za wcześnie.

 
 Chwila odpoczynku.
 
Przy "ognisku" nie posiedzieliśmy zbyt długo, bo przecież nawet nie byliśmy zmęczeni, a ogrzać się nie bardzo było jeszcze przy czym. Ruszyliśmy więc dalej. Po ogniskowej dekoncentracji bardziej szłam za Tomkiem niż nawigowałam i nie bardzo pamiętam PK 10, ale mam dowód rzeczowy, że osobiście go podbijałam:-)

Niewątpliwie PK 10
 
Jedenastka - łatwy dołek prawie przy ścieżce. Dobry moment żeby z powrotem wrócić do nawigowania:-) Zawsze to lepiej wiedzieć gdzie się jest i dokąd idzie.

Jedenastkę podbija Tomek.
 
Dwunastka była równie banalna jak jedenastka, podobnie trzynastka. W sumie to z mapy wynikało, że cała reszta punktów jest tylko formalnością i myk myk zaraz dotrzemy do bazy. I pewnie tak by było gdyby nie czternastka. Już zbliżając się do punktu widzieliśmy spore nagromadzenie światełek, co mogło oznaczać tylko jedno - czeszą teren. Podeszliśmy dumni i bladzi, że my im pokażemy jak się znajduje punkt, bo co to za problem znaleźć miejsce gdzie przecinka dochodzi do ścieżki. Kurcze, okazało się, że jednak jest problem, bo nie znaleźliśmy ani przecinki ani lampionu. Mało tego, nie udało się także znaleźć pobliskiego dołka, z którego ewentualnie można by się namierzyć. Nic, kompletne nic. Po kilku nieudanych próbach znalezienia lampionu stwierdziliśmy, że raczej na pewno go w ogóle nie ma  i wpisujemy BPK. 
Został nam już ostatni punkt, już całkiem w cywilizacji, przy asfalcie. Jeszcze tylko zaliczyliśmy ostatnią "przygodę" - spektakularny synchroniczny upadek na śliskich podkładach kolejowych, kiedy przechodziliśmy przez tory. Para, która szła tuż za nami miała niewątpliwie interesujący spektakl typu taniec na lodzie zakończony bardzo bliskim kontaktem z PKP.
Przy ostatnim punkcie znaleźliśmy odpowiedź na jedno z zadań, dotyczące szwagra Florentyna Pogorzelskiego.

 Punkt ze szwagrem.

Do bazy wracaliśmy już asfaltem zaliczając po drodze słynna kładkę nad Kanałem Żerańskim. Widziałam ją już kilka razy, ale zawsze robi na mnie wrażenie.
W bazie przed oddaniem karty startowej musieliśmy jeszcze przeliczyć odległość z mapy w skali 1:25 000 na skalę 1:84 000 przy czym największym problemem okazał się brak długiej linijki, bo samo przeliczenie to już pestka.

Oddajemy kartę startową.
 
Myśleliśmy, że w bazie już będzie na nas czekać Agata z Anią, ale gdzie tam. Co prawda ruszały godzinę później niż my, ale trasę miały krótszą. Dość długo czekaliśmy na ich powrót, za to tym razem udało się zebrać wszystkie punkty, a w tym tylko dwa stowarzysze.  Wpadły w grube minuty, więc wynik taki sobie, ale za to mają lepszy od nas przelicznik opłaty za minutę zabawy:-)
Rano odbyło się tradycyjne ogłoszenie wyników i wybór nagród. Ponieważ niewiele osób zostało do końca imprezy, w nagrodach można było przebierać jak w ulęgałkach, dla każdego starczyło i jeszcze dużo zostało. 

Dumni z dyplomami i nagrodami.

Tak więc tego - jeśli ktoś śmieszkował z naszego budowania formy tydzień wcześniej, to proszę: da się? Da!

niedziela, 22 stycznia 2023

Dystans Stołeczny w Nieporęckich dołkach

Dzięki świętu 3-króli mamy mały orientacyjny maraton: ZZK w Jabłonnej w piątek, FallInO w sobotę i Dystans Stołeczny w Niedzielę.
Dystans Stołeczny w Nieporęcie na „nowej mapie”, użytej do tej pory raz przez Team 360 na jesieni. Jest to rarytas w naszych okolicach, gdzie zwykle biegamy na dobrze znanych mapach. Oczywiście start w kategorii Chojrak. Mapa dla niedowidzących, czyli skala 1:7500 i na niej… setki dołków. 

Biuro i ja (fot A. Krochmal)

A tak to wyglądało z "mojej strony"

Do biura od miejsca gdzie można zaparkować dojście z 700 m. Samotny stolik w lesie, a przy nim Karol. Kolejne 300 m do puszki „Start”. 

Clear, a zaraz dalej start

Ruszam. Idzie dobrze – od razu trafiam na dołek z PK 1. Dalej także trafiam. Po drodze jakieś młodniki, ale takie „przebieżne”. Krzaki zaczynają się od PK 6. Tam trzeba się przedzierać prawie na czworaka. Niestety, jest to punkt podwójny i będzie trzeba na niego później jeszcze raz wrócić (PK 26). 

Lampion "Klubowy" z kodem 44 (PK 4)

Zaliczam wpadkę przy PK 8 - źle interpretuję mapę i szukam go za daleko. I zgadnijcie kto mnie wyprzedza na tym punkcie! Oczywiście Marcin. No dobra, Marcin może;-) 

Co tu dużo pisać: dołek koło dołka i w każdym lampion. Najważniejsze to sprawdzanie kodów, bo tak naprawdę nie wiadomo na który dołek się trafia i czy tuż obok nie ma jakiegoś mylnego lampionu. 

Mała wpadka przy PK 15, ale poza tym idzie dobrze. Niestety, nie mam śladu by zanalizować przebiegi - gdzieś koło PK 2 złapała mnie za nogę jakaś gałąź i zaliczyłem glebę na tyle nieszczęśliwie, że musiał się wcisnąć przycisk pauzy;-( A szkoda, bo BnO to walka na błędy, a bez analizy śladu niełatwo je wychwycić. Z tego co pamiętam to jeszcze „nie wyszedł mi” przebieg PK 25-26. Wypadłem z gęstwiny na drogę, tradycyjnie nie zerknąłem na kompas i pobiegłem… nie tą drogą co trzeba. Jak się zorientowałem, bez sensu było zawracać. Choć potem przez krzaki znalazłem jakąś ścieżkę niewrysowaną na mapę, więc może to nie był najgorszy wariant? 

Na terenie zawodów jest takie szczególne miejsce - w jego okolicy stał PK 28. W terenie to takie dwa geometryczne wgłębienia – można powiedzieć dwa takie spore rowy. Niby na mapie są jakieś proste linie poziomnic, ale jakoś to nie przemawia do mojej wyobraźni. Pamiętam, że podobnie było na poprzednich zawodach w tym terenie – w każdym razie chwilę szukałem lampionu nie w tym rowie co trzeba. 

Akurat tu mapa ni oddaje dobrze terenu

Pomiędzy PK 29 i PK 30 widziałem dołek z „obcym lampionem” – tak sprytnie umieszczonym, że łatwo było na niego wbiec zamiast na PK 29. Jak się okazało po biegu, sporo osób „nabrało się” na ten lampion, podobnie jak i na PK 1 (tu nie widziałem innego lampionu, ale tam idealnie wszedłem na punkt i nie przeczesywałem okolicy). 

Całe zawody należy pochwalić za mapę – czytelną nawet dla takich ślepot jak ja- sami zresztą zobaczcie!

 

Niebieske - z zegarka, czerwone - dorysowane z pamięci


środa, 15 grudnia 2021

W Nieporęcie dała ciała

W sobotę mieliśmy klęskę urodzaju, bo można było pobiegać aż na trzech imprezach. Tomek zapisał nas na ZZK, bo... tak. Mi w sumie było wszystko jedno gdzie będę biegać, bo co za różnica?
Tym razem organizatorzy postarali się i nie musiałam szukać mapy w mapie, a nawet wręcz, bo dostałam wydruk w skali 1:7500. Pełen luksus. Jednak mimo tego luksusu, jakoś nie poczułam więzi z mapą. 
 
 Tuż przed startem

 
I w drogę.

Jeszcze przed startem usiłowałam określić, gdzie jest PK 1 i mimo, że był łatwy, długo nie mogłam ogarnąć która droga to która i przy której z nich stoi lampion. W końcu postanowiłam pobiec na azymut:-) Jak zawsze to rozwiązanie sprawdziło się dobrze i tą samą metodą zdobyłam dwójkę. 
 
Którędy na trójkę?
 
W drodze na trójkę sprytnie ominęłam ciemnozielone na mapie, po czym zapas sprytu musiał mi się chyba wyczerpać, bo zamiast już dobiec do drogi i z niej wypatrywać lampionu, to ja oczywiście poleciałam przez las, gdzie wcale nie było wygodnie się poruszać. 
Czwórka weszła gładko, a piątki zaczęłam szukać jakoś tak z boku. Do drogi biegłam po kresce, a od drogi nagle zrobiłam skręt w prawo. Punkt znalazłam głównie dzięki innym zawodnikom, wśród których był i Tomek, więc załapałam się na fotę.
 
PK 5

Szóstkę znalazłam tą samą metodą - gdzie wszyscy się schylają, tam stoi lampion. Niestety, podczas przedzierania się do siódemki straciłam kontakt z przedbiegcami i musiałam radzić sobie sama. No to na wszelki wypadek poszłam po kresce, a górkę to z zasady nietrudno namierzyć. 
Ósemka na szczęście była łatwa, a może wcale nie na szczęście, bo uroiło mi się, że taka genialna jestem i końcówkę trasy do dziewiątki postanowiłam przebyć zamiast na azymut, to na oko. U mnie na oko to jednak trochę nie bardzo, bo wzrok mam nie teges, więc zanim znalazłam punkt, to zatoczyłam sobie kółeczko po krzakach. Ale w sumie i tak, jak na tę metodę, to szybko poszło.
Do dziesiątki to już postanowiłam pobiec drogą. Tak mi się dobrze biegło, że opanowałam się dopiero na zakręcie, czyli dużo za daleko. A taka chciałam być sprytna. 
 
Zbyt wygodna droga.
 
Z jedenastką było jeszcze gorzej. Szłam dosyć bezmyślnie, zakładając, że charakterystyczne drzewo wypatrzę z daleka, szczególnie, że przede mną rozciągał się wyręb i kilka drzew samotnych widziałam przed sobą. Tak sobie szłam i szłam (pod górkę było), ludzi widziałam gdzieś z boku (bardzo z boku) ale jakoś nic mi to nie dało do myślenia. Minęłam jedną drogę, drugą, niemal doszłam do trzeciej i w końcu coś mi zaczęło świtać - tych dróg to nie miało być tyle, a punkt miał stać na płaskim, a nie na zboczu. Rozejrzałam się, ustaliłam jak bardzo za daleko jestem i zaczęłam wracać. Gdyby lampion stał we właściwym miejscu, to pewnie nawet doszłabym z miejsca opamiętania się na azymut, ale widząc ludzi bardziej po lewo zeszłam tam i ja i punkt był. Nie wiem, czy mapa była źle narysowana, czy było też inne charakterystyczne drzewo w okolicy.
 
Lampion wisiał w miejscu dorysowanego (czarnego) kółka.
 
Do dwunastki zapobiegawczo wybrałam wariant drogowy, żeby znowu czegoś nie odwalić, a poza tym po drodze był teren mało przebieżny, to po co się tam pchać. Trzynastki szukałam wszędzie, tylko nie tam, gdzie była. Bezmyślnie poszłam za jakimiś ludźmi (nawet nie wiem czy nie przypadkowymi spacerowiczami) i coraz bardziej oddalałam się od właściwego miejsca. Za zakrętem wydmy wreszcie zauważyłam, że coś się nie zgadza. Oczywiście oprócz tego, że nie ma lampionu. Tjaaa, punt był na przeciwległym zboczu, a ja tak nie lubię łazić pod górę.
 
W poszukiwaniu pechowej trzynastki.
 
Czternastka i piętnastka litościwie były łatwe, na górkach, widoczne z daleka. A szesnastka była w piorun daleko. Już tak trochę dość miałam tego lasu, więc ruszyłam drogami, które wiodły co prawda zakosami, ale za to wygodnie. Przy siedemnastce nie błądziłam jakoś bardzo długo, ot - kilka minut. W porównaniu do poprzednich punktów, to prawie wcale:-) Ostatnie dwa punkty nawet weszły w miarę dobrze i wreszcie meta.
 

 
Po swoich wyczynach zajęłam najostatniejsze miejsce, ale w sumie dobre, bo piąte. Na trasie byłam dwa razy dłużej niż zwycięzca, co i nie dziwne, bo wyjątkowo jakoś nie mogłam tym razem dogadać się z mapą. Dodatkowo 3,7 km przebyłam w 7,5 km, czyli podwoiłam sobie trasę.
A tak wyglądała cała trasa:



poniedziałek, 8 czerwca 2020

Tym razem na cmentarz (LZK)

Dawno, dawno temu spod cmentarza w Nieporęcie startowaliśmy na nasze pierwsze Nocne Manewry SKBP. Potem było tu jeszcze kilka imprez, zarówno Stowarzyszonych jak i innych. Z tego co pamiętam to kilka wydm i młodniki, a w nich doły.

Tym razem miał być LZK. Obstawiałem te młodniki i te doły. Zobaczymy.

Biuro zawodów - tuż przy cmentarzu
Na starcie mały tłumek orientalistów – pogoda jak drut, idealna do spacerów, choć do biegania ciężka – zbyt gorąco. Dostaliśmy mapę – ja tę dłuższą, Renata wymiękła i pobiegła na trasę krótszą. Start ze sto metrów od biura. Renata pobiegła pierwsza, ja czekałem na to, aż złapie mój GPS w zegarku. Wreszcie złapał, podbiłem start i ruszyłem. Prosto pod górę, bo oczywiście pierwszy lampion na małym szczyciku. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie kłody, które leśnicy rzucają pod nogi biegaczom. Ciekawe czemu ci leśnicy wycinają zapamiętale gałęzie, a nie ruszają odrostów, które kiełkują z ziemi. Co tu dużo mówić, od drugiego PK zaczęły się te rosnące odrosty i było jeszcze gorzej. Zresztą drugi PK na niewiadomo czym – tzn. gdzieś koło rozwidlenia ścieżek, ponoć na górce, tyle że tej górki nijak nie widać. Lampion zresztą z tych małych, sprytnie ukryty za drzewem – można koło niego przebiec i nie zauważyć. PK 3 gdzieś wśród wielu dołów na niewielkim wzniesieniu. Wzniesienie wprawdzie rozróżnialne, ale dołów tyle, że trzeba ze trzy przejrzeć, zanim na punkt się trafi;-) Na szczęście PK 4 w miejscu dobrze namierzalnym. PK 5 za młodnikiem. Naokoło daleko, a pamiętam, że kiedyś przez ten młodnik się przedzierałem i było znośnie. Więc trzeba na azymut. Po kilku krokach przechodzę do pełzania. Młodnik młodnikiem, ale oczywiście po przerzedzeniu na ziemi pełno tego, co przycinali. Masakra. Po przedarciu się przez pierwszą warstwę drzew (tę mniej zieloną na mapie) rezygnuję i wzdłuż granicy kultur zmierzam do drogi. Coś czuje, że dzisiaj się nie pobiega;-(

Koło piątki (znowu w młodniku) widzę jakąś konkurencję. Pewnie wystartowała po mnie i mnie dogoniła;-( PK 6 nawet daje się znaleźć, do PK 7 znowu młodnik, więc go omijam. Widzę odbiegającego od punktu Marka – startowałem chwilę po nim, więc nie jest tak źle. Tzn. jest źle, bo coś nie mogę znaleźć właściwego dołka. Nie tylko ja szukam lampionu. Znajduje go dziewczyna, która doganiała mnie na poprzednim PK. Znajduje pierwsza i leci przodem. Przez zakazany młodnik. Ja „przepisowo” omijam zakreskowany teren. Kolejny PK tak jak lubimy - w młodniku. Przez najbliższe PK biegniemy w zasięgu wzroku w trzy osoby: ja, ta dziewczyna z PK 7 i jakiś konkurent mniej więcej w mojej grupie wiekowej. Przewodzi młodość, ja drugi. PK 9, PK 10 i kolej na PK 11. Dobiegam do wydmy, powinno być jej przewężanie i dołek (jeden z kilku) z lampionem. Doganiam Marka. Wygląda jakby szukał lampionu. Potwierdza, że nie może znaleźć. Jest dołek, obok drugi, zupełnie jak na mapie. Nie ma lampionu. BPK? Krążę, dołki się zgadzają nawet kolejna górka ma charakterystyczny trójkątny kształt. Tyle, że zniknęła gdzieś ta dwójka, z którą biegłem. Byłem już na zachodzie, na wszelki wypadek szukam bardziej na wschodzie, choć jestem przekonany, że byłem we właściwym miejscu. Lampionu brak. Nagle widzę jakąś konkurencję biegnącą ze strony gdzie już byłem. Potwierdzają - jest tam lampion. Sprawdzam – rzeczywiście jest w dołku, który ktoś zamaskował ściętymi drzewkami. Mi ten dołek nie pasuje, ale nadbiega jeszcze starszy Paproch i mówi, że jemu się zgadza (jak widzę większość wybrała wariant bezpieczny od drogi na zachód, aż znajdzie się lampion). Moje bieganie na azymut może daje mniej kilometrów, ale można nie trafić w punkt, szczególnie gdy jest tak ukryty. Zniechęcony ruszam dalej i oczywiście mylą mi się punkty, dopiero po chwili zauważam, że lecę na PK 19, a nie na PK 12. Kolejna strata. Wrrr;-( Wynik będzie raczej marny. Zmieniam kierunek i lecę na górkę z PK 19. Prawie doganiam Paprocha. Znowu przez młodnik, na szczęście krótki odcinek do drogi. PK 13 i nawrót na PK 14 – punkt potrójny, ten sam co feralna 11. Przy lampionie doganiam Paprocha. Znajduje się nagle ten, którego zgubiłem przed PK 11 – znaczy nie tylko ja się gubię;-) PK 15, PK 16 (pamiętam to miejsce z jakichś MnO), PK 17 i znowu powrót do 11-tki. Autor trasy normalnie znęca się nade mną, trzeci raz przypominając o tej pomyłce na PK 11;-)

PK 11 - pierwszy nadbieg z dołu po lewej. Szukanie lampionu 11:43 zamiast 2 minut

Z PK 19 do PK 20 długi przebieg. Znowu biegniemy we troje zestawem znanym z PK 9. Dzięki sprytnemu manewrowi wysuwam się na prowadzenie (dziewczyna pobiegła wydmą oddalając się od azymutu). PK 20 – znajome miejsce. Tu w czasie Nocnych Manewrów SKBP wzięliśmy stowarzysza. Wtedy właśnie ten teren wycięto i zaorano, teraz to młodnik. Jeszcze tylko dwa PK i meta. Na ostatnich metrach przeganiam jakąś konkurencję. Uff meta. Renaty jeszcze nie ma. Nic dziwnego – wysoka temperatura i ciężkie podłoże – przebiegniecie w takich warunkach kilometra jest bardziej męczące niż trzech po asfalcie.

Renata dotarła na metę

Dobra jeszcze zdjęcie przy lampionach i wracamy do domciu. Jutro kolejne zawody!

poniedziałek, 27 listopada 2017

VII Mokre Manewry SKPB

Na tegorocznych Manewrach postanowiliśmy przywalić z grubej rury i iść na trasę himalajską. Ostatecznie skoro nawet ja już chodzę na pięćdziesiątki (no dobra, tylko dwie pełne przeszłam, ale zawsze), to takie 20-30 km spoko damy radę. Co prawda w miarę jak się nam dopisywała konkurencja, miny nam trochę rzedły, ale w końcu rywalizować trzeba z najlepszymi, a nie ze słabszymi od siebie. Do naszego zespołu dokooptował jeszcze Krzysztof, który pierwszy raz miał się zmanewrować, a wiadomo - pierwszy raz, nocą, w pojedynkę to trochę niefajnie.
Tym razem w przedmanewrowych konkursach nie wygraliśmy miliona map, bo jakoś nam te konkursy nie podeszły. Miejsca Manewrów też nie trafiliśmy, ale wybór Organizatorów w pełni nas satysfakcjonował, bo blisko domu i w znanym terenie:-)
Do bazy przyjechaliśmy  dużo przed naszą minutą startową, bo mieliśmy kaprys być na oficjalnym rozpoczęciu, które miało mieć miejsce o szesnastej. Miało, ale się zmiało z nieznanych bliżej powodów. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to jeszcze wygrabiłabym ogródek przed wyjazdem, a tak to bezproduktywnie siedziałam dwie godziny. No, może nie tak całkiem bezproduktywnie, bo pogaduchy ze znajomymi też mają swoją wartość.
W końcu nadeszła godzina odjazdu naszego autokaru i zaczęła się przygoda.

Plan mieliśmy taki: wyprzedzamy Przemka i Jacka (Jacek nie biega, my - tak), którzy szli bezpośrednio przed nami, potem bierzemy Marcina (pewnie umierał ze śmiechu jak o tym mówiliśmy), gdzieś tam po drodze Piotra i Tomasza, no i Leszka. W marzeniach Tomek już przymierzał nagrodę specjalną - bluzę z power stretchu, bo ostatecznie celować trzeba wysoko:-)
PK 1 tradycyjnie był łatwy i dało się dojść drogami. Już przed tym punktem zrealizowaliśmy początek planu - wyprzedziliśmy kogo mieliśmy od razu wyprzedzić i pognaliśmy na PK 2. Tu już trzeba było kawałek iść na azymut, ale wał ziemny był taki duży, że nie dałoby się go przeoczyć nawet przy szczerych chęciach.
Po dwóch lajtowych punktach nadeszła pora na dopasowanie wycinków. Tomek dopasował jeden, ja drugi, a Krzysztof przezornie wolał się trzymać z daleka od naszych przepychanek. Po co pchać palce między drzwi? :-)
PK C był w zasadzie przy drodze, a do PK D tak się z Krzysztofem rozpędziliśmy, że Tomek musiał przywołać nas do porządku. Przez to rozpędzenie nie liczyliśmy parokroków i w efekcie nie mogliśmy się wbić na punkt. W sumie, to tylko Tomek czuwał nad całością ekspedycji i myślał o wszystkim, a my tylko zrywami pomagaliśmy w osiągnięciu celu. Zresztą i tak nie da się żeby trzy osoby naraz rządziły. Tego D szukaliśmy dłuższą chwilę - najpierw grupowo, potem każdy indywidualnie, a na koniec i tak wzięliśmy stowarzysza, jak się później okazało.
Kolejne dwa punkty były za drogą. K znaleźliśmy bez problemu, za to do J poszliśmy w przeciwnym kierunku, bo Tomkowi pomylił się azymut. Nie pierwszy raz zresztą tej nocy, ale do tej pory sprawdzałam jego pomiary i korygowałam, a ten raz akurat postanowiłam zaufać. A przecież wiadomo, że do dat, terminów, rozmiarów i azymutów Tomek nie ma głowy. Tak więc do Jota poszliśmy dość krajoznawczo, ale skutecznie.
Trójka była postawiona na granicy kultur i jam ją (nie chwaląc się) znalazła, co nie zmienia postaci rzeczy, że w okolice punktu i tak musiał doprowadzić mnie Tomek, bo ja nocą to jak tabaka w rogu. Czwórki szukaliśmy tyralierą i miałam szczęście wleźć na nią, co może akurat było bardziej przypadkiem niż celowym działaniem. Do piątki poszliśmy znowu na azymut (dobry tym razem), ale ponieważ gdzieś zgubiliśmy rowek, co to na jego zakręcie miał stać punkt, więc doszliśmy do skrzyżowania i Tomek poszedł w lewo, a potem w prawo, Krzysztof dla odmiany w prawo, a potem w lewo, a ja prosto jak kompas prowadzi.
O dziwo, spotkaliśmy się na zakręcie rowu. Do szóstki musieliśmy przedrzeć się przez tory kolejowe, ale żaden pociąg nie jechał, więc nie było dreszczyku emocji. W ogóle byłam mocno zaniepokojona, że jakoś mało atrakcji, a tu już 1/3 trasy za nami i kurcze, co ja będę wnukom na starość opowiadać. Na szczęście wrażeń dostarczył nam PK 7 - stał sobie na brzegu rzeczki, ale żeby było śmieszniej - na tym drugim brzegu. Rzeczka niby duża nie była, ale przeskoczyć się nie dawało. Żeby to był jakiś  punkt pod koniec trasy, to pewnie przeleźlibyśmy nogami po dnie, ale na moczenie się było jeszcze stanowczo za wcześnie. Na szczęście w pobliżu, niczym w piosence "zielony mosteczek uginał się", czyli przez rzeczkę były przerzucone dwa cienkie drzewka, po których strach było przejść. Toteż nie przeszliśmy, tylko wykonaliśmy dupośligi. O, takie jak na fotce:


Zaraz po sforsowaniu rzeczki i podbiciu punktu, który zresztą okazał się stowarzyszem:-(, musieliśmy dopasować kolejne wycinki. W ruch poszły nożyczki, bo najwygodniej wyciąć kółeczka i wkleić tam, gdzie ich miejsce, a nie kombinować co kawałek. Mieliśmy pecha, bo akurat przy tych precyzyjnych robótkach złapał nas deszcz, ale szliśmy w zaparte i nie ruszyliśmy się dopóki ostatni wycinek nie trafił na swoje miejsce. Tym sposobem pozbyłam się połowy mapy, bo tę z naklejonymi kółeczkami przejął Tomek. Nie, nie mam o to pretensji, bo ja nocą i z pełną mapą nigdzie bym nie trafiła. Noc w lesie odbiera mi wszelakie zdolności orientacyjne.
Do PK A poszłam za chłopakami, bo oni mieli mapy, a ja nie, więc czułam się zwolniona z obowiązku pilnowania trasy.  Droga do H na mapie wyglądała łatwo i prosto, ale ponieważ aktualność mapy datuje się na lata 1973-1981, więc mapa sobie, teren sobie. Trochę musieliśmy pokrążyć po terenie żeby w końcu znaleźć mokradło. Bo to jest tak, że jak człowiek chce po suchym, to mokradła są wszędzie, a jak mokradło potrzebne, to nie ma. W ogóle autor mapy coś się czepił tych mokradeł, bo kolejny punkt też postawił na skraju czegoś podmokłego. Ponieważ chodziło o PK G, więc od razu można było się domyślić, że łatwo nie będzie. Punkt G chyba na każdych zawodach stawia się jakoś dziwnie, żeby było jak w życiu - wszyscy o nim mówią, a rzadko kto znajduje:-) No więc punktu szukały chyba wszystkie ekipy, które wyszły przed nami, łącznie z Leszkiem, który startował jako pierwszy. Tym sposobem mogliśmy zrealizować jedno z naszych założeń - przegonić Leszka. Ale co by nie mówić, to chyba on znalazł zerwany, zmiętoszony, leżący na ziemi lampion.
Kolejne punkty najwyraźniej nie dostarczyły mi żadnych wrażeń, bo jedyne co pamiętam, to fakt, że szłam, chwilami biegłam (w sumie to dużo biegłam), a plecy bolały mnie coraz bardziej. I kostka. I kolano. Ale zagryzałam tylko zęby i udawałam twardzielkę, żeby nie było, że poszła stara baba na najtrudniejszą trasę i nie daje rady. Dziewiątka była postawiona na poziomnicy, która pięknie wiła się wśród drzew i krzaków znacząc brązowy ślad (jak to poziomnica). Na dziesiątce udało się nam wziąć stowarzysza, a w zasadzie to winę mogę zwalić na Tomka, bo to on prowadził wesołą wycieczkę. Ale faktem jest, że drogi znowu nie zgadzały się z tymi na mapie i trochę nas to zmyliło. Przy dwunastce wymiękłam i sięgnęłam po ketonal oraz zestaw ćwiczeń na kręgosłup typu koci grzbiet. Panowie w tym czasie wleźli na górkę podbić punkt. Aż do ogniska nic ciekawego się nie działo, lecieliśmy w większości drogami, więc oczywiście było bieganie.
Tradycyjne ognisko było w tym roku ulokowane trochę bez sensu, bo zamiast gdzieś w połowie trasy, to praktycznie pod jej koniec, ale pewnie Organizatorzy koniecznie chcieli, żeby było w forcie. Postanowiliśmy nie rozsiadać się za bardzo, tylko na szybko coś chapnąć i lecieć dalej. Kiełbasy nie chciało się nam piec, więc tylko podgrzaliśmy ją trochę i zjedli z chlebem. Ale jaką pyszną kiełbasę w tym roku dali, chyba mi się będzie po nocach śniła - nie ociekała tłuszczem i chyba nawet było w niej mięso!

Od ogniska to już praktycznie było z górki - do piętnastki kawałek drogą, potem na azymut, na najwyższą górkę w okolicy (ufff), no to górkę trudno przeoczyć. Do F co chwilę zakrętasy - to w prawo, to w lewo i widzieliśmy jak jakaś ekipa bierze stowarzysza, no chyba, że byli z innej trasy. E to znowu górka - na mapie wyglądała tak niepozornie, a zasapałam się trochę. Ale w końcu parę kilometrów już miałam w nogach.
Został nam już tylko jeden punkcik do zdobycia, bo siedemnastkę Organizatorzy musieli anulować - chcieli postawić ją na terenie prywatnym i właściciel wyleciał z kosą, czy jakoś tak:-) Szesnastka niczym się specjalnie nie wyróżniała, tyle że znowu musieliśmy przejść przez tory i znowu żaden pociąg nas nie postraszył. Atrakcje zaczęły się po zejściu z szesnastki do drogi. Drogę, jak przystało na ludzi praworządnych, przeszliśmy w miejscu oznaczonym na mapie tym specjalnym znaczkiem, aczkolwiek ten kawałek drogi w niczym nie różnił się od tego kilkadziesiąt metrów w bok. Przeszliśmy mostkiem ciek wodny i usiłowaliśmy posuwać się wzdłuż niego, równolegle do drogi. Początkowo nawet nieźle nam to wychodziło, ale w miarę przybywania wody nasza czujność co do kierunku marszu znacząco osłabła. Pilnowaliśmy głównie naszych butów, bo podłoże było mocno wciągające. Ja przy okazji robiłam spostrzeżenia do jakiej temperatury jestem w stanie bezkarnie brodzić po wodzie, a przy jakiej odpadną mi nogi. Noc akurat trafiła się ciepła i praktycznie większego dyskomfortu nie czułam. Ponieważ zniosło nas z planowanej marszruty w pewnym momencie okazało się, że żadne z nas nie wiem gdzie jesteśmy. W związku z tym zatoczyliśmy niezłe kółeczko, oczywiście po wodzie, zanim trafiliśmy na właściwy asfalt, a kiedy upewniliśmy się, że jesteśmy tam, gdzie myślimy, że jesteśmy, odpaliliśmy motorki i pognali w kierunku bazy wyprzedzając po drodze kilka zespołów.

Zrobiliśmy około 34 kilometry i byłam w znacząco lepszej formie niż po moich pierwszych Manewrach, kiedy to po trasie tatrzańskiej nie byłam w stanie ani stać, ani siedzieć, ani leżeć, bo skurcze łapały mnie w każdej pozycji. Się człowiek wyrabia, nie?
Rano Tomek obudził mnie informacją, że łapiemy się na podium - zajęliśmy trzecie miejsce! O jeden, jedyny punkcik przegraliśmy z Leszkiem - my byliśmy szybsi, on był bardziej precyzyjny. Nie mogłam uwierzyć i aż poleciałam sprawdzić naocznie. Bo ja to myślałam, że będziemy gdzieś tak w drugiej połowie stawki, a tu taka niespodzianka. Tomek pewnie trochę żałował tej bluzy dla zwycięzcy, ale za to mamy motywację na przyszły rok.



A tak wygląda nasz ślad gps: