Miało być 8 godzin i 48 km a wyszło... jak zwykle;-)
wtorek, 31 marca 2026
niedziela, 16 marca 2025
Prymulek 2025
Wiosna za płotem, więc czas na Prymulka. Niby taka kameralna impreza, ale w tym roku jakaś taka prawie o randze mistrzowskiej się zrobiła. Lista startujących całkiem imponująca. Na TP50 - Karol, Marcin, Tomek – tacy co spokojnie mogli by wygrać Mistrzostwa Polski, gdyby tylko chcieli. I to nie zwyczajowe 10 osób, ale dobrze ponad 20. Do tego na TP25 i TP10 to już cały tłum!
Pogoda dopisała, gorzej z samopoczuciem. Cały tydzień męczył mnie kaszel i prawdę mówiąc w dniu zawodów dalej wypluwałem płuca. Oczywiście przez tydzień nie ruszałem się, to i nogi straciły swoją kondycję.
Start w dowolnej minucie – to lubię. Bez pośpiechu, jesteś gotowy, to dostajesz mapę i ruszasz. Byle wyrobić się w 720 minut i zdążyć przed zamknięciem mety;-)
Przyjechałem wcześnie (jak wjeżdżałem na parking widziałem już wybiegających pierwszych uczestników), by wyrobić się z powrotem przez zmrokiem. Szybkie formalności i start. Wybiegłem ze szkoły (by zrobić dobre wrażenie, wybiegłem szybko) i stanąłem, by popatrzeć na mapę. Wszystkie PK gdzieś na zachód od bazy. Rozsiane w miarę równomiernie po mapie, brak jednoznacznej pętelki do zatoczenia – trzeba będzie przemieszczać się zygzakami. Nie ma co dywagować, ruszam na najbliższy PK 11. Od razu wychodzi wiek mapy – na mapie ledwo widoczna polna ścieżka, w naturze porządna, szeroka asfaltowa droga z rondami. Ale staw tam gdzie być powinien, na nim pomost i pierwszy PK.
![]() |
| Pierwszy PK11 zaliczony! |
Do PK 5 i 6 droga najpierw przez łąkę, potem przeskakiwanie elektrycznych pastuchów, forsowanie starych ogrodzeń…. Aż trafiam na wielki ziemny wał. Rozjaśnienie pokazuje obiekt typu strzelnica. Zastanawiający jest opis „na dole schodów”. Szukam tych schodów z jednej strony wału, w budynku, potem z drugiej i znajduję – schody do tunelu pod strzelnica! Fajny PK! I kolejny tuż obok - PK6 oczywiście na szczycie najwyższego wału – przewyższenia muszą być:-)
PK 7 i PK 8 to typowe leśne punkty na szczytach okolicznych wydm. Dla utrudnienia w szałasach;-)
Logiczna dalsza marszruta to kierunek północ, do PK 15, a potem zygzak na południe. Ruszam w kierunku PK 15. Droga się kończy prawie tak, jak powinna. Bo powinna być tu ulica na zachód, prosto do PK 15. Ale jej nie ma. Wiadomo, domy rosną jak grzyby po deszczu i na pewno coś się Magdalenka rozbudowała – domy zajęły las lub jakieś lokalne ulice. Obiegam zabudowę od południa. Coś mi się dłuży to obieganie. Kończy się zabudowa, więc zbaczam w las. Ale coś mi się nie zgadza. Nie ma wydmy tam, gdzie być powinna. Po chwili wahania szukam bardziej na północ, bo tam teren ma jakąś wypukłość. Po chwili znajduję „dziurę w wydmie” i zmierzam do lampionu. Na czworaka pod stromą górę. Tyle że na górze brak lampionu. No cóż, organizatorzy wcześniej wieszając lampiony w tak cywilizowanych okolicach lubią je ukrywać- znajduję wreszcie lampion pod kupą gałęzi:-)
Dalej idzie normalnie dobrze. Pojawiają się zawodnicy biegający pod prąd lub z prądem. Ja wytrwale szukam dołów, rowów lub pomników. Pomimo że mapa jest dobrze nieaktualna, wszystko się udaje. W lesie w miarę się wszystko zgadza, to przy zabudowie widać jak domy wypierają kolejne połacie lasu.
Za drogą DK 7 wracam na tereny mniej zurbanizowane. Mniej zurbanizowane, ale za to bardziej nasycone elementem dekoracyjnym, typowym dla dróg przebiegających przez las, a związanym z najstarszym zawodem świata….
Zygzakuję północ-południe zaliczając kolejne PK. Docieram do PK 35 - ambony. Na mapie ambona stoi nad jakimś ciekiem wodnym. Pora sucha, więc większość cieków jest tylko na mapie. Ale nie w tym przypadku. Za amboną w kierunku kolejnego PK 25 widać dobrze podmokłą łąkę. Rów z wodą okazuje się porządnym rowiszczem z wodą – do przepłynięcia raczej, a nie do przeskoczenia. Nie, nie będę się moczył – wracam po śladach i nadrabiam kilometry naokoło – suchą nogą.
Po „zakrzaczonym” PK 25 czas na najdalszy punkt – za stawami PK 24. Tyle że stawy okazują się ciężkie do sforsowania. Na wprost drogi – na mapie pokazane jest „wejście” na stawy – a tu jakaś posesja, bramy, ogrodzenia. Kieruję się na południe. Do przeskoczenia nieprzeskakiwalny rów z wodą. Dopiero gdy kończy się staw i zaczyna kolejna zabudowa, pojawia się szansa przekroczenia wody suchą nogą. Przemieszczam się wzdłuż ogrodzenia, pomiędzy murem a rowem z wodą. Płoszę jakiegoś bobra, który w popłochu wskakuje do wody. Po chwili przestrzeń pomiędzy rowem z wodą a murem kurczy się wartości zerowej. Pierwsza przeprawa przez wodę. Niewiele wyżej niż do kolan. Ale to nie koniec moczenia się – z drugiej strony stawy otacza kolejny rów z wodą. Ciut głębszy, ale udaje się przebyć go bez pływania. I teraz następuje szukanie PK 25. Na rozjaśnieniu są doły i tereny zakazane. Zakazany to zakazany. Znajduje tabliczki typu „teren prywatny stęp wzbroniony” „Obcy będą zastrzeleni bez ostrzeżenia”, a nawet jakieś biało-czerwone taśmy odgradzające teren zabroniony od reszty ludzkości. Teren niby podobny do tego z lidaru, ale nie do końca. Nie ma dołka z lampionem. A że skala rozjaśnienia nieznana, to nie ułatwia orientacji czego właściwie szukam. Błąkam się tak ze dwadzieścia minut, zanim wpadam na genialny pomysł, że należy szukać bardziej na południe, a teren zakazany to … zabudowa, ogrodzenie, coś rzeczywiście nie do przejścia!
Zniechęcony ruszam dalej. Spada morale i od razu szwankuje tempo. Kolejna woda do przepłynięcia i mam PK 29 na grobli miedzy stawami. Teraz przebijam się przez teren zabudowany i mam PK 28 - miał być na szczerym polu, a jest w ternie zabudowanym).
W planie powrót za Utratę do PK 32. Tyle, że przy próbie sforsowania okazuje się, że rozlewiska rzeczki rozciągają się „po horyzont”. A za nimi zwarta zabudowa, nie wiadomo czy będzie przejście. Nie ryzykuję – postanawiam obiec od południa. Niby na mapie pusty teren, a w praktyce pełna zabudowa wzdłuż ulicy. Dopiero gdy zabudowa się kończy dostrzegam szansę przebicia się na drugą stronę wody. Tym razem woda tylko po kolana, „prawie” do przeskoczenia.
Do PK 33 , chyba z jakiegoś zamroczenia, po raz kolejny i niepotrzebny forsuję Utratę. Tam i z powrotem bo PK jest po „mojej stronie” rzeczki.
Od PK 30 do PK 31 na mapie jest pusto. W terenie – zabudowa, ulice, szeregi takich samych domków, taka typowa patodeveloperka. Zero skracania, wszystko jak należy naokoło ulicami. Na szczęście to ostatni PK po tej stronie DK 7. Powrót na właściwą stronę drogi w miejscu dozwolonym i…. wtopa. Nie wiem jak patrzyłem na mapę – może jest to spowodowane tym, że autor nie zaznaczył wszystkich terenów zabudowanych, tylko wybrane. Wzdłuż ulicy zwarta zabudowa (na mapie dopiero w pewnym oddaleniu) i zamiast przedrzeć się za szereg zabudowań i lecieć na PK 14 – szedłem wzdłuż DK 7 i zabudowa skończyła się dopiero w okolicach PK 22. W ten sposób zmieniłam planowaną kolejność i dodałem sobie kolejny kilometr do przebiegu. I tak zaliczałem kolejne PK na terenie zurbanizowanym – czyli mało zgodnym z mapą. Na szczęście bez większych wpadek.
Na PK 13 kończy mi się woda. Do mety jeszcze jakieś 8 km, a tu ani kropelki. Na szczęście po chwili trafiam na JEDYNY na trasie sklep! Przy sklepie Kasia z Kokoskiem, a w sklepie….PICIE! Jestem uratowany!
Przy wyschniętych źródłach Perełki spotykam dzielną grupę Adama i Mariusza z TP25. Przez chwilę idziemy razem, ale mają za wolne tempo jak na mnie.
Do mety ostatnie trzy lampiony. Wreszcie meta.
Nie jestem zadowolony z czasu – 20 minut przy PK 24, brak kondycji zaczynający się koło 30 km…. Liczyłem na 8 godzin, a jest ponad 40 minut więcej. Ale jak się okazuje sporo uczestników odpuściło jakieś punkty! Karol, którego wszyscy typowali na zwycięzcę i to z czasem rzędu 5 godzin odpuścił połowę PK! Oczywiście wygrał Marcin deklasując rywali. Ja – cóż, przeżyłem i to się liczy;-)
Dla tych co doczytali do końca - ruchome obrazki prosto z YouTube!
wtorek, 28 marca 2023
Prymulek w cieniu patodeveloperki
Prymulek to specyficzna impreza. Specyficzna formą i treścią. Jako dziecko Barbary jest odpowiedzią na brak w okolicy dobrych imprez typu TP50. Prymulek nie doczekał się jednak udziału w PMnO, choć technicznie na pewno zasługuje. Pomimo, że na mapie wszystko wygląda prosto i łatwo, na uczestników zawsze czekają jakieś niespodzianki. Raz to była źle wyskalowana mapa i z TP50 zrobiło się TP80, drugim razem trzeba było zabrać ze sobą peryskop… ale zawsze były jakieś zagwozdki nawigacyjne, czy optymalnego wyboru trasy.
Tym razem Prymulek zawitał na zachodnio-północne obrzeża Warszawy. Jak to przy wielkim mieście - nieużytki, zabudowania, sporo "ekologicznych" PK w dołkach, gdzie zbierają się różne okruchy cywilizacji.
Prymulek na pewno ma ciekawą formułę: baza czynna jest zwykle 13 godzin, startujesz kiedy chcesz i masz limit 12 godzin. Jesteś szybszy możesz wystartować później;-) Tym razem było mniej kameralnie. Ale tylko na trasie TP25, która wchodzi do nowego pucharu „połówek”. Na TP50 ciągle jest mniej niż 10 osób.
Co w tym roku było fajnego? Na pewno "Mogiła żołnierza AK". Punkt występujący chyba na wszystkich trasach. Sęk w tym, że na mapie mieliśmy kropkę gdzieś w środku lasu. W lesie oczywiście było więcej dróg niż na mapie. A na drogach drogowskazy "Mogiła AK". Jak się okazało tych mogił było sporo w lesie, a tak ładnie oznaczona chyba tylko jedna. Dołożyli do tego zamieszania swoją cegiełkę lokalni biegacze spotykani w lesie, którzy w dobrej wierze odsyłali do coraz dalszych mogił…
Kolejną specyfiką były płoty. Wiadomo, w okolicach wielkomiejskich płoty wyrastają jak grzyby po deszczu. Za dnia daje się jeszcze płot dostrzec i czasami ominąć. Gorzej po nocy. Gdzieś tam po zmroku przebijałem się przez las do drogi. Na azymucie zachodnim trafiam na płot. Wracam się do poprzecznej drogi i odbijam na północ. Droga kończy się na kolejnym płocie. Słowem wydostanie się ze skrawka lasu na drogę do następnego lasu trochę zajęło. Potem biegnąc drogą, do której chciałem dotrzeć widziałem, że te płoty miały przerwy, ale wypatrzenie ich w świetle latarki było co najmniej ciężkie.
I oczywiście patodeveloperka. Droga z PK 29 na PK 31 prowadziła (na mapie) przez jakieś pola. W praktyce - przez nowo wybudowane osiedle domków jednorodzinnych. Ulice jeszcze niewykończone – krawężniki, szutr i trochę błota. Za domami las. I płot. Płot szczelnie otaczający całe osiedle! Jeden wjazd do setek domów. Wg folderów reklamowych developera – miasto-ogród, w zgodzie z naturą, las i takie hasła. Przy tej ilości domów i mieszkańców jeden wjazd to musi być koszmar. Podobno jest jedna furtka do lasu w otaczającym wszystko płocie, ale jej nie znalazłem. Wściekając się na tego patodevelopera nie dostrzegłem na rozjaśnieniu mapy sugestii, gdzie w płocie może być ta furtka. W efekcie powrót i obieganie naokoło - tak gdzieś z 6 dodatkowych kilometrów w nogach.
Ale takie są uroki długodystansowych imprez na orientację: nieprzewidywalność i przygoda.
Problem był w tym, że ciągle walczę z kontuzją. Liczyłem, że zgodnie z komunikatem technicznym zrobię 50 km, a może mniej i przetestuje jak sprawuje się rozcięgno przy dystansie dłuższym niż 5 km. Wyszło tych kilometrów ponad 60…
Tu można pooglądać przebiegi na Liveloxie, a dla dociekliwych gorący jeszcze filmik na YouTubie
czwartek, 10 marca 2022
niedziela, 7 marca 2021
Prymulek 2021 (Pięćdziesiątka sponsorowana przez 80 km)
Ostatni raz na 50-tce byliśmy we wrześniu 2020. Czyli prawie pół roku temu! Od tego czasu znany wszystkim wichrzyciel w koronie utrudnia organizację na tyle, że zostają tylko jakieś imprezy lokalne – w szczególności rogainingi, na które jedzie się bez noclegu. Tyle, że żadnych w okolicy jakoś nie było, aż wreszcie Barbara zirytowana brakiem imprez coś wymyśliła. Lobbowałem by zrobiła Prymulka tuż za moim płotem, ale się nie udało i musiałem jechać na drugi koniec miasta – gdzieś tam do Zalesia Górnego. Jak widomo, w czasach pandemii imprez na orientację jest nadurodzaj: w sobotę oprócz Prymulka były jeszcze dwie, a w niedzielę ostatni w tym cyklu trening ZZK. Renata z Agatą obstawiły sobotnie WesolInO, a na niedzielę planowaliśmy razem pobiec na ZZK.
Zimne Doły – miejsce znane nam dwóch czy trzech imprez – w tym chyba pierwszej edycji EsKaPeBol InO kilka lat temu. Udało się trafić bez trudu i nawet nie urywając zawieszenia. Bez zbędnego zwlekania dostałem mapę, nawet jej nie zdążyłem spakować w torebkę gdy dostałem sygnał do startu. No cóż spakuje ją w drodze. Ruszyłem do najbliższego punktu. Skala ludzka, niewiele gorzej niż 1:25000 i od razu po wybiegu na główną drogę znalazłem miejsce gdzie wbiec w las, by znaleźć lampion. Rozpędzony wpadam w zarośla i nagle mnie zastopowało. Można powiedzieć, że „zawisłem” powbijany w gąszcz królujących w tym terenie jeżyn, czy innych kolczastych roślin. Właśnie przypomniałem sobie czemu to nie lubię tych okolic!
Udało się jakoś wyszarpać z pułapki i ostrożnie ruszyłem na poszukiwanie lampionu. Patrzę na lidarowe rozświetlenie i widzę dziwne czerwone strumienie zalewające mapę. Chwila strachu i zdziwienia, macam siebie dokładnie, oglądam zakrwawione ręce i wreszcie mam – jeżyna rozorała mi wargę, która krwawi i wszystko zabarwia na czerwono! Chwila na doprowadzenie siebie do porządku i znajduję lampion. Zastanawiam się jak wytłumaczę Renacie, że to naprawdę jeżyna, a nie że ktoś mnie pogryzł….
Powoli wydostaję się z krzaków i drogą ruszam na kolejny punkt. Jakoś daleko do skrzyżowania – wyraźnie odwykłem od 50-tek. Ale jest kolejny punkt – miejsce gdzie właśnie na EsKaPeBol InO był punkt;-)
Nauczony bolesnym doświadczenie, twardo trzymając się dróg, lecę na PK 3. Znowu jakoś tak czas się dłuży. Podobnie na PK 4. Przy PK 4 spotykam konkurencję, przedzieram się brzegiem rowu z wodą po ściętych gałęziach do lampionu. Ciężki teren;-( Na szczęście dalej kawałek porządnej asfaltowej drogi. Z naprzeciwka widzę przebiegającego Krzyśka Lisaka (ciekawe czy zaliczy wszystko w 5 godzin, bo biegnie całkiem żwawo), potem spotykam Marusza „Dzidka”, który stara się gonić Krzysztofa.
Na PK 5 tracę trochę czasu, bo lampionu szukam na innym szczyciku. Wkurzony ruszam na PK 7. Okolica znajoma, chyba także w tym rowie był punkt na jakiś zawodach. Tyle, że wtedy rów był suchy. Jest jakaś ścieżka, trochę za wcześnie i za blisko górki, ale skręcam, najwyżej przejdę przez krzaki troszkę dalej. Spotykam tu człowieka szukającego punktu. Tyle, że szuka na górce zamiast na rowie. Wskazuję kierunek i idziemy. Jest rów, szeroki, pełen wody i pokryty cienkim lodem. Czytam, że lampion ma być po drugiej stronie rowu. Ktoś przedziera się po drugiej stronie rowu. Idziemy szukać zakrętu z lampionem. Woda zaczyna się rozlewać (na mapie także ma się rozlewać), ale zakrętu ani śladu. Ktoś w oddali skacze z wysepki na wysepkę, starając się za bardzo nie wpaść w wodę. Robię odwrót do głównej drogi i zaczynam szukać po drugiej stronie rowu z wodą. Lampionu nie ma. Grupa szukających robi całkiem pokaźna i chlupocząc bada zalane tereny. Patrzę dokładniej na mapę – ten rów powinien być znacznie dalej od górki! Czyli przeczesujemy rów, którego wcale nie ma na mapie! Po cichu oddalam się w upatrzonym kierunku i znajduję właściwy rów (na szczęście do przeskoczenia) i lampion. Uff. Tylko że 20 minut w plecy!
Przekroczenie DK 79 to wyzwanie – aby znaleźć przerwę w sznurze pojazdów trzeba czekać kilka minut. Lecę wesoło na PK 9. Znowu jakoś tak daleko. Ale liczę przecinki i wreszcie docieram w pobliże punktu. Znowu rów, znowu jeżyny, znowu krzaki i przeskakiwanie cieku. Ile można???
Do PK 11 trzeba przebiec przez treny cywilizowane. Maska pod ręką, ale nikogo na horyzoncie nie widać. Dopiero koło lampionu tłum dzieciaków – wyglądają na zuchy bawiące się w jakąś grę terenową. PK 10 tuż obok, na tym samym rozjaśnieniu. Tu pojawia się tłum – dotarli chyba ci, którzy pluskali się w rozlewiskach przy PK 7.
Kierunek: prawy górny róg mapy. Gdzieś po drodze dopada mnie SMS od Renaty chwalącej się ukończeniem WesolInO. Zerkam na zegarek i na mapę - 18 km, zaliczone 9 z 30 punktów. Prosta matematyka – trasa będzie miała tak z 60 km. Dam radę – myślę.
PK 25 znany z jakiś Stowarzyszonych zawodów. Znajduje się szybko. Powrót na skuśkę z ominięciem rezerwatu – fajnie, że znakują granice rezerwatu na drzewach (podpatrzyłem to kiedyś w Ostrówku). I znowu jakiś zbyt długi przebieg w kierunki PK 19. Kończy się rezerwat – w/g mapy na zachód do pierwszej przecinki max 200 m i w lewo prawie do punktu. Skręcam na zachód - 200, 300 m i przecinki ani śladu. Teren mało przebieżny, więc wracam do drogi. Po chwili kolejna możliwość skrętu na zachód, znowu próbuję i znowu nie znajduję przecinki na południe! Zniechęcony wracam na główną drogę i gdy widzę skraj lasu wyznaczam azymut i idę szukać lampionu. Lampionu nie ma, teren coś mało się zgadza. Wreszcie dostrzegam konkurencję, która mnie dogoniła gdy bezskutecznie szukałem lampionu. Mówią, że jest jeszcze 200 m dalej! I że skala mapy jest inna. Aż sprawdzam. 1km - 28mm, czyli zgadza się - 1:28000! Chwilka! Na odwrót To wychodzi nie 1:28000 tylko jakieś 1:40000! Teraz zaczyna się zgadzać i wiem czemu coś mi nie pasowało z odległościami. I jeszcze jedno - typowa 40-tka ma mapę formatu A4 lub mniejszą, a tu przy podobnej skali mamy dobrze wypełnioną kartkę A3! Przyglądam się mapie, liczę kratki siatki kilometrowej i wychodzi mi tak ze 45 km do mety, a na liczniku mam już 25! Chyba nie jestem gotowy na 70-75km!
Zniechęcony ruszam dalej. Przy PK 21 ktoś szuka lampionu koło zabudowań (stanowczo za wcześnie). PK 30 – 30 km. PK 20 bardzo widowiskowy, ale na otwartej przestrzeni i zimny wiatr powoduje, że kostnieję i zastanawiam się czy nie wyjąć softhella. No, niby mamy jeszcze kalendarzową zimę.
PK 29 – granica kultur nad szerokim rowem z wodą. Na zachód w kierunku następnego PK bagna i ten rów do przebycia. Niby bliżej obejść od północy, ale po 100 metrach wzdłuż rowu teren się obniża i mapa mówi, że mają być poprzeczne rowy z wodą. Zawracam i idę naokoło od południa. Dodatkowe kilometry. Tu dogania mnie uczestnik, którego widuję często na 50-tkach. Tuptamy dalej razem. Wariantem bezpiecznym –asfaltowym do PK 26. Potem do PK 27 – tu spotykamy Łapki z trasy TP25. Postanawiam się oszczędzać by mieć siły na jutrzejsze biegi i daję się wyprzedzić. Znowu spotykam Mariusza „Dzidka”. Rozmawiamy o długości trasy – nie jest pewien czy da radę zrobić wszystko w limicie.
PK 13 zdobywam samotnie, ale potem sprytnym manewrem skracającym drogę wyprzedzam całą grupę. Spotykamy się na zamkniętym przejeździe kolejowym w Ustanówku.
Dalej idziemy w grupie. Przed PK 16, dokładnie na 44 kilometrze trasy spotykamy Leszka idącego z naprzeciwka. Pyta się ile mamy na liczniku, bo jest lekko zdziwiony odległością, jaką już pokonał. PK 16, potem PK 15. Tu dołącza kolejna ekipa z TP25 - Pinky&Brian. Tym zespołem przeplatając się na punktach idziemy w kierunku mety przez PK 14, PK 12 i PK 1. Odpuszczam PK 8 oraz sześć pozostałych punktów. Na metę docieramy po zmroku Dzięki temu robię „tylko” 57 km. I dobrze, bo trzeba mieć siłę, by jutro pobiegać na wydmach;-)
Na przyszłość będę uważniej sprawdzał skalę mapy przed wyruszeniem na trasę i zapamiętam, że jak kilometr na mapie ma 2,5cm to skala wynosi 1:40000, a nie 1:25000;-) - takie ćwiczenia matematyczne polecam także budowniczym tras i twórcom map;-)

