Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajd Dolnego Sanu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rajd Dolnego Sanu. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 marca 2019
czwartek, 21 marca 2019
Leśno - polno - miejski RDS
Po ubiegłorocznym RDS-ie nasze przygotowania do tegorocznego skupiły się na przeglądaniu prognoz pogody. Wędrówek misiów nie śledziliśmy, zakładając, że po Stalowej Woli raczej nie wędrują, zresztą Hubert tym razem nie ostrzegał przed nimi. O ile w zeszłym roku już sam dojazd na imprezę był przygodą życia, tym razem dojechaliśmy bezproblemowo i już po 21-ej rozkładaliśmy się w bazie.
Jeszcze w domu, przeglądając mapy okolic, założyliśmy, że będziemy biegać albo po wschodniej albo zachodniej stronie Sanu, a tymczasem okazało się, że punkty mamy po obu. Ale ostatecznie nazwa rajdu zobowiązuje i San powinniśmy zobaczyć z obu stron.
Zasady gry były o tyle nietypowe, że z dwudziestu punktów zaznaczonych na mapie mieliśmy wybrać siedemnaście i to była bardzo trudna decyzja. Ostatecznie postanowiliśmy odpuścić 1, 2 i 20. 1 i 2 bo daleko, a 20, bo Hubert postraszył, że ścieżka narysowana na mapie jest … tylko na mapie, a w terenie to już niekoniecznie, a szukanie drzewa w lesie może okazać się czasochłonnym zajęciem. Jak się potem okazało, jednym uczestnikom szukanie nie sprawiło problemów, innym zajęło nawet ponad pół godziny.
Postanowiliśmy zacząć od dziewiątki, chociaż logiczniej byłoby od ósemki. Znowu zasugerowaliśmy się słowami Huberta, że rano w tej okolicy mają być zawody rowerowe i raczej odradza pchać się wtedy rowerzystom pod koła. A spokojnie zdążylibyśmy przed tymi ich zawodami. Mamy za to nauczkę - w czasie odprawy lepiej zatykać uszy i nie słuchać rad i ostrzeżeń:-)
Dziewiątka była nad Sanem, ale dojść do niej musieliśmy przez miasto, w tym przez tory i główną drogę. I znowu posłuchaliśmy się organizatora - zamiast na skróty przez tory na dziko (jak pewnie większość uczestników), my kulturalnie pobiegliśmy do przejazdu, oczywiście nadkładając drogi. Eh, ta nasza praworządność. Punkt na przepuście znaleźliśmy bez problemu.
Znad rzeki wróciliśmy do cywilizacji i wzdłuż drogi 77 pobiegliśmy do PK 19, który zachęcał tajemniczym opisem: "wewnątrz budynku". Znowu praworządnie - zamiast na skróty przez tory - przemaszerowaliśmy przez wiadukt, postraszeni przez Huberta sokistami z psem:-) Nie było sokistów, a pies ujadał z pobliskich zabudowań. Zmarnowało się nam to chodzenie naokoło.
W pierwszym odruchu chcieliśmy dokładnie zwiedzić ruinkę, ale szkoda nam było czasu.
Po dwóch punktach miejskich wreszcie udaliśmy się do lasu. PK 13 stał na skrzyżowaniu rowów, a PK 14 "na S od górki". Do dziś nie mogę rozgryźć, co szkodziło postawić go po prostu na górce???
Według pierwotnego planu z czternastki mieliśmy iść na osiemnastkę, ale Tomek wykombinował, że może by tak jednak na piętnastkę. Szczególnie, że droga, którą szliśmy tak jakoś naginała na południe. Ponieważ w terenie było więcej rowów niż na mapie, po zejściu z drogi i przedarciu się na rympał w stronę celu, przez chwilę mieliśmy wątpliwości, w którym dokładnie miejscu jesteśmy. Po konsultacjach z napotkanym (po raz kolejny zresztą) Danielem ustaliliśmy gdzie iść. Przy piętnastce spotkaliśmy sporą grupę zawodników, zresztą w ciągu całego dnia co chwilę na kogoś się natykaliśmy, a już w drodze na osiemnastkę to pałętał się zupełnie dziki tłum. Do osiemnastki trafić trafiliśmy bez problemu, ale dostęp do lampionu przegradzała nam wielka woda. No dobra, może i nie była wielka, ale na pewno mokra. Snuliśmy się wzdłuż rowu z wodą szukając najwęższego miejsca, a tymczasem przybiegł Tomasz (Sevencoins) i najzwyczajniej w świecie skoczył nie patrząc specjalnie na szerokość i głębokość. Skoczyłam i ja, a po mnie Tomek. I po co było cenne minuty tracić na szukanie przeprawy? Przy skoku powrotnym trochę noga mi się obsunęła i nabrałam z lekka wody, ale w sumie co to za rajd na sucho?
Po osiemnastce mieliśmy w planach siedemnastkę. Polecieliśmy porządną przecinką dokładnie na południe. Niby tam patrzyliśmy co po drodze mijamy, ale wiadomo jak to jest z dokładnością mapy w takiej skali. Wiedzieliśmy, że drogę musi nam przegrodzić ciek wodny i wtedy idąc wzdłuż niego dotrzemy do punktu. Po raz kolejny spotkaliśmy Daniela oraz Krzyśka i przekonaliśmy ich do naszej koncepcji pójścia wzdłuż wody. Niby wszystko się zgadzało, prócz tego, że w odpowiedniej odległości nie było poszukiwanej ambony z lampionem. To znaczy ambon to nawet było kilka, ale lampionu ani jednego. Za to teren robił się coraz bardziej mokry i grząski.
Chłopaki w pewnym momencie odbili na północ, a my postanowiliśmy iść dalej przed siebie, zakładając, że najwyżej dojdziemy do większej drogi, sprawdzimy gdzie jesteśmy i stamtąd się namierzymy. Okazało się, że szukaliśmy za bardzo na południe, a na sąsiedniej przecince jest większy rów z wodą. Poszliśmy wzdłuż niego, znowu taplając się w błocie i skacząc z kępki trawy na kępkę i po chwili znaleźliśmy i ambonę i lampion. Rów z wodą, który według mapy miał się ciągnąć ze trzy kilometry, kończył się zaraz kawałek za amboną. Nic dziwnego, ze od drugiej strony nie szło trafić.
Szesnastka była na wzniesieniu, za asfaltem przecinającym las, a dostęp do niej zagradzał zestaw tablic wzbraniających wstępu, bo teren należy do wojska.
Udaliśmy, że nie umiemy czytać i poszliśmy dalej, no bo punkt znaleźć trzeba, bez względu na wzgląd. Niby górka z lampionem nie była wysoka, ale jakoś ciężko mi się wchodziło. Dopadł mnie pierwszy kryzys.
Jedenastka - nasz kolejny punkt - była znowu po drugiej stronie asfaltu, a właściwie po pierwszej, bo to my byliśmy po drugiej. Na mapie punkt zaznaczony był dokładnie pod literką A z nazwy miejscowości - Stalowa Wola. Wypatrywaliśmy więc tego A w terenie i nigdzie go nie było:-( Żeby kolejni zawodnicy mieli łatwiej, Tomek postanowił skonstruować duże A, tak żeby teren zgadzał się z mapą.
Dwunastka - punkt nad jeziorkiem - byłaby bardzo urokliwa, gdyby nie śmietnik rozciągający się dookoła.Co za prymitywy zaśmiecają takie fajne miejsce:-(
Ostatni punkt w leśnym terenie - PK 10 - miał być na ogrodzeniu, a na ogrodzenia był jakiś urodzaj i podobno było ich coś z pięć. Nam się udało dość szybko trafić na właściwe.
Zostało nam jeszcze do znalezienia sześć punktów. Do następnego PK 7 lecieliśmy już przez cywilizację i nie mogliśmy się powstrzymać od skorzystania z jej dobrodziejstw. W jednym ze sklepów kupiłam sobie ogromnego, polanego czekoladą pączka i choć raz w życiu mogłam go pożreć bez najmniejszych wyrzutów sumienia, mając pewność, że nie pójdzie w boczki, tylko zaraz się spali. Taki bezgrzeszny pączuś. Zupełnie nie wiem dlaczego Tomek ograniczył się tylko do marnego napoju. Taką okazję zmarnował. Potem mijaliśmy jeszcze McDonaldsa, ale ja już nie byłam głodna, a Tomek nie nalegał. Pomnik z PK 7 znaleźliśmy od pierwszego kopa. Szóstka była blisko siódemki, nad samym Sanem, a biegliśmy do niej wzdłuż ogrodzenia elektrowni. Dość niezwykłe widoki jak na pięćdziesiątkę, która dotąd zawsze kojarzyła mi się z lasami, a przynajmniej polami czy skałkami.
W końcu nadszedł moment przejścia na drugi brzeg Sanu. Co prawda po tej stronie mieliśmy jeszcze do wzięcia ósemkę, ale zostawiliśmy ją sobie na powrót. Na moście po raz kolejny spotkaliśmy Daniela, który już bieg w stronę bazy (może jeszcze przez jakiś punkt). My mieliśmy do zaliczenia jeszcze cztery punkty. Piątka weszła łatwo chociaż była skitrana w krzaczorach na samym brzegu. Do czwórki szliśmy przez pola i ciut za wcześnie zaczęliśmy szukać "drzewa przy rowie". Właściwe drzewo, przy właściwym rowie okazało się niepozornym krzakiem, ale najważniejsze, że lampion był.
Z czwórki do trójki było niezbyt blisko, a ja zaczynałam już opadać z sił. A tu trzeba było się skupić żeby jak najoptymalniej pokonać plątaninę uliczek w Pysznicy. Nawet całkiem dobrze nam to wyszło. Potem jeszcze sforsowaliśmy ogrodzenie z drutu kolczastego i już byliśmy na "brzegu łąki/lasu". Organizator w opisie powinien jeszcze dodać: niepotrzebne skreślić:-)
Do ósemki, naszego ostatniego punktu, w linii prostej nie było nawet daleko, tylko ta rzeka po drodze... Ponieważ nie umiem pływać, wolałam pobiec na most. Niby po asfalcie biegło się wygodnie, ale mijając przystanek na wszelki wypadek sprawdziłam czy nie ma jakiegoś autobusu:-)
W końcu dotarliśmy do mostu, przeszliśmy na drugą stronę i wzdłuż rzeki ruszyliśmy w stronę ósemki. Przebiegliśmy przez tereny rekreacyjne i jak się już w bazie zorientowaliśmy, przez kilka punktów TRInO. Jeszcze ostatni bliski kontakt z dziką przyrodą (nadrzeczne zarośla) i już mogliśmy wracać do bazy, na metę. Ponieważ przy PK 8 zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (44 to nasza klubowa liczba), więc tradycyjnie strzeliliśmy sobie pamiątkowego selfika.
A do mety było pod górkę. Najpierw przebiegliśmy obok ogródków działkowych, a potem zobaczyłam te schody:
Niby nic, ale jednak. A i tak największy zawód spotkał mnie na wiadukcie. Okazało się, że nie ma z niego zejścia zaraz za torami, tylko trzeba nadłożyć drogi. Na końcówce trasy to ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie. I to na pewno przez ten wiadukt nie udało nam się złamać ośmiu godzin:-) Na metę dotarliśmy z czasem 8 godzin i 7 minut. To i tak mój najlepszy czas. Oczywiście w porównaniu do innych osób - żaden szał, ale mi wystarczy. Trasa była krótka, płaska, łatwa nawigacyjnie, z dużą ilością asfaltów i utwardzanych dróg, czyli taka dla szybkobiegaczy. I przez to, że częściowo miejska - odmienna od wszystkich dotychczasowych, na jakich byłam.
Mam tylko jedno zastrzeżenie - podczas całej trasy, w którą stronę nie biegliśmy, zawsze wiało nam w oczy. Jak będziesz Hubert następnym razem zamawiał pogodę, bierz taką bez wiatru.
P.S.
Bedzie jeszcze film. Jak się zrobi.
Jeszcze w domu, przeglądając mapy okolic, założyliśmy, że będziemy biegać albo po wschodniej albo zachodniej stronie Sanu, a tymczasem okazało się, że punkty mamy po obu. Ale ostatecznie nazwa rajdu zobowiązuje i San powinniśmy zobaczyć z obu stron.
Babcia mówiła zawsze, że przed podróżą trzeba posiedzieć.
Zasady gry były o tyle nietypowe, że z dwudziestu punktów zaznaczonych na mapie mieliśmy wybrać siedemnaście i to była bardzo trudna decyzja. Ostatecznie postanowiliśmy odpuścić 1, 2 i 20. 1 i 2 bo daleko, a 20, bo Hubert postraszył, że ścieżka narysowana na mapie jest … tylko na mapie, a w terenie to już niekoniecznie, a szukanie drzewa w lesie może okazać się czasochłonnym zajęciem. Jak się potem okazało, jednym uczestnikom szukanie nie sprawiło problemów, innym zajęło nawet ponad pół godziny.
Postanowiliśmy zacząć od dziewiątki, chociaż logiczniej byłoby od ósemki. Znowu zasugerowaliśmy się słowami Huberta, że rano w tej okolicy mają być zawody rowerowe i raczej odradza pchać się wtedy rowerzystom pod koła. A spokojnie zdążylibyśmy przed tymi ich zawodami. Mamy za to nauczkę - w czasie odprawy lepiej zatykać uszy i nie słuchać rad i ostrzeżeń:-)
Dziewiątka była nad Sanem, ale dojść do niej musieliśmy przez miasto, w tym przez tory i główną drogę. I znowu posłuchaliśmy się organizatora - zamiast na skróty przez tory na dziko (jak pewnie większość uczestników), my kulturalnie pobiegliśmy do przejazdu, oczywiście nadkładając drogi. Eh, ta nasza praworządność. Punkt na przepuście znaleźliśmy bez problemu.
Znad rzeki wróciliśmy do cywilizacji i wzdłuż drogi 77 pobiegliśmy do PK 19, który zachęcał tajemniczym opisem: "wewnątrz budynku". Znowu praworządnie - zamiast na skróty przez tory - przemaszerowaliśmy przez wiadukt, postraszeni przez Huberta sokistami z psem:-) Nie było sokistów, a pies ujadał z pobliskich zabudowań. Zmarnowało się nam to chodzenie naokoło.
Wyjątkowo malowniczy obiekt. Szkoda, że tak niszczeje.
W pierwszym odruchu chcieliśmy dokładnie zwiedzić ruinkę, ale szkoda nam było czasu.
Po dwóch punktach miejskich wreszcie udaliśmy się do lasu. PK 13 stał na skrzyżowaniu rowów, a PK 14 "na S od górki". Do dziś nie mogę rozgryźć, co szkodziło postawić go po prostu na górce???
Według pierwotnego planu z czternastki mieliśmy iść na osiemnastkę, ale Tomek wykombinował, że może by tak jednak na piętnastkę. Szczególnie, że droga, którą szliśmy tak jakoś naginała na południe. Ponieważ w terenie było więcej rowów niż na mapie, po zejściu z drogi i przedarciu się na rympał w stronę celu, przez chwilę mieliśmy wątpliwości, w którym dokładnie miejscu jesteśmy. Po konsultacjach z napotkanym (po raz kolejny zresztą) Danielem ustaliliśmy gdzie iść. Przy piętnastce spotkaliśmy sporą grupę zawodników, zresztą w ciągu całego dnia co chwilę na kogoś się natykaliśmy, a już w drodze na osiemnastkę to pałętał się zupełnie dziki tłum. Do osiemnastki trafić trafiliśmy bez problemu, ale dostęp do lampionu przegradzała nam wielka woda. No dobra, może i nie była wielka, ale na pewno mokra. Snuliśmy się wzdłuż rowu z wodą szukając najwęższego miejsca, a tymczasem przybiegł Tomasz (Sevencoins) i najzwyczajniej w świecie skoczył nie patrząc specjalnie na szerokość i głębokość. Skoczyłam i ja, a po mnie Tomek. I po co było cenne minuty tracić na szukanie przeprawy? Przy skoku powrotnym trochę noga mi się obsunęła i nabrałam z lekka wody, ale w sumie co to za rajd na sucho?
Po osiemnastce mieliśmy w planach siedemnastkę. Polecieliśmy porządną przecinką dokładnie na południe. Niby tam patrzyliśmy co po drodze mijamy, ale wiadomo jak to jest z dokładnością mapy w takiej skali. Wiedzieliśmy, że drogę musi nam przegrodzić ciek wodny i wtedy idąc wzdłuż niego dotrzemy do punktu. Po raz kolejny spotkaliśmy Daniela oraz Krzyśka i przekonaliśmy ich do naszej koncepcji pójścia wzdłuż wody. Niby wszystko się zgadzało, prócz tego, że w odpowiedniej odległości nie było poszukiwanej ambony z lampionem. To znaczy ambon to nawet było kilka, ale lampionu ani jednego. Za to teren robił się coraz bardziej mokry i grząski.
Taki piękny okaz znaleźliśmy po drodze!
Chłopaki w pewnym momencie odbili na północ, a my postanowiliśmy iść dalej przed siebie, zakładając, że najwyżej dojdziemy do większej drogi, sprawdzimy gdzie jesteśmy i stamtąd się namierzymy. Okazało się, że szukaliśmy za bardzo na południe, a na sąsiedniej przecince jest większy rów z wodą. Poszliśmy wzdłuż niego, znowu taplając się w błocie i skacząc z kępki trawy na kępkę i po chwili znaleźliśmy i ambonę i lampion. Rów z wodą, który według mapy miał się ciągnąć ze trzy kilometry, kończył się zaraz kawałek za amboną. Nic dziwnego, ze od drugiej strony nie szło trafić.
Szesnastka była na wzniesieniu, za asfaltem przecinającym las, a dostęp do niej zagradzał zestaw tablic wzbraniających wstępu, bo teren należy do wojska.
Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie...
Udaliśmy, że nie umiemy czytać i poszliśmy dalej, no bo punkt znaleźć trzeba, bez względu na wzgląd. Niby górka z lampionem nie była wysoka, ale jakoś ciężko mi się wchodziło. Dopadł mnie pierwszy kryzys.
Jedenastka - nasz kolejny punkt - była znowu po drugiej stronie asfaltu, a właściwie po pierwszej, bo to my byliśmy po drugiej. Na mapie punkt zaznaczony był dokładnie pod literką A z nazwy miejscowości - Stalowa Wola. Wypatrywaliśmy więc tego A w terenie i nigdzie go nie było:-( Żeby kolejni zawodnicy mieli łatwiej, Tomek postanowił skonstruować duże A, tak żeby teren zgadzał się z mapą.
Literka A i dumny twórca:-)
Dwunastka - punkt nad jeziorkiem - byłaby bardzo urokliwa, gdyby nie śmietnik rozciągający się dookoła.Co za prymitywy zaśmiecają takie fajne miejsce:-(
Ostatni punkt w leśnym terenie - PK 10 - miał być na ogrodzeniu, a na ogrodzenia był jakiś urodzaj i podobno było ich coś z pięć. Nam się udało dość szybko trafić na właściwe.
Zostało nam jeszcze do znalezienia sześć punktów. Do następnego PK 7 lecieliśmy już przez cywilizację i nie mogliśmy się powstrzymać od skorzystania z jej dobrodziejstw. W jednym ze sklepów kupiłam sobie ogromnego, polanego czekoladą pączka i choć raz w życiu mogłam go pożreć bez najmniejszych wyrzutów sumienia, mając pewność, że nie pójdzie w boczki, tylko zaraz się spali. Taki bezgrzeszny pączuś. Zupełnie nie wiem dlaczego Tomek ograniczył się tylko do marnego napoju. Taką okazję zmarnował. Potem mijaliśmy jeszcze McDonaldsa, ale ja już nie byłam głodna, a Tomek nie nalegał. Pomnik z PK 7 znaleźliśmy od pierwszego kopa. Szóstka była blisko siódemki, nad samym Sanem, a biegliśmy do niej wzdłuż ogrodzenia elektrowni. Dość niezwykłe widoki jak na pięćdziesiątkę, która dotąd zawsze kojarzyła mi się z lasami, a przynajmniej polami czy skałkami.
W końcu nadszedł moment przejścia na drugi brzeg Sanu. Co prawda po tej stronie mieliśmy jeszcze do wzięcia ósemkę, ale zostawiliśmy ją sobie na powrót. Na moście po raz kolejny spotkaliśmy Daniela, który już bieg w stronę bazy (może jeszcze przez jakiś punkt). My mieliśmy do zaliczenia jeszcze cztery punkty. Piątka weszła łatwo chociaż była skitrana w krzaczorach na samym brzegu. Do czwórki szliśmy przez pola i ciut za wcześnie zaczęliśmy szukać "drzewa przy rowie". Właściwe drzewo, przy właściwym rowie okazało się niepozornym krzakiem, ale najważniejsze, że lampion był.
Z czwórki do trójki było niezbyt blisko, a ja zaczynałam już opadać z sił. A tu trzeba było się skupić żeby jak najoptymalniej pokonać plątaninę uliczek w Pysznicy. Nawet całkiem dobrze nam to wyszło. Potem jeszcze sforsowaliśmy ogrodzenie z drutu kolczastego i już byliśmy na "brzegu łąki/lasu". Organizator w opisie powinien jeszcze dodać: niepotrzebne skreślić:-)
Do ósemki, naszego ostatniego punktu, w linii prostej nie było nawet daleko, tylko ta rzeka po drodze... Ponieważ nie umiem pływać, wolałam pobiec na most. Niby po asfalcie biegło się wygodnie, ale mijając przystanek na wszelki wypadek sprawdziłam czy nie ma jakiegoś autobusu:-)
Strasznie rzadko coś jeździ, na piechotę szybciej.
W końcu dotarliśmy do mostu, przeszliśmy na drugą stronę i wzdłuż rzeki ruszyliśmy w stronę ósemki. Przebiegliśmy przez tereny rekreacyjne i jak się już w bazie zorientowaliśmy, przez kilka punktów TRInO. Jeszcze ostatni bliski kontakt z dziką przyrodą (nadrzeczne zarośla) i już mogliśmy wracać do bazy, na metę. Ponieważ przy PK 8 zastał nas umowny czterdziesty czwarty kilometr (44 to nasza klubowa liczba), więc tradycyjnie strzeliliśmy sobie pamiątkowego selfika.
Pierwszy raz 44-ty kilometr na ostatnim punkcie!
A do mety było pod górkę. Najpierw przebiegliśmy obok ogródków działkowych, a potem zobaczyłam te schody:
Niby nic, ale jednak. A i tak największy zawód spotkał mnie na wiadukcie. Okazało się, że nie ma z niego zejścia zaraz za torami, tylko trzeba nadłożyć drogi. Na końcówce trasy to ma znaczenie. Przynajmniej dla mnie. I to na pewno przez ten wiadukt nie udało nam się złamać ośmiu godzin:-) Na metę dotarliśmy z czasem 8 godzin i 7 minut. To i tak mój najlepszy czas. Oczywiście w porównaniu do innych osób - żaden szał, ale mi wystarczy. Trasa była krótka, płaska, łatwa nawigacyjnie, z dużą ilością asfaltów i utwardzanych dróg, czyli taka dla szybkobiegaczy. I przez to, że częściowo miejska - odmienna od wszystkich dotychczasowych, na jakich byłam.
Mam tylko jedno zastrzeżenie - podczas całej trasy, w którą stronę nie biegliśmy, zawsze wiało nam w oczy. Jak będziesz Hubert następnym razem zamawiał pogodę, bierz taką bez wiatru.
P.S.
Bedzie jeszcze film. Jak się zrobi.
wtorek, 20 marca 2018
Proszę państwa, oto miś. (RDS - Cz. 2)
Dobrze, że w sobotę start był dopiero o dziewiątej, bo ja potrzebuję snu jak niemowlak, a przecież wiadomo, że nie położyliśmy się od razu po przyjeździe. Trzeba było przynajmniej plecaki przygotować na wymarsz - czyli woda wzmocniona izotonikiem i magnezem, zestaw batonów i różnych przegryzek, buffy, rękawiczki, zapasowe skarpety, wiatrówka i najważniejsze - dzwoneczek na niedźwiedzia. Bo wiecie, Hubertowi tak zależało na podniesieniu atrakcyjności imprezy, że kazał leśniczemu budzić niedźwiedzia. Że to taka atrakcja regionalna. A dzwoneczek miał podpowiadać misiowi, gdzie ma nas szukać. W końcu las duży i moglibyśmy się rozminąć.
W sobotni poranek największym dylematem było: w co się ubrać, żeby nie było ani za zimno, ani za ciepło. Sprawdzaliśmy prognozy pogody, co chwilę któreś wychodziło na zewnątrz doświadczyć warunków na żywym organizmie, a i tak wciąż mieliśmy wątpliwości.
W sobotni poranek największym dylematem było: w co się ubrać, żeby nie było ani za zimno, ani za ciepło. Sprawdzaliśmy prognozy pogody, co chwilę któreś wychodziło na zewnątrz doświadczyć warunków na żywym organizmie, a i tak wciąż mieliśmy wątpliwości.
W końcu coś tam na grzbiet wciągnęliśmy i nie było czasu więcej się zastanawiać, bo nadeszła pora odprawy i rozdania map.
Wszyscy słuchają w skupieniu.
Potem wyszliśmy przed szkołę, wspólnie odliczyliśmy do zera i ... pooooszli ....
Biegniemy na czele stawki! Przynajmniej przez pierwszą minutę:-)
Postanowiliśmy zacząć od PK o numerku 17, czyli początek prawie cały asfaltowy. I od razu lekko pod górkę. Niby spodziewałam się, że po równym nie będzie, ale człowiek to się łudzi do ostatniej chwili. Zanim doszliśmy do punktu zdjęłam spod buffa kominiarkę, a rękawiczki schowalam do kieszeni. Bylam spocona i najchętniej zdjęłabym jeszcze jakąś warstwę spod softshella. I co było tak panikować z tym zimnem?
Nasz kolejny punkt to jedynka - malownicza wieża, oczywiście na szczycie góry. Czyli najpierw trzeba było zleźć z poprzedniej górki i wejść na kolejną. Dałam radę i warto było. Nawet przez myśl przemknęło mi, że fajnie byłoby wdrapać się na wieżę i rozejrzeć się dookoła, ale szkoda było czasu, a poza tym jak tam na górze musiało piź... znaczy się wiać bardzo musiało.
Kolejny punkt to 22 - nad brzegiem stawu. Pełen luzik - najpierw z górki na pazurki do Kramarzówki, a potem ... znowu pod górę. Ale za to drogą, jaka by ona nie była. I znowu na dół, aż drogę zagrodził nam strumień. Do punktu było naprawdę bliziutko, tylko jak sforsować wodę bez zamoczenia się? Znaleźliśmy jakiś "mostek" najwyraźniej bobrowego autorstwa, ale Tomek popatrzył i kategorycznie powiedział:
- Ja nie przejdę!
Dobrze, że to nie ja pierwsza przymierzyłam się do przeprawy, bo pewnie bym przeszła i w efekcie ja byłabym po jednej stronie wody, a Tomek po drugiej.
Nie przejdę!
Ruszyliśmy więc brzegiem strumienia do drogi, przeszliśmy porządnym mostkiem i na punkt nadeszliśmy od zachodu. Na polu, tuż przy punkcie stał las kolorowych strachów na ... niedźwiedzie? Oczywiście poświęciliśmy chwilkę na małą sesję fotograficzną.
Strachy były bardzo malownicze.
Na kolejny PK - 16 postanowiliśmy iść drogą, bo bardziej po płaskim. Przy moim tempie włażenia pod górę bardziej opłaca się dłużej po równym, niż "krócej", ale pod górę. Szło dobrze, pominąwszy oczywiście oblodzenie drogi i rozpaczliwe próby utrzymania zarówno równowagi, jak i tempa. Z mapy wynikało, że droga doprowadzi nas na samo miejsce docelowe, a tymczasem ... Tymczasem doszliśmy do strumienia i znowu stanęliśmy przed dylematem - jak przejść? Na mapie wszystko wyglądało cacy - droga przechodzi przez strumień i leci dalej, a w terenie droga rozwidlała się na kilka odnóg, z których żadna nie prowadziła w potrzebnym nam kierunku, no i nie przechodziła przez strumień. A przynajmniej my nie znaleźliśmy takiej jej wersji. Kilkuosobowa grupa przeprawiła się przez wodę, ale w miejscu, w którym dla odmiany ja stanowczo zakomunikowałam:
- Tędy nie przejdę!
Tak ogólnie to lubię przechodzić przez wodę i nawet mieć potem mokro w butach (czy to już się leczy?), ale nie przy takiej pogodzie!
Zanim znaleźliśmy przeprawę, którą oboje byliśmy w stanie zaakceptować, straciliśmy nad tym pitolonym strumykiem prawie pół godziny. Potem wystarczyło już tylko wejść na górę i znaleźć triangul. Tomek pokazał mi dwie wieże na pioruńsko (jak dla mnie) wysokiej górze i powiedział:
- O, tam musimy dojść.
- O, kuffa! - pomyślałam.
- Spoko, dam radę! - powiedziałam.
No i dałam radę!
Do piątki było bardzo przyjemnie, bo cały czas w dół i do tego drogą, a punkt stał w jarze, a nie jakimś tam zagłębieniu terenu - no co to za terminologia?!
Między piątką, a czwórką dopadł mnie kryzys. Czułam się jakbym miała za sobą ze czterdzieści kilometrów, a nie marne dwadzieścia pięć. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie wymiksować się z dalszej trasy i nie wrócić sobie do cieplutkiej, bezpiecznej bazy, tylko nie miałam jak tego dyplomatycznie zrobić. Tomek pewnie poczułby się w obowiązku wrócić razem ze mną i tym sposobem zepsułabym mu zabawę, a gdyby pozwolił mi iść samej, z kolei ja poczułabym się opuszczona i zostawiona na pastwę losu. Poza tym zbliżaliśmy się do strefy występowania niedźwiedzia i skoro Hubert zadał sobie trud zorganizowania tej atrakcji, to szkoda było by odpuszczać.
Lezę ostatkiem sił.
Przed czwórką musiałam jednak zrobić dłuższy postój - zjeść kanapkę i napić się gorącej kawy. W ogóle całe szczęście, że wzięłam termos, bo okazało się, że na izotonik nie mam co liczyć - napój zamarzł mi na długości całej rurki i już gdzieś od trzeciego punktu nosiłam go jedynie jako bezużyteczny balast. Tomek był sprytniejszy i za każdym razem wydmuchiwał z rurki wodę i nie miało mu co zamarzać. Kiedy więc chciało mi się pić (na ogół nie chciało się, ale rozum wołał, żeby jednak) musiałam korzystać z jego zasobnika.
Na trójkę można było iść krócej - lasem albo naokoło - asfaltem. Asfaltem było bardziej po płaskim, więc wiadomo co wybraliśmy. Poza tym leśne drogi w większości były absolutnie nieprzebieżne - rozjeżdżone przez traktory, zalane wodą, a potem przymrożone z lekka.
Już gdzieś od piątki Tomek uaktywnił nasz dzwoneczek na niedźwiedzia i pobrzękiwał nim przy każdym kroku. Wystarczyło parę minut żeby zaczął mnie szlag trafiać na to brzęczenie, a jak dopiero musiał się wku... wściec niedźwiedź jak przez kilka godzin po terenie łaziło mu stado brzęczących ludzi.
Kogoś dziwi, że wolimy asfalt?
Już gdzieś od piątki Tomek uaktywnił nasz dzwoneczek na niedźwiedzia i pobrzękiwał nim przy każdym kroku. Wystarczyło parę minut żeby zaczął mnie szlag trafiać na to brzęczenie, a jak dopiero musiał się wku... wściec niedźwiedź jak przez kilka godzin po terenie łaziło mu stado brzęczących ludzi.
Proszę państwa, oto miś.
PK 3 ukryty był pod mostkiem i od razu przypomniało nam się jak na jakiejś innej imprezie, gdzie lampion był schowany głęboko pod konkretnym, dużym mostem nie miał kto wejść podbić punktu, bo ja mam klaustrofobię, a Tomek miał uszkodzoną nogę i nie mógł jej zginać. Tu jednak sytuacja była prosta i łatwa.
PK 3
"Drzewo na szczycie" na PK 2 było widać z oddali i końcówkę doszliśmy już na skróty. Skróty były pełne bruzd, które z wierzchu były zmarznięte, ale w środku zdarzały się miękkie i trzeba było wykonywać różne akrobacje ekwilibrystyczne, żeby utrzymać równowagę. Także psychiczną.
PK 21 to dla odmiany było samotne drzewo i chociaż nie na szczycie, to jednak trochę trzeba było podejść w górę. Na tym etapie każdy metr w górę był już dla mnie wyzwaniem. Co gorsza, dwudziestka jedynka była tak blisko bazy, że aż się prosiło żeby nie iść dalej i na rozwidleniu dróg pójść w lewo zamiast w prawo. To już było tak blisko, że wcale, ale to wcale nie czułabym się porzucona gdyby Tomek chciał iść sam dalej. Z drugiej strony - zostały nam jeszcze tylko trzy łatwe punkty i szkoda by było ich nie zgarnąć. Limit czasu był tak duży, że nawet czołgając się dałabym radę. Po zażyciu dopingu w postaci ketonalu postanowiłam nie poddawać się. A na czterdziestym czwartym kilometrze zrobiliśmy sobie tradycyjnego selfika. Gdybym się poddała, nie miałabym takiej pamiątki.
Wcale mi już nie było do śmiechu, ale do fotki trzeba.
W drodze do "cerkwi z tyłu" z daleka widzieliśmy Sławka z kolegą (wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że to on) i dogoniliśmy ich przy cerkwi. Dalej ruszyliśmy razem. My byliśmy jednak w tej lepszej sytuacji, że poza cerkwią nam zostały jeszcze tylko dwa PK, a im trzy. Cerkiew pewnie była ładna i zabytkowa, ale już nie miałam siły żeby ją obejść naokoło i obejrzeć.
Cerkiew św. Dymitra
Idąc na dziewiętnastkę znowu niebezpiecznie zbliżyliśmy się do bazy, ale dałam radę, szczególnie, że znieczulenie już działało. Cerkwi w Hawłowicach w ogóle nie pamiętam, być może dawka znieczulenia była zbyt duża, ale najprawdopodobniej szłam już na autopilocie nie zwracając uwagi na otoczenie. Ja nie tylko szłam, ja nawet biegłam i to tak szybko, że zostawiliśmy w tyle naszych towarzyszy.
Do osiemnastki dotarliśmy już po ciemku, a dodatkowo punkt był źle postawiony, więc chwilę zeszło nam zanim go znaleźliśmy. Pozostało jeszcze tylko wrócić do bazy. Nie chciało nam się cofać do drogi, którą przyszliśmy, bo choć niedaleko, to jednak w przeciwnym kierunku do dalszego marszu, postanowiliśmy więc sforsować pola uprawne (czyli głownie bruzdy) i wyjść do asfaltu lecącego szczytem pagórka. To był nieduży odcinek, ale tak dał nam w kość... Przede wszystkim pioruńsko wiało, a nie ochraniał nas nawet ani jeden krzaczek, po drugie - podłoże mocno niewygodne do chodzenie, a po trzecie - pod górę. Wietrzysko chciało nam łby pourywać, a żeby móc oddychać musiałam zasłaniać twarz mapą. W końcu jednak dotarliśmy do drogi, a potem do bazy. Oczywiście nie pobiegliśmy najkrótszą drogą, ale też jakoś specjalnie dużo nie nadłożyliśmy. Bo też w tych miejskich uliczkach to się pogubić można - nie to co w lesie:-)
W końcu na mecie!
Dobrze, że od razu planowaliśmy zostać do niedzieli, więc mogłam nie spiesząc się odreagować wysiłek. Najpierw poszliśmy na obiad, potem długa, gorąca kąpiel i wreszcie pozycja horyzontalna. W tej horyzontalnej to tak cały czas nie wytrzymałam, bo emocje trochę mnie nosiły po bazie. W końcu trzeba było obejrzeć wyniki, porównać czasy, pogadać.
W niedzielę odbyło się zakończenie imprezy, na którym odebrałam statuetkę za zajęcie pierwszego miejsca w kategorii kobiet-weteranek. Powiedzmy szczerze - nie miałam większych trudności ze zdobyciem jej, bo byłam jedyna w tej grupie wiekowej. Gdyby Ewa nie musiała zrezygnować z wyjazdu pewnie musiałabym zadowolić się drugim miejscem.:-) A w ogólnej klasyfikacji kobiet byłam mniej więcej w połowie stawki, więc nie jest źle.
Pierwsza weteranka imprezy:-)
Powrót do Warszawy nie był już tak atrakcyjny jak dojazd na imprezę i zdecydowanie krótszy. Za to ból odnóży krocznych trwa do dziś, a widok schodów wywołuje we mnie lekką panikę.
Tak jak na RDS-ie to już się dawno nie sponiewierałam!
poniedziałek, 19 marca 2018
Kiedy dojazd na zawody sam w sobie jest przygodą życia... (RDS - Cz. 1)
Na RDS wybierała się całkiem konkretna ekipa - oprócz nas jeszcze Krzysztof, Ewa, Ania i Adam, no i Przemek na setkę. Ania i Adam odpadli już tydzień przed imprezą, Ewę okoliczności zmusiły do rezygnacji tuż przed terminem wyjazdu, a Przemek, który miał startować najwcześniej, musiał odpowiednio wcześniej dojechać. Tym sposobem z Warszawy wyjechaliśmy tylko we trójkę - my i Krzysztof. Nawigacja optymistycznie poinformowała nas, że droga zajmie mniej niż pięć godzin, ale biorąc pod uwagę pogodę, zakładałam, że i sześć może nie wystarczyć.
To, że w Warszawie wszystko wolno jedzie, a chwilami stoi, niespecjalnie nas zdziwiło, bo w piątkowe popołudnie to raczej standard, kiedy jednak czas mijał, a my wciąż byliśmy blisko domu, zaczęło nas to niepokoić. Sypał śnieg, wiatr ciskał nim na wszystkie strony, na drogach zalegała warstwa lodu przykryta białym puchem, a drogowców jak zawsze zima zaskoczyła. Turlaliśmy się więc 30 km/h i już po trzech godzinach dotarliśmy do Radomia. Po drodze podziwialiśmy dziesiątki samochodów tkwiących w rowach w różnych najwymyślniejszych pozach.
Zaczęliśmy się zastanawiać, czy w takim tempie w ogóle zdążymy na start (9-ta rano), no i jak tu iść na trasę bezpośrednio po podróży? Nerwowo przeglądaliśmy serwisy pogodowe z nadzieją, że może im dalej na południe, tym warunki lepsze, ale gdzie tam...
Gdzieś w dalszej części trasy, gdzie teren robi się pagórkowaty i chwilami droga wiedzie długimi podjazdami, na szosach zaczęły pojawiać się stojące ciężarówki, które nie dały rady wjechać pod górę. Utknęliśmy za jedną taką kawalkadą. Osobówka przed nami nie mogła ruszyć, Tomek zaczął ją więc wyprzedzać, a synchronicznie nas zaczęło wyprzedzać jakieś czerwone autko. Tym sposobem zajęliśmy oba pasy ruchu, a z naprzeciwka nadjeżdżały inne samochody. Z górki. Zastanawiałam się, czy dadzą radę wyhamować przed spotkaniem z nami, czy zawrzemy bliższą znajomość. Wyhamowały. Krzysztof wyskoczył z samochodu żeby popchać tego przed nami, dołączył do niego kierowca tira i dwóch facetów z aut z naprzeciwka. Ruszyliśmy także i my. Niestety, Krzysztof został na zewnątrz, niemal goły, bo wyskoczył bez kurtki, że nie wspomnę o czapce, czy innych ekstrawagancjach. Tomek kategorycznie odmówił zatrzymywania się, co raczej zrozumiałe i tym sposobem Krzysztof zaliczył solidny trening usiłując nas dogonić. Wpuściliśmy go do samochodu dopiero na szczycie górki.
Do bazy dojechaliśmy już po północy, a cała podróż zajęła nam koło 9 godzin. Okazało się, że wcale nie byliśmy rekordzistami, bo ktoś jechał z Warszawy 13 godzin, a byli i tacy, którzy w ogóle nie dotarli. Z powodów meteorologicznych impreza stała się bardziej kameralna, niż zakładano, ale i tak było nas sporo wariatów, jak na taką parszywą aurę.
C. D. N.
To, że w Warszawie wszystko wolno jedzie, a chwilami stoi, niespecjalnie nas zdziwiło, bo w piątkowe popołudnie to raczej standard, kiedy jednak czas mijał, a my wciąż byliśmy blisko domu, zaczęło nas to niepokoić. Sypał śnieg, wiatr ciskał nim na wszystkie strony, na drogach zalegała warstwa lodu przykryta białym puchem, a drogowców jak zawsze zima zaskoczyła. Turlaliśmy się więc 30 km/h i już po trzech godzinach dotarliśmy do Radomia. Po drodze podziwialiśmy dziesiątki samochodów tkwiących w rowach w różnych najwymyślniejszych pozach.
Zaczęliśmy się zastanawiać, czy w takim tempie w ogóle zdążymy na start (9-ta rano), no i jak tu iść na trasę bezpośrednio po podróży? Nerwowo przeglądaliśmy serwisy pogodowe z nadzieją, że może im dalej na południe, tym warunki lepsze, ale gdzie tam...
Pod tym białym najczęściej był lód.
Do bazy dojechaliśmy już po północy, a cała podróż zajęła nam koło 9 godzin. Okazało się, że wcale nie byliśmy rekordzistami, bo ktoś jechał z Warszawy 13 godzin, a byli i tacy, którzy w ogóle nie dotarli. Z powodów meteorologicznych impreza stała się bardziej kameralna, niż zakładano, ale i tak było nas sporo wariatów, jak na taką parszywą aurę.
C. D. N.
niedziela, 19 marca 2017
RDS, czyli jak wykończyć Anie
Pamiętam, że jakoś tak po pierwszym w życiu InO (konkretnie Nocnych Manewrach Stowarzyszy) zacząłem szukać w sieci kolejnych imprez na orientację. Był marzec i trafiłem na coś o fajnej nazwie Rajd Dolnego Sanu. Jako, że San kojarzy mi się Bieszczadami, to nazwa przyciągnęła. A jak przeczytałem jakieś relacje mówiące o 50 km i 100 km (takie niewyobrażalne dystanse) to aż Moją Drugą Połowę próbowałem namówić. Oczywiście bez rezultatu, a sam siebie na takim dystansie to zupełnie nie widziałem. Tak było do czasu, bo w zeszłym roku wyszła jakoś tak pierwsza pięćdziesiątka i przekonałem się, że taki dystans jest do pokonania.
W tym roku z tym RDS-em to wyszło całkiem ciekawie – Pani Prezes nie była zdecydowana na wyjazd (stąd nasz udział w Złocie dla Zuchwałych) ale Ania M. postawiła mnie przed faktem dokonanym zapisując siebie i drugą Anię na 50-tkę i ustalając, że dowiozę je do Łętowni. Wcześniej obiecałem Dzidkowi, że jeśli bym jechał to go także zabiorę. Tak że nagle zrobiło się 4 osoby. Samemu boję się startować, bo wiadomo pobiegnę „ile fabryka dała” i trzeba będzie mnie znosić z połowy trasy. Ale udało się przekabacić Panią Prezes i całą piątką, upchani niczym sardynki, wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie do Łętowni.
W czasie drogi wyszło na jaw, że Ania N. dała się namówić na RDS, bo podobnie jak ja, kojarzyła go z Bieszczadami. Jednak „Dolny San” ma się nijak do okolic górzystych, czyli Górnego Sanu. Jednak wciśnięta w środek nie miała jak się wycofać i została dowieziona na miejsce.
W Łętowni powołując się na znajomości z Dyrekcją udało nam się uzyskać ekskluzywny lokal noclegowy. Nie ma to jak znajomości;-)
100-ka startowała w piątek o północy, czyli „chwilę” po naszym przyjeździe. Pokibicowaliśmy startowi znajomych i poszliśmy spać.
Dzięki prywatnej sali udało się nawet trochę wyspać. Start o 9:00, więc nawet bardziej niż trochę wyspać (czytaj bolały już wszystkie kości od leżenia na cienkim materacu).
Rano przy śniadaniu wyciągnęliśmy torcik ze świeczką i odśpiewujemy 100-lat– bądź co bądź nasza Pani Prezes akurat „przypadkiem” ma urodziny. Te przypadki są jakieś powtarzalne – na ostatnie imieniny byliśmy na Wilga Orient;-)
Godzina wybiła, dostaliśmy mapę i w trasę. Tradycyjnie na powrót zostawiliśmy te bardziej „oczywiste” punkty i powrót szybkimi asfaltami, więc wyszedł wariant północny. Anie oczywiście postanowiły iść naszym śladem. Pierwsze metry wszyscy spokojnym krokiem przeciskają się przez bramkę. Słychać głosy z tyłu zachęcające do biegu, ale jakoś bez rezultatu. Okazuje się, że w lewo skręca niewiele osób. Słyszałem na starcie, iż z powodu zapowiadanego deszczu i wiatru niektórzy chcą kończyć trasę przez las. My wierzymy, że nie będzie wcale tak padało. Przed nami wyrywa jakiś szybkobiegacz i dwie dziewczyny z psami. Fajne te pieski – ciągną właścicielki tak, że te ledwo nadążają przebierać nogami. Początek znanym nam asfaltem do wiaty gdzie startują lokalne InO. Przechodzimy do biegu. Wokół Andrzej krąży samochodem i filmuje. Uśmiechamy się do kamery;-)
Na wiacie wisi nawet lampion, ale nie nasz - pewnie trasy dwudziestkowej. Przy tej wiacie zaczynam umierać, ale to normalne przy 2 kilometrze. Anie przy wiacie zwalniają do marszu i zostają w tyle, a my ciągle biegniemy – do torów. Za torami dalej biegniemy. Jakoś fajnie się biegnie. Dobiegamy do pierwszego PK na skarpie. Tu wszyscy się spotykają bo różnice czasów minimalne. Ciągle biegniemy dalej, ciągle drogami. Pieski biegną jakoś w inną stronę, a „szybkobiegacz” wybiera mniej optymalny wariant, tak , że wkrótce się spotykamy i do PK 19 przy kapliczce docieramy razem.
Nawet robimy za nadwornego fotografa dla konkurencji;-) Kolejny punkt (PK 18) ma być przy jakimś stawie. W okolicy pociętej rowami z woda. Ogólnie las staje się coraz bardziej podmokły – drogi poprowadzone na nasypach są w miarę, ale przedzieranie się na skróty grozi zamoczeniem butów, a szkoda to robić na początku. Barbara pracowicie przelicza nasz czas – wychodzi że wyrabiamy się w 40 minut na punkt. Jak dalej tak będzie, to pobijemy jakiś nasz rekord świata! „Szybkobiegacz” odbija w bok na skróty do stawu. My wolimy jednak drogą.
Za zakrętem spotykamy lidera trasy TP 100. Ogólnie lidera wszystkich tras, bo ostatnio zwycięża on wszystko jak chce. Tydzień temu na Złocie dla Zuchwałych wybiegł kilka minuty po wszystkich i chyba po drugim PK wyprzedzał nas niczym rakieta. Tu już ma tylko 3 punkty do mety i wygląda całkiem świeżo. Łudzimy się , że gdzieś niedaleko za nim może zobaczymy Przemka, ale nikogo nie spotykamy. Przy stawie widać jakichś ludzi, którzy przedzierają się od punktu w stroną tych rowów z wodą, które omijaliśmy – chyba to jakaś tras 20-stkowa, bo na setkowiczów nie wyglądają. Naszego szybkobiegacza ani śladu.
Dalej „dziewiczą” drogą w kierunku PK 16. Wokół żadnych śladów - znaczy jesteśmy pierwsi na tym wariancie. Dopiero w Groblach spotykamy grupę 20-stkowiczów biegnących w przeciwnym do nas kierunku.
Od startu co chwila na telefon Barbary przychodzą jakieś sms-y o nieodebranych połączeniach. Na pewno życzenia urodzinowe. W lesie ciężko jest z zasięgiem i nie ma nawet jak oddzwonić, ale gdyby co, to ustalamy zeznania, że jesteśmy na „spacerze w lesie”. Takim „niezbyt długim”;-) Ciekawe co dla Barbary oznacza „długi spacer”, a o biegu już nie wspomnę;-)
Po PK 21 zaczyna padać. Właściwe bardziej mżyć czy kropić. Gdzieś tak w międzyczasie patrzymy na zegarek (znaczy Barbara patrzy, bo ma taki fajny co podaje odległości itp.). Wychodzi, że mamy już ponad 15 km, a ciągle biegniemy i to jakoś wcale nie zmęczeni. I z czasem bardzo dobrym!
Koło 16 spotykamy multum śladów. Podejrzewamy, że to czołówka setkowiczów – bo tak by pasowało przy ich obowiązkowej kolejności zaliczania. Przemka ciągle nie widać. Pewno się nie spotkamy (potem ustaliliśmy, że minęliśmy się właśnie za PK 16). Przy miejscowości Pikuły organizator macha nam z okna samochodu. Czyżby kogoś zwoził z trasy? Później okazało się, że „naprawiał PK 17, do którego zdążaliśmy, a którego ktoś zajumał.
Przy PK 17 zaczynają pojawiać się inni zawodnicy. Szacując po stopniu zmęczenia – raczej setkowicze.
Przed nami „najgorszy” przelot. Najgorszy, bo najdalszy punkt. Najgorszy bo nie ma jakiejś sensownej drogi na mapie - albo lecimy naokoło drogami polnymi, albo asfaltem, albo na azymut przez jakieś nieużytki z górkami. Najgorszy, bo chyba najdłuższy przelot między punktami. Deszcz siąpi, więc nieużytki mokre, a stopień ich zakrzalenia ciężki do oszacowania. Drogi gruntowe coraz bardziej błotniste. Decydujemy się na asfalt. Droga pewna i szybka. Biegniemy. Tu wyprzedza nasz jakiś ludek z charakterystycznymi dredami. No cóż, biegnie wyraźnie szybciej niż my. Choć chyba bardziej chaotycznie, bo przez 3 następne punkty pojawia się w zasięgu wzroku przy lampionie. Lecimy tym asfaltem. Po drodze sklepy – nie ma to jak woda gazowana na 25 kilometrze!
Przy PK 14 znowu spotykamy setkowiczy. No cóż, dystans 100 km rozrzuca stawkę – różnice czasu na mecie pomiędzy pierwszym i ostatnimi będą dochodziły do 12 godzin.
Do PK 15 trochę skracamy brzegiem pola po wyciętej wiklinie. Okolice to centrum wikliniarstwa, ale chodzenie po czymś takim – masakra. Kikuty które zostają z wikliny próbują przebić podeszwy od dołu. Nie daje się po tym iść. A wiadomo na brzegach zostają nie wycięte resztki. One skutecznie oplątują się wokół kostek i łydek. Gdy alternatywą jest zaorane błotniste pole z błotem lepiącym się do podeszw – to nie wiadomo co jest mniejszym złem;-)
W międzyczasie Barbarę co chwilę męczy Darek smsami w sprawie zakupów nagród na jutrzejsze podsumowanie TMWiM. Co chwila wysyła zdjęcia produktów ze sklepu czy skomplikowane pytania. Zasięg jest jaki jest i zdjęcia przechodzą wolno. Albo wcale. A drogi się ciut pogorszyły – trzeba patrzeć pod nogi, a nie w deszczu mazać palcem po ekranie telefonu. Chyba po raz pierwszy z ust Pani Prezes słyszę niecenzuralne wyrazy;-)
Po PK 4 zostają nam ostatnie 2 punkty. Jesteśmy gdzieś na 44 kilometrze, więc trzeba wykonać „Stowarzyszony” telefon do Ań (Stowarzysze to koło nr 44 jakby ktoś pamiętał). One dochodzą dopiero do 14-stki, czyli dobre dwie godziny za nami. Coś tam mówią o awarii stóp (pęcherze) i ogólnym zmęczeniu. Ale twardo idą dalej. Dzielne dziewczyny!
Na PK 3 deszcz zwiększa swoje natężenie. Zastanawiamy się jak dalej. Może jakiś skrót przez las? Próbujemy, ale droga za chwilę zanika. Atakują nas jakieś rośliny z taaakimi kolcami. Na szczęście jesteśmy blisko asfaltu, więc zawracamy i truchtamy naokoło. Ostatni punkt jest przy linii energetycznej. Jakoś ją znajdujemy, ale okazuje się, że przejścia pod linią nie ma. To znaczy można przejść, a właściwie przedzierać się przez krzale. Tego nie lubimy. Czyli znowu nadrabiamy. Z szacunku wynika nam, że zamiast deklarowanych przez organizatora 53 km wyjdzie nam łącznie ze 3 więcej. Nie jest to takie straszne przebicie. Tym bardziej, że nasz plan 40 minut na punkt działa i wygląda że pobijemy wszystkie rekordy!
Ostatni PK 1 - ambona. Od zabudowań widzimy ambonę, ale wg mapy powinna być za mokrym rowem. Idąc dalej rowem powinniśmy trafić na przepust, więc nawet nie sprawdzamy skrótu i idziemy naokoło. Oczywiście okazuje się, że ten mokry rów to raczej tylko na papierze, ale co nadrobiliśmy to nasze. Wracamy już na skróty. Wprawdzie nie ma mokrego rowu, ale wpadam w jakąś kałużę. I koniec z suchymi butami. Robi mi się wszystko jedno, ale do mety już rzut beretem. Po raz kolejny przechodzimy koło zabudowań i widzimy zdziwienie gospodarza robiącego coś na podwórku - pewnie sobie myśli: co oni tak chodzą w kółko:-) Do mety można w prawo lub w lewo do asfaltu, albo ekstremalnie wprzód przez nie wiadomo co. Postanawiamy lecieć drogą. Tą lepszą. Ta lepsza jest w prawo. Ostatnie dwa kilometry. Mijamy miejsce mety etapów nocnych z Bene Ino sprzed 2 tygodni. Barbara zwykle truchta bardzo fajnym wyważonym tempem. Takim idealnym dla mnie – mogę nim biec nie mecząc się bardzo długi czas. A tu Barbara zaczyna przyspieszać. Coraz szybciej. Wiadomo, do mety robi się efektowny finisz, ale nie koniecznie dwukilometrowy!
Okazuje się, że siłą napędową jest potrzeba fizjologiczna, a krzaków wokół drogi jakoś niewiele. Wkrótce tempem poniżej 5 min na kilometr dobiegamy do bazy. Udaje mi się przyspieszyć i otworzyć drzwi, Barbara wpada do środka i przebiega obok zdziwionej obsługi sekretariatu gnając w głąb szkoły. Ja mam obie karty, bo schowałem je razem po ostatnim PK. I mamy kolejny rekord: 8:06 przy faktycznym przebiegu ok 56km! I to nawet bez jakiegoś wielkiego wykańczania się! Większym hardcorem był zimny prysznic, bo oczywiście w kranie zabrakło ciepłej wody. Zastanawiałem się, czy nie lepiej namydlić się i wyjść na deszcz, który wydawał się cieplejszy.
W bazie ogólnie cała masa dziwnie poruszających się ludzi: tacy chodzący okrakiem, kulejący, albo leżący bez życia po kątach. Piękna ilustracja hasła „Sport to zdrowie” ;-) Czekamy na powrót Mariusza i Ań. Po 2 godzinach dopytujemy się dziewczyn jak im idzie. Wygląda, że zwiększyły opóźnienie. Zapadła noc, a one coś nabroiły na jedynce. Pewno poszły wzdłuż linii energetycznej zamiast drogami. Do tego za oknem ulewa w wersji extra. Opady na naszej trasie to pikuś w stosunku do tego co widać za oknem. Organizator co chwila zwozi z trasy osoby, które się poddają. Nie dziwię się im. Ale Anie twardo idą do mety. Mariusz pojawia się gdzieś cichaczem i idzie odsypiać te 18,5 godziny na trasie.
Wreszcie dziewczyny docierają na metę z czasem 12:20. Ale wykończone. Ten atak deszczu totalnie je wyziębił. Na szczęście naprawiła się ciepła woda, więc gorący prysznic i gorąca herbata stawiają je na nogi, tak że wkrótce pakujemy się do auta i ruszamy do domu. Bo jutro kolejna impreza!!
Do naszego wyjazdu nie wszyscy jeszcze wrócili z trasy. Ci to dopiero będą wykończeni jak dotrą na metę!
W tym roku z tym RDS-em to wyszło całkiem ciekawie – Pani Prezes nie była zdecydowana na wyjazd (stąd nasz udział w Złocie dla Zuchwałych) ale Ania M. postawiła mnie przed faktem dokonanym zapisując siebie i drugą Anię na 50-tkę i ustalając, że dowiozę je do Łętowni. Wcześniej obiecałem Dzidkowi, że jeśli bym jechał to go także zabiorę. Tak że nagle zrobiło się 4 osoby. Samemu boję się startować, bo wiadomo pobiegnę „ile fabryka dała” i trzeba będzie mnie znosić z połowy trasy. Ale udało się przekabacić Panią Prezes i całą piątką, upchani niczym sardynki, wyruszyliśmy w piątkowe popołudnie do Łętowni.
W czasie drogi wyszło na jaw, że Ania N. dała się namówić na RDS, bo podobnie jak ja, kojarzyła go z Bieszczadami. Jednak „Dolny San” ma się nijak do okolic górzystych, czyli Górnego Sanu. Jednak wciśnięta w środek nie miała jak się wycofać i została dowieziona na miejsce.
W Łętowni powołując się na znajomości z Dyrekcją udało nam się uzyskać ekskluzywny lokal noclegowy. Nie ma to jak znajomości;-)
100-ka startowała w piątek o północy, czyli „chwilę” po naszym przyjeździe. Pokibicowaliśmy startowi znajomych i poszliśmy spać.
Dzięki prywatnej sali udało się nawet trochę wyspać. Start o 9:00, więc nawet bardziej niż trochę wyspać (czytaj bolały już wszystkie kości od leżenia na cienkim materacu).
Rano przy śniadaniu wyciągnęliśmy torcik ze świeczką i odśpiewujemy 100-lat– bądź co bądź nasza Pani Prezes akurat „przypadkiem” ma urodziny. Te przypadki są jakieś powtarzalne – na ostatnie imieniny byliśmy na Wilga Orient;-)
Godzina wybiła, dostaliśmy mapę i w trasę. Tradycyjnie na powrót zostawiliśmy te bardziej „oczywiste” punkty i powrót szybkimi asfaltami, więc wyszedł wariant północny. Anie oczywiście postanowiły iść naszym śladem. Pierwsze metry wszyscy spokojnym krokiem przeciskają się przez bramkę. Słychać głosy z tyłu zachęcające do biegu, ale jakoś bez rezultatu. Okazuje się, że w lewo skręca niewiele osób. Słyszałem na starcie, iż z powodu zapowiadanego deszczu i wiatru niektórzy chcą kończyć trasę przez las. My wierzymy, że nie będzie wcale tak padało. Przed nami wyrywa jakiś szybkobiegacz i dwie dziewczyny z psami. Fajne te pieski – ciągną właścicielki tak, że te ledwo nadążają przebierać nogami. Początek znanym nam asfaltem do wiaty gdzie startują lokalne InO. Przechodzimy do biegu. Wokół Andrzej krąży samochodem i filmuje. Uśmiechamy się do kamery;-)
Na wiacie wisi nawet lampion, ale nie nasz - pewnie trasy dwudziestkowej. Przy tej wiacie zaczynam umierać, ale to normalne przy 2 kilometrze. Anie przy wiacie zwalniają do marszu i zostają w tyle, a my ciągle biegniemy – do torów. Za torami dalej biegniemy. Jakoś fajnie się biegnie. Dobiegamy do pierwszego PK na skarpie. Tu wszyscy się spotykają bo różnice czasów minimalne. Ciągle biegniemy dalej, ciągle drogami. Pieski biegną jakoś w inną stronę, a „szybkobiegacz” wybiera mniej optymalny wariant, tak , że wkrótce się spotykamy i do PK 19 przy kapliczce docieramy razem.
Nawet robimy za nadwornego fotografa dla konkurencji;-) Kolejny punkt (PK 18) ma być przy jakimś stawie. W okolicy pociętej rowami z woda. Ogólnie las staje się coraz bardziej podmokły – drogi poprowadzone na nasypach są w miarę, ale przedzieranie się na skróty grozi zamoczeniem butów, a szkoda to robić na początku. Barbara pracowicie przelicza nasz czas – wychodzi że wyrabiamy się w 40 minut na punkt. Jak dalej tak będzie, to pobijemy jakiś nasz rekord świata! „Szybkobiegacz” odbija w bok na skróty do stawu. My wolimy jednak drogą.
Za zakrętem spotykamy lidera trasy TP 100. Ogólnie lidera wszystkich tras, bo ostatnio zwycięża on wszystko jak chce. Tydzień temu na Złocie dla Zuchwałych wybiegł kilka minuty po wszystkich i chyba po drugim PK wyprzedzał nas niczym rakieta. Tu już ma tylko 3 punkty do mety i wygląda całkiem świeżo. Łudzimy się , że gdzieś niedaleko za nim może zobaczymy Przemka, ale nikogo nie spotykamy. Przy stawie widać jakichś ludzi, którzy przedzierają się od punktu w stroną tych rowów z wodą, które omijaliśmy – chyba to jakaś tras 20-stkowa, bo na setkowiczów nie wyglądają. Naszego szybkobiegacza ani śladu.
Dalej „dziewiczą” drogą w kierunku PK 16. Wokół żadnych śladów - znaczy jesteśmy pierwsi na tym wariancie. Dopiero w Groblach spotykamy grupę 20-stkowiczów biegnących w przeciwnym do nas kierunku.
Od startu co chwila na telefon Barbary przychodzą jakieś sms-y o nieodebranych połączeniach. Na pewno życzenia urodzinowe. W lesie ciężko jest z zasięgiem i nie ma nawet jak oddzwonić, ale gdyby co, to ustalamy zeznania, że jesteśmy na „spacerze w lesie”. Takim „niezbyt długim”;-) Ciekawe co dla Barbary oznacza „długi spacer”, a o biegu już nie wspomnę;-)
Po PK 21 zaczyna padać. Właściwe bardziej mżyć czy kropić. Gdzieś tak w międzyczasie patrzymy na zegarek (znaczy Barbara patrzy, bo ma taki fajny co podaje odległości itp.). Wychodzi, że mamy już ponad 15 km, a ciągle biegniemy i to jakoś wcale nie zmęczeni. I z czasem bardzo dobrym!
Koło 16 spotykamy multum śladów. Podejrzewamy, że to czołówka setkowiczów – bo tak by pasowało przy ich obowiązkowej kolejności zaliczania. Przemka ciągle nie widać. Pewno się nie spotkamy (potem ustaliliśmy, że minęliśmy się właśnie za PK 16). Przy miejscowości Pikuły organizator macha nam z okna samochodu. Czyżby kogoś zwoził z trasy? Później okazało się, że „naprawiał PK 17, do którego zdążaliśmy, a którego ktoś zajumał.
Przy PK 17 zaczynają pojawiać się inni zawodnicy. Szacując po stopniu zmęczenia – raczej setkowicze.
Przed nami „najgorszy” przelot. Najgorszy, bo najdalszy punkt. Najgorszy bo nie ma jakiejś sensownej drogi na mapie - albo lecimy naokoło drogami polnymi, albo asfaltem, albo na azymut przez jakieś nieużytki z górkami. Najgorszy, bo chyba najdłuższy przelot między punktami. Deszcz siąpi, więc nieużytki mokre, a stopień ich zakrzalenia ciężki do oszacowania. Drogi gruntowe coraz bardziej błotniste. Decydujemy się na asfalt. Droga pewna i szybka. Biegniemy. Tu wyprzedza nasz jakiś ludek z charakterystycznymi dredami. No cóż, biegnie wyraźnie szybciej niż my. Choć chyba bardziej chaotycznie, bo przez 3 następne punkty pojawia się w zasięgu wzroku przy lampionie. Lecimy tym asfaltem. Po drodze sklepy – nie ma to jak woda gazowana na 25 kilometrze!
Przy PK 14 znowu spotykamy setkowiczy. No cóż, dystans 100 km rozrzuca stawkę – różnice czasu na mecie pomiędzy pierwszym i ostatnimi będą dochodziły do 12 godzin.
Do PK 15 trochę skracamy brzegiem pola po wyciętej wiklinie. Okolice to centrum wikliniarstwa, ale chodzenie po czymś takim – masakra. Kikuty które zostają z wikliny próbują przebić podeszwy od dołu. Nie daje się po tym iść. A wiadomo na brzegach zostają nie wycięte resztki. One skutecznie oplątują się wokół kostek i łydek. Gdy alternatywą jest zaorane błotniste pole z błotem lepiącym się do podeszw – to nie wiadomo co jest mniejszym złem;-)
W międzyczasie Barbarę co chwilę męczy Darek smsami w sprawie zakupów nagród na jutrzejsze podsumowanie TMWiM. Co chwila wysyła zdjęcia produktów ze sklepu czy skomplikowane pytania. Zasięg jest jaki jest i zdjęcia przechodzą wolno. Albo wcale. A drogi się ciut pogorszyły – trzeba patrzeć pod nogi, a nie w deszczu mazać palcem po ekranie telefonu. Chyba po raz pierwszy z ust Pani Prezes słyszę niecenzuralne wyrazy;-)
Po PK 4 zostają nam ostatnie 2 punkty. Jesteśmy gdzieś na 44 kilometrze, więc trzeba wykonać „Stowarzyszony” telefon do Ań (Stowarzysze to koło nr 44 jakby ktoś pamiętał). One dochodzą dopiero do 14-stki, czyli dobre dwie godziny za nami. Coś tam mówią o awarii stóp (pęcherze) i ogólnym zmęczeniu. Ale twardo idą dalej. Dzielne dziewczyny!
Na PK 3 deszcz zwiększa swoje natężenie. Zastanawiamy się jak dalej. Może jakiś skrót przez las? Próbujemy, ale droga za chwilę zanika. Atakują nas jakieś rośliny z taaakimi kolcami. Na szczęście jesteśmy blisko asfaltu, więc zawracamy i truchtamy naokoło. Ostatni punkt jest przy linii energetycznej. Jakoś ją znajdujemy, ale okazuje się, że przejścia pod linią nie ma. To znaczy można przejść, a właściwie przedzierać się przez krzale. Tego nie lubimy. Czyli znowu nadrabiamy. Z szacunku wynika nam, że zamiast deklarowanych przez organizatora 53 km wyjdzie nam łącznie ze 3 więcej. Nie jest to takie straszne przebicie. Tym bardziej, że nasz plan 40 minut na punkt działa i wygląda że pobijemy wszystkie rekordy!
Ostatni PK 1 - ambona. Od zabudowań widzimy ambonę, ale wg mapy powinna być za mokrym rowem. Idąc dalej rowem powinniśmy trafić na przepust, więc nawet nie sprawdzamy skrótu i idziemy naokoło. Oczywiście okazuje się, że ten mokry rów to raczej tylko na papierze, ale co nadrobiliśmy to nasze. Wracamy już na skróty. Wprawdzie nie ma mokrego rowu, ale wpadam w jakąś kałużę. I koniec z suchymi butami. Robi mi się wszystko jedno, ale do mety już rzut beretem. Po raz kolejny przechodzimy koło zabudowań i widzimy zdziwienie gospodarza robiącego coś na podwórku - pewnie sobie myśli: co oni tak chodzą w kółko:-) Do mety można w prawo lub w lewo do asfaltu, albo ekstremalnie wprzód przez nie wiadomo co. Postanawiamy lecieć drogą. Tą lepszą. Ta lepsza jest w prawo. Ostatnie dwa kilometry. Mijamy miejsce mety etapów nocnych z Bene Ino sprzed 2 tygodni. Barbara zwykle truchta bardzo fajnym wyważonym tempem. Takim idealnym dla mnie – mogę nim biec nie mecząc się bardzo długi czas. A tu Barbara zaczyna przyspieszać. Coraz szybciej. Wiadomo, do mety robi się efektowny finisz, ale nie koniecznie dwukilometrowy!
Okazuje się, że siłą napędową jest potrzeba fizjologiczna, a krzaków wokół drogi jakoś niewiele. Wkrótce tempem poniżej 5 min na kilometr dobiegamy do bazy. Udaje mi się przyspieszyć i otworzyć drzwi, Barbara wpada do środka i przebiega obok zdziwionej obsługi sekretariatu gnając w głąb szkoły. Ja mam obie karty, bo schowałem je razem po ostatnim PK. I mamy kolejny rekord: 8:06 przy faktycznym przebiegu ok 56km! I to nawet bez jakiegoś wielkiego wykańczania się! Większym hardcorem był zimny prysznic, bo oczywiście w kranie zabrakło ciepłej wody. Zastanawiałem się, czy nie lepiej namydlić się i wyjść na deszcz, który wydawał się cieplejszy.
W bazie ogólnie cała masa dziwnie poruszających się ludzi: tacy chodzący okrakiem, kulejący, albo leżący bez życia po kątach. Piękna ilustracja hasła „Sport to zdrowie” ;-) Czekamy na powrót Mariusza i Ań. Po 2 godzinach dopytujemy się dziewczyn jak im idzie. Wygląda, że zwiększyły opóźnienie. Zapadła noc, a one coś nabroiły na jedynce. Pewno poszły wzdłuż linii energetycznej zamiast drogami. Do tego za oknem ulewa w wersji extra. Opady na naszej trasie to pikuś w stosunku do tego co widać za oknem. Organizator co chwila zwozi z trasy osoby, które się poddają. Nie dziwię się im. Ale Anie twardo idą do mety. Mariusz pojawia się gdzieś cichaczem i idzie odsypiać te 18,5 godziny na trasie.
Wreszcie dziewczyny docierają na metę z czasem 12:20. Ale wykończone. Ten atak deszczu totalnie je wyziębił. Na szczęście naprawiła się ciepła woda, więc gorący prysznic i gorąca herbata stawiają je na nogi, tak że wkrótce pakujemy się do auta i ruszamy do domu. Bo jutro kolejna impreza!!
Do naszego wyjazdu nie wszyscy jeszcze wrócili z trasy. Ci to dopiero będą wykończeni jak dotrą na metę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)































