Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudawska Wyrypa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudawska Wyrypa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 maja 2018

Pełnometrażowa Rudawska Wyrypa



Zgodnie z obietnicą troszkę przydługa produkcja filmowa.
Dla dociekliwych - track nasz i Pawła Wolniewicza do obejrzenia w www.3drereun.worldfoto.com

Przebieg dokładniej wrysowany w mapę

piątek, 11 maja 2018

Wór medali dla Stowarzyszy

Na mecie moimi jedynymi pragnieniami było: jeść, wykąpać się i spać. Ciepły posiłek wydawany był w sąsiednim budynku, a ponieważ przeszłam już w tryb "padłam, nie podniosę się", więc dojście tam okazało się niemałym wyzwaniem. Szczególnie schody broniły dostępu do ciepłej michy, ale na szczęście ręce miałam jeszcze sprawne i jakoś wciągnęłam się po barierce ku uciesze obserwujących ten wyczyn osób.

 Smacznego!

Pod prysznicem, gdzie wcale nie chciałam iść, ale zostałam namówiona przez Tomka, spotkało mnie ogromne rozczarowanie - ze ściany leciała wyłącznie lodowata woda. Tak, wiem że krioterapia ma swoje zalety, a sportowcom po wysiłku zaleca się nawet kąpiele w lodzie, ale ja ani sportowiec, ani w trakcie rehabilitacji, a moim marzeniem było porządnie się rozgrzać i rozluźnić napięte mięśnie. Umyłam więc tylko stopy i czubek nosa i powlokłam się do śpiwora. Przynajmniej tutaj nie czekała na mnie żadna przykra niespodzianka, padłam i obudziłam się dopiero rano.
W niedzielę pewnie odmówiłabym w ogóle wstania, ale Tomek zaczął coś mówić o podium, zwlekłam się więc obejrzeć wyniki. Nooo, jakieś tam kobiece podium faktycznie się szykowało. Co prawda bardziej należało mi się w kategorii weteranek, ale organizatorzy byli tak uprzejmi, że odmłodzili mnie troszkę i nawet moje maile ze sprostowaniem słane jeszcze przed imprezą nie zmieniły tego. Tak ostatecznie to do dzisiaj nie wiem jakie są prawidłowe wyniki, ale w końcu nie o wyniki chodzi, tylko o przygodę, a ta była przednia i niezapomniana.
Dużym zaskoczeniem w wynikach było NKL przy Kasi K. Już podejrzewałam Łyska o jakąś dywersję typu: położyłem się, nie wstanę, ale jak doczytałam później w relacji to tylko źle oszacowany czas przejścia. 4 minuty im zabrakło, normalnie szok.
Dla naszego Klubu Stowarzysze to był dobry dzień - Marcin został mistrzem Polski na 100 km, Przemek drugim wicemistrzem na 100, ja, Tomek i Krzysztof też załapaliśmy się na medale w pięćdziesiątce weterańskiej.

 Marcin jeszcze w nocy wyjechał na następne zawody.

 Weterańska trójka.

Po dekoracji upchaliśmy wszystkie medale do autka, i we czwórkę (bo dołączył do nas Przemek) ruszyliśmy... nie wcale nie do domu! Ruszyliśmy do Lubawki na trino. Lekko nie było, bo zmęczenie wciąż z nas wychodziło, ale jakoś daliśmy radę.

 Jakiego koloru jest strój świętego?

A potem już prosto do domu.


c. d. n.  bo Tomek ma jeszcze dla Was niespodziankę.

czwartek, 10 maja 2018

Zwykła pięćdziesiątka czy już rajd przygodowy?

Na trasie byliśmy już czwartą godzinę, a od startu byliśmy oddaleni zaledwie jakieś półtora kilometra. Nie wyglądało to zbyt dobrze, szczególnie, że po OS-ie zmęczona byłam bardziej niż po sześćdziesięciu kilometrach Jaszczura. Głupio mi było odmówić współpracy i wrócić do bazy, poza tym wiedziałam, że żałowałabym takiej decyzji do końca życia. Zawzięłam się więc w sobie i poszłam dalej.
Pierwszym naszym punktem z trasy normalnej był Zamek Bolczów. Jak wiadomo zamek musi być na górze - im wyżej, tym lepiej. No, to ten miał się całkiem dobrze. Trafić było łatwo, ale dotrzeć w dobrej kondycji - trudno. Do tego punktu mieliśmy rozświetlenie, które trochę utrudniało dotarcie do celu i lepiej było posługiwać się mapą główną. Na górze zastaliśmy pionowe skalne ściany i zero wejścia do miejsca gdzie powinien  stać lampion. Okazało się, że trzeba albo wejść pionowo w górę, albo oblecieć zamek dookoła. Wybraliśmy oczywiście drugą opcję, ale i tak na koniec nie obyło się bez wspinaczki, do której zadeklarował się Tomek. Ostatecznie szkoda by było gdybyśmy oboje spadli ze skał. Z tym całym Zamkiem Bolczów to w ogóle dziwna sprawa. Ja przez cały czas byłam święcie przekonana, że tę nazwę nosi formacja skalna, a kilka dni po imprezie dowiedziałam się, że tam faktycznie są ruiny zamku. Jak je obejrzałam na fotkach w internetach to aż mnie zatchnęło - jak ja mogłam nie zauważyć tak dużej budowli????
Zamek wygląda tak:

By Takasamarasa - Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=35705671

W moich wspomnieniach zaś wygląda tak:

Różnica jakby z lekka zauważalna. Cóż, ja naprawdę byłam już bardzo zmęczona...
Całe szczęście, że do kolejnego punktu - A3 było w dół, więc trochę lżej. W okolicach punktu spotkaliśmy Krzysztofa i Sylwię.
Robiło się coraz cieplej i w końcu przestałam wierzyć w prognozy mówiące o dwudziestu stopniach - w moim odczuciu było co najmniej ze czterdzieści. Kiedy w drodze z A3 na A4 szliśmy wzdłuż strumyka nie mogłam się powstrzymać od pomysłu zamoczenia sobie czapeczki. Nie chciałam moczyć jej na płyciźnie, żeby mi się nie nabrały śmieci w razie zmącenia wody, zaczęłam sięgać więc do małego wodospadziku. Noż kurna! Chciałam zmoczyć czapeczkę ale przecież nie w kolejności: stopy, kolana, uda, pas, piersi, szyja, głowa i na końcu czapeczka. Kiedy cała (z czapeczką) zniknęłam pod wodą, Tomek rzucił się na ratunek z okrzykiem:
- Telefon!!!
Po czym skoczył, złapał plecak i wyciągnął go (mnie przy okazji) na brzeg.

 Odświeżona

Nie powiem, kąpiel była bardzo odświeżająca i zmyła ze mnie przynajmniej połowę zmęczenia. Od razu zaczęłam szybciej iść, ale głównie po to żeby się rozgrzać. Początkiem maja górskie potoki nie należą do najcieplejszych.
A4 mieścił się w niedużej jaskini, którą znaleźliśmy dzięki tłumowi kłębiącemu się przy niej. Jaskinia była na tyle płytka, że wlazłam do niej pomimo mojej klaustrofobii.

Wbrew pozorom to nie lisia nora.

Między A4 a A5 spotkaliśmy Michała z setki - wciąż jeszcze biegł, choć już nie wyglądał zbyt świeżo:-) 
Z A5 na L1 prowadziła bardzo porządna droga, ale co z tego, kiedy cały czas pod górę. Tam dopadł mnie niesamowity kryzys. Szłam coraz wolniej i wolniej i wyprzedzał nas kto tylko chciał. A chciało dwóch delikwentów z kijkami. Na ogół gdy ktoś mnie dogania, to przyspieszam, tym razem wręcz zatrzymałam się i oznajmiłam, że muszę coś zjeść. Nie żebym jakoś głód bardzo odczuwała, ale zawsze lepiej to brzmi niż zwykłe: nie mam siły. Zjadłam, popiłam i nawet trochę pomogło, bo w końcu wgramoliłam się na to L1 - 881 m. n. p. m.
Przed L2 spotkaliśmy grupkę setkowiczów i wymieliliśmy się cennymi informacjami o trasie. Po L2 zrobiliśmy zygzaka i jak wcześniej cały czas szliśmy na południe, tak teraz wróciliśmy na północ.  W planach mieliśmy kolejność: L2, B1, B5, B4, a potem już normalnie, bez zawracania. B5 i B4 szukaliśmy już we czwórkę, razem z ponownie spotkanymi Sylwią i Krzysztofem.

Podbijamy B5

Po B4 nasze drogi rozeszły się, bo mieliśmy w planach inne PK. My poszliśmy na B2, oni na L2.
B2 to była pestka w porównaniu z tym co miało nastąpić potem. A miało nastąpić ponad dziewięćset metrowe L5 - góra z niekończącym się podejściem. I wiecie co się stało? Nie, wcale nie położyłam się na ścieżce i nie odmówiłam współpracy - ja po prostu szybkim marszem wlazłam na tę górę i nawet niespecjalnie się zmęczyłam. Mało tego - chwilami odczuwałam wręcz lekką euforię.  Chyba ze zmęczenia znalazłam się w innym wymiarze i innej czasoprzestrzeni, bo nie wiem jak to inaczej logicznie wytłumaczyć. L5 był to punk widokowy i faktycznie z wrażenia aż dech zapierało. Za to przy lampionie nie było perforatora i musieliśmy zrobić sobie sesję zdjęciową żeby w bazie móc udowodnić organizatorowi, że byliśmy na punkcie.

Okoliczności przyrody zaiste piękne!

Na L5 spotkaliśmy Wojtka i dalszą trasę pokonywaliśmy już we trójkę. Bardzo dobrze wpłynęło to na moje morale i zebrałam się nawet do biegu. Szczególnie, że skoro wleźliśmy najpierw na tę pioruńską górę, to teraz było już tylko w dół. 

 Zbiegamy z C3

Do bufetu zostały nam jeszcze tylko trzy punkty. Już dużo wcześniej pomyślałam sobie, że najważniejsze to dojść do bufetu. Bo tak - jeśli jest z obsługą, to obsługa czymś musiała przyjechać i jest szansa na zwiezienie do bazy w razie czego, a jeśli jest bez obsługi, to może chociaż przyjadą po śmieci i przy okazji zabiorą też napotkane zwłoki. W końcu głupio tak nie posprzątać uczestników z trasy. 
Do bufetu dotarliśmy już po ciemku, obsługa była, żarcie było i to dobre i dużo i okazało się, że po chwili odpoczynku i podjedzeniu sobie jestem w stanie pójść dalej o własnych siłach. Jedynym problemem był limit czasu i dyskwalifikacja po jego przekroczeniu. Od razu ustaliliśmy, że lecimy w kierunku bazy i w zależności od czasu, zbieramy to, co po drodze. Wyciągnęliśmy z plecaków wszystkie ubrania (jak dobrze, że nic mi nie zamokło przy okazji kąpieli) bo zrobiło się strasznie zimno. Żałowałam, że nie mam rękawiczek i czapki uszanki.
W drodze do bazy zdołaliśmy podbić jeszcze tylko dwa punkty - C1 i K7.

 C1 na górce, ale na szczęście tylko 535 metrów.

Teoretycznie mieliśmy zapas czasu pozwalający na wzięcie jeszcze jednego punktu i Tomek trochę namawiał na pójście na K4, który miał być przy schronisku Szwajcarka. Wojtek też miał ochotę, ale ja już zupełnie odpadłam. W pewnym momencie zaczął mnie boleć cały człowiek - od stóp do głów, zwolniłam do pełzania i zaczęły mnie wyprzedzać nawet żółwie i ślimaki. Chłopaki bohatersko dotrzymywali mi towarzystwa do samej bazy. O jakimkolwiek podbieganiu, nawet z górki, w ogóle nie było już mowy. W końcu nastąpił upragniony moment przekroczenia progu bazy i oddania karty startowej. Uffff...

Szczęśliwi na mecie.
c. d. n.

środa, 9 maja 2018

Ile razy można umrzeć na OS-ie?

Start naszej trasy był zaplanowany dopiero na godzinę dziesiątą, więc można było się wyspać do woli, ale i tak emocje (oraz Tomek) wygnały mnie ze śpiwora koło siódmej. Miałam więc okazję zobaczyć jeszcze ruszających na trasę rowerzystów, a zaraz potem, o 9.15 odbyła się nasza odprawa i dostaliśmy do rąk mapy.

 Czekamy na rozpoczęcie odprawy.
Nasze omapowanie składało się z :
- wytycznych budowy trasy,
- opisów punktów (w formie piktogramów, czyli śmiesznych obrazków, co to w większości nie wiadomo co znaczą:-),
- rozjaśnień do kilku punktów,
- mapy BnO "Szwajcarka",
- mapy właściwej.
Jednym słowem - cała masa makulatury, z którą trzeba było sobie jakoś organizacyjnie poradzić.

Według tych wskazówek musieliśmy sobie zbudować przebieg trasy.

Rozłożyliśmy się z całym tym chłamem na ławeczce i zaczęliśmy kombinować jak zrobić żeby było mało kilometrów i mało przewyższeń. O dziwo, przy ustalaniu trasy nawet nie wzięliśmy się za łby i byliśmy wyjątkowo zgodni. Na początek postanowiliśmy zrobić całą Szwajcarkę, żeby mieć ją już z głowy.
Z bazy ruszyliśmy żwawym krokiem, pełni optymizmu i pogody ducha.

To ja poprowadzę...

Problemy zaczęły się chwilę po wyjściu. Ustaliliśmy, że zaczniemy od PK S03, ale sposób dojścia każde z nas miało zakodowane inny, mimo, że niby razem to ustalaliśmy. Do tego przegapiliśmy drogę, w którą mogliśmy wejść i zamiast zawrócić szliśmy głupio przed siebie. W końcu nie pozostało nic innego jak zmienić plany i zacząć od PK S01. Miejscowi, którym usiłowaliśmy wedrzeć się na podwórko, wykierowali nas na ścieżkę wiodącą ostro w górę i tak już było przez jakieś 25 minut. Przez pierwszą minutę maszerowałam dziarsko, w drugiej usiłowałam sobie wmówić, że jest spoko, w trzeciej poczułam niepokój, w czwartej zwolniłam, w piątej byłam skrajnie wyczerpana, w szóstej szłam już z automatu, w siódmej chciałam wracać do bazy, ale bałam się powiedzieć o tym Tomkowi, w ósmej przestałam kontaktować, a potem nie wiem co się działo bo najwyraźniej umarłam. Przy punkcie zostałam zreanimowana żeby podbić kartę.

Krótka chwila ożywienia.

 Ponieważ zaczęliśmy od innego punktu niż było w planach, musieliśmy zmienić też dalszą marszrutę. W pierwszej chwili chcieliśmy pójść na S02, ale po krótkiej kalkulacji i analizie dostępnych dróg wyszło, że jednak lepiej na S03. Ten wariant miał zdecydowaną przewagę nad wszystkimi innymi wariantami - nie dość, że po ścieżkach, to jeszcze w dół. Po raz pierwszy uniosłam głowę i rozejrzałam się dookoła. Pięknie! Tylko po cholerę te górki...

W dół, ale wrócić trzeba będzie pod górę:-(

Z S03 drogami, jak cywilizowani ludzie, poszliśmy na S04. Podejścia na szczęście nie było dużo, ale zaczęliśmy szukać nie w tych skałkach co trzeba, o jedną ścieżkę za wcześnie i chwilę miotaliśmy się dookoła punktu.

Lampion wisiał u podnóża skały, ale my oczywiście najpierw przeszukaliśmy szczyt:-)

Po S04 poszliśmy z lekka abstrakcyjnie, bo na S02, ale nie mieliśmy innego wyjścia - odcinek specjalny chcieliśmy skończyć w okolicach K6, a że zaczęliśmy głupio, to i konsekwencje musieliśmy ponieść. Szliśmy drogami, ale co z tego - cały czas pod górę, a ostatni odcinek to już w ogóle...  Na S02 umarłam po raz drugi.

W sumie to całkiem dobre miejsce na pochówek.

Od S02 w naszej marszrucie zapanowała już jako taka logika i posuwaliśmy się ruchem przeciwnym do wskazówek zegara, ale przynajmniej punkt po punkcie, a nie skacząc po całej mapie. Ostatni odcinek przed S05 był rzeczywiście odcinkiem specjalnym, przez gęstwinę leżących drzewek, tuż przy metalowej siatce, gdzie często nie było miejsca na postawienie nogi, a co kawałek dodatkowo z ziemi wystawał jakiś kamyczek. Z tych takich ciut większych.

Ciekawe czy było jakieś lepsze dojście.

Od punktu musieliśmy wrócić tą samą drogą przy ogrodzeniu. Ponieważ teren poza możliwością połamania nóg nie zabijał kondycyjnie (przynajmniej nie natychmiast), postanowiłam zabić się na własną rękę. Tak dosłownie za pomocą ręki, bo jak nawinęłam na nią kompas na sznureczku, jak machnęłam, jak mi przywaliło kantem w twarz... Przez chwilę zobaczyłam wszystkie gwiazdy. To znaczy zobaczyłabym gdyby była noc - powiedzmy, że zobaczyłam wszystkie skały. W życiu nie przypuszczałam, że kompas to tak niebezpieczne narzędzie zbrodni.
Jeszcze nie zdążyłam dobrze dojść do siebie po kontakcie z kompasem, a tu znowu trzeba było zasuwać pod górę i to ostro. Zupełnie nie pamiętam tego odcinka, najwyraźniej przeszłam już w tryb "zombie". Punktu, do którego podobno schodziliśmy z górki w dół, też nie pamiętam, pewnie podbiłam go na autopilocie.
Odżyłam w drodze na S09, szczególnie, że szliśmy większą grupą, a wiadomo, że przed obcymi to człowiek trzyma fason. Poza tym większość trasy wiodła drogami, a i teren był jakiś przyjaźniejszy. Pod koniec oddzieliliśmy się od grupy i... weszliśmy nie w tę drogę co trzeba. Nie muszę mówić, że w miejscu skrupulatnie przez nas przeszukiwanym znaleźliśmy wielkie NIC. W końcu Tomek jakoś wykoncypował na czym polegała nasza pomyłka i doprowadził na właściwe miejsce.

     PK S09

Z S09 znowu pod górę, do tego nie ścieżką tylko na azymut. Chyba poszaleli z tymi górami. Nie można było jakiegoś spychacza przepuścić po trasie przed nami? Tak, wiem - te cholerne głazy wystające z ziemi co kawałek mogłyby zepsuć cenną maszynę. Ale czy ja nie jestem jeszcze cenniejszą maszyną??  Widmo śmierci znowu pojawiło się przede mną, pot ściekał strumieniami, dyszałam jak stara lokomotywa, mięśnie łydek zbiły się w twarde, bolące buły i tak sobie zaczęłam kombinować, że po OS-ie to chyba trzeba będzie skończyć tę mordęgę, bo inaczej totalna kaplica. I tak na tych rozmyślaniach minął mi czas do PK S10. 

Resztką sił przejęłam kamerkę, żeby i Tomek miał szansę zostać gwiazdą internetu:-)

Od S10 do S08, między którymi wbrew prawom logiki nie mieliśmy S09 (bo był wcześniej), doszłam potykając się już o własne nogi i w zasadzie było mi już obojętne czy idziemy w górę, czy w dół. Przy punkcie kręciło się kilka osób, ale chyba z najkrótszej trasy, bo było sporo dzieci. Nie powiem, punkt umiejscowiony w pięknych okolicznościach przyrody, ale co z tego kiedy i tak wlokłam się ze spuszczoną głową szukając oparcia w czym tylko się dało.

 Od drzewa do drzewa.

Do ostatniego OS-owego punktu szliśmy teoretycznie ścieżką. Zupełnie tylko nie wiem skąd w takim razie w moich wspomnieniach są głównie chaszcze i to takie czepliwe typu jeżyny i dzikie róże.

Na pewno idziemy ścieżką?


Po trzech i pół godzinach od ruszenia z bazy wreszcie zakończyliśmy odcinek specjalny i mogliśmy zacząć właściwą trasę.  Trzy i pół godziny! W głowie się nie mieści. A ja się nastawiałam, że to będzie najłatwiejsza i najszybsza część przebiegu. 
Na zakończenie OS-a umarłam po raz  kolejny. Tym razem ze śmiechu, bo na pytanie Tomka czy dam radę iść dalej odpowiedziałam, że oczywiście, a on mi uwierzył! Cha, cha, cha...

c. d. n.

wtorek, 8 maja 2018

Jedziemy na Rudawską Wyrypę!

Piątek przed Rudawską Wyrypą mieliśmy wolny, bo to dłuuuugi weekend, więc do Janowic wyruszyliśmy świtkiem koło południa zgarniając po drodze Krzysztofa, czyli ukonstytuowaliśmy się w standardowy zestaw turystyczny. Ponieważ nudno tak jechać i jechać, więc najpierw zatrzymaliśmy się w celu nagromadzenia kalorii:

Gdzie ładowaliśmy kalorie, to widać w tle.

A potem zatrzymaliśmy się we Wrocławiu w celu utraty zgromadzonych wcześniej kalorii. Pomocne w tym było TRInO, bo wymusiło na nas kilkukilometrowy spacer. Warto było, bo niektóre miejsca były bardzo urokliwe.
 Prawda, że śliczne miejsce?


 Zadowoleni z wycieczki!


Sama radość.


Za nami dąb im. Jana Dzierżonia.

W końcu dotarliśmy i do bazy. Do sali gimnastycznej nawet się nie ładowaliśmy, bo napchane tam było setkowiczów, a Tomek miał doświadczenia z innych rajdów, że oni wracają w środku nocy na chwilę, hałasują i w ogóle. Od razu poszliśmy więc na pięterko i zajęliśmy miejscówkę przy pokoju nauczycielskim.
Po kolacji i przygotowaniu plecaków na sobotnie wyjście (woda, żarcie, zapasowe ubrania) poszliśmy pokibicować setkowiczom. Nasz klub miał dwóch przedstawicieli - Marcina i Przemka, ale trzymaliśmy kciuki za wszystkich wychodzących na trasę. Organizator najpierw zamknął ich w osobnym pomieszczeniu, potem rozdał im mapy i przetrzymywał ich w tym odosobnieniu w nieskończoność. Pod drzwiami zaś stał tłum uczestników krótszych tras usiłując zapuścić żurawia do wnętrza. Tomkowi udało się wetknąć rękę z kamerką, nagrać film i cyknąć parę fotek:

Nie wiem co przeskrobali, że im organizator kazał klęczeć na twardej podłodze.

Siedzieli tam i siedzieli i już nawet zastanawialiśmy się czy nie wzywać jakiś oddziałów specjalnych od uwalniania więźniów, ale w końcu pojedyncze sztuki zaczęły chyłkiem wymykać się na zewnątrz. Strasznie żal mi ich było, że tak muszą iść w ciemną noc, no ale sami wybrali taki los. W końcu wyszedł ostatni uczestnik i można było oddalić się na zasłużony wypoczynek, nabierać sił przed własną poniewierką:-)
A w sobotę rano...

c. d. n.