środa, 28 września 2022
Warsaw Orient Races - ostatnia szansa na Pradze.
niedziela, 12 września 2021
Z Górki Kazurki na pazurki (i nie tylko)
poniedziałek, 17 maja 2021
Warsaw Orient Races - gorący etap drugi.
piątek, 7 maja 2021
Pierwszy szczyt do Korony Warszawy!
Jaga-Kora zbliża się wielkimi krokami i chyba najwyższy czas przypomnieć sobie jak wygląda bieganie po górkach. Najwyższa górka w okolicy to oczywiście Górka Szczęśliwicka wznosząca się dumnie 152 m n.p.m. Akurat w dogodnym terminie ruszyła druga edycja Warsaw Orient Races, jak na zawołanie w parku z tą górką;-)
We wtorek lało, we środę do popołudnia także, ale prognozy ciut zmniejszały opady w godzinach startu. Renata także była zapisana, ale po raz kolejny odmówiła wyściubienia nosa poza suche domowe pielesze (poprzednio był Nocny trening UNTS). Nie pozostało mi nic innego jak wciągnąć na siebie biegowe ciuchy i udać się w kierunku Ochoty.
![]() |
| Biuro zawodów, nie pada będzie fajnie! |
Po odbyciu przepisowej rundki po parkingu udało się wreszcie zaparkować tuż obok startowego namiotu. Złapałem co trzeba i ruszyłem na start. Jako że wszystko było wcześniej zgłoszone i opłacone, zostało wziąć do ręki mapę i ruszyć na trasę. Niewiele myśląc zrobiłem to. Przed dobiegiem do mostku (pierwszy PK za jeziorkiem) przypomniałem sobie, że nie założyłem opaski i zaraz pot zaleje mi okulary (o ile wcześniej nie spadną z mojego nosa nie przytrzymywane opaską). Gorączkowe przeszukanie kieszeni – dobra, jest opaska. Dobra, nasz jest pierwszy PK. PK 2 i 3 tuż obok, choć do dwójki trzeba było się stoczyć nad sam brzeg wody. Bez SIACa musiałem się ciut nagimnastykować by wetknąć chipa w dyndającą stację bazową nie zapewniając sobie mycia nóg.
Przy przebiegu do PK 4 świszcząca zadyszka przypomniała mi, że zapomniałem przed startem zrobić jakąkolwiek rozgrzewkę! No cóż, przepadło. Po dwóch kilometrach powinno wszystko wrócić do normy!
PK 7. Linia do PK 8 prowadzi przez coś zielonego. Co mi tam zielone, lecę po kresce. Dobrze że chodnikiem, choć ciężko, bo pod górę. O, tu gdzieś w krzakach powinienem zbiec do lampionu w dół. Jest coś na kształt ścieżki. Stromo i śliskawo, jak to po deszczu. Patrzę, a tu dołem wyprzedza mnie zawodnik w odblaskowej pomarańczowej koszulce, który startował po mnie. Co jest? Patrzę na mapę… można było obiec górkę „po równym”, właściwie alejką i - jak pokazują pomiary - wychodzi to 15 metrów dalej w poziomie i 15 metrów mniej w pionie. Eh, brak rozgrzewki i człowiek nie myśli…
| A można było pobiec na około.... |
PK 9 w najwyższym dostępnym miejscu górki tu już nie daje się oszukać podejścia i uniknąć zadyszki. PK 10 w dół na jakiejś przerwie w żywopłocie. Jest żywopłot i jest przerwa, ale nie ma lampionu. Oj, bo to ten „wyższy” żywopłot. O, jest! Podbijam.
PK 11 ma być na tej samej poziomnicy, ciut na zachód, także w przerwie żywopłotu. Znowu nie ma lampionu! Nie sprawdziłem kodu dziesiątki, może jestem za bardzo na zachód? Wracam do lampionu sprawdzić – dobry kod – to PK 10. Okulary ciut odparowały, patrzę dokładniej… jedenastka ma być na „wyższej” linii żywopłotu. Zawracam – jest! Tyle że już „po dobrym miejscu”. Sprint nie wybacza takich błędów. Te dwie wpadki dają ze 2-3 minuty straty;-(
| Popis dezorientacji |
Lekko zniechęcony zbiegam z górki do PK 12. PK 13 znowu na górze po przeciwnej stronie górki. Staram się utrzymać tempo pod górę i odrobić straty. Kolejne punkty już bez takich strat. Oczywiście traciłem na każdym kilka sekund przez brak SIACa, ale bez wpadek nawigacyjnych. No dobra, przyznam się: była jeszcze jedna wpadka – finisz. Lampion mety zasłonił „tłum”, więc pobiegłem do lampionu startu. 4-5 sekund straty i jedna czy dwie pozycje w dół (ciężko to ustalić jednoznacznie, bo w wynikach coś się nie zgadza przez uczestnika co ma dwa MP, a jest normalnie klasyfikowany). Pewno za tę kompromitację Andrew zmienił mi w wynikach nazwisko na wersję kobiecą;-)
![]() |
| Uff wreszcie na mecie! |
![]() |
| Tu tłum przesłaniający lampion mety (w bramce) już stopniał... |
No cóż, sprinterem nie jestem, ale przynajmniej potrenowałem podbiegi przed Beskidem Niskim.
wtorek, 13 października 2020
Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7
Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-)
Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc.
Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie…
![]() |
| Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach |
Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki.
![]() |
| Kolejek na starcie nie było... |
Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku).
Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap.
![]() |
| Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników |
Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-)
poniedziałek, 5 października 2020
Przemoczone Warsaw Orient Races
czwartek, 2 lipca 2020
WOR 4 w morderczym upale.
Znowu ambitnie zapisałam się na trasę "profesjonaliści" chociaż z moim profesjonalizmem to tak różnie bywa - vide kilka poprzednich zawodów. Na start przeszliśmy sobie przez metę usytuowaną na górce. Czyli finisz zapowiadał się ciężko.
Na trasę ruszyłam jako jedna z pierwszych, bo była luka, a do mojej minuty startowej masa czasu, który musiałabym spędzić na słońcu. Od razu pobiegłam nieoptymalnie, bo zasugerowałam się moim przedbiegcą, zamiast dokładnie obejrzeć mapę. Dużo nie nadłożyłam, ale zawsze. Dodatkowo już przed pierwszym punktem wpadłam nogą w jakąś dziurę w trawniku i grzmotnęłam jak długa. Poderwałam się jeszcze szybciej niż padałam, bo w zasięgu wzroku miałam lampion.
Do jedenastki szło dobrze. Nawigacyjnie dobrze, bo z bieganiem w tym gorącu to różnie było. Jak już miałam mroczki przez oczami to przechodziłam do marszu:-). Od jedenastki prawidłowo dobiegłam do przejścia między dwoma blokami i dlaczego potem zamiast w lewo, pobiegłam w prawo - do teraz nie mogę pojąć. Najwyraźniej to musiało być słynne kobiece "drugie lewo". Co ciekawe, jeden z zawodników zrobił ten sam manewr i kiedy dobiegłam, stwierdził, że pięć minut już szuka i nigdzie nie ma lampionu. Swoją obecnością utwierdził mnie, że jestem w dobrym miejscu, więc nie patrzyłam na mapę, a trzeba było. Zaczęłam systematycznie powiększać obszar poszukiwań i w końcu trafiłam we właściwe miejsce, choć wciąż byłam przeświadczona, że lampion źle wisi. W związku z tym przez chwilę miałam problem z ruszeniem na trzynastkę, bo coś mi nie grało. W końcu zorientowałam się w czym rzecz i poleciałam dalej. Szkoda tylko, że na mapie nie sprawdziłam czy lampion wisi wewnątrz, czy na zewnątrz ogrodzenia.... Oczywiście, że wisiał wewnątrz i popatrzywszy zza płotu na niego tęsknym wzrokiem, musiałam oblecieć spory budynek dookoła.
Ponieważ straciłam dużo czasu na tych dwóch nieszczęsnych punktach, usiłowałam nadrobić stratę szybszym tempem. Oczywiście od razu się to na mnie zemściło, bo szybkie bieganie w upale nie jest jednak wskazane dla starszych pań. W efekcie między końcowymi punktami już tylko człapałam, ale starałam się to przynajmniej robić żwawo:-)
Ostatni zryw zrobiłam przed metą. Uparłam się, że wbiegnę na górkę choćbym potem miała wyzionąć ducha. I po prawdzie to niewiele brakowało.
W porównaniu do ostatnich leśnych zawodów, to poszło mi całkiem dobrze. Fakt - skopałam dwunastkę koncertowo, ale przecież mogłam skopać jeszcze z pięć innych punktów, a nie zrobiłam tego:-) No i nie byłam ostatnia. Wyprzedziłam całe dwie osoby:-)
Cóż - jaki zawodnik, takie sukcesy.
sobota, 13 czerwca 2020
Warsaw Orient Races w Lesie Bielańskim, czyli rozmiękczenie mózgu.
Na sobotnie bieganie w Lesie Bielańskim zaopatrzyłam się w okulary przeciwsłoneczne, dwa bidony wody i mocne postanowienie przebycia trasy marszem, a nie biegiem. Tak - planowałam przeżyć.
Półgodzinne oczekiwanie na swoją minutę startową najwyraźniej zdążyło rozmiękczyć mi mózg, bo już ze startu pobiegłam złą ścieżką. Pobiegłam, bo chciałam zrobić dobre wrażenie, ale jak tylko weszłam w krzaki, to przeszłam do marszu. Kierunek, w którym podążałam podobał mi się coraz mniej i w końcu postanowiłam coś z tym zrobić. Odbiłam w lewo i doszłam do drogi biegnącej przynajmniej w słusznym kierunku, a czy właściwej, to tak do końca nie wiedziałam. Lampion jednakowoż wisiał tam, gdzie się go spodziewałam i w końcu odetchnęłam z ulgą. Nie na długo niestety. Do dwójki postanowiłam iść na azymut. Pewnie że dało się ścieżkami, nawet byłoby wygodniej i jak się okazało szybciej, ale jako gorliwy wyznawca świętego Azymuta, nie mogłam przecież postąpić tak haniebnie. Kompas kierował mnie coraz bardziej na wschód, chociaż widziałam, że inni aż tak daleko nie biegną i znikają gdzieś wcześniej. No, ale azymut.... Doszłam do skarpy, obejrzałam sobie z góry jezdnię i tak częściowo wiedziałam gdzie jestem, Tak w płaszczyźnie północ-południe, bo w tej drugiej, to mogłam być wszędzie, jako że mapa nijak nie pasowała do terenu. Ponieważ zapomniałam włączyć zapisywanie śladu, nigdy nie dowiem się jakież to ścieżki zwiedzałam przez dziesięć minut, kiedy to zupełnie przypadkiem natknęłam się na lampion i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to ten właściwy. A byłam pewna, że summa summarum wylądowałam przy trójce. Ponieważ do właściwej trójki od dwójki prowadziła ścieżka, to nie udało mi się nic ciekawego wykombinować. Do czwórki można było wrócić się na dwójkę i dalej ścieżkami praktycznie na miejsce, albo przebić się przez jar z resztką strumienia na dole i dopiero dalej wejść na ścieżkę. No jak myślicie? Który wariant wybrałam? Oczywiście, że przebiłam się jarem. I wtedy w ogóle nie wydawało mi się to bezsensowne.
Do piątki i szóstki ścieżki narzucały się same, więc nie kombinowałam, do siódemki leciałam obok ścieżki, po trawach, no bo ile można tak normalnie, ale za to do ósemki, choć mogłam na azymut, to ruszyłam ścieżkami. Taka jestem! Przy ósemce i dziewiątce kręciło się sporo luda i wystarczyło patrzeć, gdzie idą - mapa nie była potrzebna. Aż do dwunastki jakoś szło i zasadniczo trzymałam się ścieżek, bo mój kompas też dostał rozmiękczenia mózgu i co chwilę pokazywał tak abstrakcyjne kierunki, że byłam pewna, że już po nim. Tomek na mecie powiedział, że jego kompas miał podobne objawy, więc najwyraźniej zawody odbywały się na terenie anomalii magnetycznej. No, chyba, że to jakaś nasza anomalia rodzinna.
Z dwunastki na trzynastkę był dość długi przebieg , a ponieważ po ścieżkach, więc nawet coś tam próbowałam podbiegać. Nie dało rady - po każdym przyspieszeniu coś mnie słabiło, a nie chciałam zaśmiecać lasu swoimi zwłokami. Szłam więc sobie statecznie, do tego robiąc postoje, żeby się napić czy polać wodą. Od trzynastki punkty były ustawione tak, że znowu trzeba było nawrócić się na Azymuta, to znaczy mi się tak wydawało, bo na przykład Agata całą trasę zrobiła po ścieżkach. Ale ja to nie lubię iść na łatwiznę:-) No właśnie - Agatę spotkałam przy PK 18. Startowała dziesięć minut przede mną i byłam pewna, że dopadnę ją znacznie wcześniej. Ponieważ obie nie biegałyśmy, więc najwyraźniej jej strategia okazała się lepsza. Od osiemnastki usiłowałam jej uciec i nawet trochę biegłam, ale dopadła mnie znowu przy ostatnim punkcie i razem dobiegałyśmy do mety.Dałam się wyprzedzić, a co tam...
Taaak... podbicie mety to był jeden ze szczęśliwszych momentów całego dnia. Nie żebym żałowała udziału - co to, to nie! Nigdy w życiu! Ale jednak wolę kiedy bieg na orientację rzeczywiście biegnę, a nie tylko walczę o przetrwanie.
wtorek, 9 czerwca 2020
Warsaw Orient Races - nowy cykl zawodów miejskich.
Pierwszy na trasę ruszył Tomek, potem Agata, a ja na końcu, chociaż cały nasz start rozegrał się w ciągu trzech minut. Już po kilku metrach wiedziałam, że nie jest dobrze. I bynajmniej nie chodziło mi o problemy ze znalezieniem punktu, czy jakieś gubienie się. Po prostu z gorąca i duchoty dech mi zaparło i cały człowiek odmówił biegania. Przysięgam - starałam się biec niczym rącza łania, ale kto widział łanię w środku miasta? Bardziej przypominałam raczej zdychającego hipopotama (niby też w sumie rzadko widywany na Polu Mokotowskim). Dodatkowo już po kilku minutach biegu pot zaczął zalewać mi oczy, szczypało, więc łzy płynęły ciurkiem i jak tu w takich warunkach patrzeć na mapę? Co chwilę musiałam się zatrzymywać i wycierać oczy, a miałam ze sobą jedną jedyną chusteczkę.
Początek nawigacyjnie poszedł dobrze, ale po trójce moja wrodzona oraz zapłakana od potu ślepota nakazała mi biec naokoło do czwórki, bo nie mogłam wyślipić czy na skróty jest przejście, czy nie. Wolałam nie ryzykować spotkania ze ślepym zaułkiem, ale oczywiście post factum dowiedziałam się, że przejście było. Dobiegając do czwórki zauważyłam Tomka biegnącego w stronę bramy, co do której znowu miałam wątpliwości, czy da się ją sforsować w drodze na piątkę, ale skoro tam leci, to i ja też. Udało się.
Do szóstki był okropnie , ale to okropnie długi przebieg. I co z tego, że cały czas prostą ścieżką? Nie dałam rady i sporą część trasy pokonałam marszem. Mało tego - zastanawiałam się, czy by gdzieś na chwilę nie przysiąść lub wręcz się położyć i odpocząć.
Przy ósemce się trochę pogubiłam. Punkt miał być w środku gęstych krzaczorów i tak szukałam dogodnego wejścia, no tak szukałam żeby nie znaleźć. Kolega z innej trasy też szukał, to tak się trochę podpięłam pod niego, bo w razie czego zrobiłby mi ścieżkę w pokrzywach:-) W końcu udało się, chociaż jakoś ustawienie tego punktu nie przemawiało do mnie. Ale ostatecznie nie musi. Z tej nieprzemawiającej ósemki azymutem pobiegłam (poszłam) na dziewiątkę i wyniosło mnie na sąsiedni budynek. Może jednak słusznie ósemka nie przemawiała?
Dziesiątkę było widać już z daleka i jakoś się do niej doczołgałam, ale najwyraźniej przestawałam już logicznie myśleć, bo jedenastki szukałam na sąsiedniej górce (taka tam górka - większa kupa ziemi) chociaż wystarczyło się rozejrzeć, żeby wiedzieć, że to nie tam. Ale człowiek zmęczony, to nie ma siły nawet podnieść głowy.
Do piętnastki szło dobrze, a potem nastąpiło kolejne zaćmienie umysłu. Nawet dobrze zaczęłam biec do szesnastki, ale nie wiedzieć czemu pominęłam ją i poleciałam na siedemnastkę. A nie! Wiem dlaczego! Z krzaków z siedemnastką wyłonił się Przemek i tak odruchowo na jego widok wlazłam sprawdzić, co też on tam znalazł. Dobrze, że tknęło mnie sprawdzić kod. Wróciłam więc pokornie po szesnastkę, która wisiała przebiegle od tyłu drzewa i wcale nie rzucała się w oczy. Całe to bieganie między punktami odbywało się nad brzegiem jeziorka, w którym taplały się gromadnie pieski i co rusz wpadały mi pod nogi. Na szczęście nie doszło do większej kolizji.
Reszta trasy poszła poprawnie, choć dziewiętnastki mało nie przebiegłam, bo tak się rozpędziłam, a do dwudziestki zupełnie niepotrzebnie poleciałam wąziutką ścieżką przez krzaczory, ale co kto lubi.
Na metę dotarłam ledwo żywa, cała mokra i jedyne co chciałam zrobić to położyć się i umrzeć. Ale gdzie tam? Tomek od razu pogonił mnie do rozciągania się i tyle mojego odpoczynku.
Żeby nie ta koszmarna pogoda, to byłoby całkiem przyjemne bieganie, bo trasa i miejsce fajne, ale też trudno mieć o pogodę pretensje do organizatorów. Upał najwyraźniej wszystkim dał się we znaki, bo wcale nie byłam ostatnia, mimo, że sporą część trasy po prostu przeszłam.
W profesjonalistach zaś nastąpił totalny pogrom, ale to za sprawą blisko siebie postawionych punktów z dwóch różnych tras. Chyba z połowa zawodników nadziała się na stowarzysza i tym sposobem mają nie zaliczony bieg. Tomek okazał się czujny i zaliczył wszystko prawidłowo, a Agata była trzecia na swojej trasie.






























