Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsaw Orient Races. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warsaw Orient Races. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2022

Warsaw Orient Races - ostatnia szansa na Pradze.

Wyjątkowo w tym roku nie było nam po drodze z Warsaw Orient Races i mimo że jest to jedna z fajniejszych imprez, załapaliśmy się dopiero na finałową rundę. Ponieważ trasy miały być dość krótkie, a start z puszki, więc zaszalałam i pomimo "tu mnie boli, tu mnie strzyka", zapisałam się na najdłuższą trasę. Wychodziło mi, że przy starcie zaraz na początku zawodów, nawet gdybym się czołgała, to i tak zdążę na metę przed zebraniem lampionów.
 
Tam będziemy biegać.
 
Dodatkowym atutem tej rundy była lokalizacja - Park Praski, czyli rzut beretem od nas. I jeszcze pogoda się udała - ani za zimno, ani za ciepło, bardzo przyjemnie.
Wystartowałam powoli, nawet wolniej niż planowałam, a to dlatego, że nie mogłam na mapie znaleźć trójkąta startowego:-) W końcu - jest! Można ruszyć.
 
Trudne początki.
 
Na początek trochę obiegłam alejką, zamiast skrótem na azymut, ale to tak tylko na rozruch, żeby w komfortowych warunkach wczuć się w klimat. Poszło dobrze. Dwójka była tuż obok, ale zmylił mnie bardziej widoczny lampion z innej trasy i najpierw ruszyłam w jego kierunku. Ponieważ kod się nie zgadzał, to poszłam jednak wziąć swój.
Do trójki pobiegłam już na przełaj, alejki podziwiając tylko z daleka, a trójka złośliwie schowała mi się i już byłam skłonna przypuszczać, że ktoś ukradł lampion. Kręciłam się dookoła kępy krzaków, w której powinien stać lampion, zaglądając nawet w mało prawdopodobne miejsca i za nic nie mogłam go wypatrzyć. Tak był sprytnie schowany za drzewem. Za to wyciągnęłam z tego naukę na przyszłość - trzeba dokładnie patrzeć, czy drzewo jest opasane linką:-)
 
Ukryty PK 3.
 
Kolejne punkty wchodziły bez problemów. Do odległej siódemki ułatwiłam sobie trasę biegnąc alejką i chyba to miało sens, mimo że nie biegaliśmy w nieprzebytej dziczy.
Zaskoczył mnie trochę przebieg do piętnastki - był dłuuugi i w trakcie ściągnęło mnie w prawo. Bliskość  placu zabaw była nieoczekiwana, ale za to świetnie mnie lokalizowała i wiedziałam co dalej. Za to do równie odległej siedemnastki pobiegłam całkiem dobrze.
Przed dziewiętnastką wypatrywał mnie już Tomek, który wystartował po mnie, ale za to przybiegł przede mną. 
 
Gdzieś przed PK 19.

PK 20

Do filmu to nawet przyspieszyłam, bo wcześniej poruszałam się tak bardziej rekreacyjnie. Ale jak tu się spieszyć kiedy pobyt w parku był tak przyjemny?
 
I meta.
 
Oczywiście zajęłam ostatnie (czy przedostatnie) miejsce i tak patrząc na wyniki zrobiło mi się strasznie żal... zwycięzców.  Jak oni króciutko korzystali z tej przyjemności - kilkanaście minut i po wszystkim. Toż nawet szkoda przyjeżdżać. Mi moje ponad pół godziny wydawało się za krótkie...
 
Taka poplątana trasa.

niedziela, 12 września 2021

Z Górki Kazurki na pazurki (i nie tylko)

Tomkowa noga ma się lepiej, rekonesanse do Niepoślipki i Przejścia Smoka ogarnięte, więc w końcu mogliśmy wybrać się na zawody. Tak dokładnie to na kolejny etap Warsaw Orient Races na Górkę Kazurkę.
Etap był podchwytliwy, bo co prawda długości tras były mizerne, ale ilość punktów na każdej już imponująca. O przewyższeniach wolałam przed zawodami nie myśleć. Najbardziej to jednak wszyscy ostrzegali przed rowerami, co trochę mnie dziwiło, albowiem w swojej nieświadomości sądziłam, że chodzi o normalnych rowerzystów. A tymczasem... A tymczasem na Górce Kazurce znajduje się trasa crossowa czyli taka, gdzie rowerzyści usiłują zabić się w najbardziej spektakularny sposób.  We środę dodatkowo usiłowali zabić także biegaczy na orientację.
Tak do dziesiątego punktu było jeszcze w miarę bezpiecznie, jeśli oczywiście nie brać pod uwagę zdradliwych dziur w podłożu bogato pokrytym zasłaniającą wszystko roślinnością. Większość osób szła, a nie biegła, uważnie lustrując grunt pod stopami. Zresztą punkty rozstawione były tak gęsto, że i po równym nie było by kiedy się rozpędzić.          
Między dziesiątką, a jedenastką rozciągało się crossowisko i nie powiem, zrobiło na mnie wrażenie. Góry, doliny, dziury, skarpy, hopki - wszystko nie do przejścia, a co dopiero do przejechania. Zaczęłam mozolnie wdrapywać się pod górę przez to wszystko, chwilami wręcz na czterech kończynach, bo nie szło inaczej. Przy tym wszystkim jeszcze musiałam uważać, żeby nie wejść pod rozpędzony rower, który z reguły pojawiał się w ułamku sekundy, zupełnie znikąd. Już pod szczytem, w okolicy PK 12 (który mijałam w drodze na jedenastkę) usłyszałam rozpaczliwe okrzyki:
- Nie stawajcie na progach!!!!
-  Ostrożnie, bo zniszczycie!!!!
- Aaaaa, nie tędy!!!!
Crossowcy rozpaczliwie usiłowali ochronić swoją trasę przed biegaczami, którzy nie zważając na nic, parli niczym czołgi do przodu.
Ale, że też nie dało się jakoś uzgodnić z nimi, że będziemy biegać po tym terenie... Szczególnie, kiedy co druga karetka nie wyjeżdża z powodu braku obsady. Więc gdyby coś, to czarno widzę...
Mozolnie i powolutku zdobywałam kolejne punkty, ale na trzynastce poległam zupełnie. Zamiast patrzeć na mapę i kompas, raczej rozglądałam się czy coś mnie nie rozjeżdża, obchodziłam co większe skarpy i dziury i po chwili znalazłam się przy PK 21. Przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem. Znowu ruszyłam w stronę trzynastki, minęłam ją w pewnej odległości, przywitałam się z Becią nadchodzącą z naprzeciwka, a kiedy ogarnęłam gdzie jestem, znowu zawróciłam. Zupełnie nie mogłam się odnaleźć w tym sztucznie spreparowanym terenie. Dodatkowo punkt okazał się być ukryty na dnie dziury i dopóki się nie podeszło na pół metra, nie było widać lampionu. Radość z odnalezienia trzynastki przyćmiła nieco moją koncentrację i kiedy próbowałam przejść wąziutkim skrawkiem gruntu między dwoma zjazdami w rynnie, straciłam równowagę i runęłam w dół. Niby nie było wysoko, ale bardzo, bardzo boleśnie. Kiedy już zakończyłam podziwianie wszystkich galaktyk, natychmiast poderwałam się na równe nogi, bo dłuższe zaleganie w rynnie groziło bliskim i zapewne jeszcze bardziej bolesnym kontaktem z pojazdem jednośladowym. Przez moment zastanawiałam się czy iść dalej, czy raczej jakoś doczołgać się do mety, ale ponieważ nie wyglądało żebym się połamała, postanowiłam spróbować zdobyć jeszcze jakieś punkty.

W poszukiwaniu PK 13.
 
Dalszy odcinek trasy prowadził już mniej zarowerowanym terenem, więc czułam się bezpieczniej i znowu mogłam skupić uwagę na mapie. Do PK 20 było bezpiecznie i nawigacyjnie bezproblemowo, a potem znowu musiałam przedrzeć się przez trasę crossową. Między PK 21, a 22 niewiele brakowało, a miałabym bardzo bliskie spotkanie trzeciego stopnia, ale cyklista wykonał niemal cyrkowy numer, żeby zatrzymać się w miejscu i nie stratować mnie. Chyba spotkanie wywarło na nim niezatarte wrażenie, bo od razu zszedł z trasy i odjechał w siną dal. Ja w sumie marzyłam o tym samym, ale ponieważ do mety zostały już raptem cztery punkty, więc już darowałam sobie głupie pomysły.
Na metę szczęśliwie dotarłam w jednym kawałku, nie rozjechana, nie połamana, a jedynie poobijana. I jak się okazało, wcale nie taka ostatnia:-)


Pora się sczytać.

poniedziałek, 17 maja 2021

Warsaw Orient Races - gorący etap drugi.

Zaczęła się jedna z moich najulubieńszych imprez, czyli Warsaw Orient Races, a ja już opuściłam pierwszą rundę. Wiedziałam też, że na trzeciej nie będę mogła być, więc na drugą musiałam pojechać bez względu na okoliczności. Okoliczności to akurat trafiły się sprzyjające, bo stosunkowo blisko domu i przy pięknej pogodzie. Żeby nadrobić zaległości, zapisałam się na najdłuższą trasę, która i tak wydawała mi się króciutka - 3,4 km. Biegać mieliśmy na Błoniach Elekcyjnych na Kamionku, więc teren dość oswojony.  
Zasadniczo nawigacyjnie odbyło się bez żadnych problemów. No, może do jedynki pobiegłam sporo naokoło, ale to tylko dlatego, że nie chciałam niszczyć żywopłotu przedzierając się przez niego na wskroś i i tak biegłam, biegłam czekając kiedy się skończy. A ten, jak na złość, ciągnął się jak guma w majtkach. Dodatkowo, jeszcze zanim dotarłam w okolice bloków, zaliczyłam glebę, bo w trawniku poukrywane były wilcze doły i oczywiście wpadłam w jeden z nich. Na szczęście poza dumą nic więcej nie ucierpiało i mogłam biec dalej.
Przed siódemką uprzejmi panowie z piwkiem w garści wskazywali drogę i miejsce ukrycia lampionów i najwyraźniej czerpali z tego niezwykłą satysfakcję:-) Byli zbulwersowani, że nie skorzystałam z ich podpowiedzi i pobiegłam w inne miejsce. Niestety, pokazywali mi ósemkę zamiast siódemki.
Nie wiem czy przy jedenastce nie popełniłam przestępstwa, bo jakąś czarną, grubą linię przekroczyłam (a przynajmniej ślad tak pokazuje) i nie wiem czy to był po prostu zwykły obrys parkingu, czy ta nieprzekraczalność. Zawsze mam z tym problem, jak interpretować.
Ponieważ pogoda okazała się aż nadto dobra i było po prostu koszmarnie gorąco, w drugiej połowie trasy zaczęłam wymiękać kondycyjnie. Od PK 20 to już głównie szłam i tylko na dobiegu do mety zdobyłam się na trucht.
Na trasie byłam ponad dwa razy dłużej niż zwycięzca, ale za to nie zaliczyłam missing pointa, jak 11 innych osób.  Jak to czasem nie warto się za bardzo spieszyć....

 Radość na mecie.



 

piątek, 7 maja 2021

Pierwszy szczyt do Korony Warszawy!

Jaga-Kora zbliża się wielkimi krokami i chyba najwyższy czas przypomnieć sobie jak wygląda bieganie po górkach. Najwyższa górka w okolicy to oczywiście Górka Szczęśliwicka wznosząca się dumnie 152 m n.p.m. Akurat w dogodnym terminie ruszyła druga edycja Warsaw Orient Races, jak na zawołanie w parku z tą górką;-) 

We wtorek lało, we środę do popołudnia także, ale prognozy ciut zmniejszały opady w godzinach startu. Renata także była zapisana, ale po raz kolejny odmówiła wyściubienia nosa poza suche domowe pielesze (poprzednio był Nocny trening UNTS). Nie pozostało mi nic innego jak wciągnąć na siebie biegowe ciuchy i udać się w kierunku Ochoty. 

Biuro zawodów, nie pada będzie fajnie!

Po odbyciu przepisowej rundki po parkingu udało się wreszcie zaparkować tuż obok startowego namiotu. Złapałem co trzeba i ruszyłem na start. Jako że wszystko było wcześniej zgłoszone i opłacone, zostało wziąć do ręki mapę i ruszyć na trasę. Niewiele myśląc zrobiłem to. Przed dobiegiem do mostku (pierwszy PK za jeziorkiem) przypomniałem sobie, że nie założyłem opaski i zaraz pot zaleje mi okulary (o ile wcześniej nie spadną z mojego nosa nie przytrzymywane opaską). Gorączkowe przeszukanie kieszeni – dobra, jest opaska. Dobra, nasz jest pierwszy PK. PK 2 i 3 tuż obok, choć do dwójki trzeba było się stoczyć nad sam brzeg wody. Bez SIACa musiałem się ciut nagimnastykować by wetknąć chipa w dyndającą stację bazową nie zapewniając sobie mycia nóg. 

Przy przebiegu do PK 4 świszcząca zadyszka przypomniała mi, że zapomniałem przed startem zrobić jakąkolwiek rozgrzewkę! No cóż, przepadło. Po dwóch kilometrach powinno wszystko wrócić do normy! 

PK 7. Linia do PK 8 prowadzi przez coś zielonego. Co mi tam zielone, lecę po kresce. Dobrze że chodnikiem, choć ciężko, bo pod górę. O, tu gdzieś w krzakach powinienem zbiec do lampionu w dół. Jest coś na kształt ścieżki. Stromo i śliskawo, jak to po deszczu. Patrzę, a tu dołem wyprzedza mnie zawodnik w odblaskowej pomarańczowej koszulce, który startował po mnie. Co jest? Patrzę na mapę… można było obiec górkę „po równym”, właściwie alejką i - jak pokazują pomiary - wychodzi to 15 metrów dalej w poziomie i 15 metrów mniej w pionie. Eh, brak rozgrzewki i człowiek nie myśli… 

A można było pobiec na około....

PK 9 w najwyższym dostępnym miejscu górki tu już nie daje się oszukać podejścia i uniknąć zadyszki. PK 10 w dół na jakiejś przerwie w żywopłocie. Jest żywopłot i jest przerwa, ale nie ma lampionu. Oj, bo to ten „wyższy” żywopłot. O, jest! Podbijam. 

PK 11 ma być na tej samej poziomnicy, ciut na zachód, także w przerwie żywopłotu. Znowu nie ma lampionu! Nie sprawdziłem kodu dziesiątki, może jestem za bardzo na zachód? Wracam do lampionu sprawdzić – dobry kod – to PK 10. Okulary ciut odparowały, patrzę dokładniej… jedenastka ma być na „wyższej” linii żywopłotu. Zawracam – jest! Tyle że już „po dobrym miejscu”. Sprint nie wybacza takich błędów. Te dwie wpadki dają ze 2-3 minuty straty;-( 

Popis dezorientacji

Lekko zniechęcony zbiegam z górki do PK 12. PK 13 znowu na górze po przeciwnej stronie górki. Staram się utrzymać tempo pod górę i odrobić straty. Kolejne punkty już bez takich strat. Oczywiście traciłem na każdym kilka sekund przez brak SIACa, ale bez wpadek nawigacyjnych. No dobra, przyznam się: była jeszcze jedna wpadka – finisz. Lampion mety zasłonił „tłum”, więc pobiegłem do lampionu startu. 4-5 sekund straty i jedna czy dwie pozycje w dół (ciężko to ustalić jednoznacznie, bo w wynikach coś się nie zgadza przez uczestnika co ma dwa MP, a jest normalnie klasyfikowany). Pewno za tę kompromitację Andrew zmienił mi w wynikach nazwisko na wersję kobiecą;-) 

Uff wreszcie na mecie!

Tu tłum przesłaniający lampion mety (w bramce) już stopniał...

 No cóż, sprinterem nie jestem, ale przynajmniej potrenowałem podbiegi przed Beskidem Niskim.

wtorek, 13 października 2020

Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7

Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-) 

Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc. 

Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie… 

Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach

Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki. 

Kolejek na starcie nie było...
Jedynka dość daleko, ale teren znajomy z ostatniego Street-O, więc jakoś szło. Dwójka, trójka, czwórka. W miarę dawało się biec, a deszcz nie zapadał całkiem okularów, to nawet wiedziałem gdzie biegnę;-) PK 5 był podchwytliwy – na górze schodów i dodatkowo schowany za PK 21, ale nie dałem się nabrać;-) Ale na PK 6 dałem się nabrać i obiegłem wszystko naokoło;-( 

Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku). 

Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap. 

Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników

 Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-) 


 

poniedziałek, 5 października 2020

Przemoczone Warsaw Orient Races

Po ubiegłosobotnim Orient Races organizatorzy poszli za ciosem i już następnego dnia zaserwowali kolejny odcinek zabawy. Tym razem mieliśmy biegać w Parku Arkadia. W niedzielę od rana padało, mniej, bardziej, ale nie wyglądało, żeby chciało przestać. Co prawda prognozy uparcie twierdziły, że koło południa ma się przejaśnić, ale pogoda najwyraźniej nie czyta prognoz.
Tym razem wybraliśmy się we trójkę, z Agatą. Tradycyjnie na miejsce dotarliśmy za wcześnie, siedzieliśmy więc w samochodzie i obserwowali deszcz. Powoli zaczynałam mieć wątpliwości, czy bieganie w takich warunkach ma sens, ale skoro już przyjechałam... 
Tym razem mieliśmy minuty startowe w miarę na początku stawki, więc nie było potrzeby kombinować. Jedynym naszym problemem było: co z siebie zdjąć żeby się nie zgrzać w biegu, albo co założyć, żeby nie zmoknąć. Wybrałam wariant pośredni - kurtkę przeciwdeszczową zdjęłam, ale kamizelkę i rękawki zostawiłam.
Z naszej trójki ja ruszałam jako pierwsza.

Trzy, cztery, staaaart!!!

Nawet dość szybko udało mi się znaleźć trójkącik i ustalić kierunek biegu. Biegłam wzdłuż skarpy i musiałam jakoś znaleźć się u jej podnóża. W pierwszej chwili optymistycznie pomyślałam, że zejdę sobie od razu na dół i dalej, na punkt pobiegnę ścieżką. Spojrzałam w dół: trochę stromo. No nic, może dalej będzie lepiej. Co prawda mapa sugerowała, że nie będzie, ale człowiek to się zawsze łudzi. Kilkakrotnie sprawdzałam nachylenie stoku i wciąż było tak samo. Dopiero pod koniec, już za punktem, który był gdzieś tam w dole, udało mi się nawet bezstratnie ześlizgnąć do niższej alejki i stamtąd pomknąć na punkt.
Od jedynki, alejkami, dobiegłam do ulicy i już chciałam ładować się w krzaki żeby do dwójki pobiec przy samym stadionie, ale przystopował mnie widok Małgosi, która dalej pobiegła ulicą. Spojrzałam na mapę. Nooo, w sumie to lepszy wariant. Wiele się nie nadkłada, a jak wygodnie. Pobiegłam i ja ulicą. Za dwójką dopadła mnie jakaś kobitka z tradycyjnym orientalistycznym zawołaniem: "Ale gdzie ja właściwie jestem???" No jak tu nie pomóc? Zatrzymałam się i pokazałam na mapie.
Trójka, czwórka i piątka były w plątaninie kortów (czy co to tam było za ogrodzeniem), a piątka była tak sprytnie powieszona, ,że przebiegłam obok niej, nie zauważając lampionu. Musiałam kawałek wrócić i dokładnie obejrzeć każde podejrzane miejsce. Znalazłam.
Szóstka była na szczycie kolejnej skarpy - stromo i ślisko. Sapiąc niczym mała lokomotywa jakoś wdrapałam się na górę. Siódemka była tuż obok, tylko trzeba było dobrze popatrzeć na mapie jak tam dobiec, żeby się nie zgubić w plątaninie ogrodzeń.
Ósemka była w połowie wysokości skarpy (miałam w dół, hurra!) i prowadziła do niej ścieżka - naokoło i przez PK 9, ale co tam. Przy okazji od razu wiedziałam, gdzie jest dziewiątka. Do dziesiątki był trochę dłuższy przebieg, bo trzeba było ominąć teren ogrodzony, ale nawigacyjnie - bułka z masłem.
A potem zaczęły się schody... A nawet nie tak. Bo gdybym faktycznie z dziesiątki pobiegła na schody, zeszła nimi na dół i pobiegła za narożnik ogrodzenia, gdzie wisiał lampion to wszystko byłoby ok. Ja oczywiście aż tak dokładnie mapy nie obejrzałam, schodów nie zauważyłam, pobiegłam wzdłuż stadionu, zobaczyłam drzewka co to na jednym z nich spodziewałam się lampionu i stanęłam przed dylematem - jak się tam dostać?? Ponieważ stadion w praktyce jest opuszczoną i mocno zarośniętą ruiną, więc nie było co liczyć na cywilizowane zejście. Próbowałam kilka razy przedrzeć się na rympał przez krzaki, ale kiedy mało nie wpadłam do pierońskiego rowu, który nagle i niespodziewanie pojawił się tuż pod moimi nogami, odpuściłam. Dopiero kiedy skarpa zrobiła się niższa, już kawał za punktem udało mi się sforsować krzaki, rów i już przy ogrodzeniu wróciłam do drzewek z lampionem.

Zabawa z jedenastką.

Żeby dostać się do dwunastki po raz drugi musiałam pokonać rów, tym razem w innym miejscu, jak się okazało trudniejszym. Jakoś dałam radę. Dobrze, że dwunastka była przy źródełku, bo po tych okołojedenastkowych przeprawach cała byłam w błocie, mogłam więc umyć chipa i kompas.
Do trzynastki nie chciało mi się biec naokoło. Stwierdziłam, że jak dałam radę z jedenastką, to wdrapanie się na skarpę będzie drobnym spacerkiem. Taka zadziorna się zrobiłam. Niestety, nie doceniłam roślinności - krzaków, powalonych drzew, gałęzi pod nogami. Omijałam i omijałam te przeszkody coraz bardziej oddalając się od celu... Ale na szczęście wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija, więc i skarpa w końcu się skończyła i wyszłam do cywilizacji. Punkty od 13 do 16 były już w terenie typowo miejskim - proste, łatwe i przyjemne.
Siedemnastka była w połowie skarpy, przy alejce. Można było polecieć na azymut, ale schodzić ze skarpy po niewiadomoczym, albo polecieć naokoło - na dół schodami, a potem pod górę, ale alejkami. Miałam już dość łażenia po skarpowych krzakach, więc wybrałam wariant dłuższy. Okazało się, że kompletnie bezsensownie, bo po tej skarpie schodziła bym kawałeczek i bez żadnych krzaczastych problemów. No szkoda, szkoda...
Osiemnastka była już na płaskim, przy placu zabaw chyba, blisko bloku, więc znowu wyszliśmy do cywilizacji. Fajna była dziewiętnastka i dwudziestka - w żywopłotach pozakręcanych tak fikuśnie, że punkt był na wyciągnięcie ręki, tylko żywopłot nie wpuszczał.
 
Przy PK 19 (fot. z FB organizatora)
 
Jak widać na fotce, do mety dobiegłam w postaci zmokłej kury i praktycznie można mnie było wykręcać. Dobrze, że część ubrań zostawiłam w namiocie i mogłam się chociaż od góry przebrać w suche. Dłuższą chwilę czekałam na powrót Tomka, a potem oboje wypatrywaliśmy Agaty. Byłam pewna, że Agata odpuści część punktów, a ta skubana przyniosła wszystkie i jeszcze na jedenastkę poszła inteligentniej niż ja. Za to ja byłam szybsza:-)
I co? Myślicie, że mi się nie podobało, bo ciężko i pogoda do d....? Ha! Wręcz przeciwnie! To były jedne z fajniejszych zawodów, w jakich brałam udział.

czwartek, 2 lipca 2020

WOR 4 w morderczym upale.

W niedzielę od rana biło z nieba żarem i zamiast zastanawiać się co na siebie włożyć, intensywnie myślałam czego na siebie mogę nie wkładać, żeby jednak zachować jakieś minimum przyzwoitości. Bo tak całkiem bez niczego chyba by nie przeszło. Biegać mieliśmy po mieście, więc na cień nie było co liczyć.
Znowu ambitnie zapisałam się na trasę "profesjonaliści" chociaż z moim profesjonalizmem to tak różnie bywa - vide kilka poprzednich zawodów. Na start przeszliśmy sobie przez metę usytuowaną na górce. Czyli finisz zapowiadał się ciężko.

Zaczynamy od mety:-)

Na trasę ruszyłam jako jedna z pierwszych, bo była luka, a do mojej minuty startowej masa czasu, który musiałabym spędzić na słońcu. Od razu pobiegłam nieoptymalnie, bo zasugerowałam się moim przedbiegcą, zamiast dokładnie obejrzeć mapę. Dużo nie nadłożyłam, ale zawsze. Dodatkowo już przed pierwszym punktem wpadłam nogą w jakąś dziurę w trawniku i grzmotnęłam jak długa. Poderwałam się jeszcze szybciej niż padałam, bo w zasięgu wzroku miałam lampion.
Do jedenastki szło dobrze. Nawigacyjnie dobrze, bo z bieganiem w tym gorącu to różnie było. Jak już miałam mroczki przez oczami to przechodziłam do marszu:-). Od jedenastki prawidłowo dobiegłam do przejścia między dwoma blokami i dlaczego potem zamiast w lewo, pobiegłam w prawo - do teraz nie mogę pojąć. Najwyraźniej to musiało być słynne kobiece "drugie lewo". Co ciekawe, jeden z zawodników zrobił ten sam manewr i kiedy dobiegłam, stwierdził, że pięć minut już szuka i nigdzie nie ma lampionu. Swoją obecnością utwierdził mnie, że jestem w dobrym miejscu, więc nie patrzyłam na mapę, a trzeba było. Zaczęłam systematycznie powiększać obszar poszukiwań i w końcu trafiłam we właściwe miejsce, choć wciąż byłam przeświadczona, że lampion źle wisi. W związku z tym przez chwilę miałam problem z ruszeniem na trzynastkę, bo coś mi nie grało. W końcu zorientowałam się w czym rzecz i poleciałam dalej. Szkoda tylko, że na mapie nie sprawdziłam czy lampion wisi wewnątrz, czy na zewnątrz ogrodzenia.... Oczywiście, że wisiał wewnątrz i popatrzywszy zza płotu na niego tęsknym wzrokiem, musiałam oblecieć spory budynek dookoła.

Walka z dwunastką i trzynastką.

Ponieważ straciłam dużo czasu na tych dwóch nieszczęsnych punktach, usiłowałam nadrobić stratę szybszym tempem. Oczywiście od razu się to na mnie zemściło, bo szybkie bieganie w upale nie jest jednak wskazane dla starszych pań. W efekcie między końcowymi punktami już tylko człapałam, ale starałam się to przynajmniej robić żwawo:-)

Ostatni punkt podbity.

Ostatni zryw zrobiłam przed metą. Uparłam się, że wbiegnę na górkę choćbym potem miała wyzionąć ducha. I po prawdzie to niewiele brakowało.

Aż musiałam się położyć.

W porównaniu do ostatnich leśnych zawodów, to poszło mi całkiem dobrze. Fakt - skopałam dwunastkę koncertowo, ale przecież mogłam skopać jeszcze z pięć innych punktów, a nie zrobiłam tego:-) No i nie byłam ostatnia. Wyprzedziłam całe dwie osoby:-)
Cóż - jaki zawodnik, takie sukcesy.

sobota, 13 czerwca 2020

Warsaw Orient Races w Lesie Bielańskim, czyli rozmiękczenie mózgu.

Pogoda to już doszczętnie zwariowała z tą temperaturą. Męczę się nawet kiedy leżę, a tu codziennie jakieś bieganie, no i jak odpuścić, kiedy potem człowiek by żałował i pluł sobie w brodę, że został w domu.
Na sobotnie bieganie w Lesie Bielańskim zaopatrzyłam się w okulary przeciwsłoneczne, dwa bidony wody i mocne postanowienie przebycia trasy marszem, a nie biegiem. Tak - planowałam przeżyć.

W kolejce po czip - Agata jeszcze nie ma własnego.

Półgodzinne oczekiwanie na swoją minutę startową najwyraźniej zdążyło rozmiękczyć mi mózg, bo już ze startu pobiegłam złą ścieżką. Pobiegłam, bo chciałam zrobić dobre wrażenie, ale jak tylko weszłam w krzaki, to przeszłam do marszu. Kierunek, w którym podążałam podobał mi się coraz mniej i w końcu postanowiłam coś z tym zrobić. Odbiłam w lewo i doszłam do drogi biegnącej przynajmniej w słusznym kierunku, a czy właściwej, to tak do końca nie wiedziałam. Lampion jednakowoż wisiał tam, gdzie się go spodziewałam i w końcu odetchnęłam z ulgą. Nie na długo niestety. Do dwójki postanowiłam iść na azymut. Pewnie że dało się ścieżkami, nawet byłoby wygodniej i jak się okazało szybciej, ale jako gorliwy wyznawca świętego Azymuta, nie mogłam przecież postąpić tak haniebnie. Kompas kierował mnie coraz bardziej na wschód, chociaż widziałam, że inni aż tak daleko nie biegną i znikają gdzieś wcześniej. No, ale azymut.... Doszłam do skarpy, obejrzałam sobie z góry jezdnię i tak częściowo wiedziałam gdzie jestem, Tak w płaszczyźnie północ-południe, bo w tej drugiej, to mogłam być wszędzie, jako że mapa nijak nie pasowała do terenu. Ponieważ zapomniałam włączyć zapisywanie śladu, nigdy nie dowiem się jakież to ścieżki zwiedzałam przez dziesięć minut, kiedy to zupełnie przypadkiem natknęłam się na lampion i ku mojemu zdumieniu okazało się, że to ten właściwy. A byłam pewna, że summa summarum wylądowałam przy trójce. Ponieważ do właściwej trójki od dwójki prowadziła ścieżka, to nie udało mi się nic ciekawego wykombinować. Do czwórki można było wrócić się na dwójkę i dalej ścieżkami praktycznie na miejsce, albo przebić się przez jar z resztką strumienia na dole i dopiero dalej wejść na ścieżkę. No jak myślicie? Który wariant wybrałam? Oczywiście, że przebiłam się jarem. I wtedy w ogóle nie wydawało mi się to bezsensowne.
Do piątki i szóstki ścieżki narzucały się same, więc nie kombinowałam, do siódemki leciałam obok ścieżki, po trawach, no bo ile można tak normalnie, ale za to do ósemki, choć mogłam na azymut, to ruszyłam ścieżkami. Taka jestem! Przy ósemce i dziewiątce kręciło się sporo luda i wystarczyło patrzeć, gdzie idą - mapa nie była potrzebna. Aż do dwunastki jakoś szło i zasadniczo trzymałam się ścieżek, bo mój kompas też dostał rozmiękczenia mózgu i co chwilę pokazywał tak abstrakcyjne kierunki, że byłam pewna, że już po nim. Tomek  na mecie powiedział, że jego kompas miał podobne objawy, więc najwyraźniej zawody odbywały się na terenie anomalii magnetycznej. No, chyba, że to jakaś nasza anomalia rodzinna.
Z dwunastki na trzynastkę był dość długi przebieg , a ponieważ po ścieżkach, więc nawet coś tam próbowałam podbiegać. Nie dało rady - po każdym przyspieszeniu coś mnie słabiło, a nie chciałam zaśmiecać lasu swoimi zwłokami. Szłam więc sobie statecznie, do tego robiąc postoje, żeby się napić czy polać wodą. Od trzynastki punkty były ustawione tak, że znowu trzeba było nawrócić się na Azymuta, to znaczy mi się tak wydawało, bo na przykład Agata całą trasę zrobiła po ścieżkach.  Ale ja to nie lubię iść na łatwiznę:-) No właśnie - Agatę spotkałam przy PK 18. Startowała dziesięć minut przede mną i byłam pewna, że dopadnę ją znacznie wcześniej. Ponieważ obie nie biegałyśmy, więc najwyraźniej jej strategia okazała się lepsza. Od osiemnastki usiłowałam jej uciec i nawet trochę biegłam, ale dopadła mnie znowu przy ostatnim punkcie i razem dobiegałyśmy do mety.Dałam się wyprzedzić, a co tam...

Agata dopadła stojaka parę sekund przede mną.

Taaak... podbicie mety to był jeden ze szczęśliwszych momentów całego dnia. Nie żebym żałowała udziału - co to, to nie! Nigdy w życiu! Ale jednak wolę kiedy bieg na orientację rzeczywiście biegnę, a nie tylko walczę o przetrwanie.

Na koniec pamiątkowa rodzinna fotka.


Z Agaty strony zawody wyglądały tak:

Rodzice znowu namówili mnie na udział w BnO, tym razem w Lesie Bielańskim. Do tego bez mojej wiedzy zapisali mnie na dłuższą trasę niż na poprzednim etapie na Polu Mokotowskim. Ale za to tym razem zabrałam na trasę butelkę wody. 
Mama biegła tę samą trasę co ja (Zuchwali), ale startowała 10 minut po mnie i spodziewałam się, że dogoni mnie najpóźniej na 2 punkcie (ale jak się potem okazało zdążyła się zgubić zaraz po starcie). Droga do 1 punktu była prosta, chociaż w pewnym miejscu przestały mi się zgadzać ścieżki. Skrzyżowanie było jakoś za blisko, więc w końcu pobiegłam dalej i faktycznie po prostu na mapie chyba nie było naniesionej jednej ze ścieżek. 
Droga do 2 punktu też była prosta, dopiero punkt 3 był trudniejszy do znalezienia, bo zamiast pójść ścieżką jak cywilizowany człowiek, to poszłam dołem wielkiego doła pełnego błota i idąc za jakimiś innymi biegaczami wyszłam z doła nie z tej strony co trzeba i musiałam do punktu lecieć naokoło. Kolejne punkty były łatwe do znalezienia – prawie wszędzie prowadziły ścieżki, a lampiony były dobrze widoczne z daleka. Czasem nawet próbowałam biec, ale nie mam kondycji, więc bieganie szło tak sobie. Dopiero punkt 18 sprawił mi problem. Dojście do niego z 17 nie powinno być trudne, ale utknęłam w krzakach. Potem próbowałam obejść te krzaki, ale z marnym skutkiem, więc w końcu wróciłam na ścieżkę i poszłam szukać tego punktu od drugiej strony, gdzie natknęłam się na mamę. Mama poleciała dalej, a ja zebrałam 18 i powoli poszłam po 19. Przy 20 znowu natknęłam się na mamę, ale tylko mignęły mi jej plecy, jak znowu wbiegała w krzaki. Do 21 poszłam kulturalnie ścieżką i na punkcie znowu spotkałam mamę. Potem zostało już nam tylko dotarcie do mety.

wtorek, 9 czerwca 2020

Warsaw Orient Races - nowy cykl zawodów miejskich.

Kiedyś musiało się to w końcu wydarzyć. Po rozluźnieniach epidemiologicznych imprezy zaczęły mnożyć się jak króliki w Australii i planując niedzielne bieganie stanęliśmy przed trudnym wyborem: Warsaw Orient Races czy Letnie Zawody Kontrolne???? Ani logistycznie, ani kondycyjnie nie byliśmy gotowi na obskoczenie obu i trzeba było decydować co odpuszczamy. A jedno kusi i drugie nęci. W końcu zwyciężyła ciekawość - postanowiliśmy przetestowań nowiutki cykl: WOR. Przy okazji była to możliwość przypomnienia sobie jak wyglądają mapy"miejskie", bo przecież wraca też Szybki Mózg, a tu człowiek taki bardziej leśny się zrobił. Na bieganie po Polu Mokotowskim skusiła się też Agata i tym sposobem nasza rodzina obsadziła aż trzy trasy - spacerowa, zuchwali i profesjonaliści.
 
W oczekiwaniu na start.

Pierwszy na trasę ruszył Tomek, potem Agata, a ja na końcu, chociaż cały nasz start rozegrał się w ciągu trzech minut. Już po kilku metrach wiedziałam, że nie jest dobrze. I bynajmniej nie chodziło mi o problemy ze znalezieniem punktu, czy jakieś gubienie się. Po prostu z gorąca i duchoty dech mi zaparło i cały człowiek odmówił biegania. Przysięgam - starałam się biec niczym rącza łania, ale kto widział łanię w środku miasta? Bardziej przypominałam raczej zdychającego hipopotama (niby też w sumie rzadko widywany na Polu Mokotowskim). Dodatkowo już po kilku minutach biegu pot zaczął zalewać mi oczy, szczypało, więc łzy płynęły ciurkiem i jak tu w takich warunkach patrzeć na mapę? Co chwilę musiałam się zatrzymywać i wycierać oczy, a miałam ze sobą jedną jedyną chusteczkę.
Początek nawigacyjnie poszedł dobrze, ale po trójce moja wrodzona oraz zapłakana od potu ślepota nakazała mi biec naokoło do czwórki, bo nie mogłam wyślipić czy na skróty jest przejście, czy nie. Wolałam nie ryzykować spotkania ze ślepym zaułkiem, ale oczywiście post factum dowiedziałam się, że przejście było. Dobiegając do czwórki zauważyłam Tomka biegnącego w stronę bramy, co do której znowu miałam wątpliwości, czy da się ją sforsować w drodze na piątkę, ale skoro tam leci, to i ja też. Udało się.
Do szóstki był okropnie , ale to okropnie długi przebieg. I co z tego, że cały czas prostą ścieżką? Nie dałam rady i sporą część trasy pokonałam marszem. Mało tego - zastanawiałam się, czy by gdzieś na chwilę nie przysiąść lub wręcz się położyć i odpocząć.
Przy ósemce się trochę pogubiłam. Punkt miał być w środku gęstych krzaczorów i tak szukałam dogodnego wejścia, no tak szukałam żeby nie znaleźć. Kolega z innej trasy też szukał, to tak się trochę podpięłam pod niego, bo w razie czego zrobiłby mi ścieżkę w pokrzywach:-) W końcu udało się, chociaż jakoś ustawienie tego punktu nie przemawiało do mnie. Ale ostatecznie nie musi. Z tej nieprzemawiającej ósemki azymutem pobiegłam (poszłam) na dziewiątkę i wyniosło mnie na sąsiedni budynek. Może jednak słusznie ósemka nie przemawiała?

Ósemkowe zawirowania.

Dziesiątkę było widać już z daleka i jakoś się do niej doczołgałam, ale najwyraźniej przestawałam już logicznie myśleć, bo jedenastki szukałam na sąsiedniej górce (taka tam górka - większa kupa ziemi) chociaż wystarczyło się rozejrzeć, żeby wiedzieć, że to nie tam. Ale człowiek zmęczony, to nie ma siły nawet podnieść głowy.
Do piętnastki szło dobrze, a potem nastąpiło kolejne zaćmienie umysłu. Nawet dobrze zaczęłam biec do szesnastki, ale nie wiedzieć czemu pominęłam ją i poleciałam na siedemnastkę. A nie! Wiem dlaczego! Z krzaków z siedemnastką wyłonił się Przemek i tak odruchowo na jego widok wlazłam sprawdzić, co też on tam znalazł. Dobrze, że tknęło mnie sprawdzić kod. Wróciłam więc pokornie po szesnastkę, która wisiała przebiegle od tyłu drzewa i wcale nie rzucała się w oczy. Całe to bieganie między punktami odbywało się nad brzegiem jeziorka, w którym taplały się gromadnie pieski i co rusz wpadały mi pod nogi. Na szczęście nie doszło do większej kolizji.


Od punktu do punktu.

Reszta trasy poszła poprawnie, choć dziewiętnastki mało nie przebiegłam, bo tak się rozpędziłam, a do dwudziestki zupełnie niepotrzebnie poleciałam wąziutką ścieżką przez krzaczory, ale co kto lubi.
Na metę dotarłam ledwo żywa, cała mokra i jedyne co chciałam zrobić to położyć się i umrzeć. Ale gdzie tam? Tomek od razu pogonił mnie do rozciągania się i tyle mojego odpoczynku.

Jak dobrze, że to już koniec!

Żeby nie ta koszmarna pogoda, to byłoby całkiem przyjemne bieganie, bo trasa i miejsce fajne, ale też trudno mieć o pogodę pretensje do organizatorów. Upał najwyraźniej wszystkim dał się we znaki, bo wcale nie byłam ostatnia, mimo, że sporą część trasy po prostu przeszłam.
W profesjonalistach zaś nastąpił totalny pogrom, ale to za sprawą  blisko siebie postawionych punktów z dwóch różnych tras. Chyba z połowa zawodników nadziała się na stowarzysza i tym sposobem mają nie zaliczony bieg. Tomek okazał się czujny i zaliczył wszystko prawidłowo, a Agata była trzecia na swojej trasie.