wtorek, 17 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap II


"I like π" - zatytułowany był drugi etap manewrów. Po obejrzeniu mapy zadecydowałam: I don't like π! Czytałam opis do mapy, ale jak zawsze nie byłam w stanie nadążyć za tokiem myślenia D. W. - budowniczego etapu. Ten to się zawsze musi nażreć jakichś świństw przed robotą:-( I nigdy się nie podzieli, sknerus!
Przy niebieskich i purpurowych kropkach, które przy słabym świetle i bez okularów wyglądały identycznie - poddałam się. T. przeprowadził indywidualne konsultacje w sprawie opisu i coś tam zrozumiał.
Ruszyliśmy.
Na początek LOPka, więc żadne cudo, zebraliśmy co było do zebrania, przeszliśmy przez rzeczkę i rozpoczęli atak na PK A. Nawet udało się znaleźć, aczkolwiek nie mogę przypisać sobie tej zasługi. T. widząc ogrom mojego zagubienia zarządził cięcie i klejenie mapy, żebym chociaż troszkę wiedziała gdzie i po co idę (poza aspektem towarzyskim). Zupełnie nie wiem dlaczego nie zrobiliśmy tego w bazie, przy świetle i na stoliku. Inni robili. Trochę rozjaśniło mi to obraz sytuacji, ale mój bunt przeciwko pi zdążył się już ugruntować.
Zeszliśmy między nóżkami do drogi (między nóżkami pi oczywiście), co niby miało mi ułatwić orientację. Tak sobie szliśmy tą drogą, ciemno, nic nie widać, a T. wypatrzył, że jesteśmy w okolicy pi orto. Uwierzyłam, bo co mi zależy i poszliśmy zgarnąć L, K, O i P. Po drodze już drugi raz na tym etapie spotkaliśmy A. K. Jak A. K. się gdzieś kręci to znaczy, że i punkty muszą być w okolicy. Spotkanie podniosło mnie na duchu - nie jesteśmy zgubieni w tym wielkim, ciemnym lesie!
Koniecznie chcieliśmy znaleźć punkt C, będący jednocześnie punktem T. Wydawał się tak charakterystyczny, że trudny do przeoczenia. A jednak! Po przeczesaniu kilku hektarów odpuściliśmy sobie. Mi zresztą nie zależało aż tak, żeby w lesie spędzić noc do rana. W ramach rekompensaty znaleźliśmy sobie E.
T. wciąż kusił ten zagubiony punkt. Zarządził nowe poszukiwania. Zagryzłam zęby i ruszyłam za nim. Jak się później okazało byliśmy już bardzo blisko i zabrakło nam dosłownie kilkudziesięciu metrów. Pierwszą napotkaną górkę nazwaliśmy więc sobie C-T w nadziei, że jeśli to nie ta prawdziwa, to chociaż stowarzysza da się z niej zrobić.
W ramach zbierania stowarzyszy, w drodze powrotnej zmieniliśmy właściwe A na stowarzyszone, bo taką mieliśmy fantazję. A kto nam zabroni?
Na koniec jeszcze druga LOPka i wreszcie baza. Godzina trzecia.  Po siedmiu godzinach w lesie (oba etapy) byłam tak wygłodzona, że bez względu na abstrakcyjną porę zarządziłam ... no właśnie - kolację, śniadanie? A nie! O tej porze, to podkurek. O! I tym sposobem miałam dwie imprezy w jednej:-)
Widok łóżka wyjątkowo mnie rozczulił, przylgnęłam do niego i miałam nadzieję, że do przyszłego wieczora nikt mnie z niego nie wyciągnie.

Ciąg dalszy o tym, jak bardzo się myliłam, już niedługo...

poniedziałek, 16 marca 2015

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - etap I

Miałam już nigdy w życiu (a przynajmniej w najbliższej pięciolatce) nie iść na TZ, ale ponieważ przygotowywaliśmy jedną z tras TU, a TP to już przesada, nie pozostało nic innego jak złamać przyrzeczenie i na chwilę stać się tezetką, choćby i taką niedorobioną.
Wieczorem, razem z innymi startującymi zeszliśmy do jadalni...


... a tam starty na wszystkie możliwe trasy przewidziane na piątkową noc. Jako pierwszy trafił nam się etap "Łowicka wycinanka". Etap z gatunku: "nie kombinuj, tylko szukaj w lesie", więc od razu po przeczytaniu opisu wyszliśmy. Teoretycznie nie wyglądało to źle - był schemat trasy z naniesionymi miejscami przybliżonego pobytu PK, więc przynajmniej było wiadomo jak wrócić do bazy. 

Punkt pierwszy udało się przypasować już po kilku przemarszach wzdłuż drogi startowej i po jednym wejściu w las w niewłaściwym miejscu. Samo znalezienie lampionu też chwilę trwało, bo zupełnie nie wiem z jakiego powodu ktoś zadecydował, że Nocne Manewry muszą się odbywać nocą, kiedy nic nie widać. W każdym razie zgarnęliśmy zielone M i ruszyli dalej, do kolejnej kropki. Jakieś rowy towarzyszyły nam w drodze, więc zaznaczyliśmy D. Znowu na kolejną kropkę i znowu rowy. Musieliśmy wybrać kwiatka z zieloną obwódką i po dyskusjach, aczkolwiek bez stuprocentowego przekonania zdecydowaliśmy się na I. Kolejne rowy zasponsorowała nam literka A, a po A natrafiliśmy na kolejne I.To I w terenie wyglądało lepiej niż poprzednie i tym sposobem na naszej trasie było 2xI. A co sobie będziemy żałować?!
W drodze na kolejną kropkę spotkaliśmy konkurencję w postaci A. P. i W. M., która to konkurencja szła na wspak i większość trasy miała już za sobą. I co gorsza, o tej większości wyrażała się bez większego entuzjazmu. H jednak okazało się całkiem łatwe do znalezienia, zaś S musiało być S, bo nic innego nie szło tam dopasować. 
Potem dotarliśmy do muru. Za murem niewątpliwie była jakaś cywilizacja, a do cywilizacji bardzo już tęskniłam, bo nocny las to jednak najfajniejszy jest we wspomnieniach, a nie kiedy jest się w nim realnie. Niestety, do cywilizacji nie było wstępu, a że nie było też żadnego lampionu, więc przyjęliśmy, że jest to kwiatek bez PK.
Po chwili marszu dotarliśmy nad rzekę.Co prawda wybór kwiatków z zaznaczoną rzeką nie był duży, jednak chwilę trwało zanim ustaliliśmy zeznania i zaznaczyli L. Po L z układu dróg przypasowaliśmy F, a ponieważ F było niebieskie, kolejny punkt musiał być zielony. Musiał, ale nie chciał. Uparliśmy się, że wpasujemy tam PK K. Próbowaliśmy je znaleźć naszą wypróbowaną metodą - ja robię za świecący znacznik na drodze, a T. czesze wielkopowierzchniowo (jak to ktoś ujmująco nazwał w komentarzu do rocznej oceny imprez).
Tak czesząc bezskutecznie, w końcu natrafiliśmy na śmieszny punkcik z telewizorem. To pewnie dla tych, co zgubili kompas i muszą jakoś wyznaczyć kierunki świata, a wiadomo, że anteny satelitarne najczęściej skierowane są na południe. Z oglądu krajobrazu (o ile w środku zamglonej nocy można mówić o jakimkolwiek oglądzie) wyszło nam, że to musi być B. I to bez względu na to, że B jest niebieskie i F też było niebieskie. Może budowniczy się pomylił - rozmarzyliśmy się. 
K nie dawało nam spokoju - gdzieś przecież musiało być. Znowu zastosowaliśmy czesanie i w końcu T. znalazł coś K-podobnego. Kto wie, może nawet i to właściwe.
Został nam ostatni punkcik, drogą eliminacji wychodziło, że C. Nie chcąc przedzierać się na azymut, postanowiliśmy iść naokoło drogą. Na czasie i tak nam nie zależało, bo wszelkie przewidziane limity przekroczyliśmy już dawno, dawno temu. Drogą oczywiście zniosło nas za daleko na zachód i musieliśmy nadłożyć więcej drogi niż zakładaliśmy. Ale odpuścić punkt? W życiu! Toż myśmy tam nie na wynik poszli, tylko dla przyjemności! Chwilami wątpliwej przyjemności, ale umówmy się, że tak. 
Spokojnym krokiem udaliśmy się na metę spotykając po drodze tych, którzy już po odpoczynku wyruszyli na swoje drugie etapy.

etap 2 nastąpi ....

XIX Nocne Manewry XXIV M P w Nocnych Marszach na Orientację - ostatnie przygotowania

Do Bud Grabskich wyruszyliśmy w piątek bladym świtem koło dziesiątej. Dumni i bladzi, że załapaliśmy się na współorganizację tak prestiżowego wydarzenia, nie byliśmy w stanie dłużej usiedzieć w domu. Zresztą dostaliśmy misję specjalną do wykonania - odbiór materiałów promocyjnych z urzędu miasta w Skierniewicach. Po drodze nasza misja rozrosła się jeszcze o dokonanie zakupu różnych niezbędnych rzeczy typu koszulki na mapy czy musztarda po obiedzie i papier w taśmie:-)
Na miejsce podjechaliśmy niemal równocześnie z dwoma samochodami innych organizatorów, chociaż wcale nie umawialiśmy się co do godziny przybycia.
Po zasiedleniu przydzielonego pokoju, wszyscy rzucili się do prac przygotowawczych, tak żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik z chwilą pojawienia się pierwszych uczestników imprezy.
Troszkę dla rozgrzewki polatałam na miotle, bo nanieśliśmy od razu masę błota (eh, ta aura) i razem z T. rozwiesiliśmy bannery:

Potem przygotowałam zestawy materiałów promocyjnych dla każdego uczestnika:

W sekretariacie doszło do drobnych różnic zdań, ale już po chwili współpraca układała się dobrze:

D. i T. pod światłym przewodnictwem Z. poustawiali w jadalni krzesła i stoły:


Wreszcie zaczęło się!
W drzwiach pojawili się zawodnicy:


Jedni zainteresowani byli zaliczeniem trina i zasięgali języka w tej materii, inni - po zweryfikowaniu i nabyciu odznaki - pękali z dumy:


Ale najważniejsze i tak miało zacząć się dopiero wieczorem ...

środa, 11 marca 2015

Warszawa Nocą

Już wiem, że nie lubię startów masowych.
W ogóle nie lubię tłumów koło siebie, a tu na małej przestrzeni stłoczono ponad dwieście osób, co może i wyglądało fajnie dopóki całe towarzystwo stało sobie spokojnie.
Na dany znak wszyscy ruszyli. Bałam się zatrzymać, żeby obejrzeć mapę, bo nawet każde zwolnienie już groziło stratowaniem. Biegłam więc nie wiedząc gdzie, za tłumem, starałam się tylko nie stracić T. z oczu, bo jak ginąć to razem.
T. tym razem nie pobiegł za profesjonalistami tylko okrężną, bo okrężną drogą, ale na nasz punkt. Nawet wyprzedziłam go na ostatniej prostej i pierwsza z całej stawki odpipałam się. T. pipnął i pobiegł zanim ja zorientowałam się na mapie gdzie jestem. Ale, co tam mapa! Biegusiem za T., bo strach tak zostać w obcym miejscu. Wiedziałam, że długo nie dam rady go gonić i strachu starczyło mi tylko do trzeciego punktu.
Zzipana i tak nie mogłam biec dalej, więc postanowiłam w końcu obejrzeć mapę. Dziki tłum wciąż kłębił się dookoła, tylko teraz w różnych kierunkach. Dezorientowało mnie to strasznie. W akcie desperacji przypomniałam sobie wszystkie wiadomości z wczorajszego kursu i postanowiłam je zastosować w praktyce. Wzięłam więc kompas, mapę i jak było mówione, ustawiłam północ mapy zgodnie z północą na kompasie. Pobiegłam we wskazanym kierunku, chociaż teren zgadzał mi się tak średnio z mapą. Punktu nigdzie nie było.Wróciłam więc na trójkę i dwukrotnie powtórzyłam operację. Kompas uparcie kierował mnie w tę samą stronę. No, najwyraźniej się zepsuł! A olać kompas! Pobiegłam jak mi zdrowy rozsądek podpowiadał, chociaż najbardziej to miałam ochotę lecieć już na metę. Trzeba by było jednak wiedzieć gdzie. To już łatwiej było w tę stronę, gdzie większość.
Piątkę i szóstkę udało się znaleźć bez większych problemów, chociaż te wszystkie bloki wyglądają identycznie i co rusz miałam wrażenie, że przy tym to już na pewno byłam i to co najmniej z dziesięć razy. 
Na szóstce nieopatrznie postanowiłam sprawdzić czy kompas się aby nie naprawił, co kosztowało mnie prawie sześć minut. Nie naprawił się:-( 
Do siódemki doprowadziły mnie jakieś dzieci, ósemkę przebiegłam i musiałam wracać, a w drodze na dziewiątkę zapomniałam na jaki punkt mam iść. Normalnie czarna dziura. W marszach to jednak lepiej, bo sobie można na karcie sprawdzić, a tu co? Mogę sobie pipać do upadłego, a nic się nie dowiem:-( Trzy razy wracałam na ósemkę i co doszłam, to przypominało mi się, że tu już byłam. A potem w swojej ślepocie parkingi wzięłam na drugi pas jezdni i dziewiątka wyszła mi po drugiej stronie drogi. Przedarłam się więc przez ulicę i kiedy tylko postawiłam nogę na chodniku, olśniło mnie, że przecież - nie! Dziewiątka jest po pierwszej stronie ulicy. 
Od dziewiątki poszło już łatwo, bo odpuściłam sobie bieganie, a marszem to jest czas i na obejrzenie mapy i terenu i dopasowanie jednego do drugiego. Tak gdzieś koło dziewiątki przypomniało mi się o kciukowaniu. Żebym nie była taka zła na siebie, to chyba umarłabym za śmiechu. Po pierwsze strzałkę na paznokciu wymalowałam sobie na lewej ręce, bo malować umiem tylko prawą, a zgadnijcie - w której ręce trzymam mapę? W prawej oczywiście, więc lewy kciuk był mi zupełnie nieprzydatny. To teraz można zgadywać ile razy obróciłam mapę w rękach? Będzie tak z 3624 razy! Nie ma opcji żeby trzymać tę mapę z kciukiem i to cały czas jeszcze zorientowaną. No, nie ma!
Na mecie czekał T., już zdenerwowany, że mnie nie ma i nie ma i rozważał warianty poszukiwań. Ale wiadomo - złego diabli nie biorą, więc i ja się znalazłam.
Po biegu, dla relaksu, zaliczyliśmy jeszcze Górkę Kazurkę i prawie udało nam się wbiec na nią. Tym sposobem zdobyliśmy ostatni punkt trino - Ursynów Południowy. 
Nie ma to jak trino - idzie sobie człowiek sam lub w małej grupie, nie ma presji, że inni biegną jak szaleni, więc i ja muszę, nikt nie potrąca, nie popycha - jednym słowem: luksus.



Kurs OInO - zajęcia drugie.

"Potyliczka politycznego Politechniczka" - znowu D. coś zażywał tworząc trasę szkoleniową na kurs. Na szczęście nie odbiło się to na poziomie trudności i otrzymaliśmy coś między kategorią TF a TP :-)
Na początek przećwiczyliśmy tworzenie tramwaju - ja, T. i A. Każde coś tam wniosło do ogólnego dorobku i chyba podział zadań był sprawiedliwy. Przynajmniej z mojego punktu widzenia, bo nie wiem czy A. była zachwycona rozpracowywaniem zadania drugiego:-)


Ja tradycyjnie poległam na ortofotomapie - bynajmniej, nie z powodu braku umiejętności, tylko z braku okularów.
Po przejściu trasy zaliczyliśmy jeszcze wykład, który bardzo przydałby się nam rok temu, bo teraz to już musztarda po obiedzie. Chociaż nie do końca. A. K. zaproponował ciekawą metodę śledzenia mapy - tzw. kciukowanie. Muszę przy najbliższej okazji wypróbować. Już sobie nawet pożyczyłam od A. lakiery do paznokci, żeby ładną strzałkę wymalować na kciuku. Waham się jeszcze tylko, czy strzałka ma być czarna, czerwona, czy różowa.





niedziela, 8 marca 2015

Budy Grabskie - rekonesans

Nie udało mi się załapać na pierwszy rekonesans, ale dzisiaj wreszcie dotarłam.
No bo w ogóle - jak ktoś nie wie - to robimy z T. trasę na Nocne Manewry. To znaczy T. bardziej ją robi, a ja służę jako obiekt kontrolny, na którym on testuje swoje pomysły. Jednym słowem - gdyby nie ja, to trasy TU nie przeszliby nawet najlepsi tezetowcy. Wybijam T. z głowy różne dziwne pomysły i udowadniam na własnym, żywym organizmie, co normalny człowiek jest w stanie ogarnąć, a czego nie. Ponadto czuwam nad opisami słownymi mapy i jej estetyką. A dzisiaj w terenie oglądałam miejsca, gdzie będę wieszać swoją część lampionów. Obejrzałam dokładnie każde drzewko i każdy krzaczek, na którym powieszę PK lub PS (duuużo PS) i nawet chciałam je sobie jakoś oznaczyć, ale nie pomyślałam o wzięciu wiaderka farby:-( Może jednak jak się udało raz trafić, to i drugi się uda?
Zrobiliśmy nawet test estetyki wiszenia lampionów.
Zastanawialiśmy się, czy ładniej będzie tak:

Czy raczej tak: 




Opcja pionowa chyba bardziej nas ujęła, chociaż T. twierdzi, że na trzech różnych drzewach można powiesić PS, PK i PM, a na jednym, to już będzie przesada.


Zastanawialiśmy się, czy to drzewo będzie wystarczająco charakterystyczne:




 Planowaliśmy też trudne przejścia przez naturalne przeszkody:


A tu będzie punkt G. Trochę gorąco się przy nim zrobiło.


T. uprawiał sylwoterapię:


Dla tych, którzy lubią się posilić na trasie, rozstawilismy paśniki:


A wszystkim śmiałkom z trasy TU - krzyżyk na drogę!



sobota, 7 marca 2015

WesolInO 5

Ledwo zdążyłam polubić WesolInO, a ono już się skończyło:-(
Dzisiaj odbyła się ostatnia runda. Trasa nieznacznie zmieniona, ale tyle już się napatrzyłam w te mapy, że nie robiło mi to żadnej różnicy.
Ruszyliśmy razem z T. równocześnie, w tym samym kierunku, chociaż nie do tych samych punktów. Tym razem postanowiłam, że nie będę usiłowała dotrzymywać mu kroku, bo znowu skończy się to padnięciem na pysk. Tak więc chwilę po starcie obejrzałam jego tyły i swoim wolnym tempem (aczkolwiek wciąż biegiem) zaatakowałam punkt pierwszy - dla mnie nowość, aczkolwiek niewiele oddalona od tradycyjnego położenia jedynki. Dwójka za to jak zawsze niedaleko szałasu, więc niewiele miałam do szukania. Na trójkę azymutem, nie spiesząc się, ale też nie marudząc.Czwórka to tam, gdzie się poprzednio zapędziłam źle policzywszy drogi, ale lekcje z arytmetyki odrobione i trafiłam bezbłędnie. Skoro kompas tak dobrze prowadził to i resztę drogi postanowiłam mu wierzyć. Do piątki doprowadził, ale potem zaczął zachowywać się dziwnie - on pokazywał swój kierunek, mapa mówiła coś innego, a ja krakowskim targiem pobiegłam wypadkową tych dwóch wskazań. I co? Zgubiłam się?. A chała! Wyszłam dokładnie na punkt! Siódemkę widziałam z okien samochodu jadąc do bazy, wiedziałam więc, że wystarczy dobiec do szosy i lecieć w stronę centrum. Patent się sprawdził. Na ósemkę to już tylko marszem i to niespecjalnie szybkim, ale pod górkę miałam (dobrze, że bez wiatru w oczy). Potem kawałek w dół, chyba tylko po to żeby do dziewiątki znowu lecieć pod górę. Jakieś złośliwe te organizatory. Od dziewiątki do mety tym razem wyjątkowo nie leciałam naokoło tylko optymalnie wzdłuż drogi, przez boczny parking i boczne wejście.
Całą drogę albo biegłam wolnym truchtem, albo szłam szybkim marszem (a czasem wolnym), ale ani razu nie musiałam czekać na doganiające mnie płuca, nie odcięło mi prądu, nie miałam nieprzepartej ochoty paść i nie wstać już nigdy. I wiecie co? To był mój najlepszy czas! Mało tego - byłam szybsza niż długonoga Paproszka:-) Inna sprawa, że tym razem szłam/biegłam jak po sznurku - bez gubienia się, zbaczania z trasy czy chwil zawahań.
Mam tylko taki mały problemik. Jak mi tak dobrze idzie, to cały ten bieg jest taki jakby z lekka nudny, a jego opis to już wszechogarniająca nuuuuda.
Tak sobie więc myślę, że na Lampionadzie to na dzień dobry postaram zgubić się jakoś spektakularnie, może tak, żeby mnie ze trzy dni szukali, a podobizna żeby straszyła z każdej gazety.
Będzie wesoło:-)

czwartek, 5 marca 2015

27. OrtInO

O ostatnim OrtInie mogę tylko powiedzieć, że się odbyło i wzięłam w nim udział. Bierny udział. To znaczy fizycznie czynny, bo przeszłam prawie 10 kilometrów, ale umysłowo bierny.
T. znowu namówił mnie na trasę TZ, bo w sumie fajnie iść razem, ale dla mnie TZ to kosmos - nie ogarniam i chyba nigdy nie ogarnę. No dobra - PK A, B, C, D i E jeszcze były w granicach mojego pojmowania rzeczywistości, ale reszta to już czysta abstrakcja.  Tym bardziej czysta, że po ciemku map fotoorto po prostu nie widzę. Poszłabym sama na jakieś TU (też nie ogarniam, ale już nie tak bardzo) ale boję się  bo:
- ciemno,
- możliwość bliskiego kontaktu z lokalną ludnością w stanie wskazującym,
- możliwość bliskiego kontaktu z luźno biegającą fauną typu: pies (w tym wściekły, bo na przykład się pożarł z suką)
- ślepota po zmroku,
- duuuże ulice do przejścia (jak się mieszka w lesie, przy nieutwardzanej drodze, to ruch samochodowy wywołuje szok).

A może znajdzie się ktoś litościwy, kto chętnie na następnych imprezach poprzeprowadza  przez kolejne jezdnie ślepą, jełopowatą staruszkę?????

środa, 4 marca 2015

Kurs OInO - zajęcia pierwsze.

Wreszcie się doczekaliśmy!
Tygodnie oczekiwania dały się nam już we znaki, do tego stopnie, że część wiedzy zdobyliśmy pokątnie czytając materiały z ubiegłych lat. I całe szczęście! Jako, że w obecnych warunkach komunikacyjnych w Warszawie, przeprawa przez Wisłę trwa pół dnia, oczywiście na pierwszy wykład spóźniliśmy się i to dość znacznie. Ale tak się złożyło, że o prapoczątkach InO od Adama i Ewy sami sobie poczytaliśmy, wiedzieliśmy też, dla czego InO (dla duszy i ciała), więc specjalnie poszkodowani się nie czujemy. Znając treść wykładu mogłam się skupić na ciepłym głosie prowadzącego (T. D.) i jego czarującym uśmiechu. Nie wiem tylko, czy to będzie na egzaminie?????

Potem wystąpił S. B. z wykładem o odznakach, prawach i obowiązkach oinoka. Z tego wykładu dowiedziałam się, że "Fajnie jest być OInO...". Chociaż tak prawdę mówiąc, to ilekroć widzę i słyszę S., (ta melancholia w jego głosie ...) zamiast w entuzjazm, to popadam w depresję i mam ochotę skoczyć z mostu. Na szczęście teraz trudno się do mostu dopchać, więc może jakoś przeżyję ten kurs.

Jako ostatni zaprezentował swoją dawkę wiedzy D. W. Muszę przyznać, że to on zrobił na mnie największe wrażenie. Nie tyle jego urok i osobowość (choć tego mu nie można odmówić) ile treść prezentacji.
Będę robić karierę w InO!!!!!!!
D. przedstawił kilka ścieżek kariery!. Ludzie - jaki wybór! Nawet w robocie nie mam takich możliwości!
Mogę rozwijać się w zakresie organizowania imprez - nawet lampiony kiedyś będę mogła rozstawiać (na razie robiłam to raz i jak widzę nielegalnie), posiedzieć w sekretariacie będę mogła (chwilkę siedziałam - może nikt nie zauważył), trasy robić (czy te zrobione nielegalnie zostaną unieważnione???), a jak będę się bardzo, bardzo dobrze uczyła to nawet sędzią głównym zostanę!
I startować można  w imprezach różnej rangi - od lokalnych do mistrzostw. Troszkę mnie martwi, że tu już widzę koniec mojej kariery, bo imprezy lokalne, regionalne i pucharowe mam już zaliczone, a za niecałe dwa tygodnie wezmę udział w Mistrzostwach Polski i nic mi już nie zostanie w zanadrzu. Ale może skoro dla A. K. robią kolejne stopnie odznak, to i dla mnie może ktoś zrobi imprezę wyższej rangi.
Odznaki mogę zbierać! Takie coraz złotsze. Na razie mam osiem różnych, ale tu rysują się szerokie perspektywy kariery. Żeby mi tylko życia starczyło!
Uprawnienia z jednej strony wyglądają imponująco - animator (jak nie zdam egzaminu to chociaż animatorem zostanę), organizator (to jeśli zdam) i przodownik (w perspektywie), z drugiej jednakowoż - jeśli wszystko pójdzie dobrze, ta ścieżka kariery może się dla mnie zakończyć już w tym roku. I do czego będę wtedy aspirować?????
Tak mi się wydaje, że najwięcej perspektyw daje kariera w PTTK: klub-oddział-zarząd. W klubie już jestem, a przede mną - jak widać - dopiero otwiera się świetlana przyszłość! Na sam koniec struktury międzynarodowe. Chyba muszę zacząć szlifować języki obce.
Jakby nie wyszło z tą karierą międzynarodową, to jeszcze jest możliwość wykazać się w komisjach i w weryfikatach. Tak sobie myślę, że jak już będę uprawniona, to zacznę tak weryfikować i weryfikować, że nikt nie będzie w stanie ze mną konkurować i szybko zrobię tę karierę. Wykoszę całą konkurencję!

Tak się zastanawiam, czy wobec takiego ogromu możliwości robienia kariery w tym, co lubię i czemu chętnie poświęcam cały wolny czas - czy ma jeszcze sens praca w mojej obecnej firmie??? Możliwości kariery niemal zerowe, jakby mogli, to by pewnie jeszcze zdegradowali, żeby mniej płacić, więc ja chyba podbudowana wczorajszym wykładem pójdę złożyć wymówienie!

P.S.
Jak wygląda KURS w innych częściach Polski można przeczytać TUTAJ.