środa, 9 września 2015

Na Budzyń!

Wybieramy się na Drużynowe Mistrzostwa Polski. My to w sumie tylko Polski, bo ani z nas drużyny zrobić, ani my mistrzowie. T. jednak kombinuje i kombinuje. Ostatnio wymyślił, że się rozdzielimy i on pójdzie z P. R., a ja z D. M. (jeśli oczywiście oni się zgodzą na taki układ). Mam w związku z tym problem:
- T. mnie już nie kocha i nie chce ze mną chodzić,
- T. tak bardzo mi ufa, że puszcza mnie z obcym facetem,
- T. wyszedł z szafy i chce iść z P., a nie z babą.

No, chyba, że jest jeszcze jakieś inne wytłumaczenie...

niedziela, 6 września 2015

Lampionada - finał

Pomału po wakacyjnej przerwie zaczynają rozkręcać się kolejne imprezy. Dzisiaj Wielki Finał Lampionady, co to miał się odbyć przed wakacjami.
Odwykłam od chodzenia po lesie do tego stopnia,, że pierwsze co zrobiłam po zejściu z drogi w las, to padłam na mordę podcięta przez jakieś jeżyny czy korzenie. Pomięłam nowiutką mapę, pogięłam podkładkę, a moja rwa kulszowa przypomniała mi o swoim istnieniu. Szczęściem w nieszczęściu było, że nie połamałam paznokci. Dla kobiety to ważne.
Tradycyjnie na Lampionadzie, bez kompasu ani rusz. Ale dzięki temu mogłam sobie przypomnieć jak to urządzenie działa i będzie jak znalazł na kolejne imprezy. T. tradycyjnie machnął ręką, że pierwszy PK gdzieś tam (tu nastąpiło wskazanie) i ruszyliśmy. Po kilku długich minutach okazało się, że w przypadku Lampionady ta metoda nie działa i trzeba się namierzyć ze startu zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki. Pomogło.
Dzisiaj tylko jeden punkt był za rzeczką, a w promocji dostaliśmy niski stan wody i nie trzeba było ganiać na most, co zaoszczędziło nam trochę czasu i sił.
Do PK 10 szło gładko, lampiony stały na swoich miejscach, albo przynajmniej w ich pobliżu i zawsze można było je jakoś wyczesać. W spodziewanym położeniu dziesiątki natrafiliśmy tylko na B. S. i D. W., którzy podobnie jak i my twierdzili, że to musi gdzieś tu być. Z miejsca spotkania ruszyliśmy w cztery strony świata i każdy miał za zadanie przeryć przydzielony rejon i wydobyć lampion choćby spod ziemi. Niestety - pod ziemią lampionów nie było:-( Rozeszliśmy się więc szukać innych swoich PK, zostawiając dziesiątkę na potem.
Przy trzynastce T. uparł się, że punkt musi być w dołku. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo mapa jak wół pokazywała górkę. Czyżby aż tak nie miał zaufania do autora mapy? Że niby autor górki od dołka nie odróżnia? Ja tam swoje wiedziałam, ale jako posłuszna żona wlazłam w środek wyschniętego bagna i dopiero wtedy T. zgodził się uznać dołek za górkę. Czternastka na mapie widniała jako teren mocno mokry i życie ocaliła nam tylko panująca susza. Przy czternastce skonstatowaliśmy, że czas nam się kończy, ale przecież nie mogliśmy odpuścić nieznalezionej dziesiątce. Toż to nie honor! Znowu spotkaliśmy B. i D., którzy podobnie jak my próbowali ją namierzyć. Z uwagi na czas, oni szybko dali sobie spokój, a my bez względu na czas, ale skutecznie przeszukaliśmy teren. Była!
Zostały nam jeszcze tylko dwa punkty i chyba zero czasu, więc ruszyliśmy biegiem. Codzienne treningi wreszcie się przydały. Na metę wpadliśmy w momencie, kiedy pierwsi zawodnicy odbierali medale za cały cykl imprezy. No jak myślicie, kto dostał najwięcej medali i pozajmował większość pierwszych miejsc? No kto? Oczywiście, że Paprochy! Młode Paproszęta niby takie niewinne dzieciaczki, a w rzeczywistości to stare wymiatacze! Już dawno powinni biegać w kategorii M-30 i K-30 i do tego z marszową mapą tezetowską. Wtedy może inni mieliby jakieś szanse.
No, myśmy się też załapali na pierwsze miejsce, ale to głównie dzięki recydywie. Inni po prostu nie byli na wszystkich imprezach cyklu. W nagrodę (między innymi oczywiście) dostaliśmy fascynującą lekturę o reintrodukcji kuropatwy, zająca i bażanta.


sobota, 5 września 2015

Taaaką mapę zrobiłam.....

..... że po pół godzinie jej składania poddałam się.
No, żeby własnej mapy nie złożyć, do tego znając las jak własną kieszeń, to już mistrzostwo świata!
Jutro robię wersję ułatwioną:-)
Ale spokojnie - każda mapa będzie testowana na żywych organizmach, przy czym żadne zwierzę nie ucierpi. Wersja ostateczna na pewno będzie składalna .

czwartek, 3 września 2015

Triumf ducha nad materią

InO z Niepoślipką coraz bliżej, więc i działalność mapowa coraz intensywniejsza. W tej edycji przeskoczyłam o jeden level i załapuję się na TU. W sensie - robię mapy dla TU. T. wciąż dzierży sztandarowe tezety, a TP gładko wcisnęliśmy Leśnym Dziadom. W końcu są już tak otrzaskani w InO, że najwyższa pora wziąć się za konkretną robotę, nieprawdaż?
Moje mapy na poprzednią edycję rodziły się w bólu, irytacji, przy ogromnej pomocy T., a oomapper co chwilę zaskakiwał mnie swoim działaniem (a raczej niechęcią  do współpracy).
A teraz - wymyśliłam koncepcję, wgrałam mapę, co ją T. zaktualizował, wybrałam punkty, wyrysowałam schematy poszczególnych elementów składanki i .. patrz pan! Mapa prawie gotowa!



To się nazywa triumf ducha nad materią!

No dobra, nie łudzę się, że tak od razu osiągnęłam sukces. Jak T. dostanie mapy do konsultacji, to na pewno dowiem się, że wszystko jest źle. W związku z tym chyba mu jeszcze nie pokażę, żeby dłużej cieszyć się swoim sukcesem:-)

piątek, 28 sierpnia 2015

Powakacyjne oswajanie. Także Smoka.

Po miesięcznej przerwie od InO trzeba było się oswoić. Z mapą i ze Smokiem.
Wzięłam mapę do ręki i ... uświadomiłam sobie, że nie wiem co z nią zrobić! Składanie mapy z reguły należy do mnie, a tu - katastrofa! Nawet nie pamiętałam jak zacząć!  Najwyraźniej nie mam jeszcze tego we krwi i nawet krótka przerwa zakłóca mi działanie. Na szczęście T. trochę znał teren, więc dwa jaja umiejscowił mniej więcej w przybliżonych okolicach smoka.
Ruszyliśmy. Najpierw jak to dziecko we mgle kurczowo trzymałam się T., ale po chwili blokada puściła i zauważyłam, że to co na mapie, jest też w rzeczywistości. Jakieś zapadnie w mózgu się pootwierały i udało mi się przypasować ostatnie jajo. Ruszyliśmy ostro z kopyta, czyli biegusiem. (Dygresja o bieganiu będzie na końcu. A jak zapomnę, to nie będzie.)
Trochę mnie dziwiło, że nigdzie nie spotykamy innych inowców, ale uznałam, że póki lampiony wiszą na drzewach we właściwych miejscach, to nie ma powodów do niepokoju.
Już na początku trasy daliśmy się złapać na punkt podwójny i musieliśmy wracać, na szczęście niezbyt daleko. W związku z powrotem, zmieniliśmy trochę koncepcję przejścia i jak zawsze wyszło nam, że znowu pójdziemy mało optymalnie. No tak już mamy.
Póki było jasno, w zupełności ogarniałam, gnałam z punktu na punkt, a T. podliczał i decydował które zbieramy. Kiedy zrobiło się ciemniej i trzeba było wyjąć latarki, przestałam nadążać z ogarnianiem, bo T. poganiał, a ja żeby patrzyć w mapę po ciemaku to muszę mieć odrobinę luksusu i czasu. Wobec takiego zbiegu okoliczności już tylko gnałam, a T. liczył, decydował i prowadził. Zresztą wcale tak bardzo nie prowadził mapą, tylko znał teren i wiedział gdzie co jest.
Przy podwójnym 31/44 wreszcie spotkaliśmy "naszych" i tym razem nie daliśmy się nabrać na podwójność punktu - spisaliśmy od razu jak trzeba.
Ponieważ z braku czasu na studiowanie mapy straciłam kontakt ze smoczą rzeczywistością, trochę zaczęło mi się nudzić, bo oprócz przemieszczania się szybciej lub wolniej, jedynym moim zadaniem było pilnowanie kompasu i latarki, które bambylały mi przypięte do plecaka. Ewentualnie mogłam jeszcze obserwować grupy kibiców, które zapełniały każdą wolną przestrzeń i wywoływały we mnie uczucie niepokoju.
W końcu z wymaganą ilością punktów, ciut przed limitem czasu dotarliśmy na metę. Jak miło po przerwie zobaczyć te wszystkie orientalne gęby:-) Co prawda Leśnego Dziada to zobaczyłam tak z połowę (chyba w ramach oszczędności sił raz na zawody idzie jedna połowa, raz druga), D. W. też wydał mi się jeszcze bardziej wiotki niż zwykle, M. G. nieustannie jak przecinek... Co z tymi facetami???? Jacyś w zaniku! Bo z kobitkami wszystko w normie mi się wydało. I gdzie tu sprawiedliwość???

Obiecana dygresja:
No bo tak ogólnie, to zaczęliśmy na poważnie biegać. T. wynalazł jakiś plan treningowy typu: "od kwękacza do biegacza" i zaczęliśmy go wdrażać w życie. T. długo nie nawdrażał, bo jedna nóżka bardziej, ale ostatnio olał nóżkę i znowu trenuje.
Tak się cieszyłam, że biegam, biegam, BIEGAM!!! Aż tu któregoś dnia przeglądając internety, dowiedziałam się, że to co z takim wysiłkiem i samozaparciem robię, to wcale nie jest bieganie. To nawet nie jest jogging. To jest slow jogging! Czyli "bieg" wolniejszy od spaceru...
Na pocieszenie piszą, że od tego slow traci się kalorie szybciej niż przy szybkim biegu. W moim przypadku jeszcze jakoś tego nie widać, ale na razie się nie poddaję.

piątek, 14 sierpnia 2015

Quest - produkt TRInOpodobny.

Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy na wygnaniu (tzn. na urlopie) nie wynaleźli sobie czegoś InOpodobnego. A tak dokładniej to trinopodobnego.
Wczoraj, w drodze z Buska do Szydłowa, wstąpiliśmy do Chmielnika obejrzeć synagogę i sądziliśmy, że zatrzymamy się na max. pół godziny. Przy kasie muzeum zgarnęliśmy garść ulotek i po wyjściu zaczęliśmy je z ciekawości przeglądać.

Dygresja:
Świetne muzeum w synagodze! Trochę sposobem prezentacji przypomina Muzeum Powstania Warszawskiego, a trochę wystawę szopek krakowskich. Przewodnik tak pełen pasji i tak czujny, że chwilami aż się bałam, że nigdy nie pozwoli nam wyjść:-)
Polecam! Warto zobaczyć!
Koniec dygresji.

Jedna z ulotek wywołała w nas uśmiech i przeczucie, że trzeba ją przeczytać dokładnie. Zaczynała się tak:
"Drogi Questowiczu, na początku drogi odnajdź synagogę -
Stań pod głównym wejściem, to doradzić mogę!
Za chwilę wyruszysz w trasę ..."

a potem:

"Stań tyłem do drzwi i skręć w prawą stronę,
Raz, a potem drugi - tak postanowione!
Dojdź do pierwszej latarni po Twej stronie lewej;
(...)
Stoisz przy tablicy? Widzisz napis na niej?"

I tu należało przepisać na otrzymaną ulotkę tekst z tablicy. Jakoś znajome, prawda?

W opisie questu jeszcze wyczytaliśmy, że czas przejścia to ok. 45 minut i nie namyślając się wiele ruszyliśmy.
No, mówię Wam - prawie trino!
Oczywiście po powrocie do naszej kwatery od razu rzuciliśmy się do internetów szukać informacji, co to te questy. No, to właśnie takie coś między trino a grą miejską. Przy okazji wyczytaliśmy, że w Tokarni, gdzie planowaliśmy się wybrać, jest aż 5 questów. I co dziś robiliśmy cały dzień? No, co? Jasne, że zaliczaliśmy je wszystkie! Zajęło nam to kilka godzin, ale ostatecznie na urlopie mamy masę czasu i możemy z nim robić co chcemy.

No to lecę poszukać questów na jutro!
:-))))

środa, 12 sierpnia 2015

Urlop - kontynuacja

Urlop spędzamy w piekle. Dookoła wesoło bulgocze smoła w kadziach, gorąc wypala nam mózgi i ciała, lepki pot spływa po kręgosłupach.
Planowaliśmy wycieczkę do Buska Zdroju, żeby na żywo przeanalizować propozycję trina kolegi Ł. L., ale po zwiedzeniu Pińczowa Busko poddaliśmy walkowerem.
Po południu poszliśmy po rozum do głowy i pojechaliśmy nad rzekę. W życiu przy zdrowych zmysłach nie weszłabym do takiej wody, ale zdrowe zmysły już dawno mi się usmażyły.
Wszystkim życzymy dużo śniegu i lodu!!!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Hurrraaaa!!!!!! Urlop!

Jak to dobrze, że w te ogromne upały nie muszę iść do pracy. Za to cały dzień spędziłam w nieklimatyzowanym samochodzie, a w przerwach łaziłam po rynkach, ulicach, zamkach, muzeach. Z tym chodzeniem to trochę kicha, bo T. ma jedną nóżkę coraz bardziej bardziej. Ale nie na tyle żebyśmy nie mogli zaliczyć trina w Białobrzegach. Podzieliliśmy się rolami - on nas podwoził samochodem w okolice zgrupowania punktów, ja oblatywałam ulice i znajdowałam co trzeba, a Z. z tylnego siedzenia czuwała nad całością.
 Więcej trin niestety na swojej trasie nie mamy, chyba będziemy musieli jakieś sami zrobić. Tylko ta jedna nóżka bardziej ...

piątek, 7 sierpnia 2015

Upalny Muranów z wodą w kolanie.

Taka sytuacja:
na zewnątrz ponad 30 stopni (w cieniu), w samochodzie koło 60 stopni, a klimatyzacja tylko na korbkę pod oknem, T. w kolanie hoduje sobie basen, czyli jest jak bez nogi i nagle rzuca hasło:
- To może pojedziemy przetestować to trino, co nam D. M. przysłał do sprawdzenia?
Zamarłam, zesztywniałam, umarłam wewnętrznie i odpowiedziałam:
- Dobrze, jedźmy...

TRInO po Muranowie jest w porządku, ale strasznie długie - nie róbcie go w upałach!

niedziela, 2 sierpnia 2015

II SNRR z Niepoślipką

Inocki martwy sezon T. postanowił złamać spieszonym rajdem rowerowym, bo wiadomo - kto by tam jeździł rowerem, jeśli można pieszo. Ja byłam nastawiona umiarkowanie optymistycznie, bo 14 kilometrów łażenia po mieście jakoś do mnie nie przemawiało. Nie śmiałam jednak odmówić, aczkolwiek miałam przygotowane plany awaryjne typu: tramwaj, autobus, taksówka, telefon do przyjaciela.

Na rajd oprócz nas zgłosiły się całe dwie osoby, z czego jedna w ostatniej chwili odwołała swoje przybycie. Na miejsce przyjechaliśmy sporo przed czasem i snując się w pobliżu miejsca zbiórki przyuważyliśmy parkę rozglądającą się po okolicy, wyraźnie czegoś szukającą i co najważniejsze - wpatrującą się w jakieś wydruki. Po prostu wyglądali orentalistycznie. Po którejś z kolei mijance nie wytrzymałam i spytałam, czy oni aby przypadkiem nie na tę samą imprezę. Okazało się, że w ostatniej chwili przeczytali w internecie o spieszonej wersji rajdu, ale nie zdążyli się zapisać i w zasadzie są incognito. I raczej wolą iść razem, ale osobno. Wobec tego oni ruszyli na trasę, a my czekaliśmy na jedyną zgłoszoną uczestniczkę - A. A. W końcu zadzwoniła, że jedzie i umówiliśmy się, że my ruszymy, a ona nas dogoni.
Ponieważ T. wcześniej rozpracował trasę z mapą w zębach, wiadomo było, gdzie są błędy i czego się trzymać, a czego nie. Nawigacją zajął się więc T. wspierany przez A., ja dostałam plik zdjęć i miałam w terenie wypatrzyć to, co na nich jest. W sumie wszyscy patrzyliśmy, czy któryś obiekt się nie pojawi znienacka. Znienacka najczęściej pojawiała się para, która wyszła przed nami - niestety, nie wiemy kto to:-(
Trasa była strasznie zakręcona. Chwilami chodziliśmy w kółko i gdybyśmy mieli ogony, to niewątpliwie ich końce często widzielibyśmy przed sobą. Ale tym sposobem wiem już jak z każdego miejsca w Warszawie dojść do filtrów:-) Odpowiedzi na pytania w większości były łatwoznajdywalne, ale z fotkami było trudniej - nie było wiadomo, gdzie na trasie ich szukać.
Jeszcze nie doszliśmy do połowy trasy, a ja już zaczęłam wymiękać. Tak dokładnie, to mój kręgosłup. T. mamił mnie obietnicami kawiarni z krzesełkami, kawy, lodów, a tu okazało się, że w środku miasta nagle jesteśmy na jakiejś kawiarnianej pustyni. Cywilizacja zaczęła się chyba dopiero po zaliczeniu kilkunastu pytań. W końcu osiedliśmy. Najchętniej to zostałabym tam na zawsze, ale po wypiciu i zjedzeniu co tam kto miał, musieliśmy ruszyć dalej. Gdyby nie A., to pewnie oflagowałabym się w tej kawiarni i ogłosiła strajk, no ale głupio mi było psuć jej zabawę. Powlokłam się więc dalej.
Największe emocje wywoływało znalezienie jakiegoś obiektu ze zdjęcia, ale szczególnie czekaliśmy na rycerza, komin i okienko, jak sobie nazwaliśmy trzy z nich. Niestety - trasa się skończyła, a ani komina, ani okienka nigdzie nie było.Co z tego, że pozostałe znaleźliśmy i na wszystkie pytania odpowiedzieliśmy, (chociaż niektóre były dość podchwytliwe) - niekompletnych danych nie chcieliśmy wysyłać organizatorom.  Szczególnie T. był zawzięty na znalezienie wszystkiego. Kiedy więc pożegnaliśmy się z A. i tramwajem wróciliśmy do autka, T. zarządził samochodowy przejazd trasy. Samochodem, siedząc wygodnie, to ja już mogłam i do rana szukać tego komina i okienka, ale okazało się, że znaleźliśmy je dość blisko startu. Pod tym nieszczęsnym okienkiem to nawet przedtem staliśmy długą chwilę spisując odpowiedź na pytanie. Nikt tylko nie pomyślał, żeby unieść głowę:-)
Do teraz nie mogę się nadziwić, jak udało mi się przejść całą trasę, bo takiej opcji wychodząc nie zakładałam. Co prawda noc z bolącym wszystkim nie należała do najłatwiejszych, ale za to jaka satysfakcja!