niedziela, 18 czerwca 2017

TRInO biegusiem

W ramach treningu do 50-tek już od dawna planowaliśmy jakieś dłuższe „treningowe” wybieganie, tak ze 20-30 km. Sęk w tym, że nie było kiedy. W każdy weekend zawody. Żeby jedne! Z 50-tki prosto na MnO albo bardziej  ekstremalnie z 25-tki na 50-tkę;-) Aby spokojnie pobiegać te 20 km nie było szans. Było ustalone gdzie – po zimowej wędrówce po Kampinosie było już wiadomo, że będzie to obszar KPN, a żeby nie było nudno zawsze znajda się jakieś TRInA do „przebiegania”.
Wreszcie, zupełnym przypadkiem, nastąpił taki weekend, gdy nie było nic. Tzn. można było pójść na RJnO, co niektórzy musieli robić rekonesans przed GrilloInOkami, ale w natłoku długiego weekendu dawało się wygospodarować dzień na wypoczynek. Po męczarniach na RDS-ie i innych takich nie  śmieliśmy proponować udziału w tym wybieganiu wszystkim. Pocztą pantoflową namówiliśmy Zuzannę. Jednak wymiękła ona jakoś tak przed sobotą i wymigała się od biegania. No cóż – jak zwykle pobiegam sobie z Barbarą – w ramach treningu do Grassora (na Mazurskich Tropach zabrakło biegania i daliśmy ciała – a wystarczyło z pół godzinki podbiegania więcej zamiast marszu!).
Umówiliśmy się w Truskawiu. Barbara jak zwykle  na biegi podjeżdża rowerem – jakieś marne 30 km w jedną stronę. Ja zastanawiałem się nad taką opcją, ale… rower mam klasy carrefour za 199zł, a że nie jeżdżę regularnie, 32 km w jedną stronę to już dla mnie spory wyczyn (o ile rower wytrzyma). I oczywiście powrót kolejne 32 km. Stanowczo zbyt dużo. Czy ja jakiś triathlon uprawiam?  Pojechałem ostatecznie autem. Barbara już czekała. Szybka przebiórka, przypięcie roweru do drzewa ( w Truskawiu nie dorobili się stojaków na rowery), na wszelki wypadek popsikanie się muggą i w trasę.

Na pierwszy ogień TRInO „Przez Kampinoskie Ławy”. Tyle że do pierwszego PK trzeba dobiec kilka kilometrów.  Biegnie się fajnie i lekko gdyby…. nie owady. Skąd je znamy? Teraz powinno być ,niczym w relacji Karoliny z Mazurskich Tropów, ponadużywane słowo „muchy”. Słowem taki „niedozwolony doping”, bo każde spowolnienie powodowało, że doganiała nas i obsiadała wściekła chmara much. Chcąc nie chcąc gnaliśmy żółtym szlakiem do Zaborowa Leśnego.
Jest pierwszy PK. Stajemy by go wpisać, a tu obok much pojawiają się stada komarów. Co tu dużo pisać – w normalnym BnO jest lampion i dziurkacz albo stacja SI – potwierdzenie to chwila, a przy TRInO trzeba przeczytać ze zrozumieniem pytanie, znaleźć odpowiedź... Wystarczy by człowieka te wredne owady wyssały. Najgorzej gdy trzeba było wchodzić w pokrzywy i szukać „obiektu antropogenicznego” czy jakoś tak.
Przebiegliśmy „Ławy”, Ławską Górę, Dębową Górę i zaczęliśmy zawracać w kierunku Truskawia szlakiem czerwonym. Pierwsze 10 km – 1:10. Jak na wolny trucht i 12 PK całkiem znośnie. Teraz dłuuugi przelot, aby sprawdzić nowe TRInO przed publikacją. Aż do Karczmiska. Tu zaczęły się schody i zwiększyła ilość komarów. Gdy człowiek schylał się zawiązać but, nie widział sznurowadeł przez chmarę komarów, która się nagle materializowała. A obiekty naniesione niedokładnie – trzeba skorygować ich położenie, szukać – wiadomo, że nie robi się tego biegnąc.

W efekcie traciliśmy coraz więcej krwi. Odpuściliśmy PK przy cmentarzu, bo można je sprawdzić porównując z innymi TRInO.
Do Karczmiska przebiegliśmy ponad 19 km w czasie 2:20, a łącznie ponad 22km. Co tu dużo mówić, czułem trochę nogi i pogryzienia, ale Barbara… nie dość, że musiała wracać rowerem to była bardziej pogryziona (widać smaczniejsza). Ciekawe czy ten trening coś da na Grassorze?

sobota, 17 czerwca 2017

Miłość jest ślepa.

Ponieważ intensywnie biegam - czyli raz, dwa razy w tygodniu po pół, czasem więcej, godziny :-) - nadszedł czas na kupno odpowiednich butów. Najpierw była mowa o butach z Lidla, że w sumie mi wystarczą. Faktycznie mam trzy pary lidlowe, które służą mi chyba trzeci rok. Co prawda najnowsze obgryzają mi pięty, a starsze - choć bardzo wygodne - zaczynają oddychać coraz większą liczbą otworów, a wnętrze mają zdarte i poszarpane.
Potem Tomek zaczął mi pokazywać na stronach Decathlonu różne modele, od najprostszych do bardziej wypasionych.  W wyszukiwaniu butów miał wprawę, bo niedawno sobie kupował i przymierzył chyba wszystkie, jakie do tej pory wyprodukowano. Ja oglądałam głównie pod względem koloru, bo podobają mi się seledynowe, ale okazało się, że seledynowy kolor zarezerwowany jest wyłącznie dla facetów. A dla nas to turkusowe, pomarańczowe, fioletowe i (brrrr) różowe. No to przestałam być zainteresowana, bo albo seledynowe, albo żadne. Tego żadne trochę się obawiałam w perspektywie jesieni i zimy, bo moje lidlówki na lato jeszcze oblecą, ale potem, nawet jak się nie rozpadną, to są za lekkie na poważniejsze pory roku.
W międzyczasie byliśmy w jakimś sklepie sportowym pooglądać co mają i nawet widziałam jakieś nieseledynowe, ale o dziwo całkiem przyzwoite, tylko cenę to miały na ogół daleką od przyzwoitości. Ja od razu w myślach przeliczałam takie jedne buty na kilka par sandałków, czy innych cywilnych. Przelicznik wypadał słabo i o butach do biegania przestałam myśleć tak intensywnie jak dotąd.
Wczoraj Tomek namówił mnie na randkę w Decathlonie, a przynajmniej tak to zabrzmiało, kiedy powiedział:
- Tak rzadko mamy okazję gdzieś razem wyjść.... Pojedźmy do Decathlonu!
Prawda jaki romantyczny?
No to pojechaliśmy, głównie po skakankę dla Agaty, ale skarpety i wkładki do butów na wszelki wypadek wzięłam. Najpierw obejrzeliśmy wszystkie biegackie buty męskie, których regał ciągnął się po sklepowy horyzont, potem przenieśliśmy się na odcinek damski.  I co ja pacze? Regał ciągnie się tylko po pół horyzontu, a króluje kolor różowy.
Zaczęliśmy od określenia jakąż to ja posiadam stopę - normalną, czy może nienormalną. Pobiegałam sobie po takimś czymś, co pewnie było od spodu naszpikowane czujnikami, bo po chwili triumfalnie ogłosiło, że jestem normalna. Czy neutralna, jak ono to określa. Patrz pan, jak celnie rozgryzło mój charakter!
Potem pospacerowałam wzdłuż regału i najbardziej spodobał mi się jego najdroższy koniec. Zupełnie nie rozumiem dlaczego nie da się zrobić butów wyglądających bajerancko, ale bez tych wszystkich cudów techniki i myśli konstruktorskiej, co mają w sobie buty dla profesjonalistów. To znaczy da się, ale potrafią to tylko Chińczycy, a normalni producenci jakoś nie.
Tomek zaczął znosić mi naręcza butów do mierzenia (wybierając najmniej różowe) i dowiedziałam się, że nagle noga urosła mi o cały numer i zamiast 38 muszę mierzyć 39. A jeszcze trzydzieści lat temu nosiłam 36 i pół albo 37! Świat oszalał.
Pierwsze buciki - niebieskie, w przyzwoitej cenie okazały się całkiem wygodne, więc zaczęłam nawiązywać z nimi nić duchowego porozumienia. Potem mierzyłam jakieś ze średniej półki fioletowe brzydactwa, a w ramach rozrywki Tomek przyniósł mi jakieś bardziej wypasione i wszystkomające. I co? I okazały się całkowicie niewygodne, obgryzające i jeszcze pięty mi nie chciały trzymać. Wyraźnie nie pasowaliśmy do siebie. Jak to mówią - noga ze wsi, but z miasta.
W końcu Tomek przywlókł coś czarnego z różową (!) podeszwą i turkusowymi wstawkami i oznajmił, że to bardzo dobra okazja, bo obniżyli cenę z bardziej zaporowej, na mniej. Przymierzyłam starając się nie patrzyć na podeszwę, wstałam, ruszyłam i pooooszło. Poleciałam w sklep, bo buty spoiły się z moimi stopami, tak że nie nie czułam gdzie kończę się ja, a zaczynają one i poniosły przed siebie. Od razu przypomniała mi się baśń Andersena "Czerwone buciki" i trochę się nawet przestraszyłam, że trzeba będzie mi nogi obciąć, bo buty nie będą chciały zatrzymać się i dać się zdjąć. Na szczęście po rundce honorowej wyhamowałam. Powiem Wam, że czegoś takiego to jeszcze nigdy nie miałam na nogach. Serce rwało się do tych butów, a głupi rozum marudził - po co ci takie drogie buty, mało biegasz, kup sobie w Lidlu, nie będziesz miała na jedzenie. I tu rozum przegiął! Bo jak nie będę miała na jedzenie, to schudnę! I z argumentu przeciw zrobił się argument za. Żądza posiadania TYCH butów chyba emanowała ze mnie, bo Tomek stwierdził, że kupujemy, a on może jeść chleb z dżemem. (Muszę zrobić duuużo dżemu)
Po powrocie do domu od razu chciałam wypróbować nowy nabytek. Tomkowi niespecjalnie chciało się wychodzić, ale byłam gotowa lecieć w las sama.  Może bał się żeby mnie znowu tak nie poniosło jak w sklepie i jednak zdecydował się iść ze mną. Wyszliśmy za próg, przegarnęłam ziemię kopytkiem, odbiłam się i ruszyłam niczym strzała wypuszczona z łuku. Praktycznie to nie musiałam nic robić, bo buty odwalały całą robotę - same odbijały się od ziemi i pędziły przed siebie. Tomek ledwo nadążał. Normalnie to leci do przodu, wraca, okrąża mnie, a teraz nie był w stanie oddalić się na większą odległość. Wciąż siedziałam mu na ogonie. Normalnie po półtora, dwóch kilometrach mam dość i muszę przejść do marszu, tym razem przeleciałam chyba ponad trzy. Zwolniłam, bo rozbolały mnie ....uda. Tego jeszcze nie było i najwyraźniej buty wymuszają jakiś inny styl biegania. Chyba nogi podnoszę wyżej, bo zamiast szur, szur po ziemi, robiłam rącze skoki.
Wiecie, ja już nawet tę różową podeszwę przeboleję, a turkusowe wstawki pasują do tomkowych butów. Tak, że wizualnie jakoś obleci. Zresztą i tak miłość jest ślepa.

piątek, 16 czerwca 2017

48. OrtInO bez mety

Na pięćdziesiątki Tomek mnie nie zabiera (raz przypadkiem się załapałam, ale z Darkiem) więc jak chcę z nim pochodzić, to muszę się zapisywać na tezeta. No to na OrtInO chciałam.
Darek W. (autor mapy) bardzo reklamował swoją trasę i nawet namawiał TU, żeby się przepisywali na TZ.
 Mapa, jak na niego, wydawała się całkiem normalna. Co prawda z opisu nic nie zrozumieliśmy w pierwszej chwili, zwłaszcza że mi ćwiartka skojarzyła się od razu z wódką, a tam chodziło  nie o napitek, tylko tylko o 1/4 szachownicy lotniczej. Ogólnie było jednak wiadomo, że trzeba coś do czegoś dopasować. Mi udało się dopasować jeden fragment, Tomkowi drugi, a potem trochę zdechło. Poszliśmy więc na pierwsze dwa punkty z wycinka startowego, bo wiadomo, że jak się zacznie, to potem jakoś idzie. Potem zauważyliśmy, że mamy dwa podwójne punkty, ale jeszcze nie wiedzieliśmy jak się do nich dobrać, a po zaliczeniu kolejnych dwóch punktów, co to było wiadomo gdzie są i po wróceniu prawie na metę doszliśmy do wniosku, że nie ma co główkować, tylko trzeba wyciągnąć nożyczki i taśmę klejącą. Stare sprawdzone metody. Powycinaliśmy wszystkie fragmenty i metodą przykładania to tu, to tam staraliśmy się złożyć całość do kupy. Było to o tyle utrudnione, że część wycinków była zlustrowana i musieliśmy je przyklejać do góry nogami i ogólnie i tak nic nie było wiadomo. Posklejaną mapę przejął natychmiast Tomek (oczywiście, że bez słowa protestu z mojej strony) i poprowadził gdzieś tam. W obrębie wycinka jeszcze orientowałam się którędy idziemy, ale dokąd, to tylko jeśli dwa PK były na jednym kawałku. W sumie i tak najważniejsze było, że idę, tracę kalorie, a jak się trochę pogubimy i nabijemy kilometrów, to mi "zegarek" zapiszczy, że limit kroków wyrobiłam.
Tomek prowadził sprawnie i już po dwóch godzinach dotarliśmy do ostatniego z zaplanowanych punktów. Ufff. Ufff szybko zamieniło się w fuck, bo okazało się, że nie bardzo wiadomo gdzie jest meta. Wpakowaliśmy się w jakieś osiedle, co to tu zagrodzone, tu płotek, tu furteczka, ale nie wiadomo czy otwarta, tu rogatka - strach iść w którąkolwiek stronę. A oprócz tego, że strach, to i tak nie wiadomo w którą. Całkiem nas zakręciło. W końcu Tomek wykonał nie do końca legalny manewr (ciiii) żeby w przybliżeniu określić gdzie ta nieszczęsna meta i  wcale nie najprostszym wariantem w końcu udało się wrócić. Już w ciężkich minutach. Ale zegarek zabrzęczał, czyli ponad 6 km zrobione.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Bieg Władysławiaka po raz trzeci

Podczas gdy Tomek szalał na Mazurach, ja skromniutko wzięłam udział w Biegu Władysławiaka. Co prawda powinnam być raczej na 10xSolo (TMWiM), ale przecież nie mogłabym odmówić Zuzi, bo to jej "szkolna" impreza. Zresztą w ubiegłym roku i dwa lata temu było bardzo fajnie, więc w sumie sama przyjemność.
W ramach przygotowań we środę pobiegłam w "Z mapą na spacer", w czwartek wzięłam udział w stowarzyszonym treningu na ZPK, a w piątek obie z Zuzą zrobiłyśmy ponad trzykilometrową rundkę w naszym lesie, żeby sprawdzić, która z nas jest szybsza. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale zostałam w tyle. A przecież to ja więcej się ruszam. No, chyba, że Zuza trenuje konspiracyjnie jak nikt nie widzi. W każdym razie w sobotę obudziłam się z bólem ud i piszczeli. Nie wyglądało to dobrze, ale co miałam zrobić - trzeba było pobiec.
Najpierw nie widziałam do jakiej kategorii się zapisać. Do tej pory byłam rodzic ucznia, a teraz, jak Zuza skończyła szkołę, to co? Rodzic absolwenta? Zapisali mnie jako rodzic (taki bez niczego). Potem okazało się, że tradycyjna trasa biegu jest właśnie rozjeżdżana przez quady w ramach jakiejś imprezy, a my musimy pobiec inaczej. Inaczej znaczyło dłużej o pół kilometra, po twardym i w słońcu. A słońce się nie oszczędzało i grzało jak wściekłe. Do przebiegnięcia były dwie pętelki po 3,5 kilometra i po pierwszej można było zrezygnować z dalszego biegu. To mnie trzymało przy życiu, chociaż Zuza od razu zapowiedziała, że lecimy całość.


Przed biegiem jakoś specjalnie się nie rozgrzewałam, bo słońce robiło to za mnie i rozgrzana byłam do czerwoności. Na twarzy szczególnie. W końcu nastąpiło odliczanie i pooooszli. Zgodnie z planem zaczęłam wolnym, rytmicznym truchtem, Zuza zaś wyrwała za wszystkimi do przodu. O dziwo, jakoś dramatycznie nie zostawałam z tyłu, jak podczas poprzednich biegów i wciąż widziałam przed sobą zwartą dużą grupę. Jakieś półtora kilometra, może dwa przetruchtałam, dogoniłam Zuzę, przegoniłam jakieś młode osóbki, a potem zdechło i przeszłam do marszu. Z oddechem i siłami było nawet OK, ale nogi dawały mi popalić. Za nic nie chciały dalej biec. Parę razy udało mi się jeszcze podbiec, zwłaszcza po nieutwardzanych drogach, ale już na chodniku szłam i to coraz wolniej. Na widok startu/mety, czyli połowy trasy moje morale legło w gruzach i byłam gotowa zakończyć "bieg" po pierwszej pętelce. Poczekałam na Zuzę żeby uzgodnić tę drażliwą kwestię, a ta zaordynowała drugą pętlę. No i było nie pytać.
Na dalszą trasę zaopatrzyłam się w nową wodę do bukłaka, kubek wody doustnie i kubek na głowę.  Biec co prawda już nie planowałam, ale nawet przejście tych kilku kilometrów w pełnym słońcu było nie lada wyzwaniem. Jak dla mnie oczywiście. Pierwsze dwa kilometry drugiej pętli przeszłyśmy takim szybkim marszem, a kiedy zeszłyśmy w boczną uliczkę z plamami cienia, Zuza znowu wyrwała do przodu. Niby coś tam próbowałam podbiegać, ale takie bardziej żałosne to było. Kiedy przegonił mnie 79-latek zrobiło mi się głupio. Facet od początku biegł takim zdychającym truchcikiem, ale konsekwentnie, przez cały czas w jednakowym tempie i jak widać skutecznie, bo zajął znacząco lepsze miejsce niż ja. Ja natomiast byłam szczęśliwa, że w ogóle udało mi się doczołgać do mety i byłam tylko kilkadziesiąt sekund gorsza od Zuzy.
Nie wiem jak inni zawodnicy to robią, że po biegu wyglądają jak ludzie - ja wyglądałam co najmniej obciachowo - cała mokra, czerwona, poczochrana i z obłędem w oczach. Ale szczęśliwa, że przeżyłam!
Oczywiście zajęłam bardzo, bardzo odległą pozycję, ale i tak nie zamykałam klasyfikacji, więc nie jest źle. Może w przyszłym roku pójdzie lepiej...

P.S.
Od soboty chodzę jak paralityk - od pasa w dół wszystko mnie boli. Największą katorgą są schody.
Zuza ma to samo:-)

niedziela, 11 czerwca 2017

Mazurskie Tro(u)py


Znajomi, którzy nie mogli pojechać na Mazurskie Tropy, w e-mailu życzyli nam powodzenia w „Mazurskich Trupach”.  Myślę, że mają niezłą intuicję albo dostęp do przecieków z „samej góry”;-)
 Mazurskie Tropy znamy tylko z opisów, blogów i relacji. Wcześniejsza analiza pokazywała dość proste mapy i dziwne ślady ludzi, którzy plątali się po lesie nie mogąc znaleźć lampionu. Czasy zwycięzców jakieś takie dłuższe. Ciekawie – znaczy nasze szanse rosną – bo widomo - biegacze  z nas marni. Oczywiście nikt nie ma wątpliwości, kto zostanie Mistrzem Polski w tych zawodach – zwycięstwo Michałowi Jędroszkowiakowi odebrać może chyba tylko jakiś przypadek! 
W relacjach  z poprzednich edycji uwagę przyciągają licytacje, kto złapał więcej kleszczy.  Brzmi to groźnie.
Zaopatrzeni w zestaw wszelakich środków z DEET wyruszyliśmy na spokojnie wczesnym popołudniem w piątek. Aby nie zmarnować tych 200 km, po drodze musiało być zaliczone TRInO – to już taka nowa tradycja przed kolejnymi 50-tkami się robi;-)
Ostatni raz na Mazurach byłem dawno, dawno temu. Utkwiły mi w pamięci gęste lasy, pagórki i co chwila ukryte w lesie jeziorko.  Dojeżdżając do Orzysza musiałem zweryfikować swoje wspomnienia – płasko, przewaga łąk i jeziorek ani śladu.
W bazie jeszcze umiarkowany tłok, choć najlepsze kąty do spania już zajęte. Zaklepaliśmy sobie kawałek podłogi i tradycyjnie poszliśmy szukać pizzerni. Już nam wchodzi w nawyk taka dieta. Zauważyłem, że im lepsza pizza, tym lepszy potem wynik!
Co do samej organizacji bazy i sekretariatu – powiem: profeska. Jak do tej pory chyba najlepiej wszystko zorganizowane. Pakiety startowe - porządnie zapakowane czekały na odbiór, wszędzie kartki, drogowskazy co jak i gdzie.  W pakiecie nawet agrafki do przypięcia numeru, sznurek na kartę i sama karta startowa – nieprzemakalna, nierozrywalna, wypełniona, z opisami PK, linijką i nawet z dziurką do smyczy! Orgowie – wiecie już gdzie możecie się uczyć organizacji!
Jak zwykle kilkoro znajomych, a także konkurencja. W miarę szybko trafiliśmy do śpiworów, choć spanie szło marnie – uczestnicy przybywali do późnej nocy i temperatura nie sprzyjała spokojnemu snu.

Poranek – w nocy sala OSiRu wyraźnie się zapełniła.Kolejka do wrzątku. Kolejka do toalet . Bądź co bądź na liście startowej ze 200 osób. Odprawa na zewnątrz. I profesjonalne nagłośnienie! Ponoć jakieś bagienko wyschło, a cieki są do przeskoczenia. Fajnie – sucho i przyjemnie się zapowiada.

Chwila przed 8:00 rozdanie map. Porządne mapy A3 na jakimś bardziej wytrzymałym papierze. Szybka ocena sytuacji – w prawo lub w lewo – musimy okrążyć w efekcie jezioro Tyrkło. Kolejność jednoznaczna, tylko PK 17 nie wiadomo czy brać na początku, czy końcu - i tak i tak daleko i porównywalnie. Sygnał startu. Ruszamy. Wleczemy się z Barbarą na szarym końcu. Ponoć Barbara źle znosi upały, a zapowiada się duszno i gorąco. Na Roztoczańskiej 13 było ciepło, ale wiaterek bardzo dobrze regulował temperaturę. Tu powietrze stoi tak trochę zapowiadając popołudniową burzę. Lecimy za tłumem w kierunku PK 24 przez malownicze łąki.

Część odłącza się na PK 17, część na PK 18. Stawka się rozbija. Gdzieś na szarym końcu podbijamy PK 24. Na kolejny PK 18 prawie że „autostrada”. Przynajmniej do asfaltu. I muchy. Właściwie nie muchy, tylko MUCHY. Krążą, bzyczą, siadają gdzie się da. Trzeba oddychać przez zęby by ich za dużo nie połykać. Na szczęście w piątek kupiliśmy muggę w sprayu. Popsikanie na chwilę pomaga. Dalej wzdłuż cieku do rozwidlenia. Ciek wygląda na dość suchy. Trzeba się przeprawić. Schodzimy w rów i tu jakoś miękko. Noga od razu zapada się w miękkie błocko. Szkoda moczyć się na początku. Kilka gałęzi i udaje się przeskoczyć „w miarę suchą nogą”. PK 18 ma być za krzakami, całkiem niedaleko. Nie patrząc na mapę bierzemy azymut i przedzieramy się. Pokrzywy po pachy, kolce… od razu przypomina mi się Lampionada – myślałem, że tam jest teren nieprzebierny, ale co bym dał za taki „nieprzebieżny teren”. Najgorzej jest wydostać się z krzaków. Powrzucane gałęzie z kolcami na wysokość człowieka. Masakra! A gdybyśmy popatrzyli na mapę, to kilkadziesiąt metrów w prawo lub w lewo skróciło by krzalomęczarnie o ponad połowę. Myśleć, a nie tylko do przodu! Ale za to na lampion wychodzimy idealnie.
Dalej na zachód do PK 3. Przewrażliwieni oglądamy, że znowu jakieś zielone na drodze i ciek wodny. Jakaś droga od zachodu powinna wyprowadzić nas na punkt – a może uda się skrócić na azymut do przecinki widocznej na mapie.
Wchodząc w las słyszymy jakieś dziwne buczenie czy brzęczenie. Quady? Piły łańcuchowe? Jakiś  taki bardziej jednostajny odgłos. Ciekawe co to jest? Niestety, po chwili już wiemy. To stada komarów ukrywające się w zaroślach. Nie jakieś tam stada komarów tylko MEGA STADA.  Oczywiście muchy także nam ciągle towarzyszą. Co chwila psikamy się muggą, ale to pomaga na kilka minut. Brniemy w las, próbujemy skrócić na azymut, ale przebieżność lasu jest marna. Nauczeni doświadczeniem staramy się omijać największe krzaki i w efekcie wracamy na drogę niewiele skracając.  Na drodze daje się ciut podbiec i owady mniej przeszkadzają. Teren zgadza się z mapą, choć okazuje się, że przecinki na Mazurach stanowczo różnią się od tych, które znamy: jest to może ciut mniej nieprzebieżny fragment lasu, ale trudno nazwać to drogą. Docieramy do kanału gdzie ma być lampion. Musi być gdzieś po lewej tuż za jakąś odnogą kanału. Przeskakuję tą odnogę i prawa noga zapada mi się po łydkę. Szybko się wybijam i trafiam na stabilniejszy grunt, ale niestety mój nowy but zostaje w miękkim błocku. Właściwie to nie widać ani śladu po bucie!. Zostaje mi zdjąć ocalały but i zagłębić się w bagno w poszukiwaniu zguby.  Barbara z radością wyjmuje telefon i zamiast pomóc robi mi sesję fotograficzną dokumentującą moje poszukiwania. 

Uff udało się. Cóż, będę "dżentelmenem" – zbieram jakiś grubsze gałęzie i robię partnerce wygodne przejście przez grzęzawisko. Wydłubuję błoto z butów i zakładam mokre skarpetki, a Barbara litościwie podbija karty. Nie ma co się rozklejać, lecimy dalej. W okolicy słychać trzask łamanych gałęzi i pojawia się coraz liczniejsza  konkurencja, która wyprzedziła nas zaraz na początku. W szczególności zwracający uwagę uczestnik ubrany  od stóp do głów w praktyczny „biały kolor”. Już na starcie wyglądał fajnie, a przedzierając się przez krzaki wyglądał niczym zjawa.
Mkniemy na PK 13 – zagłębienie przy drodze. Prosto łatwo i przyjemnie – aby tak dalej. Ciągle mało podbiegamy – wyraźnie dzisiaj Barbarze nie idzie – ale cóż, tak bywa.
Przy PK 15 spotykamy tłumy. Dziwimy się, że widzimy Mateusza – on powinien być gdzieś w czubie! Znowu pojawia się zawodnik – Zjawa , rowerzyści i biegacz, którego będziemy często na trasie spotykali. Oczywiście wszyscy nam uciekają.
PK 11 – kanał. Najpierw drogę blokują nam zwalone drzewa. Trzeba obchodzić. Potem słyszymy odgłosy w dole – schodzimy do kanału. Coraz bardziej mokro. Widać lampion. Za lampionem kanał – całkiem szeroki. Nad nim drzewo w poprzek. Lekko spróchniałe. Ktoś przeprawia się po nim na drugi brzeg. To spora oszczędność czasu. Tylko ja ze swoim kiepskim poczuciem równowagi jakoś nie mogę się zdecydować. Barbara przechodzi na czworaka, ale moja wycięta kaletka przedrzepkowa przed takim manewrem protestuje. Skoro Barbara przeszła, także muszę. Zdejmuję buty (jeden jest w miarę suchy) mokrawe skarpetki i forsuję kanał w bród. Woda prawie do pasa, ale dno nawet stabilne. Uff, udało się. 

Prosto drogą do PK 6. Z naprzeciwka nadbiega „Zjawa” – chyba okrążał jezioro. Pomimo rozjaśnienia buraczymy i wchodzimy na sąsiednia górkę zamiast tej właściwiej. Ale na 10-tce szybko znajdujemy lampion. Na azymut do drogi. Troszkę w lewo i znajdujemy skrót by ściąć trochę drogi. Tyle, że ten skrót zaczyna wykręcać za bardzo na zachód. Zostają krzaki i wkrótce wychodzimy na drogę. Skracając zakręty staramy się podbiegać, ale idzie opornie. Gdzieś w zasięgu wzroku majaczy konkurent, który zgubił kartę startową i pracowicie zbiera konfetti z punktów. Trafiamy na jakąś drogę ciut nie zgadzającą się z mapą. Idziemy, bo kierunek ujdzie. Wypadamy na kolejną drogę szutrową w innym miejscu niż planowaliśmy, ale na tyle charakterystycznym, że od razu wiemy gdzie jesteśmy. Powinna tu być przecinka prowadząca w pobliże PK. Nie znajdujemy jej i przedzieramy się na azymut. Na pocieszenie znowu trafiamy idealnie na PK 22.
Dalej drogą, która nie zgadza się zbytnio z mapą. W efekcie za szybko schodzimy na dawny nasyp kolejowy, może wolniej, ale za to dokładnie docieramy do malowniczego PK 14.

Przed PK 9 spotykamy ekipę idącą dziwnym wariantem PK 6-PK9-PK 22. Wydeptują nam ścieżkę do lampionu.
Znowu krzaki i tymi sławnym ledwo widocznymi przecinkami idziemy dalej na PK 4. Komary i muchy tną, atakują niezmordowane. Co chwila używamy muggi, boimy się, że opakowanie może nie wystarczyć do mety!
Przed PK 4 spotykamy prognozowanego zwycięzcę, który wesoło biegnie z naprzeciwka. Jak zwykle nie wygląda na zmęczonego i podpowiada nam byśmy oszczędzali siły, bo trasa będzie miała dobrze ponad 60 km. Sami to już wiemy, bo na liczniku mamy więcej niż powinniśmy mieć, a dużo drogi nie nadkładaliśmy.
W drodze na PK 12 wybija nas w prawo droga na skróty. Zaznaczona na mapie w terenie wyglądała na tyle marnie, że nie byliśmy pewni czy to ta właściwa. W efekcie nie będąc pewni czy jesteśmy tu gdzie trzeba, przeczesujemy obniżenie bardziej na zachód niż powinniśmy, ale nie my jedyni, bo do dziury prowadzi wydeptana ścieżka.
Po chwili dołącza do nas „Zjawa” i znajomy szybkobiegacz. Szybkobiegacz narzeka, że to nie zawody biegowe, a i płyny mu się skończyły. Dobrze, że punkt żywieniowy już niedaleko. Jest skrzyżowanie – tu powinien być gdzieś lampion w znacznym obniżeniu. Jedno obniżenie rzuca się w oczy, ale zbyt blisko, choć wielkościowo by się nadało. Ustawiamy azymut i idziemy w las. Jedna dziura – za blisko, druga już prawie we właściwej odległości i właściwym kształcie, za nią wyraźna góra. Ale lampionu nie ma! Krążymy. Pomaga nam Zjawa mówiąc, że za górą jest kolejna dziura z lampionem. No tak ciut dalej niż wynikało z pomiaru linijką na mapie, a góra nas zmyliła.
Kierunek PK 1 – górka. Przecinka z mapy w terenie bardzo umowna. Jakaś wyjeżdżona droga ze zrywki drewna idąca zygzakiem. Krzale. Jest góra z jakimiś okopami i bunkrami. Jeden szczyt, drugi, trzeci. Lampion na ostatni choć nie najwyższym, ale zapatrzonym w punkt triangulacyjny. Gdyby były stowarzysze, bralibyśmy ten z najwyższego wierzchołka!
Do punktu żywieniowego. Jakimś reliktem drogi. Przy jeziorze obsługa zakapturzona i opatulona pomimo upału. Komary musiały dać im się we znaki. Spotykamy konkurencję w postaci Arka i Doroty. Idą wariantem przeciwnym. Mocno zmęczeni i mówią, że mają już ze 40 km na liczniku. A to połowa drogi!
Dalej oczywiste „drogowe” punkty –zapomniane cmentarze PK 23 i PK 7. Dalej nie ryzykujemy i nudny przelot asfaltem – na szczęście w dół i sporo cienia - Barbarze zaczyna wracać zdolność podbiegania.  Przed nami PK 16 „Przy ścieżce”.
Widzimy wychodzącego z tej ścieżki „Zjawę”. Jakoś tak poszarzał, zwłaszcza od dołu. Skręcamy. Zaczyna robić się błotniście. Próbujemy skakać z kępki na kępkę, ale to nie daje efektu. Wkrótce lądujemy po kostki w błotnistej mazi, która nazywa się „ścieżką”. Z naprzeciwka ktoś nadchodzi wyraźnie zmoczony „po uda”. My także wkrótce zanurzamy się coraz głębiej, niczym łódź podwodna.  I buty, które fajnie wysuszył asfalt wracają do stanu mocno wilgotnego.

Wracamy z powrotem na drogę szutrową. Za chwilę mijamy tablice „Natura 2000 – mazurskie Bagna” Wszystko jasne – organizator wpuścił nas w bagno. Do PK 10 nie ryzykujemy chodzenia na azymut. I słusznie – ciek wodny do sforsowania jest szeroki, głęboki i mocno błotnisty. Przed PK 10 z butów wysypujemy błoto i inne śmieci załapane przy PK 16, z nadzieją, że to koniec brodzenia po wodzie. Niestety, PK 10 radośnie świeci pod drugiej stronie bagienka. Coś na kształt grobli przez środek, tyle że kończy się kilka metrów przed brzegiem. Próbuję przejść bezpośrednio do lampionu, ale robi się głęboko, a dno wciąga. Udaje się lekko obejść i bezpiecznie dojść do punktu. Nie może zabraknąć jakiegoś selfie z lampionem! 

Powrót przez bagno i kolejna próba wysypania z butów bagiennych pozostałości.
Przy PK 8 znowu spotykamy znajomego szybkobiegacza. Dalej bezpiecznie do mostku pomiędzy PK 19 i PK 20. I dobrze, bo ten ciek to rozlewiska bardzo nieładnie wyglądające.
Na mostku spotykamy snującą się z naprzeciwka „Zjawę”. Nie jest już biała tylko mocno przyszarzała. Myśleliśmy, że w międzyczasie zaliczył 19 lub 20 ale to dementuje. Musiał się gdzieś pogubić.
Lecimy na PK 20. Przecinka – jak na okolice całkiem przebieżna. Przebieżna aż do płotu. Na szczęście płot ten już w pobliżu PK. Schodząc z górki spotykamy kilku konkurentów – w szczególności bezpośrednią konkurencję Barbary – Kasię Karpę. Wygląda całkiem świeżo.
Droga na PK 19 niestety zarośnięta. Idziemy naokoło. Musimy omijać jakiś płot, ale trafiamy dość sprawnie.  Punkt na „wyschniętym bagnie”, ale mieszkańcy bagna – wygłodniałe komary chyba jedne z najgorszych na całej trasie. Za chwilę przegania nas Kasia i porywając  naszego szybkobiegacza leci do przodu. Trochę podbiegamy, ale oni wcześniej już wzięli PK 17 i nie mamy szans ich prześcignąć na mecie.  PK 2 i 21 formalność – ciągle mamy w zasięgu wzroku konkurencję. Jak miło jest umyć wreszcie ręce w czystej wodzie jeziora Śniardwy! Ale za to dreptanie po metalowych podkładach wykańcza. Zostaje nam ostatni PK 17 i z 8-9 km do mety. W limicie się wyrobimy, ale  z czasem rzędu 12 godzin. Do PK 17 można albo gdzieś nad jeziorem się przebijać, albo wygodną drogą naokoło. Z mapy wynika, że to przebijanie się na skróty może być co najmniej ryzykowne – rzeka Orzyszka wygląda na całkiem sporą, wokół bagna, lasy bez dróg i spore pofałdowania. Postanowimy pobiec naokoło. Chyba dobra decyzja, bo widzimy jakiegoś „czerwonego” zawodnika skręcającego  na skróty – jakby nas wyprzedził spotkalibyśmy go na odejściu z PK 17, ale więcej go już nie zobaczyliśmy.

Udało się dużo podbiec i szybko zaliczyliśmy PK 17. Do samego Orzysza bieg asfaltem. Co chwila wyprzedzają  nas rowerzyści pędzący na metę – limit im się kończy wcześniej niż nam. Na ostatnich metrach widzimy jakiegoś piechura – planowaliśmy przejść do marszu, ale odzywa się duch rywalizacji.  Biegnie się nam coraz lepiej, a on wyraźnie idzie już ostatkiem sił. Wyprzedzamy go przed ostatnim zakrętem.
Na dobiegu do OSiRu organizator przez nagłośnienie nas dopinguje.  Całkiem dobrym tempem wpadamy na metę kilka minut po 20-tej.
Zrobiliśmy prawie 63 km, a niby miała być to 50-tka!  Michał jak zwykle wszystkim ”dowalił” i zrobił czas poniżej 7 godzin, ponad godzinę wyprzedzając następnego na mecie.  Spotykając go szacowaliśmy, że zajmie mu to co najmniej 8 godzin!
Barbara tym razem nie załapała się na podium (gdybyśmy na początku dali radę podbiegać!)  ale za to ja załapałem się na podium weteranów! Widać trasa wykończyła skutecznie wszystkich staruszków, że mi się udało :-) 
Errata
To już chyba taka „nowa świecka tradycja” znowu zostałem zdetronizowany i po kolejnym przeliczeniu wyników
 ostatecznie  zostałem vice-vice-vice mistrzem MW-50. Dobrze, że nie zostałem na ceremonii dekoracji, bo musiałbym teraz medal oddawać;-)


piątek, 9 czerwca 2017

Stowarzyszony trening

Do Grassora niedaleko, trzeba więc sprężać się z treningami. A jak trening, to wiadomo, że najlepszy stowarzyszony. Tym razem nie zażyczyłam sobie łatwiejszej mapy i postanowiłam powalczyć z taką, jak wszyscy. Na szczęście okazała się z drożnią, ale za to powycinana w kółeczka. Specjalnie groźnie to nie wyglądało.
Ruszyłam od razu, żeby mnie noc nie zastała, bo sama nocą w lesie... Nie, do tego nie dojrzałam, choć na Matni w zeszłym roku już testowałam. Na pierwszy PK drogą bezproblemowo, ale na kolejny już azymutem. Wypadłam idealnie na punkt. Dobra nasza! To dawaj dalej azymutem. Sprawdziło się. Przy kolejnym też i przy kolejnym. Boszszsz... Jaka ja jestem genialna! Mój geniusz trwał aż do PK 81 włącznie. Na kolejny też ustawiłam azymut, rozpędziłam się i... wyleciałam na rząd domów. Trzeba dodać - całkowicie nieprzebieżnych domów. Ponieważ niespecjalnie zwracałam uwagę na przebytą odległość, nie byłam pewna czy szukać tu gdzie jestem, czy jakoś te domy obejść. Wróciłam kawałek, przeczesałam okolicę i nic. Wyszłam na asfalt, obejrzałam ścieżki odchodzące od niego i nijak mi nie pasowały. Nie mogłam jakoś uwierzyć, że punkt będzie za rzędem domów, ale postanowiłam sprawdzić, bo przecież nie mogłam do końca życia stać na asfalcie i martwić się, że zginęłam. Szłam więc powolutku (bo jakoś mi przeszedł zapał do biegania) i rozpatrywałam możliwe warianty ewakuacyjne. Jest asfalt, to i cywilizacja będzie. Uszłam strasznie daleko (jak mi się wydawało) i nagle coś w terenie zaczęło się zgadzać. I wreszcie - Wiem! Wiem gdzie jestem! Nogi od razu wyrwały mi się do przodu i poooooszła.
Na PK 77 dobiegłam równo z Tomkiem i Barbarą. Tyle, że oni wystartowali sporo za mną. Ale niech im będzie. Proponowali żeby dalej lecieć z nimi, ale po pierwsze miałam przecież trenować samodzielną nawigację, a po drugie przecież i tak bym nie nadążyła za nimi.
Drugi raz utknęłam na PK 402. Trochę mnie zniosło, wyleciałam na dwa dołki, zupełnie takie jak zaznaczone na mapie. Myślałam, że może lampion jakoś perfidnie ukryty i szukałam i szukałam i nic. W końcu zeszłam do drogi i namierzyłam się od skrzyżowania. Był, stał, czekał na mnie.
Z 402 został już tylko bardzo, bardzo, bardzo długi przelot na metę. Do tego przez pioruńską górę pełną piachu i ledwo się na nią wczołgałam. Z góry już poszło lepiej, a na mecie czekali fotoreporterzy, więc trzeba było finiszować z fasonem.


Muszę powiedzieć, że z nawigacji to byłam zadowolona, bo poza tymi dwoma punktami, wszędzie biegnąc na azymut wylatywałam idealnie tam, gdzie planowałam. Normalny szok. Z tempem jednak jakby gorzej. Że tak powiem znacząco gorzej. I tak się trochę boję, że może już osiągnęłam szczyt swoich możliwości i szybciej już nie będzie?

czwartek, 8 czerwca 2017

Bez mapy na spacer

Na "Z mapą na spacer" zapisałam się znowu na trasę normalną, ale jak zobaczyłam na rozpisce minutowej, że trasa ma mieć tylko 2,5 km i 0 PK, to zaczęłam się zastanawiać nad tą nienormalną. Też co prawda miała 0 PK, ale przynajmniej 3,5 km:-) Z drugiej strony, na normalnej trasie, tuż po mnie miała startować Agnieszka. Strasznie byłam ciekawa jak wypadnę w konfrontacji z nią - zwycięży młodość, czy doświadczenie. W końcu postanowiłam, że jeśli będą mieli wolne mapy na nienormalnych, to może się przepiszę, a może nie.
Na start przyjechaliśmy prawie godzinę przed czasem, bo w żadne korki nie wpadliśmy i światła nam sprzyjały.  Wolnych map na nienormalnych nie było. To znaczy, w ogóle żadnych map nie było. Jakoś ten drobny szczegół umknął organizatorom. Bywa. Nawet punktów (co to jednak miały być) nie mogli rozstawić, bo ... nie mieli mapy i nie wiedzieli gdzie.
Przed wejściem do szkoły (gdzie była baza zawodów) gromadziło się coraz więcej uczestników i wkrótce zaczęła się ogólna integracja. W sumie gdyby organizatorzy zamiast po mapy, wysłali umyślnego po piwo i czipsy, pewnie nikt nie miałby pretensji i całkiem miło spędzilibyśmy czas. Wśród organizatorów widać było pewną nerwowość, wśród uczestników jakby mniejszą. Padła propozycja, że może nasz klub przejmie inicjatywę i szybko zorganizujemy jakąś traskę turystyczną, albo przynajmniej jakieś TRInO. Paweł, niczym iluzjonista z kapelusza, wyjął z sakwy plik trin, ale akurat żadne nie było po Warszawie. Co on ze sobą wozi???

W końcu mapy dotarły, ale zrobiło się późno, a raczej mało kto miał czołówkę. Organizatorzy postanowili olać listy startowe i puszczać nas z puszki co pół minuty. Nawet na mapy pozwolili spojrzeć z pół minuty przed startem. Akurat zdążyłam znaleźć trójkącik startowy i północ. Pierwszy przelot od razu był długi. Jak dla mnie oczywiście. Ale za to punkt łatwy. Zresztą wszystkie były dość proste (jak to w mieście), za to tych dłuższych przelotów ze sześć. I trasa nagle na mapie miała już nominalnie 2,8 km. Urosła w trakcie czekania:-) Ponieważ trasa krótka, to gnałam ile fabryka dała, ale przy punktach robiłam specjalnie dłuższe podbijanie, żeby złapać oddech. Nawigacyjnie zgłupiałam dopiero między PK 15 a 16. Niby nic specjalnego, a nagle zaćmienie totalne. Aż musiałam kompas uruchomić, żeby wiedzieć w którą stronę lecieć. Oczywiście najpierw trafiłam na ósemkę, ale, że to po sąsiedzku, więc wystarczyło się rozejrzeć dookoła. Ponieważ tym razem nie oszczędzałam się, na mecie zrobiło mi się niedobrze i tylko patrzyłam gdzie umknąć w razie potrzeby.  Ale spoko - dałam radę i nawet o własnych siłach (i dopingu Barbary) doszłam do bazy.
Tomka, o dziwo, nie było. Zdążyłam się porozciągać, sczytać, napić, spakować, a ten jakby przepadł. Niby wszyscy go widzieli na trasie i to na końcówce, więc powinien już być. Zgubił się! Normalnie się zgubił! Zamiast patrzeć na mapę, to poleciał za innymi. Tyle, że "inni" byli nie z jego trasy.
Agnieszka dotarła sporo po mnie, ale nie wiedziałam kiedy wystartowała, więc z porównaniami musiałam czekać na oficjalne wyniki. I co się okazało? Wygrałam z nią! O 13 minut. Chwilowo cieszy, ale w ostatecznym rozrachunku Agnieszka doświadczenie zdobędzie, ja młodości nie odzyskam.

wtorek, 6 czerwca 2017

Rodzinne MnO


Podczas gdy Tomek relaksował się na pięćdziesiątce, ja zapylałam jak mały samochodzik, żeby ogarnąć wszystko na Rodzinne MnO. Też bym wolała pojechać na Roztocze, ale skoro firmuję sobą imprezę, to sumienie nie pozwalało mi zostawić jej na żywioł, bo różnie by to mogło być.
Oczywiście znowu zapomniałam o swoim mocnym postanowieniu nie wymyślania  pracochłonnych map i rzeczy okołomapowych i postanowiłam zrobić książeczki ze zdjęciami. Tymi do dopasowywania na PK. Na szczęście postanowiłam robić tylko jedną na zespół, ale i tak była z tym masa roboty. Każdą kartkę musiałam zalaminować, pociąć, przedziurkować, złożyć w książeczkę i związać. Do tego trzeba było zrobić nowe lampiony, bo tych starych - brudnych i poszarpanych już bym się wstydziła powiesić. A jeszcze zakupy, a jeszcze wzorcówki, a jeszcze urodziny córki i wspólna wyprawa do sklepu po prezent.  Po 22-giej, kiedy mniej więcej wyprowadziłam wszystko na prostą, wrócił Tomek - rześki i radosny jak skowronek. No, mówiłam, że pojechał się relaksować. Ja byłam zorana jak po setce co najmniej. Prawdę mówiąc byłam pewnie po dwóch setkach. Ajerkoniaku, co mnie szwagier poczęstował.

W niedzielę rano pospaliśmy prawie do siódmej, a już koło ósmej wieszaliśmy lampiony. Na szczęście dużo ich nie było do powieszenia, bo optymalizujemy trasy, no i w dwie osoby poszło szybciutko. O 10.00 w miejscu startu była zbiórka organizatorów, czyli nas, ruchomych PK w postaci Michała i Krzysztofa, a fotoreporterka dojechała później. Oczywiście przybyli także niezawodni Stowarzysze - Barbara i Darek M. Obanerowaliśmy się, rozłożyli sekretariat, ruchome punkty dostały swoje wyposażenie, Zuza uruchomiła aparat i pierwsze zespoły ruszyły na trasę.
Tomek sprytnie wykoncypował żeby metę zrobić w OKIS-ie, bo tam miał się odbywać piknik z okazji Dnia Dziecka. Zdejmowało to z nas obowiązek zapewnienia uczestnikom rozrywki na czas oczekiwania na wyniki. Tak więc pół godziny po otwarciu startu Tomek pozbierał część klamotów i pojechał zakładać metę. Ja jeszcze przez godzinę dyżurowałam na starcie wypuszczając kolejne zespoły. A na mecie wraz z pojawianiem się uczestników, pojawiły się i wątpliwości: czy ten punkt to dobrze stoi?, a bo tu wychodzi BPK, a teren się nie zgadza, a tu zdjęcie też pasuje itd., itp. Fakt, mapę mieliśmy sprzed roku, a w tym czasie teren nam trochę przekopali, ścieżki wydeptali jakieś nowe, a i my jeden punkt postawiliśmy od czapy, bo mapę robiłam ja, a wzorcówkę Tomek i niekoniecznie wszystko się idealnie pokryło. Ponieważ to nie zawody o złote kalesony, ani jakieś ferrari, czy inne takie, postanowiłam więc uznać wszelkie zażalenia, a na przyszłość pińćset razy sprawdzić każdy punkt. Jak by się człowiek nie okręcił - d... zawsze z tyłu. No, ale to nie tylko u nas - na wszystkich zawodach jakieś drobne wpadki się zdarzają. Tym się pocieszam i tego się trzymam:-) Lampiony zadeklarował się zebrać Michał, bo przyjechał rowerem i wydawało mu się, że rower usprawni zbieranie. Moim zdaniem raczej utrudniał, ale nic nie mówiłam, żeby nie spłoszyć. Zebrał wszystko dzięki czemu resztę niedzieli mogliśmy spędzić na słodkim nicnierobieniu.
Za niecałe dwa miesiące kolejna runda. Jak by tu sobie utrudnić życie i co pracochłonnego wymyślić??? Jakieś pomysły, sugestie?

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Szczęśliwa 13-stka

13-stka towarzyszyła mi od dawna. Mając nazwisko na literkę „Ł” zwykle ma się 13-ty numer w dzienniku szkolnym. Po pewnym czasie 13-stka robi się wcale nie taka straszna.
W tym roku Roztoczańska 13-stka kusiła formułą rogainingu i roztoczańskimi jarami, gdzie nam całkiem dobrze poszło na Skorpionie. Z rogainingiem mam zresztą porachunki – stratowałem w nim 2 razy w życiu - za pierwszym na DyMnie zabrakło odwagi na początku, a mogło być znacznie lepiej, a na V Pomorskim Rogainingu zaplatałem się w wąwóz z rzeką oraz zbyt nieaktualne mapy.
Do Kraśnika nie wiedziałem czy da rade pojechać – bądź co bądź w niedzielę sam organizowałem Rodzinne MnO w Zielonce, a wiadomo - trasy trzeba rozstawić, mapy nietypowe zrobić i inne takie. Na Szczęście Moja Druga Połowa wzięła na siebie te bardziej pracochłonne czynności i pozwoliła mi pojechać.

Pojechaliśmy tradycyjnie z Panią Prezes w piątek. Widomo – 50-tki są tylko za 1 punkcik do OInO i wychodzi słaby przelicznik punkcika na kilometr, więc po drodze zaliczyliśmy ile się dało tras TRInO. Czyli przelicznik punktów stał się całkiem znośny, a i kilka kilometrów na rozchodzenie przeszliśmy.
W bazie jeszcze pustki i spokojnie można było zgodnie z kolejną świecką tradycją spróbować „najlepszej pizzy w mieście”. Tak już jakoś wychodzi, że im lepsza i większa ta pizza, to i lepszy wynik wychodzi. Ciekawe kiedy tego jako doping zabronią!
Na liście startowej relatywnie mało znanych nazwisk. Najgroźniejszy z zapisanych wydaje się Hubert, który kilka dni wcześniej deklarował, że tym razem 13-stkę wygra. Oczywiście na FB odpisałem mu, że będę przed nim – a co, trochę rywalizacji słownej przed startem nie zaszkodzi;-). Dystans, który pokonał na DyMnO rzeczywiście budzi respekt – nieosiągalny dla takiego zwykłego dreptacza jak ja. Zresztą, jak przystało na potencjalnego zwycięzcę, wystartował w żółtej koszulce lidera.
Powoli baza zaczęła się zapełniać. Pojawił się Mateusz, którego nie widzieliśmy wcześniej na liście startowej.  Znowu wyższa półka, z którą ciężko jest konkurować. Do kompletu dołączyła także aktualna liderka PMnO. Słowem nasze szanse na dobry wynik zaczęły topnieć. Zostawała jeszcze nadzieja, że trasa okaże się trudniejsza nawigacyjnie i wtedy szybkość przelotowa będzie odgrywała mniejszą rolę. Niepocieszeni udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Rankiem jak zwykle rozdzwoniły się budziki i inne takie. Nie ma wybacz, trzeba wstać. I ludzi zaczęło przybywać. Wreszcie odprawa i wydanie map. 30 minut przed startem. Tak o 25 minut za wcześnie – szybkie ogarnięcie mapy to właściwie jedna z podstawowych umiejętności BnO. Pełna mapa, rzut oka i wiadomo jak wygląda optymalna trasa (przynajmniej na papierze, bo co spotkamy  w terenie to się dopiero okaże). Ogólnie trasa optymalna wygląda na łatwą i przyjemną – żadnych rzek i bagien do pokonywania, wszystkie drogie punkty blisko startu i ułożone tak, że daje się je zebrać bez jakiegoś wielkiego napinania. Jedyne co może zróżnicować wynik to te mniej warte PK w drodze powrotnej – lepszy biegacz zbierze ich więcej.
Na start wywieźli nas z 15 km, pokazali ręką  kierunek w jakim szukać mety i tyle. Tłum ruszył w kierunku najbliższego PK 37. Na czele oczywiście lider w żółtej koszulce poleciał, aż się kurzyło.  Na punkt dobiegliśmy jako jedni z ostatnich, więc nawet nie było kolejki do mazaka. Dalej pod górę w kierunku PK 46. Najszybsi dawno zniknęli z oczu. Z zasady nie biegamy pod górę, więc wolno i spokojnie. Na górze poprzeczny asfalt – czyli zaczynają wychodzić różnice pomiędzy starą mapą i tym co w naturze. Spora grupa dziarsko przekroczyła asfalt i i pognała dalej szybko w kierunku wierzchołka wzniesienia.  Jakiś taki dziwny kierunek obrali, bo PK powinien być wyraźnie na zboczu, ale jeśli ktoś lubi… nam pasowała ta droga asfaltowa, która prawdopodobnie po śladzie drogi gruntowej zaznaczonej na mapie zaprowadzi nas pod sam lampion. Przed nami tylko widoczni w oddali  przyszli zwycięzcy obrali ten kierunek. Po chwili jesteśmy w jarze gdzie powinien być PK i rzeczywiście jest. Grupy, która wybrała drogę przez szczyt – nie widać. Za nami jeszcze Sławek Frynas z partnerem dzielnie biegł dotrzymując nam kroku.

Teraz w dół do asfaltu i szukamy PK 56 z opisem „Nora borsuka?” Miejsce znajdujemy bez problemu. Jest jar tam gdzie trzeba, ale nie ma lampionu. Jest nawet jakaś „nora borsuka” ale kilkadziesiąt metrów dalej w głąb jaru. Ale zaraz obok jest drugi jar. I nora i  lampion. Wyraźnie źle naniesiony PK na mapę. W efekcie na punkcie spotykają się trzy zespoły: Dorota i Arek, my i Sławek z kolegą. Po chwili ruszamy dalej – starając nie dać się odbiec przeciwnikom. Po kilkuset metrach z naprzeciwka widzimy biegnącą koszulkę lidera. Ciekawe jaki wariant wybrał Hubert, że biegnie z tej strony? Przekleństwa które rzuca przebiegając obok nas coś źle świadczą o tym wariancie;-)
PK 92 -  miejsce do odnalezienie proste. Owszem przestrzeliwujemy jeden jar, ale to błąd rzędu 300 m. Za to wygodniejszą drogą. Mamy dół i skarpy, zaczyna się szukanie lampionu. Ekipa szukająca biało-czerwonej karteczki rośnie. Nie wiem jaki sens ma ukrywanie lampionu w terenie i tak nieprzebieżnym. W efekcie lampionu szuka całkiem spora ekipa przez kilka długich minut. Lecimy dalej. Z przodu Arek z Dorotą – wyraźnie szybciej. Wkrótce wyprzedza nas jakiś szybkobiegacz i po krótkiej pogawędce leci wyprzedzić liderów naszej grupki. Droga prosta jak drut, asfaltem do dołu z powalonym drzewem, lampion widoczny z drogi. Mamy PK 68. Koniec dróg utwardzanych, dalej miedzą i polną drogą w kierunku PK 93. Kawałek trzeba jakoś tak „na azymut” – oczywiście wybieramy wariant drogowy – widomo droga gdzieś prowadzi i jest nią łatwiej i szybciej niż przedzierać się przez krzaki i pokrzywy. Tu znowu dopada i wyprzedza  nas Hubert klnąc na nieznajdowalny PK 68. Hmmm, czy na pewno mówi o tym samym PK?
Dochodząc do PK 93, widzimy w oddali wybiegającego z niego Huberta. No tak, zostajemy coraz wyraźniej z tyłu. Martwi nas także, że nigdzie nie widzieliśmy Mateusza – czyżby już był na drugiej mapie? Sam PK 93 – przepiękny roztoczański jar pełen miłego chłodku. Aż szkoda z niego wychodzić!
Do PK 82 drogą na wprost. Właściwie po wyjściu z jaru widać po drugiej stronie doliny charakterystyczne załamanie lasku gdzie się ten PK ukrywa na złamanym drzewie. Umiejscowienie lampionu w lesie daje wreszcie miłą ochłodę po odkrytych terenach, które ostatnio pokonywaliśmy. Jako, że na koncie mamy 44 punkty, nie może zabraknąć klubowego selfie z lampionem!
Do PK 74 znowu prosta droga. Ciągle zero zagwozdek nawigacyjnych. Dobiegając do punktu widzimy w oddali żółtą koszulkę Huberta tnącego do PK 94, a po chwili mijamy Arka z Dorotą wybierających wariant drogowy. Nawet nie mamy jakiejś dużej straty do nich. I pojawia się pierwszy zespół zmierzający w przeciwnym kierunku – czyli jakimś innym wariantem.
Znowu zero nawigacji – wszystkie drogi na mapie i się zgadzają, a nie ma co skracać, bo zysk żaden. Po PK 94 cofamy się kilkaset metrów do drogi na zachód do PK 81 i spotykamy znowu Sławka – ciągle jest całkiem niedaleko za nami! Trzeba przyspieszyć i wbrew zasadom podbiegamy nawet kawałek pod górkę. W Majdanie spotykamy rowerzystów. Bierzemy wraz z nimi PK 81. Dalej do PK 91 – prosta asfaltowa droga. Dochodzimy gdzieś do 25 km, zbliża się 4 godzina, ale to już nawrót do bazy – czyli zgodnie  z planem.
Truchtamy sobie asfaltem, a z tyłu słyszymy bzyczenia niczym rój pszczół czy szarańczy. Patrzymy za siebie, a tu peleton kolarzy! Jakiś wyścig szosowy nas przegania. Nawet jacyś kamerzyści nas nagrywają jako tło do kolarzy!
PK 91 znowu prosto znajdowalny. Dalej cywilizacja i sklep z zimną Pepsi! I chwila rozprężenia – idziemy ze 200 m nie tą drogą co powinniśmy szukając PK 55. Po chwili korygujemy i mamy. Do PK 66 znowu mordęga nasłonecznionym asfaltem. Czyli 98 punktów, 32 km i ponad 3 godziny do limitu. Czyli wynik nie przynoszący wstydu.
Przed nami PK 63. Co chwila zastanawiam się czemu autor trasy nie ułożył rozjaśnień jakoś po kolei. Za każdym razem szukamy rozjaśnienia całkiem długo, co nie jest wcale łatwym zadaniem.


PK 71 to formalność i jacyś rowerzyści wyraźnie z trasy spacerowej. Dalej w planie PK 73, 52, 75 i w zależności od sił i czasu 32/42 i 22/21. PK 73 to wreszcie mała zagwozdka nawigacyjna. Na rozjaśnieniu przecinka, a na mapie 1:50000 przecinka powinna być w innym miejscu. Chwila pomiarów i wyliczeń – wygląda, że powinna być droga nieoznaczona na mapie i tam PK. Chwila odmierzania odległości i rzeczywiście jest. I tłum z tras spacerowych.
PK 52 jest nasz, mamy jeszcze troszkę ponad 1,5 godziny. Lecimy na PK 75 i wpadamy na czyjeś podwórko. Zamknięte. Trzeba się cofać. Niby nie dużo, ale tu już każda minuta się liczy. Do 75 lecimy na skróty. Chwilę szukamy lampionu zbyt blisko – znowu chwilka straty.
Teraz kolej na PK 32 - kierunek wysypisko. Można biec „na nos”;-) Jest wysypisko, omijamy je od południa i… dróżka się kończy. Spadamy do jaru. Krzaki, pokrzywy i komary. Nie zostaje nam nic innego niż się przedzierać. Wolno i mozolnie. Samo rozjaśnienie PK 32 nic nie mówi. „Punkt na niczym” w opisie „na skarpie przy drodze”, tyle że na mapie ani drogi ani skarpy.
Fajnie. Barbarze udaje się rozpoznać charakterystyczną skarpę w pobliżu. Idziemy spróbować znaleźć lampion. Jest droga i skarpa! I lampion uff.
34 minuty czasu i ok. 4 kilometrów. Jeden PK po drodze. Niby zdążyłoby się marszem, ale… biegniemy. Barbara powoli ustaje, ja udaję że jeszcze mogę – taka już rola faceta  w zespole;-) Po PK 22 zbiegam z nasypu sam – na szczęście od razu go znajduję, pomimo rozjaśnienia, gdzie znowu PK jest „na niczym”. Doganiam Barbarę i gamy ile dajemy radę. Na metę wpadamy ze 4 minuty przed limitem. Z naszych szacunków wynika za mamy 128 punktów – ładny wynik. GPS pokazał 49 km – nie ma się czego wstydzić
Na mecie zniesmaczony Mateusz – nie przyznaje się ile punktów zdobył. I oczywiście Arek z Dorotą, którzy biegli przed nami. Z niewielkim spóźnieniem dociera Sławek Frynas. Gdzieś tam spotykam Huberta, który dopytuje się ile punktów zdobyliśmy. Gdy mu podaję nasze wyliczenie idzie z furią  wyżyć się na swoim samochodzie (nie wiem czym mu zawinił, że go skopał).
Oczekiwanie na wyniki. Szczęśliwcy dostaną cegły, ale najpierw idziemy na dzika. Nie wiem, czy to ten co z nami nocował na sali, ale prawdziwy kucharz, taki w białej czapce dzieli pieczone w całości „dwugłowe” zwierzę. Kolejka straszliwa – na trasach rodzinnych była spora frekwencja. Zastanawiamy się, czy wypada wysłać „Chrumkającej Ciemności” zdjęcie ze stołówki;-)
Po wyżerce zaczyna się równie oczekiwana część, czyli rozdawanie giftów. Najpierw panie, potem panowie. Tak się zastanawiam - czemu dostałem krem przeciwzmarszczkowy.  Niby startuję w kategorii weteranów MW, ale aż tak to widać???
I wreszcie ogłoszenie wyników. Z wcześniejszych przecieków wiedziałem, że mamy dobry rezultat. Najpierw kategorie rodzinne, potem rowerowe i wreszcie P8. Najpierw Panie. Na 3 miejscu – Pani Prezes (łubudubu!) – dostaje gustowną cegłę i torbę prezentów.

Coś nam się nie zgadza wynik wyczytany 125 punktów, ale nie będziemy przerywać ceremonii. Różnice na podium jednopunktowe – wygrywa Dorota Duszak. Kolej na mężczyzn. Zwycięża Arkadiusz Duszak, mnie nie wyczytują (trzecie miejsce to 126 punktów).
Zaraz po dekoracji idziemy „Bić Autora”. Nie my jedyni, kolejka do bicia spora;-) Liczymy jeszcze raz wyniki. Okazuje się że mamy 126 pkt, a nie 125 czyli Barbara awansuje na 2 miejsce, a ja na 3. Następuje mała „wymiana cegieł” dostaję tę od Barbary, a jej wręczam taką z odpowiednim miejscem z kupki, która została;-) Jeszcze „budująca” fotka z cegłami i dzikiem i możemy ruszać do domu. Za kilka godzin muszę rozstawiać trasy na nasze Rodzinne MnO!
W ramach podsumowania – zaskakująco duża ilość uczestników na trasach rodzinnych. I dobrze! Kucharz krojący dzika – full wypas;-) I Roztocze, które mi się całkiem podoba – jary dają możliwość pokluczenia i ponawigowania, a odstraszają tych szybkobiegaczy, z którymi nie mamy żadnych szans rywalizować. Także bardzo fajne rozwiązanie, że tacy marni średniacy jak my, byli w stanie zebrać wszystkie 9-tki i cała rywalizacja odbywała się na mało punktowanych PK – stąd nie było dysproporcji 20 czy 30 punktów pomiędzy zawodnikami. Jedyny minus (oj zawsze coś tam muszę ponarzekać) to punkty „na niczym” według mapy. Co szkodziło na rozjaśnieniu dorysować kreskę drogi czy skarpę na której stawiamy lampion? A tak mamy go na białej plamie i tylko opis może nas naprowadzić gdzie szukać lampionu.


czwartek, 1 czerwca 2017

Stowarzyszony trening na ZPK...

 ... widziany okiem Chrumkającej Ciemności!

Wygląda na to, że to nasz debiut pisarski. Nie można przecież wymigiwać się od delikatnej sugestii kierownictwa klubu, że najwyższy na to czas.
Po tygodniu InO ten tydzień okazał się jakiś monotonny. Co to w ogóle znaczy, żeby dwa dni z rzędu wracać po pracy do domu? Kalendarz na początku wieścił całe 5 dni posuchy. Całe szczęście o nasze poczucie sprawiedliwości dziejowej (czyli regularności InO) zadbał Tomek, przygotowując kolejny trening ZPK. Zapowiadało się bardzo przyjemnie – tuż obok poprzedniego, zasady bez zmian – czyli mapa pozbawiona drożni, długość prawie jak poprzednio – nie powinno być trudno – w sam raz na relaks w połowie tygodnia. Ponieważ poprzednio się nie spieszyliśmy w lesie zastała nas noc, tym razem postanowiliśmy, że trzeba wystartować wcześniej. Albo targać czołóweczki, ale to nie zima, aby głowę stroić w nocne odzienie.
Niestety najwyższy czas się nauczyć, że szybki start możliwy jest tylko wtedy, kiedy nie zna się organizatorów albo jest dużo uczestników. Tak to zawsze znajdzie się temat do rozmowy, więc z koncepcji wczesnego startu wiele nie wyszło. Ale w końcu się udało i ruszyliśmy.
Już od pierwszego spojrzenia na mapę coś mi się nie zgadzało. Brak drożni rozumiem – ale mapa ogólnie była bardzo optymistycznie jasna. No ale wiadomo – nie ma dróg, musi być puściej. Przynajmniej południki błękitem sugerowały, że północ wróciła na jedyne słuszne i właściwe miejsce u góry mapy. W ostatniej chwili nawet pomyślałem, aby potwierdzić to u autora trasy – jedna rzecz mniej do przejmowania się.
Pierwszy punkt prosty – od środka odcinka płotu cmentarza dokładnie na południe. Prowadzi Gula. Wszystko dobrze, tylko czemu cmentarz na mapie nie jest ogrodzony? Spojrzenie wokół po mapie i ogólnie najwyraźniej w Starej Miłosnej w ramach programu transparentności usunięto wszelkie ogrodzenia wokół budynków… wróć? Jakich budynków? Chyba trzeba zmienić założenia.
W każdym razie idziemy na azymut wyliczoną odległość i kawałek dalej – nic. No dobrze, czeszemy idąc z powrotem równolegle – nadal nic. Trudno – bywa i tak. Namierzamy się raz jeszcze i podejście trzecie. Docieramy do drogi, której istnienia można się było domyślać, ale słupka nadal brak. Mija nas rozpędzony MG i po chwili z zarośli, które minęliśmy o kilka kroków słychać „to tutaj!” (dzięki!).
Punkt podbijamy i zaczynamy dobrą passę. Podbiegamy w stronę linii energetycznej (też na mapie nieobecnej), mijamy granice kultur (też jakby brakującą) i orientując się na kopczyki bezproblemowo wbiegamy prosto na punkt 403. Dalej również na zmianę biegnąc i idąc kierujemy się w stronę 404. Po drodze krótki postój przy niecce nad rowem i kurs kierowania się na azymut po kompasie – efekty od razu wspaniałe – na punkt wejście jak po sznurku. Następnie na kolejny punkt – 109. Tu z kolei korzystamy z rzeźby terenu, również trafiając bezbłędnie. Dobra passa się ciągnie! Jeszcze do 111, gdzie podbiegamy wzdłuż szosy szacując dystans po krokach. Skoro metoda się sprawdza, decydujemy się kontynuować ją na swoje nieszczęście. Liczenie kroków w stronę 112 sprawia, że zamiast zorientować się na niewielką widoczną na mapie polankę, przebiegamy za daleko. Tam już przestał nam przeszkadzać fakt, że na mapie brakuje więcej elementów niż się spodziewaliśmy. Zwiedzamy znaczny fragment niezmapowanego obszaru, na siłę dopasowując elementy krajobrazowe i poświęcając na to za dużo czasu. Ostatecznie poddajemy się zmierzając po 400, zanim wszyscy uznają nas za zaginionych i lampiony zostaną zebrane. Szukanie dołków pod linią energetyczną też okazuje się porażką – nie pasują nam wcale, a kiedy nawet docieramy (wg śladu gps) do właściwych, osobiście je dyskwalifikuję, jako będące za blisko zakrętu linii energetycznej. Wracamy więc i próbujemy namierzyć się z poprzednich – próba zdecydowanie skazana na niepowodzenie, co pięknie widać na tracku.
Coraz mocniej zmęczeni kontynuujemy w stronę 113, porzuciwszy kolejny punkt. Wychodzimy na zabudowania, nadal mylnie przekonani gdzie jesteśmy, więc i znalezienie punktu kończy się niepowodzeniem. Słońce chyli się coraz mocniej nad ziemię i decydujemy powoli się kierować w stronę mety, całkowicie odpuszczając punkty 118 i wyżej. I nagle wszystko zaczyna się zgadzać między mapą a terenem. Jak tylko udaje się nabrać pewności, 113 zgarniamy w moment. Potem złapanie azymutu – i 400 też jest nasz. Samopoczucie wędruje w górę, ale wskazówki zegarka nieubłaganie mijają godzinę zachodu słońca, więc trochę żałując kierujemy się do samochodu.
Na miejscu zastajemy jeszcze zbierających się TŁ i MG, wymieniamy się opiniami z trasy. Tym razem dla nas było trudno. Brak dróg to jedno, ale mapa w ogóle wygląda, jak drukowana bez czarnego koloru, a nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaką różnicę robią oznaczenia ogrodzeń, budynków, linii energetycznych, czy też granic kultur. Na takiej mapie trzeba nawigować zupełnie inaczej, o czym przekonaliśmy się w nogach…
Ale i tak przyjemnie było powłóczyć się po lesie.
Czekamy na kolejny raz :-)