Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZPK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZPK. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 listopada 2022

Wesoły Helloween

Kiedyś już pisałem, że z orientacji najbardziej lubię rogaining. Nie dość, że można się umęczyć, to ciągle trzeba myśleć i układać strategię. Układać i na bieżąco modyfikować, a bo to teren nie zgadza się z przewidywaniami, albo nasze siły są inne niż się myślało. 

Biuro zawodów - wiaty w Wesołej

W poniedziałek halloweenowy nadszedł czas na dwugodzinny nocny rogainig – oczywiście o nazwie (jak można się domyślić) Halloween-O. Wesoła, wiaty przy urzędzie dzielnicy. Miejsce znane zarówno z WesolInO, ZPKów i innych imprez. Raczej kameralnie – choć tras do wyboru 4 (2 sportowe i dwie turystyczne). Start po zmroku, czyli gdzieś od 17:30. Ja postanowiłem ruszyć dość wcześnie, bo w planach miałem jeszcze poniedziałkowe bieganie z Rembertów Team. 

Na starcie czekała nas pewna pułapka. Nie wiem kto projektował te wiaty, ale co chwila ktoś przydzwaniał głową w daszek znajdujący się na dość absurdalnej wysokości – właśnie takiej by nabić sobie guza. Ciekawe czy ktoś zliczał osoby poszkodowane? Znam te wiaty i udało mi się uniknąć przyjemności zderzenia z daszkiem. 

Ja i morderczy daszek;-)

Chwila przygotowań i ruszyłem. Najbardziej wartościowe punkty w czterech rogach mapy (dwustronnej). Największe zagęszczenie punktów na wschodzie i południu. Fragment na północnym zachodzie „odseparowany” od reszty lasów. Chwila szybkiego zmóżdżenia i decyduję – zaczynam od północnego zachodu. Czemu tam? Bo tak się nastawiłem przed startem. Pewno gdybym dobrze pogłówkował, mógłbym ominąć PK 11, ale takie punkty są dobre „na wejście w mapę”. 

Przy PK 11 światełka – tych z tras turystyczny i jakaś konkurencja. Przy PK 52 śmiga mi Marcin Krasuski, ale on ma prawo śmigać;-) 

Dobrze, że lampiony mają odblaski i są dobrze widoczne z daleka, bo azymut mnie troszkę znosi raz w prawo, raz w lewo. 

Przy pierwszej siódemce (PK 73) daję ciała. Za wcześnie szukam lampionu. W nocy łatwo przeoczyć właściwy zakręt ścieżki i szukać nie tam, gdzie trzeba. 

Z PK 54 postanawiam biec na PK 32. Nie podoba mi się ścieżka, którą biegnę – pamiętam, że mapa tam nie oddaje dobrze wszystkich ścieżek. Zbiegam ze ścieżki w dół, trochę na azymut, trochę na wyczucie. Powinno być ogrodzenie, wydaje mi się, że już je minąłem. Jest droga, skrzyżowanie w literkę T, szukam dołku z lampionem. Lipa. Nie ma dołka, a tym bardziej nie ma lampionu. Chwila myślenia – wiem gdzie jestem. Znacząco za wcześnie! Nie opłaca mi się lecieć na PK 32 – lecę dalej na PK 63. 

Potem już bez przygód zawracam w stronę startu po PK 22 i PK 51. Pewno mógłbym je brać pod koniec, ale liczę, że uda się wrócić z ostatniego wycinka bardziej na północ. 

PK 23, 53, 62…. Warto jeszcze w drodze na drugą siódemkę, zgarnąć PK 42. Najkrótsza droga – pomiędzy dwoma terenami zabudowanymi i ogrodzonymi. Wbiegam… niestety mapa sobie, a teren sobie. W rzeczywistości obie zabudowane enklawy połączyły się i ogrodziły siatką. Pewno bym forsował siatkę górą, ale groźnie szczekający pies mnie zniechęca. Wracam i naokoło lecę do PK 42. 

Za chwilę mam drugą siódemkę. Niedaleko jest trzecia. Przez PK 24, drogą gdzie biegamy czwartkowe trialowe górki, lecę na PK 65. Trochę nieoptymalnie, bo nie dostrzegłem ścieżki prowadzącą pod wydmą, ale za to lepszą, szerszą drogą. 

Czas zaczyna się kończyć – postanawiam jeszcze lecieć na PK 72. Po drodze mijam jakieś żądne wrażeń dzieciaki włóczące się w halloween po ciemnym lesie. Zostało jeszcze 27 minut do końca i robię kolejnego babola. Szukam PK 72 ścieżkę za wcześnie. Prawie 5 minut w plecy. Gdy wybiegam z PK 72 zostaje mi 20 minut i 2 km w linii prostej do mety. Gdybym chciał lecieć na ostatnią siódemkę, to wyszłoby prawie 4 km. Nie da rady! Wracam więc bezpiecznie do mety przez PK 33, obok podbitych wcześniej PK 23 i 51. Mam zapas ok. 4 minut. 

Karta startowa

Pewno dałbym radę podbić jeszcze PK 12, ale byłoby to na styk z czasem. Gdyby nie te wpadki przy siódemkach i przy PK 32 miałbym dodatkowe 10-15 minut czasu i na pewno wynik byłby lepszy. Ale Orientacja to walka z błędami. Gdyby ich nie było, było by nudno – ot, takie zwykłe bieganie;-) 


 

czwartek, 14 stycznia 2021

ZPK, czyli zemsta na Parku Młocińskim.

Park Młociński sponiewierał mnie niedawno nocą, więc nie mogłam przepuścić okazji, żeby się na nim nie zemścić za dnia. W niedzielę całą trójką wybraliśmy się na BPK, co to go w ostatniej chwili Barbara zorganizowała, kiedy okazało się, że niedziela zieje pustką.
 
 Idziemy po mapy.
 
 
Najważniejsze - włączyć zegarek przed startem!

Pierwszy punkt był daleeeko od startu, ale w zamian mogliśmy dobiec do niego alejką niemal na samo miejsce. Dwójka już po lesie, na azymut, z rowem w połowie drogi, który bardzo ostrożnie przekroczyłam, bo grzybobranie na rowie jeszcze trochę czuję i przed rowami nabrałam dużego respektu. Ten rów zresztą przekraczaliśmy jeszcze kilkukrotnie, tak dla urozmaicenia trasy:-) 
W okolicach trójki spotkałam wszystkich startujących przede mną oraz tych, którzy mnie wyprzedzili. Bo trójki nigdzie nie było. Słupek ZPK miał stać na polance, ale w związku z wycinką polanki były co kawałek, a dla odmiany słupka nie było widać nigdzie. W końcu znalazł się - przywalony gałęziami i ledwo widoczny. Ci, którzy biegli z opcją BPK mieli łatwiej, bo nawet jeśli przypadkiem trafili w odpowiednie miejsce, ale nie zauważyli punktu, to telefon zapipał im, że to tu.

PK 3
Z potwierdzaniem punktów to w ogóle były nierówne szanse - jedni biegli na pipanie i nawet nie musieli za bardzo zbliżać się do słupków, inni na zegarek, więc wystarczyło dobiec i nawet nie zatrzymywać się, a najgorzej mieli ci, którzy pracowicie podbijali dziurkaczem karty startowe. Nie żeby ktoś narzekał (a przynajmniej mi nic o tym nie wiadomo), bo raczej większość biegnie dla fajnego spędzenia czasu, a nie po laury pierwszego miejsca, więc tak tylko jako ciekawostkę podaję.
Od trójki zaczęło robić się coraz trudniej - mało przebieżny, zakrzaczony las z różnymi zdradliwymi przeszkodami pod nogami oraz wzniesienia i obniżenia dawały trochę popalić. Ja akurat miałam do wybiegania pewien smutny problem, więc im było gorzej, tym dla mnie lepiej, bo skupiałam się na biegu i przez chwilę nie myślałam o tym, co mnie gnębiło.
Do szóstki nawigacyjnie szło bezproblemowo, chociaż z tym nawigowaniem to tak było trochę naciągane - biegła nas cała gromada i mapy pilnowali chyba tylko liderzy. Co jakiś czas odpadałam od grupy, jeśli pobiegli szybciej, a ja nie mogłam nadążyć, ale kiedy tylko zacięli się na czymś - doganiałam ich. W drodze na siódemkę zaliczyłam trzynastkę, ale przede mną ktoś zrobił dokładnie to samo. Widocznie sama się narzucała.
Z dziesiątki na jedenastkę, a potem dwunastkę była chwila oddechu, bo niemal pod same punkty można było dobiec główną alejką, więc wygodnie i w miarę szybko.
Z czternastki na piętnastkę był długi przelot, ale za to ścieżką, a przed siedemnastką czekał już Tomek i poganiał mobilizował mnie aż do samej mety, żebym nie zostawała w tyle. Nie było to łatwe, bo byłam już wykończona, ale tradycyjnie na ostatnich metrach dałam z siebie wszystko. 
 
Kto pierwszy podbije?

 
 Takie tam przepychanki na mecie.
 
Potem czekaliśmy na Agatę, która co prawda miała krótszą trasę, bo wybrała opcję scorelauf, a nie klasyk jak my, ale ona pokonuje dystans rekreacyjnie i statecznie. I jeszcze ostatnie pięć punktów odpuściła.! Zbulwersowało nas to, ale co zrobić. Najważniejsze, że byliśmy i miło spędziliśmy czas.
 
Meta nie zając - nie ucieknie.
 

Pobiegane!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Małgorzata - nowa nadzieja polskiej orientacji.

Na Rodzinnych moja osobista siostra osiągnęła sukces. Podwójny sukces - po raz pierwszy poprawnie wpisała w kratki nazwy PK oraz ich kody i pomimo najdłuższego przebywania na trasie nie zajęła ostatniego miejsca. I wyobraźcie sobie - wcale nie była z tych osiągów zadowolona! Ponieważ we wrześniu kolejna runda  naszych zawodów, postanowiła potrenować i pewnie planuje jakieś podium... W każdym razie zażyczyła sobie szkolenia, więc pojechaliśmy do Wesołej na ZPK, bo blisko i nie trzeba trasy rozstawiać.
Jak było? O, tak:


wtorek, 17 października 2017

Pobiegane

Ubiegły tydzień minął nam na intensywnej pracy nad Niepoślipką, ale przecież rozerwać też się trzeba. W związku z tym w piątek skorzystaliśmy z propozycji treningu na ZPK-ach, zwłaszcza, że blisko domu.  Tym razem jakoś mało osób było chętnych - najwyraźniej BPK-i przebiły ZPK-i i tych drugich nikt już nie lubi:-(
Zebrało się nas raptem pięć osób, ale w sumie czy to
ważne? Pierwszy do lasu poleciał Krzysztof, a my z Tomkiem wspieraliśmy Organizatorkę w czekaniu na Marcina. W końcu zostawiliśmy mu mapę za wycieraczka i ruszyliśmy we trójkę. Prowadzenie padło na mnie, co może nie było najszczęśliwszym pomysłem, bo ja po ciemku nie widzę tego, co jest w rzeczywistości, za to widzę różne dziwne rzeczy, których w naturze nie ma.  Tym sposobem mijałam niezauważone przeze mnie ścieżki, w które powinniśmy skręcić, za to widziałam masę dołków i górek, których wcale nie było. Idealnie na punkt wychodziłam jedynie wtedy, kiedy kierowałam się kompasem i nie rozglądałam dokoła. W sumie - też metoda, tyle że Tomek i Barbara ciągle chcieli po ścieżkach i po ścieżkach. Jakieś maniackie przywiązanie do ścieżek ich dopadło. Ale i tak ze dwa razy udało mi się ich przeciągnąć przez młodnik :-) Po drodze spotkaliśmy Krzysztofa kotłującego się w krzakach, a Marcin tylko śmignął koło nas i jak wyszedł ostatni na trasę, tak na metę dotarł pierwszy. Jak to on. My biegliśmy (tam gdzie się dawało) spokojnym tempem, bo ja mam ograniczone możliwości, Barbara była trącona lusterkiem, a Tomek musiał się do nas dostosować.
Trasa miała prawie 6 kilometrów, ale tak jakoś szybko zleciało, że w ogóle tego nie poczułam. Co oczywiście nie znaczy, że dotarłam świeża i kwitnąca - wręcz przeciwnie - ociekająca potem i czerwona na gębie. W takim stanie jeszcze musiałam wejść do sklepu, bo czasem jakieś zakupy trzeba zrobić, a było po drodze.

Ponieważ piątkowej rozrywki było nam mało, w sobotę wybraliśmy się jeszcze na Gliniankową Pętlę w Zielonce. To było już nasze trzecie podejście do tego biegu, bo ciągle coś nam stawało na przeszkodzie. W końcu jednak się udało. Oczywiście przyjechaliśmy dużo za wcześnie, więc dla zabicia czasu przetruchtaliśmy sobie całą trasę, żeby zrobić rozpoznanie terenu. Potem, żeby nie wytracić ciepła, trochę się porozciągaliśmy, trochę poćwiczyliśmy na siłowni plenerowej i kiedy w końcu nadeszła nasza kolej byłam już nieźle zmęczona. Co prawda pudło i tak miałam zapewnione, bo w mojej kategorii wiekowej było nas całe dwie sztuki i do tego obie Renaty. Mimo wszystko sprężyłam się i pobiegłam ile dałam rady. Tomek biegł trzy osoby za mną (starty co minutę) i wiedziałam, że jeśli mnie dogoni, to raczej słabo mi idzie. I wiecie co? Nie dogonił! Co prawda zajęłam drugie miejsce (w kategorii oczywiście), ale wcale nie z jakąś dużą stratą. Tomek wśród starszych panów zajął też drugie miejsce i tym sposobem oboje wróciliśmy z medalami.
Wymiatamy! Nie? :-)


środa, 30 sierpnia 2017

Stowarzyszony trening potocki

Trenujemy. Ja co prawda mam wątpliwości czy lepiej trenować, czy może się regenerować, żeby na Abentojrę mieć świeże nogi. Tzn. umyć, na pewno umyję i jakoś tam świeże będą.
Stowarzyszony trening po raz drugi odbył się na Kępie Potockiej, a że i kilka imprez marszowych tam było, więc nawigacji praktycznie nie dało się trenować. Bo co trenować, jak człowiek zna na pamięć rozmieszczenie słupków? Skupiłam się więc na samym biegu. Miałam ambitny plan sprężyć się i pobić jakieś rekordy, ale wyszło jak zwykle. Są dni, że biega się dobrze i są takie, kiedy za nic nie idzie. I w poniedziałek był właśnie ten drugi dzień. Już na start przyjechałam śnięta i zmulona, a potem było tylko gorzej. Starałam się nie przechodzić do marszu i prawie mi się udało, oprócz długiego przebiegu z PK17 na PK 18. Za to dla równowagi między ruchem i bezruchem dużo czasu spędzałam przy każdym słupku. Zawsze to jakaś okazja do odpoczynku:-) Dzięki temu mam najsłabszy czas, przynajmniej spośród tych osób, które pochwaliły się wynikami.
Ale co tam...
Oszczędzać się trzeba!

czwartek, 10 sierpnia 2017

Gorący i leniwy ZetPeK

Tym razem do ZPKa dostawiałem 3 lampiony w części lasu niezmapowanej na standardowych ZPK-owych mapach. Miejsca przebiegane 2 lata temu na UNSC CUP. Wybierając miejsca na PK szukałem fajnych „charakterystycznych miejsc”, jednak nie będąc wcześniej na zwiadzie wyznaczyłem niechcący miejsca porządnie zachaszczone – taka refleksja nawiedziła mnie gdy wieszałem pierwszy lampion. Znaczy po treningu będę musiał się chyłkiem wycofać, by mnie uczestnicy nie  dopadli z pretensjami
Wieszając drugi lampion znalazłem w dołku wstążeczkę – charakterystyczną dla treningów OK-Sport – znaczy myślałem podobnie jak Oni projektując trasę!  Nie zdziwiło mnie, że na trzecim dowieszanym PK – kopczyku także zobaczyłem czerwoną wstążeczkę.
Obok naszego lampionu "na kopczyku" wisi wstążeczka OK-Sport

Krótka przebieżka po lesie w celu powieszenia tych trzech lampionów dała mi wyobrażenie co nas czeka: parno, duszno, gorąco i pot lejący się strumieniami. Ciekawe czy ktoś z uczestników wymięknie w taką pogodę!
Jadąc na start widziałem dochodzących pierwszych uczestników. I to nie byle jakich, bo nasza reprezentacja w kategorii 85+!  Na ZPKu po raz pierwszy. Dostali mapę i poszli na trasę. Za chwilę na starcie pojawił się tłumek – jedni przyjechali autami, bardziej ambitni rowerami lub przyszli pieszo, a ci „najbardziej ambitni” przybiegli dobre 5 km w całkiem niezłym tempie! Mapy rozdane i po kolei wszyscy znikali w lesie. Z Barbarą czekaliśmy na ostatniego marudera, który wkrótce zamajaczył na horyzoncie i także mogliśmy ruszyć na trasę. Jako „autor” oddałem ster w ręce Barbary. No dobra – do słupków przy których dawno nie byliśmy, wyrywałem się by choć chwilę poprowadzić, ale lampiony dostawiane zestawiłem dla współbiegaczki. Niedaleko, bo przy drugim PK, dostrzegliśmy Mariusza Góraja, który ruszył dobrą chwilę przed nami. Ale szybko pomknął dalej.  Także zaraz spotkaliśmy Marcina, który już kończył swój przebieg biegnąc wariantem „odwrotnym” (pewnie wyszło mu koło trzydziestu kilku minut). Biegło nam się ciężko i wolno.  Ciężko się biega na niepełnej mapie i nie szło nam jakoś rewelacyjnie szybko.
Przy PK 39 zobaczyliśmy buszujące w krzakach światło czołówki. Okazało się, że latarka podpięta jest pod Przemka, który także biegnie wariantem przeciwnym do naszego. Większość chyba wybrała wariant przeciwny: pomiędzy PK 39 i PK 42 spotkaliśmy Bartka, a potem Zuzę, a troszkę dalej Ulę i Mariusza S. Ostatnie 3 PK robiliśmy już w światle latarek. Oj zapomniałem już jak biega się po nocy, szczególnie gdy wokoło pełno roślinności, która skutecznie ogranicza pole widzenia latarki.
 W okolicach PK 43 coś szeleściło w krzakach – stanowczo ludzko szeleściło – wyglądało na jakiegoś zabłąkanego uczestnika przedzierającego się przez krzaki bez światła.
Na mecie czekał na nas Bartek z Przemkiem i okazało się, że pomimo wystartowania na końcu wcale nie wróciliśmy ostatni.  Chwilę pogadaliśmy i nie widząc w lesie żadnych światełek ruszyliśmy do domu: Przemek biegiem, Bartek I Barbara rowerami, a ja wygodnie autem.

piątek, 4 sierpnia 2017

Treningowa warstwicówka

Kolejny trening ZPK, tym razem w ramach treningu przed Orientiadą. Bez Orientiady też bym wzięła udział, ale tak lepiej brzmi, no nie? Ponieważ Tomek powiedział, że teren będzie przebieżny, a poza tym da się dużo ścieżkami, więc ubrałam nie do końca długie gacie, bo ciepło. I co się okazało? Na mapie nie było ani jednej ścieżki, bo Barbara przygotowała warstwicówkę. Aż mnie zmroziło kiedy to odkryłam ciut przed startem. Owszem, parę razy w życiu chodziłam na takiej mapie, ale nigdy sama - zawsze z kimś. Od razu przed oczami stanęła mi wizja mnie zagubionej w ciemnym lesie, błąkającej się kilka dni bez jedzenia i picia i co najgorsze bez telefonu, bo został w domu. Na szczęście miałam kompas, więc była nadzieja, że idąc wciąż w jednym kierunku dojdę do jakiejś cywilizacji.  Wobec takiego pocieszenia wzięłam mapę i ruszyłam. Wybrałam wariant przeciwny do ruchu wskazówek zegara, bo jakoś sam mi się narzucił. No i Zuzka pobiegła w tamtą stronę, więc była nadzieja, że nie będę samiutka w lesie.
Na pierwszą górkę prowadziły... schody. Skorzystałam, bo to dość ciekawa opcja, jak na las. 401 znalazłam bez problemu i grzbietem pobiegłam na 402. Przy punkcie spotkałam Zuzę nadchodzącą z przeciwnej strony. Albo się pogubiła, albo jakiś inny wariant. Tym niemniej spotkanie żywego człowieka podniosło mnie na duchu. Dalej nie pozostawało mi nic innego jak lecieć na azymut. O dziwo, udawało mi się wychodzić niemal idealnie na punkty, tyle tylko, że słabo było z bieganiem, bo jednak starałam się mniej więcej liczyć kroki, żeby wiedzieć kiedy zacząć się rozglądać. Poza tym pierwsza próba biegania po nierównym i zakrzaczonym podłożu zakończyła się wbiciem jakiegoś patyka w udo i pięciocentymetrową krwawiącą szramą. Sięgnęłam więc do zbioru mądrości ludowych i powiedziałam sobie: spiesz się powoli. I tak powolutku - trochę idąc, trochę podbiegając, licząc parokroki i patrząc  nieustannie na kompas zaliczyłam PK 102, 103, 400, 105, 104, 99, 100, 97, 95, 86, 84 i 83. Zaliczyłam bezbłędnie i bezproblemowo. No dobra, na 86 znowu spotkałam Zuzę nadchodzącą z przeciwległej strony i ponieważ ona pierwsza zauważyła słupek, wykorzystałam to i podbiłam się "na pasożyta". Za to  od 104 do 97 naprowadzałam na punkty Armina z jego towarzyszką i miałam dziką satysfakcję, że wiem gdzie iść. Oni za to odwdzięczyli mi się opowieścią co widać na mapie, bo ja ślepota zupełnie nie mogłam dojrzeć na czym stoi PK 100.

Na 88 dobra passa mi zdechła. Idąc od 83 jakoś się rozkojarzyłam i w pewnym momencie nie wiedziałam - przeszłam sto, czy dwieście metrów? Postanowiłam przeszukać teren biorąc pod uwagę obie opcje, ale dołu ze słupkiem nie znalazłam. Fakt, że robiłam to nieco chaotycznie i bezplanowo. Pomiotawszy się trochę po lesie postanowiłam podejść do pobliskiej posesji i namierzyć się z rogu ogrodzenia. Poskutkowało. Przechodząc koło domostw w drodze na 77 zostałam postraszona lochą z młodymi, które według trzech panów regularnie pojawiają się koło 21-szej. Na szczęście do 21-szej miałam jeszcze chwilę czasu, więc poleciałam dalej. Kolejne problemy dopadły mnie przy PK 75. Najpierw dosłownie wlazłam na ogrodzenie, które było druciane, bardzo ażurowe i w ogóle niewidoczne. Tak - to samo ogrodzenie, które sprawiło mi kłopot na Wakacyjnym Sercu z Lampionem. No i niby dopiero co byłam w tej okolicy, a słupka za nic nie mogłam znaleźć. Znowu musiałam podejść do ogrodzenia i namierzać się od niego. Na 72 dopadł mnie już lekki zmierzch i nie bardzo widziałam na mapie czego szukam. Ustawiłam azymut, liczyłam parokroki i miałam nadzieje, że po prostu wlezę na słupek. A jednak nie. Co prawda odległości to całą drogę mi wychodziły większe niż wynikało z mapy, postanowiłam więc przeczesać trochę większy teren. Ale czesz po ciemaku i bez okularów. W końcu poddałam się i zaczęłam strategiczny odwrót. Wtedy w krzakach coś zaszurało i sadząc po dochodzących odgłosach, nie były to dziki. No, chyba, że Tomek z Barbarą nagle zdziczeli. Podpięłam się do nich i razem znaleźliśmy punkt. A potem już tylko bieg do mety.
Byłam pewna, że z moim dość wolnym tempem będę gdzieś w ogonie wyników, a tu okazało się, że sporo osób spędziło w lesie więcej czasu, a ci, którzy mniej, po prostu nie wzięli wszystkich punktów. Tym sposobem jestem dziś dumna i blada i pełna podziwu dla samej siebie, że poradziłam sobie bez pełnej mapy i poszło mi to dość sprawnie.

czwartek, 27 lipca 2017

Połówkowy ZetPeK

W pierwotnej wersji treningów na ZPK-ach miało być 44. Takie Klubowe 44 (dla niezorientowanych KInO Stowarzysze to koło nr 44 przy OM PTTK). Bo sztuką wydawało się 44 razy pobiegać po właściwie niezbyt wielkim terenie osłupkowanym przez stałe trasy na orientację.
Pierwsze spotkania były z założenia nocne – słupki nie świecą się z daleka, nie wystają ponad dołki – trzeba dokładnie było znaleźć miejsce wskazane na mapie, a nie wyglądać pomarańczowo białego elementu z daleka. Do tego sławetne dziki płoszące uczestników, śnieg i mróz. Teraz mamy pełnię lata, upał i pomimo startu po 19-stej biegamy za dnia.
ZPK44#22 zgromadził na starcie 10 osób. Miało być 12, ale jedna zaspała, a drugą wchłonęły macki korporacji. Z „nowych” pojawił się Tomek G. oraz po raz pierwszy udało się dotrzeć Zuzannie.
Ostatnio straty są bardzo „rozgadane”. Wszyscy stoją z mapami i zamiast ruszać do lasu gadają i plotkują. A potem wracają o zmroku – czyżby tęsknota za bieganiem nocnym?
Pierwszy w las poszedł chyba Krzysztof, potem pobiegł Andrzej, a najdłużej na starcie plotkował Tomek. Większość wybrała wariant północny, nie zdając sobie sprawy, że ścieżka na mapie nie istnieje i trzeba przedzierać się przez krzaki, ciernie i zwały gałęzi, a potem w drodze na następny punkt pokonać całkiem szeroki kanałek. I sprawę utrudniała mapa niepełna z wyciętymi paskami ukrywającymi newralgiczne miejsca, takie jak przeprawy. My jak zwykle ruszyliśmy ostatni. Wkrótce łyknęliśmy Zuzię, która skręciła za wcześnie w ślepą uliczkę. Może skręciła nie w tą drogę co trzeba, ale wyglądała świetnie – muszę sobie kupić kiedyś takie buty jak jej i schudnąć, by wyglądać jak rasowy biegacz!
Przedzierając się przez krzaki w kierunku PK 401 (nawigowała Barbara, bo ja stawiałem punkty, więc znałem „lepsze dojścia” i robiłem tylko za balast biegowy)  zobaczyliśmy niezapomniany obrazek, jak to „dupoślizgiem” po brzozie przerzuconej nad kanałkiem prześlizguje się Ula - niczym na jakiś rajdzie przygodowym;-) Także Bosy szykował się do sforsowania tu kanałku. Po podbiciu punktu Barbara poprowadziła jednak wzdłuż kanałku (słusznie) wnioskując z przebiegu dróg „wyciętych” z mapy, że na jakiś mostek przed kolejnym PK 125 natrafimy.  I to była słuszna decyzja – komfortowo przeszliśmy po niewielkiej kładce, a chwilę dalej był już całkiem porządny mostek. Dobiegając do słupka 125 widzieliśmy grupkę czeszącą las stanowczo za wcześnie. Słupek ma być przy ścieżce, a nie „nie wiadomo gdzie”, więc minęliśmy ich i dopadliśmy pierwsi perforatora. Gdy biegliśmy do PK 115 usłyszeliśmy zbliżające się do nas Sapanie. Takie przez wielkie „S” , mniej więcej odgłos jak rozpędzona lokomotywa. Na szczęście był to tylko Bosy, który trenował sprint. Chcieliśmy z nim pokonwersować (bo my biegamy takim tempem „na 50 km”, aby spokojnie rozmawiać w czasie biegu), ale coś Bosemu nie szło formułowanie zrozumiałych zdań. Wkrótce pobiegł przodem. Oczywiście do słupka ostatni kawałek skróciliśmy na azymut przez doskonale przebieżny las i po chwili znowu z tyłu słyszeliśmy doganiające nas sapanie. Sytuacja z sapaniem powtarzała się co punkt – podbijaliśmy pierwsi, ruszaliśmy, a po krótszym lub dłuższym czasie doganiał na Bartek. Tak do PK 400. Tu spotkaliśmy Krzysztofa podbiegającego w przeciwnym kierunku, a Bartek zaplątał się gdzieś poważniej w krzakach szukając lampionu. Utraciliśmy z konkurencją na dłużej kontakt wzrokowy i dźwiękowy, na chwilę spotykając się przy dołku z lampionem 402, ale PK 403 podbijając w samotności. Drogę na przedostatni PK 39 przebiegliśmy i musieliśmy się cofnąć – tu znowu usłyszeliśmy Bartka, który niezrażony pobiegł dalej (chyba także myślał, że to za wcześnie albo szukał zupełnie innego PK). Widomo, że przy naszym tempie spokojnie mamy siły na finisz, więc z ostatniego PK 39 spieszyliśmy się na metę, by nie przekroczyć 60 minut i Bosy nie miał szans nas dogonić.
Na mecie już ktoś był, dobiegł niedługo po nas Mariusz i Ula, ale my szybko zwinęliśmy się na imprezę imieninowa  naszej klubowej Anny - ja wskoczyłem w Malusia, a Barbara tradycyjnie na rower i ruszyliśmy w drogę do miejsca gdzie rowerzystom serwują wysokoprocentową laktozę;-). Z auta widziałam dobiegającego Bosego – długo mu zeszło na ostatnich PK.
Kolejny ZPK, pewnie za tydzień (trening przed Orientiadą) może już będzie pierwszym tego lata, który dla biegających skończy się „po zmroku”.
A tak biegaliśmy link do tracka

czwartek, 20 lipca 2017

Przedjatkowy trening.

Ostatni trening przed Jatką. Oczywiście stowarzyszony i na zetpekach. Trasa dość długa, bo trochę ponad 6 km, ale na Jatce i tak mam mieć jakieś 27 z hakiem, więc nic nie marudziłam. Ponieważ było trochę za ciepło jak na moje potrzeby, więc od razu założyłam, że żadnych rekordów nie biję i robię tyle, ile dam radę.
Zaczęłam od PK 40, choć logiczniej byłoby od 400, ale jakoś mi umknął przy pierwszym spojrzeniu na mapę. Już w połowie odległości do czterdziestki poczułam, że flaczki, co to je zjadłam przed wyjściem, toczą zaciekły pojedynek z moimi flakami i jak niebezpieczne to było, może mnie zrozumieć tylko Darek M.  Nie było zmiłuj, musiałam zwolnić, bo od potrząsania brzuchem przy biegu było tylko gorzej. Już przy CZD dogonił i wyprzedził mnie Andrzej K. i jeszcze tylko zdążyłam zauważyć, w którym miejscu zagłębia się w lesie. Tam gdzie zniknął powinna być ścieżka, ale ponieważ nie było (a przynajmniej ja jej nie widziałam), pobiegłam dalej. Oczywiście pierwsza napotkana ścieżka nie była tą, której szukałam, ale do punktu doszłam sobie rowem. Rzut oka na mapę przypomniał mi o opuszczonym PK 400 i musiałam po niego odbić. Trasa w ogóle zaczęła mi się układać zakosami, bo na 44 na wschód, na 46 na zachód, ale na szczęście punkty łatwe do znalezienia.
Z 46 do 47 dość długi przebieg, bo prawie kilometr, ale za to nie musiałam pilnować odległości, bo punkt miał być tuż przed jeziorkiem i jakbym przeleciała, to jeziorko trudno przeoczyć. PK 45 okazał się tym, o którym jeszcze po drodze opowiadał mi Tomek, że przecudnej urody, w wysokich trawach i faktycznie tak było.  Szłam na niego na azymut i wyszłam idealnie na słupek.
Po 45 musiałam przebić się na drugą stronę dużej ulicy, bo trasa składała się z dwóch połączonych map i jedna mi się właśnie skończyła. W drodze do asfaltu spotkałam Mariusza G., który trasę robił w odwrotnym kierunku.
Druga część trasy była gęściej upakowana punktami i nie było długich przebiegów poza powrotem na metę. Zaczęłam od 123 i od razu natrafiłam na trudności - za nic nie mogłam się wbić we właściwą ścieżkę. Inna sprawa, że na mapie była narysowana jedna, a w terenie były trzy. W końcu ogarnęłam, a na punkcie spotkałam Anię, Barbarę i Tomka. Cieniasy - boją się biegać samodzielnie i muszą grupą. Na następny punkt ewidentnie biegli tam gdzie i ja planowałam, tylko jakby ciut szybciej. Nie mogłam do nich dołączyć, ani się z nimi ścigać, bo flaczki:-( Dogoniłam ich przy 122, bo trzem osobom to chwilę schodzi podbicie kart.
121 był punktem bezproblemowym, za to 119 mnie zmylił. Biegałam w tym terenie już kilka razy i zawsze, ale to zawsze gubię się na 119. Może dlatego, że na mapie punkt jest zaznaczony dwadzieścia metrów od gęstwiny, a w rzeczywistości stoi w zagajniku? Ale żeby być tam tyle razy i nie zapamiętać tego? 120 to charakterystyczne drzewo i były takie trzy obok siebie, ale słupek tylko przy jednym, co wyjaśniało sprawę.  124 prosty, a z niego bliziutko do 125. Bliziutko na mapie, bo okazało się, że słupek stoi po drugiej stronie strumyka, a strumyk za szeroki na moje możliwości. Gdyby to były zawody, to bez zastanawiania się przeszłabym przez wodę, ale tak bez powodu to szkoda nowych butów. Szczególnie, że miałyby tylko dzień na porządne wyschnięcie. Postanowiłam lecieć na mostek, bo poza wszystkim dodatkowe metry to doskonała okazja do spalenia kalorii. Na ostatnim punkcie - 126 dogonił mnie Krzysztof i razem wróciliśmy na metę. Prawdę mówiąc planowałam raczej dojść na nią niż dobiec, ale co mnie będzie każdy wyprzedzał - sprężyłam się i dobiegłam. Pot lał się ze mnie obficie i od czubka głowy do stóp byłam cała mokra. I w sumie nic dziwnego, bo jak się potem okazało zrobiłam ponad 10 kilometrów! I nawet te legendarne endorfiny się pojawiły - przynajmniej z pięć ich było.
Do soboty już nie biegam - leżę do góry brzuchem i regeneruję człowieka.



piątek, 14 lipca 2017

Chrumkający zetpek.

Żeby utrzymać formę (he, he - formę:-))) miedzy Jaszczurem a Jatką, wybrałam się na stowarzyszony trening na zetpekach. I tak bym się wybrała, bo Tomek by mi nie odpuścił. Poza tym byłam ciekawa ogranizatorskiego debiutu Chrumkającej Ciemności, przygotowującej trasę.
Tym razem wyjątkowo nie trenowaliśmy ani w Wesołej, ani w Międzylesiu, tylko na Kępie Potockiej. Parę imprez już tam się odbyło, więc teren nie był dla mnie dziewiczy. A nawet jak by był, to i tak nie ma się gdzie tam zgubić.
Do wyboru była trasa krótka i długa. Jak się zaczęło chodzić na dwudziestki piątki, to już nie wypadało iść na trasę krótką, więc bohatersko wybrałam długą. W końcu zawsze można na własna rękę skrócić. Jakby co, oczywiście.
Trasa była ... hmmm.... dość abstrakcyjna, bo żeby na niewielkim terenie nabić kilometrów, autor kazał nam biegać tam i z powrotem. Zanim dotarłam do trzeciego punktu, trzy razy przebiegłam przez ten sam mostek. Trochę poczułam się jak chomik w kołowrotku.
Do piętnastego punktu szło dobrze. Dobrze, to znaczy leciałam ile fabryka dała, dysząc niczym mała lokomotywa i wyprzedzając co chwilę Anię z Adamem, co wywoływało u Ani zdumienie i lekką frustrację.  Tyle tylko, że oni sobie spacerowo truchtali, a ja wysilałam się jak głupia.
Jak zobaczyłam odległość z PK 15 do PK 16, to aż mnie zastopowało - pół mapy! Aaaallle, gdzie tam pół? Trzy czwarte mapy trzeba było przelecieć. Jak mnie tak zastopowało, to nie mogło odstopować i na szesnastkę po prostu poszłam. Prawie spacerkiem. W tym czasie pracowałam nas swoją psyche i z szesnastki na siedemnastkę (jeszcze dalej!) już mogłam pobiec. No, powiedzmy - podbiegać, bo na przebiegnięcie całości wciąż nie byłam gotowa psychicznie.
Od siedemnastki odległości wróciły do cywilizowanej normy, więc i ja zaczęłam normalnie biec. Przy ostatnim punkcie dogonili mnie Barbara z Tomkiem, którzy oczywiście ruszyli sporo po mnie i na metę biegliśmy już razem. Razem - to znaczy, najpierw biegliśmy obok siebie, a potem coraz bardziej widziałam ich od zadniej strony. Na szczęście dystans nie był długi, więc od biedy można powiedzieć, że razem dobiegliśmy, bo za bardzo się nie oddalili.
Na mecie tradycyjnie zrobiliśmy sobie fotkę i jeśli rzeczywiście wyglądam tak, jak na tym zdjęciu (a może to jednak szeroki kąt), to muszę znacznie więcej trenować!


wtorek, 20 czerwca 2017

Lans na Kilińskiego, chrumkająca jasność i znikające lampiony czyli Trening ZPK #19

Na zetpekowy trening wybrałam się czysto towarzysko, z myślą pójścia najwyżej na dwa, trzy punkty i przetestowania odblaskowych tasiemek, co to je planowaliśmy od jakiegoś czasu poumieszczać na słupkach, żeby nocą były widoczne. Punktów zaliczyłam aż siedem, tasiemki przymocowałam i w zasadzie nic więcej. No, ale inni poszli/pobiegli na całą trasę:

Rzadko bywam na treningach, bo trasy jak dla mnie przydługie i preferujące biegaczy, ale ponieważ na bezrybiu i rak ryba, a imprez jak na lekarstwo postanowiłem tym razem sprzeniewierzyć się moim zasadom i wybrać na jeden z takich treningów. A przemawiało za tym wiele, bo wspomniana już posucha, niezbyt długi, nawet jak dla mnie, dystans 5,7 km no i całkiem spora liczba PK czyli 18, co dawało szansę na całkiem ciekawy spacer o krótkich przebiegach między PK.  Dodatkowo liczyłem na miłe towarzystwo Renaty, która wprawdzie odrzuciła dzień wcześniej moje zaloty, obstawiając wersję biegową, a jak wiadomo ja nie biegam … ale po jej ostatnim wpisie i obolałych 4 literach, liczyłem że może zmieni zdanie. A i owszem, po dotarciu na strat zobaczyłem ją siedzącą na murku z Basią i nawet wyglądała do rzeczy, jednak jak się okazało to był tylko kamuflaż. Bo już żeby wstać potrzebowała silnych dłoni, a o pójściu do lasu to nie chciała nawet słyszeć – no może po dwa czy trzy punkty.  Więc po co przyjechała do lasu pełnego krwiożerczych bestii? Szybko okazało się, że dla lansu, nie mogła bowiem wytrzymać i nie pochwalić się swoim nowym nabytkiem, butami biegacza. Wprawdzie tym razem audytorium okazało się niezbyt liczne, ale zawsze, a nuż zza krzaków wyskoczy jakiś paparazzi i zrobi kilka zjawiskowych zdjęć do jakiegoś poczytnego magazynu… Więc i ja wyciągnąłem ze swego przepastnego bagażnika moje nowe, jak zapewnia producent, nieprzemakalne buty i na Kilińskiego zapachniało jak na paryskim wybiegu. A nie mając nadziei na damskie towarzystwo, uiściłem opłatę, wziąłem mapę i dziarskim krokiem ruszyłem do lasu.  Na początku postanowiłem trochę pochodzić na azymut i nawet bardzo nie błądziłem sprawnie podbijając kolejne punkty chociażby, dlatego, że każdy dłuższy postój groził utratą pokaźniej ilości krwi. Potem, w okolicach PK 46 poczułem nagłą, nieodpartą potrzebę i na chwile musiałem stanąć, a w zasadzie kucnąć, po czym pognałem dalej, aby zdążyć wrócić jeszcze przed zmrokiem. Z 46 poszedłem na 42 a dalej na 39. I tu pojawił się pierwszy problem. Czyżbym się wreszcie zgubił. W końcu Daro Zagubiony do czegoś zobowiązuje. Zagłębienie jest, granica kultur wyraźna a punktu brak. Trochę poczesałem, mnie trochę possały komary, trudno – punktu nie ma – jego strata. Idę na 404. Ten akurat powinien być, bo dostawiony przez organizatorów (Tomka). No to na azymut zwłaszcza, że w tą sama stronę idzie jakaś leśna „ścieżka”. Potem skręt w prawo, jeszcze 50 m i jest, a w zasadzie nie ma, tzn. dół jest, dołek także, ścieżka nieopodal a lampionu brak. Dobra, mapa tego nie pokazuje, ale dołków może być więcej. Idę więc na skrzyżowanie, dokładnie się odmierzam i wychodzę w to samo miejsce. Co jest, tubylcom się spodobał i zabrali? No taka zabawa, to nie zabawa. Już mam wracać na start, ale postanawiam jeszcze podejść po 401, bo po drodze. Idąc ścieżką w oddali zamajaczyła mi dwójka biegaczy. Tomek z Basią udają, że biegną. Dobra, może po ten sam lampion co ja. Skręcam w krzaki i za chwilę widzę polanę, przy której powinny być cztery dołki, w tym jeden z lampionem. Moje przypuszczenia, te o wspólnym szukaniu lampionu, zdaje się potwierdzać dochodzący z pobliskiego lasu jakiś szelest. Pewnie idą na azymut, tylko, czemu podskakują? Liczba nóg się zgadza, cztery, ale grzbiet jeden i do tego czarny. No tak, trafiłem na chrumkającą jasność, a przecież miała być Chrumkająca Ciemność, tylko nie dotarła, bo coś tam … Na nowo powróciła mi chęć do spaceru, więc idę na 404 i tu natykam się na Basię i Tomka, którzy z rozbrajającą szczerością informują mnie, że 39 się nie postawił, a 402 zgarnął K. Ł. bo uznał, że już tam byłem. Potem już tylko  37, 35 i 31 no i powrót na start przez ostanie 3 PK. I tutaj, między 31 a 32 niespodzianka. Znalazłem ruchomy lampion 402, który podróżował w plecaku K. Ł. I po co było czesać las, a organizator mógł napisać, że będzie ruchomy lampion gdzieś na trasie i po sprawie.  W drodze na start/metę zaliczyłem jeszcze cmentarz i po jakichś dwóch godzinach, przy promieniach zachodzącego słońca, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, mogłem wracać do domu…

Daro Zagubiony

piątek, 9 czerwca 2017

Stowarzyszony trening

Do Grassora niedaleko, trzeba więc sprężać się z treningami. A jak trening, to wiadomo, że najlepszy stowarzyszony. Tym razem nie zażyczyłam sobie łatwiejszej mapy i postanowiłam powalczyć z taką, jak wszyscy. Na szczęście okazała się z drożnią, ale za to powycinana w kółeczka. Specjalnie groźnie to nie wyglądało.
Ruszyłam od razu, żeby mnie noc nie zastała, bo sama nocą w lesie... Nie, do tego nie dojrzałam, choć na Matni w zeszłym roku już testowałam. Na pierwszy PK drogą bezproblemowo, ale na kolejny już azymutem. Wypadłam idealnie na punkt. Dobra nasza! To dawaj dalej azymutem. Sprawdziło się. Przy kolejnym też i przy kolejnym. Boszszsz... Jaka ja jestem genialna! Mój geniusz trwał aż do PK 81 włącznie. Na kolejny też ustawiłam azymut, rozpędziłam się i... wyleciałam na rząd domów. Trzeba dodać - całkowicie nieprzebieżnych domów. Ponieważ niespecjalnie zwracałam uwagę na przebytą odległość, nie byłam pewna czy szukać tu gdzie jestem, czy jakoś te domy obejść. Wróciłam kawałek, przeczesałam okolicę i nic. Wyszłam na asfalt, obejrzałam ścieżki odchodzące od niego i nijak mi nie pasowały. Nie mogłam jakoś uwierzyć, że punkt będzie za rzędem domów, ale postanowiłam sprawdzić, bo przecież nie mogłam do końca życia stać na asfalcie i martwić się, że zginęłam. Szłam więc powolutku (bo jakoś mi przeszedł zapał do biegania) i rozpatrywałam możliwe warianty ewakuacyjne. Jest asfalt, to i cywilizacja będzie. Uszłam strasznie daleko (jak mi się wydawało) i nagle coś w terenie zaczęło się zgadzać. I wreszcie - Wiem! Wiem gdzie jestem! Nogi od razu wyrwały mi się do przodu i poooooszła.
Na PK 77 dobiegłam równo z Tomkiem i Barbarą. Tyle, że oni wystartowali sporo za mną. Ale niech im będzie. Proponowali żeby dalej lecieć z nimi, ale po pierwsze miałam przecież trenować samodzielną nawigację, a po drugie przecież i tak bym nie nadążyła za nimi.
Drugi raz utknęłam na PK 402. Trochę mnie zniosło, wyleciałam na dwa dołki, zupełnie takie jak zaznaczone na mapie. Myślałam, że może lampion jakoś perfidnie ukryty i szukałam i szukałam i nic. W końcu zeszłam do drogi i namierzyłam się od skrzyżowania. Był, stał, czekał na mnie.
Z 402 został już tylko bardzo, bardzo, bardzo długi przelot na metę. Do tego przez pioruńską górę pełną piachu i ledwo się na nią wczołgałam. Z góry już poszło lepiej, a na mecie czekali fotoreporterzy, więc trzeba było finiszować z fasonem.


Muszę powiedzieć, że z nawigacji to byłam zadowolona, bo poza tymi dwoma punktami, wszędzie biegnąc na azymut wylatywałam idealnie tam, gdzie planowałam. Normalny szok. Z tempem jednak jakby gorzej. Że tak powiem znacząco gorzej. I tak się trochę boję, że może już osiągnęłam szczyt swoich możliwości i szybciej już nie będzie?

czwartek, 1 czerwca 2017

Stowarzyszony trening na ZPK...

 ... widziany okiem Chrumkającej Ciemności!

Wygląda na to, że to nasz debiut pisarski. Nie można przecież wymigiwać się od delikatnej sugestii kierownictwa klubu, że najwyższy na to czas.
Po tygodniu InO ten tydzień okazał się jakiś monotonny. Co to w ogóle znaczy, żeby dwa dni z rzędu wracać po pracy do domu? Kalendarz na początku wieścił całe 5 dni posuchy. Całe szczęście o nasze poczucie sprawiedliwości dziejowej (czyli regularności InO) zadbał Tomek, przygotowując kolejny trening ZPK. Zapowiadało się bardzo przyjemnie – tuż obok poprzedniego, zasady bez zmian – czyli mapa pozbawiona drożni, długość prawie jak poprzednio – nie powinno być trudno – w sam raz na relaks w połowie tygodnia. Ponieważ poprzednio się nie spieszyliśmy w lesie zastała nas noc, tym razem postanowiliśmy, że trzeba wystartować wcześniej. Albo targać czołóweczki, ale to nie zima, aby głowę stroić w nocne odzienie.
Niestety najwyższy czas się nauczyć, że szybki start możliwy jest tylko wtedy, kiedy nie zna się organizatorów albo jest dużo uczestników. Tak to zawsze znajdzie się temat do rozmowy, więc z koncepcji wczesnego startu wiele nie wyszło. Ale w końcu się udało i ruszyliśmy.
Już od pierwszego spojrzenia na mapę coś mi się nie zgadzało. Brak drożni rozumiem – ale mapa ogólnie była bardzo optymistycznie jasna. No ale wiadomo – nie ma dróg, musi być puściej. Przynajmniej południki błękitem sugerowały, że północ wróciła na jedyne słuszne i właściwe miejsce u góry mapy. W ostatniej chwili nawet pomyślałem, aby potwierdzić to u autora trasy – jedna rzecz mniej do przejmowania się.
Pierwszy punkt prosty – od środka odcinka płotu cmentarza dokładnie na południe. Prowadzi Gula. Wszystko dobrze, tylko czemu cmentarz na mapie nie jest ogrodzony? Spojrzenie wokół po mapie i ogólnie najwyraźniej w Starej Miłosnej w ramach programu transparentności usunięto wszelkie ogrodzenia wokół budynków… wróć? Jakich budynków? Chyba trzeba zmienić założenia.
W każdym razie idziemy na azymut wyliczoną odległość i kawałek dalej – nic. No dobrze, czeszemy idąc z powrotem równolegle – nadal nic. Trudno – bywa i tak. Namierzamy się raz jeszcze i podejście trzecie. Docieramy do drogi, której istnienia można się było domyślać, ale słupka nadal brak. Mija nas rozpędzony MG i po chwili z zarośli, które minęliśmy o kilka kroków słychać „to tutaj!” (dzięki!).
Punkt podbijamy i zaczynamy dobrą passę. Podbiegamy w stronę linii energetycznej (też na mapie nieobecnej), mijamy granice kultur (też jakby brakującą) i orientując się na kopczyki bezproblemowo wbiegamy prosto na punkt 403. Dalej również na zmianę biegnąc i idąc kierujemy się w stronę 404. Po drodze krótki postój przy niecce nad rowem i kurs kierowania się na azymut po kompasie – efekty od razu wspaniałe – na punkt wejście jak po sznurku. Następnie na kolejny punkt – 109. Tu z kolei korzystamy z rzeźby terenu, również trafiając bezbłędnie. Dobra passa się ciągnie! Jeszcze do 111, gdzie podbiegamy wzdłuż szosy szacując dystans po krokach. Skoro metoda się sprawdza, decydujemy się kontynuować ją na swoje nieszczęście. Liczenie kroków w stronę 112 sprawia, że zamiast zorientować się na niewielką widoczną na mapie polankę, przebiegamy za daleko. Tam już przestał nam przeszkadzać fakt, że na mapie brakuje więcej elementów niż się spodziewaliśmy. Zwiedzamy znaczny fragment niezmapowanego obszaru, na siłę dopasowując elementy krajobrazowe i poświęcając na to za dużo czasu. Ostatecznie poddajemy się zmierzając po 400, zanim wszyscy uznają nas za zaginionych i lampiony zostaną zebrane. Szukanie dołków pod linią energetyczną też okazuje się porażką – nie pasują nam wcale, a kiedy nawet docieramy (wg śladu gps) do właściwych, osobiście je dyskwalifikuję, jako będące za blisko zakrętu linii energetycznej. Wracamy więc i próbujemy namierzyć się z poprzednich – próba zdecydowanie skazana na niepowodzenie, co pięknie widać na tracku.
Coraz mocniej zmęczeni kontynuujemy w stronę 113, porzuciwszy kolejny punkt. Wychodzimy na zabudowania, nadal mylnie przekonani gdzie jesteśmy, więc i znalezienie punktu kończy się niepowodzeniem. Słońce chyli się coraz mocniej nad ziemię i decydujemy powoli się kierować w stronę mety, całkowicie odpuszczając punkty 118 i wyżej. I nagle wszystko zaczyna się zgadzać między mapą a terenem. Jak tylko udaje się nabrać pewności, 113 zgarniamy w moment. Potem złapanie azymutu – i 400 też jest nasz. Samopoczucie wędruje w górę, ale wskazówki zegarka nieubłaganie mijają godzinę zachodu słońca, więc trochę żałując kierujemy się do samochodu.
Na miejscu zastajemy jeszcze zbierających się TŁ i MG, wymieniamy się opiniami z trasy. Tym razem dla nas było trudno. Brak dróg to jedno, ale mapa w ogóle wygląda, jak drukowana bez czarnego koloru, a nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jaką różnicę robią oznaczenia ogrodzeń, budynków, linii energetycznych, czy też granic kultur. Na takiej mapie trzeba nawigować zupełnie inaczej, o czym przekonaliśmy się w nogach…
Ale i tak przyjemnie było powłóczyć się po lesie.
Czekamy na kolejny raz :-)

czwartek, 18 maja 2017

Jestem wielka!

I żeby coś z tym zrobić, postanowiłam się więcej ruszać. Więcej i szybciej. Dlatego na stowarzyszony trening zapisałam się na bieganie, a nie jak dotąd, na maszerowanie. Darek nie zapisał się wcale, więc przy marszach nic mnie nie trzymało.
Poprosiłam o normalną wszystkomającą mapę, bo Barbara przygotowywała takie bez drożni. Ale ostatecznie skoro pierwszy raz miałam brać udział jako biegacz, to chciałam zacząć na takich samych warunkach jak cała reszta, kiedy zaczynali w styczniu. Poza tym głównie chodziło mi o wybieganie się (utrata wałeczków tłuszczu i podniesienie kondycji), o przełamanie oporów przed samotnym pobytem w dużym, ciemnym, niebezpiecznym, pełnym drapieżników lesie, o wzmocnienie hartu ducha, czyli nie zejście z trasy przy pierwszym niepowodzeniu i dopiero na samym końcu szło mi o ćwiczenie nawigacji.
Ruszyłam jako pierwsza, żeby całą, a w najgorszym przypadku większą część trasy, zrobić za dnia. Pierwsze trzy PK - 90, 93, 94 wzięłam bez większych problemów. Pamiętałam, że mapa jest przekoszona i trzeba sobie parę stopni dodawać w odpowiednią stronę. Raz dodawałam sobie w prawo, raz w lewo - w zależności jak mi się przypomniało (eh, ta skleroza), ale jakoś poszło. W drodze na PK 95 trafiłam na jakiś rozbebeszony barakowóz, jakieś zdemolowane miejsce piknikowe i  zupełnie mnie to rozkojarzyło. Dwa razy musiałam namierzać się na 95. Poszło.
Na 86 za nic nie mogłam trafić. Kręciłam się jak pies za własnym ogonem i w pewnej chwili zorientowałam się, że na kompasie strzałkę północy z maniackim uporem ustawiam na południe. Tym sposobem zamiast przybliżać się do punktu, oddalałam się od niego.  W końcu miałam dość. I wtedy postanowiłam popracować nad tym hartem ducha. Normalnie piżgnęłabym mapą i wróciła na start, ewentualnie pobiegała wcześniej chwilę po prostym kawałku ścieżki dla rozładowania emocji, a tymczasem zawzięłam się, wróciłam na zakręt linii energetycznej i opracowałam strategię postępowania. Ponieważ z kompasem przestałam się dogadywać, postanowiłam lecieć naokoło - drogami. Przy okazji miałam możliwość potrenowania sprintu na krótkim odcinku. W okolice punktu trafiłam, ale dołka nie mogłam zlokalizować.  Napotkana Chrumkająca Ciemność, która właśnie szła z 86 machnęła ręką w bliżej niedoprecyzowaną stronę, że to tam i oddaliła się w swoim kierunku. Jak ja kocham ten gest - "gdzieś tam". Gdziesia czesałam jeszcze przez chwilę, w końcu wyczaiłam drania.
PK 85 i 84 - łatwizna. 101 nawigacyjnie też łatwizna, ale pod górę i aż mnie zatchnęło, bo usiłowałam wbiec. Po 103 miałam dylemat - lecieć na 104 czy na 105? Jakoś 105 bardziej do mnie przemawiało, a 104 byłam gotowa w razie czego w ogóle odpuścić. W znalezieniu 105 pomogły mi zaznaczone na mapie wykroty, bo wydawało mi się, że doły już powinny być, a nie widziałam ich. A one dopiero za wykrotami. Przy 106 chwilę pospacerowałam, ale udało się. W planach miałam 99 z pominięciem 104, ale kiedy wyszłam na drogę i zobaczyłam, że do 104 prosto jak w pysk strzelił, to pomyślałam - a co mi zależy? Najwyżej opuszczę jakiś inny, jeśli się za szybko ściemni. Na drodze znowu spotkałam Chrumkających i dla fasonu przemknęłam obok nich niczym rącza łania. A przynajmniej chciałam żeby to tak wyglądało.
Na 99 spotkałam Tomka z Barbarą. I od razu pomyślałam sobie, że jestem lepsza od nich, bo ja radzę sobie sama, a oni muszą we dwójkę, bo inaczej by się pewnie pogubili:-) Z 99 na 100, znowu pod górę, a kiedy dobiegałam, zobaczyłam oddalające się plecy Tomka. Na 97 grzbietem, po równym (mniej więcej) więc znowu dodałam gazu, prawdę mówiąc w nadziei ujrzenia znowu w oddali znajomej białej koszulki. Chyba jednak biegłam za wolno.  92 usiłowało się ukryć przede mną. Dość skutecznie. Wiedziałam, że jestem mniej więcej w dobrym miejscu, tylko właściwego dołka nie mogłam wyhaczyć. Do tego zaczęło zmierzchać i coraz mniej widziałam. W końcu napotkany Mariusz S. pokazał mi "gdziesia" i po chwili czesania miałam go.
91 i 104 to już tylko formalność, a potem miałam strasznie trudną decyzję do podjęcia - czy na metę biec po północnej, czy po południowej stronie zabudowań. Najpierw zdecydowałam się na południową, ale skusiła mnie ścieżka tuż przy ogrodzeniu i zmieniłam wariant. Trochę nadłożyłam, ale za to mogłam mieć potem  efektowny finisz. Finiszowałam przy dźwiękach telefonu, za pomocą którego Tomek i Barbara sprawdzali, czy jeszcze żyję. W sumie zaczęło się robić ciemno i słuszne było ich zaniepokojenie.

Do mety dotarłam dumna i blada, ponieważ:
a) wszędzie gdzie podłoże pozwalało - biegłam,
b) odważyłam się taką masę czasu spędzić w lesie samotnie i nie dałam się pożreć niedźwiedziom, rozszarpać dzikom, a jedną sarnę to sama przyprawiłam wręcz o zawał,
c) zebrałam wszystkie PK i mimo kilkukrotnych trudności nie poddałam się - szczególnie jestem dumna z odnalezienia PK 86,
d) nie zgubiłam się na tyle, żeby niezbędna była szeroko zakrojona akcja poszukiwawcza i własnym przemysłem dotarłam na metę.

JESTEM WIELKA!

Nadal. Potwierdziła to waga po moim powrocie i było to jedyne niepowodzenie w dniu wczorajszym.

środa, 10 maja 2017

Na gwoździa


Na poniedziałek miałam dwie równie kuszące alternatywy spędzenia wieczoru - trening ZPK i prasowanie pościeli. Prawdę mówiąc ta druga była mi bliższa, ale Darek szukał kogoś do towarzystwa na trasę, więc nie mogłam pozostać obojętna na jego potrzebę.
Mapę przygotowywał Tomek i oczywiście nie poprzestał na wybraniu punktów, tylko jeszcze musiał wszystko zlustrować. A tego to my nie lubimy. Bardzo nie lubimy. Ostatnio na takiej mapie walczyłam z azymutami i postanowiłam dalej pociągnąć temat. Darek nie ma na tym tle obsesji i woli pewniejsze sposoby, od razu więc wyjął z plecaka garść gwoździ i zaordynował:
- Idziemy na gwoździa!
Metoda na gwoździa jest prosta i skuteczna - robi się dziurki w miejscach PK, przekłada mapę na drugą stronę i wyznacza azymut w tradycyjny sposób. Tak więc Darek dziurkował mapę, ja po swojemu dopełniałam do 360 stopni lub zamieniałam północ z południem i patrzyłam co z tego wyniknie. Trochę dziwnie było, bo raz nam się zgadzały azymuty, raz nie i takie to trochę losowe było. Tym niemniej jakoś posuwaliśmy się do przodu zgarniając kolejne punkty.
Zaczęliśmy od PK 49 i dobrze żarło aż do PK 63. Niby byliśmy w dobrym miejscu, a słupka ani widu, ani słychu. I co się okazało? Po słupku została tylko dziura w ziemi i można było sobie szukać i szukać. Klepnęliśmy więc dziurę i poszli dalej. Na PK 65 utknęliśmy na dobre.
Ale to na pewno wina Tomka bo akurat zadzwonił z pytaniem gdzie jesteśmy i zdekoncentrował nas. Po półgodzinnych poszukiwaniach postanowiliśmy wrócić do zabudowań i namierzyć się od razu na PK 66, a 65 i 68 odpuścić sobie. Ja to nawet byłam gotowa od razu iść na metę, zwłaszcza że zrobiło się późno, a tu następnego dnia trzeba wstać świtkiem do roboty. Ale idąc na metę i tak mijalibyśmy w bliskiej odległości tę resztę punktów, no to już zgodziłam się je pozbierać. Tomek nadsyłał rozpaczliwe sms-y z pytaniem czy żyjemy, bo sam dawno zaliczył swoją trasę i nudził się czekając na nas. Nie pogodzisz biegaczy z maszerami, zupełnie inne czasy wychodzą.
W końcu jednak dotarliśmy na metę i dobrze, że do domu było blisko, bo udało się przed dwudziestą drugą wrócić. Dla mnie dwudziesta druga w dzień roboczy, to ostatnia przyzwoita godzina.
Jak sobie w domu obejrzałam ślad naszego przejścia (bo wreszcie udało się dogadać z moim telefonem żeby rejestrował) to byliśmy całkiem blisko tego PK 65 i gdybyśmy jeszcze z godzinkę poświęcili na jego szukanie, na pewno byłby nasz:-)

sobota, 15 kwietnia 2017

Trzynastego….

Niestety nie udało się skorelować numeru i daty Stowarzyszonego ZPK-a. #13 wypadł 5-tego, a 13-tego wypadł trening #14. Mapę zrobiła Barbara już dawno temu. Nie taką zwykłą – szwajcarkę i to z wycinkami częściowo niepełnymi (bez drożni).
Na mnie padło dostawienie lampionu z nr 400. Dostałem e-mailem fragment mapy z dołkiem, gdzie lampion zawiesić. U mnie w Zielonce, po godzinie 16-tej zrobiło się dziwnie ciemno, a z nieba zaczęło najpierw kapać, a chwilami nawet pojawił się grad. No dobra, nie tylko kapało, ale lało jak z cebra. I wiało, jakby chciało mi dach zerwać. Najpierw planowałem iść „na lekko” bez bluzy, potem przymierzyłem cienkiego softshella, a gdy otworzyłem drzwi na balkon szybko wbiłem się w softshella grubszego.

Na koniec wyciągnąłem zimowe buty biegowe – skoro pada, to letnie zaraz przemokną. Lekko mniej padało, więc chwilkę przed 18-tą zabrałem lampion oraz wydrukowany fragment mapy i udałem się do auta.  Jako, że budują nam ulicę, auto stało zaparkowane ze sto metrów dalej. Na drodze do niego zdążyły mi całkiem przemoknąć spodnie na udach. Zastanawiałem się na poważnie czy nie wrócić po rękawiczki i coś jeszcze cieplejszego. Ale na horyzoncie było widać pogodne niebo, więc pomyślałem „będzie dobrze”.
Jadąc do Wesołej wyjechałem ze strefy deszczu. Wkrótce przywitały mnie suche ulice. Szybko dojechałem i poszedłem w las powiesić lampion. Gdy wracałem do auta już kropiło.W zimowych butach biegowych coś zaczęła mi jeździć wkładka. Jako, że miałem czas, wstąpiłem do Biedronki w poszukiwaniu kleju. Niestety taki luksus w sklepie nie był dostępny, ale że w młodości oglądałem przygody MacGyvera wiedziałem co robić - nabyłem najtańszą gumę do żucia – ona zawsze w filmie się sprawdzała! Chwila żucia i próba generalna. Wygląda, że wkładka się ustabilizowała!
W tym czasie opady doszły do Wesołej. Siedziałem sobie w autku czekając na Barbarę z mapami i resztę zapisanych. Wkrótce deszcz zaczął przechodzić, a z lasu wyjechała na rowerze jakaś zabłocona postać. Oczywiście pani Prezes w ramach „treningu przed treningiem” przyjechała rowerkiem;-) Ta to ma zdrowie – musiała jechać w czasie tego największego deszczu!
Wkrótce okazało się, że Chrumkający (jak zwykle) wystraszyli się deszczu i dali znać o rezygnacji. Ale pojawił się nowy uczestnik naszych ZPK-ów – Krzysztof. Dostał mapę i poszedł w las. Wkrótce dołączył niezawodny Mariusz (tym razem na biegowo) i mogliśmy i my lecieć w las.
Postanowiliśmy biegać lajtowo i prawoskrętnie. PK 70 znany. Potem niespodziewanie postanowiliśmy zaliczyć PK 400. Przy PK 76 się pogubiliśmy – pobiegliśmy za daleko..
Przy PK 97 widzieliśmy jakieś światełko – jak się okazuje z analizy tracków, to Mariusz tam buszował, który wybrała wariant lewoskrętny. O dziwo, udało się sprawnie znaleźć PK 86 – on zawsze był ciężko znajdowlany. Ale daliśmy ciała przy PK 84 – niby zaraz obok PK 85, ale kompasy wyprowadziły nas na manowce, czyli w grupę innych dołków. Jak nic ilość dołków i rozmieszczenie zgadzało się z okolicą gdzie powinien być słupek. Już nawet podejrzewaliśmy, że ktoś sobie słupek przywłaszczył. Na wszelki wypadek wróciliśmy do PK 85 i jeszcze raz , ale tym razem marszem poszliśmy wg wskazań kompasu. Tym razem kompas wskazywał „bardziej w prawo” i okazało się, iż słupek stoi!
Końcówka to już formalność, choć dojście do PK 71 utrudniały odcięte gałęzie, a z daleka obserwowały nas jakieś oczy błyszczące w ciemności.
Suma summarum z nominalnych 6,8 km zrobiło się ponad 9. Jednak mapy niepełne dają duże naddatki, bo człowiek wybiera warianty bezpieczniejsze, a na dodatek zawsze się gdzieś zaplącze.
Na mecie było jeszcze auto Mariusza – znaczy zaplątał się bardziej niż my;-) Barbara wsiadła na rower zaliczyć tym razem „trening po treningu”, a ja do auta (wiek ma swoje przywileje) udać się na zasłużony wypoczynek. Do następnego ZPK-a ;-)

niedziela, 9 kwietnia 2017

Trzynastka

I dotrwaliśmy do 13 edycji Stowarzyszonego Treningu na ZPK.  W szkole zwykle byłem 13 na liście uczniów  w dzienniku, więc oczywiste jest, że był to trening mojego (skromnego) autorstwa. Trening na trasie w Międzylesiu.
Jak przystało na 13-tkę zaczęło się od problemów z mapą. Właściwie od problemów z czasem – wyciągnąłem jakąś starą mapę terenu, porównałem z nową i nic się nie zgadzało. Inne układy odniesienia wrrr.  Może tak podciągnąć lepszy podkład i popoprawiać?  Dorysować dołki zmienić to, co niedokładne? Chęć dobra, ale akurat wysiadł Geoportal (znaczy się modyfikował) i mapa została taka jak była. Dorysowałem dwa dodatkowe lampiony w miejscach raczej pewnych, choć mało finezyjnych.
Po kilku dniach nastała godzina zero. Zapisało się nominalnie 10 osób. Wsiadłem w auto by dowiesić te dwa brakujące lampiony i… utknąłem w korku. Zdążyłem wprawdzie je powiesić i dałem znać Barbarze, że może puszczać ludzi na trasę dokładnie w  oficjalnej godzinie rozpoczęcia wydawania map (zwykle spieszący się startują ciut wcześniej) i ruszyłem w kierunku startu, po drodze spotykając Kingę już na trasie.
Tu okazało się, że jeden „nowy” zrezygnował, a Przemek… zgubił soczewkę kontaktową. I to także z tych droższych. Jak nic „pechowa trzynastka”!
Nie było się co obijać i po kolei wszyscy ruszyli w las. My tradycyjnie na końcu. Międzylesie jest nam znane i lubiane, więc  bez większego problemu znajdowaliśmy słupki. No, może poza pierwszym, bo Barbara chciała pobiec nie tą drogą, ale szybko nawróciłem ją na właściwy kierunek.
Koło PK 43 mignął nam Przemek, koło PK 47 Mariusz G. (o dziwo biegał – chyba po raz pierwszy!) Pod koniec także ktoś nam migał w oddali (znaczy chyba Przemek).
Na mecie widać już było brak auta Andrzeja (on wyruszył pierwszy na trasę, więc miał prawo już pojechać) oraz autka Chrumkającej Ciemności. Wprawdzie  z lasu słychać było donośne chrumkanie, a  co niektórzy nawet spotkali dorodne stado dzików koło startu, jednak to chyba nie ten zespół. Hmm czyżby jednak jakieś „rodzinne animozje”? :-)

piątek, 31 marca 2017

Przyspieszony prima aprilis

#12. Pierwszy ZPK gdzie z Barbarą nie robiliśmy trasy. Nowy autor, choć teren znany. No, połączone aż trzy mapy w jedną! Miało być 18 PK i prawie 8 km.
Twórcy mapy chyba przejęli się swoją rolą, bo jak przybyliśmy na start (właściwie o 18-tej jakoś tak) to już siedzieli zwarci i gotowi w samochodzie. Wkrótce dołączył Przemek i po chwili zwyczajowych konwersacji ruszyliśmy. Z założenia miało być wolno i wypoczynkowo – coś Barbarę łapało jakieś przeziębienie. Wybraliśmy wariant „zgodnie z ruchem wskazówek zegara od godziny 1”. Trasa zresztą nie narzucała zbyt dużej wariantowości poza ruchem w prawo lub w lewo. Więc potruchtaliśmy tempem konwersacyjnym (czyli bez zadyszki). Pod górę Barbara postanowiła nie wbiegać, ale ja twardo trenowałem i czekałem na nią na szczytach. Właściwie to dziwiliśmy się, że długo na trasie nie spotykaliśmy innych uczestników. Dopiero koło PK 88 zobaczyliśmy mknącego niczym łania Przemka. A za Przemkiem… pomykała właśnie łania czy jakieś inne jeleniowate. To już wiadomo, kto nauczył go tego kroku biegowego;-)
Mariusza spotkaliśmy niedługo później przy przekraczaniu ulicy Niemcewicza, a Chrumkających w Ciemności budowniczych już blisko mety. Jakoś tak szybko trasa przeszła, a na mecie byliśmy przed Przemkiem i za dnia (co rzadko się zdarza – jednak on biega zdecydowanie szybciej). Po odwiezieniu Przemka na pociąg, odwożąc Barbarę na Korkową, nieoczekiwanie na rondzie przy starcie z okien auta zobaczyliśmy Andrzeja wyraźnie biegnącego na jeszcze jakieś punkty. Dziwne, bo żaden sensowny wariant  przebiegu  nie przewidywał takiego przebiegu. Później dowiedziałem się, że Andrzej nie dostrzegł dozwolonych przejść na ul. Niemcewicza i nadrobił dobrze ponad kilometr!
Po powrocie do domu i otrzymaniu śladu naszego przebiegu wypełniłem tabelkę z wynikami. 18 PK, ok 8,4 km. W międzyczasie wpisał swój wynik Mariusz – 17 PK, 10,2 km. Hmm czemu nie zaliczył wszystkich PK? Jeszcze Przemek dosłał swój wynik: 17 PK, 10,2 km. Co jest???. Patrzę na mapę z lewej, z prawej, liczę… i okazuje się, że na mapie jest tylko 17 PK. A w opisie trasy i w rubryczkach karty startowej 18 kodów! Pewnie autor przygotowywał trasę myśląc już o 1 kwietnia i udało się mu mnie nabrać;-)

piątek, 10 marca 2017

Noc po nocy

Nie dość człowiekowi chodzenia po nocy w Łętowni, to oczywiście pójdzie biegać nocą do lasu. Oczywiście na Stowarzyszony Trening na ZPK-ach. Tym razem wyjątkowo nie padało oraz pojawił się nowy uczestnik, taki który zwykle występuje Incognito. Oczywiście jak przystało na nowego, pojawił się pierwszy. Niby by wypróbować jakąś nową super latarkę. Choć z drugiej strony po co mu super latarka, skoro przy pomocy tej co ma lub wręcz pożyczonego od kogoś bździdła (wiem bo sam mu pożyczałem) wygrywa co chce, kiedy chce i jak chce. I oczywiście najczęściej wygrywa NMP. W każdym razie pobrał mapę, chwilę pogadał, zaświecił tę super latarkę… i tyle go widziano;-)
Pozostali – w miarę standardowy zestaw. Trasa – ciut dłuższa, prawie 6 km i dla utrudnienia mapa niepełna. Zasadniczo – dziwnie się biega po lesie bez śniegu i deszczu. Słupki, których szukaliśmy w śniegu zyskują nowy wymiar: chowają się w krzakach lub są w pełni niewidoczne w dołkach. Oczywiście pobiegliśmy w pełni nieoptymalnie aby mieć lepszy przelicznik zł/km. Poza Marcinem, który zniknął na początku, na trasie widzieliśmy w jednym miejscu kilkoro uczestników, ale na metę przybyliśmy samotnie. Zima się skończyła i czas zmienić formułę – jakieś bardziej skomplikowane lub dłuższe trasy. Muszę coś wymyślić na przyszły tydzień!
Kolejny dzień - a właściwie kolejna noc. XIV Kurs Animatorów i Organizatorów InO. Najpierw produkowałem się jako wykładowca - chyba marny, bo dawno już nie trenowałem występów przed szerszą publicznością. Publiczność (znaczy uczestnicy) dopisali. Szybko zabrakło książeczek OInO i krzeseł w sali. Jeśli zainteresowanie się utrzyma będziemy mieli sporo nowych twarzy na imprezach!
Jak na każdym Kursie OInO/AInO nie mogło zabraknąć trasy szkoleniowej po wykładach. I to takiej całkiem porządnej, gdzie trzeba było wykazać się umiejętnością składania wycinków z różnych rodzajów map i wyznaczaniem azymutu. Do tego wszystko w deszczu, który stanowczo nie pomagał. Dobrze, że etap miejski i raczej krótki- ponoć 1400m. Poszliśmy grupą instruktorską, bo ambitni uczestnicy woleli sami zmierzyć się z mapą. Z zasady postanowiliśmy nie wygrać i odpuściliśmy dwa punkty. I zaliczyliśmy klasyczną wpadkę – Ania wypełniająca kartę źle usłyszała numer punktu i zamiast H wpisała K. No cóż, bywa. Ważne, że człowiek choć troszkę się rozruszał. Bo w najbliższy weekend kolejna 50-tka – więc trzeba!


środa, 22 lutego 2017

Deszczowa 10-tka

I przyszła kolej na 10 edycję naszego Stowarzyszonego Treningu na ZPK-ach. Już 10-tą – jak ten czas leci! I pierwszą „wiosenną”, bo ostatnie dni wygoniły śnieg z lasu. Zostały tylko szklisto lodowe główne drogi i dużo wody na drogach głównych i mniejszych.  Ponad 5 stopni ciepła i…. wiosenny deszczo-gradzik na powitanie. ZPK-i tym razem wzbogaciły się o 3 nasze lampioniki. Czemu wymyśliłem by je tak daleko stawiać??? I czemu w miejscach, gdzie do rozstawania miałem mapę niepełną, bez drożni. Przyjechałem odpowiednio wcześniej, ale tylko pierwszy z 3 lampionów wieszałem „za dnia”. Na drugi poszedłem na azymut i…. kompas mnie „wykręcił” tak, że trafiłem na inną drogę. Przez chwilę próbowałem znaleźć dołki nie tam gdzie trzeba, nim wskazania kompasu wróciły do normy i skierowały mnie we właściwe miejsce. O dziwo – był to ten sam rejon gdzie najbardziej gubiłem się na WesolInO! Coś w tym musi być – jakaś lokalna anomalia magnetyczna? W każdym razie kilkadziesiąt metrów dalej kompas pokazywał to co trzeba. Ale czasu przez to straciłem sporo i ostatni punkt w dołku w gęstwinie wieszałem zupełnie po ciemku. Na azymut. Gęstwina była, dołek był, odległość prawie się zgadzała. Powrót przez feralne skrzyżowanie, gdzie znowu kompas chciał mnie wywieść na manowce i wróciłem na start. Po drodze zegarek mi zapipał, iż wyrobiłem ustawioną dzienną normę kroków. I to przed biegiem właściwym!
Na starcie czekali już Basia z Pawłem. Otworzyłem auto do przebrania, bo coś zaczęło pokapywać z nieba. Wkrótce dotarł Mariusz i Mistrz Skorpion Przemek. Szybko się zebrali i poszli w las, pomimo że z nieba coraz bardziej kapało. My zaszyliśmy się w aucie i czekaliśmy na ostatniego uczestnika, który smsował, że niedługo dotrze. A deszczyk zmienił się w ulewę. I coraz większą ulewę… Nie chciało nam się ruszać z auta, a Paweł ciągle udawał, że się przebiera, bylebyśmy tylko go nie wygonili z suchego auta. Nadszedł i drugi Mariusz – dostał mapę i w deszczu pognał w las. Po pewnym czasie deszcz zaczął słabnąć. Nie ma wybacz – trzeba się ruszyć. Paweł ustalił, że pobiegnie w przeciwnym kierunku niż my. Ruszyliśmy. Powiem szczerze, że po skorpionowej 50-tce to i owo mnie jeszcze bolało. Ale dało się nawet potruchtać. I to z każdym metrem było coraz fajniej. Bez śniegu biega się lekko – niczym kozica przeskakując nad ściętymi gałęziami! Punkty fajnie znajdowało się na azymut… poza tymi najłatwiejszymi. Właściwie w lesie jedynie gdzieś daleko błysnęła nam latarka, poza tym pustka. Aż dziwne, bo kogoś powinniśmy spotkać! Doszliśmy do punktów „dowieszanych” i oddałem sterowanie w ręce Basi. Niech trochę ponawiguje, bo to nie fason znajdować własnoręcznie wieszane lampiony. Ale okazało się, że PK 403 znaleźć nie jest łatwo. Dopiero metodą czesania udało się znaleźć. Przy kolejnym „feralnym” skrzyżowaniu tym razem wykręciło kompas Basi. Coś tu jednak musi być!!! Także w drodze na 401 mocno zboczyliśmy. Do auto dobiegliśmy jednak pierwsi! Paweł i Mariusz dotarli chwilę później. Przemek zaś zadzwonił z pytaniem, czy czasem nie zwinęliśmy już lampionu 403. Podpowiedzieliśmy gdzie go szukać. Potem, przy analizie śladu GPS okazało się, że PK 403 stał w złym dołku. O jeden za wcześnie! Dlatego Przemek nie mógł go namierzyć i my także mieliśmy kłopoty. No cóż, rozstawianie lampionów po ciemku tak się kończy! Ale następny ZPK będzie łatwiejszy.