Na pierwszy punkt ruszyłam niemal spacerkiem i dopiero Tomek trochę mnie pogonił, bo leciał w tę samą stronę, choć w nieco inne miejsce. Przez chwilę udawałam więc, że biegnę, a kiedy oddalił się wróciłam do marszu.
piątek, 16 lipca 2021
Wawel Cup - Model Event 2
czwartek, 15 lipca 2021
Wawel Cup - Model Event 1
środa, 14 lipca 2021
Letnie Wiosenne 360
Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat).
Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \
Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników.
![]() |
| Odprawa |
Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu.
Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”.
Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju.
Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy
Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę…
![]() |
| Wyciągnąć wiosła! |
PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak:
![]() |
| Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex) |
Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki.
![]() |
| Chlup , chlup.. |
Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud.
Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-)
Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem!
![]() |
| Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł) |
Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety.
![]() |
| Wypogodziło się - aż za bardzo |
W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety.
W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu.
![]() |
| Dokładnie 44,44 km;-) |
Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-(
![]() |
| To czerwone to Kwito;-) |
To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-)
![]() |
| Meta! |
Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km.
![]() |
| Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca |
2x Klubowe 44
Przedostatni etap Korony Mazowsza. Dla nas ostatni, bo w niedzielę będziemy już pod Żelazkiem na Wawel Cup. I to dość specyficzny – Chojrak będzie miał dokładnie 2x44 PK! Nie można tego odpuścić! Tzn. ja nie mogłem, bo Renata przegrzana ostatnimi upałami, zawsze znajdzie dobrą wymówkę, by się jakoś wykręcić;-)
Na start docieram prosto z pracy. Kilka minut zapasu. Za chwilę z lasu wyłania się zgrzany i mocno roznegliżowany organizator. Rzuca „jeszcze chwila”, wsiada w auto i znika w sinej dali… Chwila okazuje się tą „dłuższą chwilą” i ciągle zgrzany i roznegliżowany wraca stanowczo po terminie startu. Trasa długa – 14 km – więc ci, co nie biegają jakoś ekspresowo, chcą wystartować wcześniej, bo głupio gdy nam zbierają lampiony przed powrotem na metę…
![]() |
| Na start idę 600m |
![]() |
| A to sam start |
Wreszcie dostaliśmy mapy i na start – tak ze 600 m w las. Żar leje się z nieba, duszno, parno, zanosi się na burzę. Nic, trzeba startować. Pii-pii i poszedłem w las. Dobrze, że las dość przebieżny i jakoś idzie. Wystarczy dokładnie pilnować, który PK odbiliśmy i na który biegniemy. Zastanawiałem się nawet nad zabraniem długopisu na trasę i wykreślaniem na mapie co już odbiłem, ale przy mapie w folii, pocie kapiącym z czoła to nie byłby dobry pomysł. Przy takiej ilości PK i to podwójnych, czy potrójnych sztuką jest znaleźć na mapie, gdzie jest kolejny PK. Nieraz stałem na punkcie i ślepiłem w mapę dość długo, aż dopasowałem właściwą kreseczkę i znalazłem kolejny numerek na mapie;-)
Pierwszy raz zniosło mnie gdy biegłem na PK 9. Na szczęście nie za dużo i w miarę szybko dało się zawrócić w odpowiednim kierunku. Pilnowałem więc dokładnie kierunku, w którym ruszam od lampionu i szło całkiem dobrze. Do czasu, to znaczy do PK 23. Po nim ruszyłem na PK 24. Jest górka, szukam przełączki – jest nawet jakaś, tylko nie ma lampionu. Dopiero po dłuższej chwili zamajaczył mi w krzakach lampion - okazało się, że jest to PK 17, a nie 24. Tyle dobrego, że wiedziałem gdzie przemieszczać się dalej.
Kolejne miejsce gdzie mi nie szło, to okolice PK 37. Na lampion ten trafiłem nie jeden, a chyba ze 3 razy - najpierw biegnąc na PK 28, potem biegnąc na 31, aż wreszcie ten właściwy raz, biegnąc na 37;-)
Gdzieś tak w połowie zaczął padać deszcz. Deszcz może był i przyjemny w ten upał, ale w lesie zrobiło się tak ciemno, że niewiele było widać. Do tego dodać zapadane okulary – polecam kiedyś czołówce pobiegać z zapadanych okularach – ciekawe czy by wrócili cało z lasu – jednak przypomina to mocno bieganie z zamkniętymi oczami;-)
Na punkcie PK 50 zabrakło lampionu. Na sporej ilości tych na końcu trasy także, ale tu zabrakło także drzewa na którym ten lampion miał zawisnąć. W efekcie nieoznakowana stacja SI dyndała na innym charakterystycznym drzewie… a taka stacja staje się prawdziwie „niewidzialna” dla oczu…
Ostatnia wtopa na PK 70. Miałem znaleźć bunkier, do którego prowadzi wał ziemny. Tyle że od PK 69 odchodziły dwa takie wały pod kątem ok 30 stopni, do dwóch bliźniaczych budowli. Nie zauważyłem na zapadanej mapie tego drugiego wału i pobiegłem niewłaściwym. Co się naszukałem lampionu, to moje;-)
![]() |
| Uff wreszcie podbijam metę |
![]() |
| Jeszcze 500m powrotu na parking |
![]() |
| I na koniec obowiązkowa fotka z organizatorem |
Wyszło 15 km z dobiegiem z mety do biura. Grunt, że dobiegłem na metę i to w dobrym stanie, bez skręconych kostek i innych takich efektów ubocznych... Bo za dwa dni kolejne zawody z PMnO czyli co najmniej 50 km, a za 4 dni zaczyna się Wawel Cup…
wtorek, 13 lipca 2021
Korona Mazowsza, czyli rozdziobią mnie kruki i wrony.
poniedziałek, 12 lipca 2021
Michałów-Reginów zamiast Lidzbarka Welskiego
Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, bo był w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się przejść obok wielkiego drzewa, na którym wisiał lampion, bo wisiał od drugiej strony drzewa i nie rzucał się w oczy. Poza tym bardziej zajęta byłam osobą Włodka wyglądającego Beatki niż śledzeniem, gdzie jestem. Dopiero podpowiedź, żebym się odwróciła naprowadziła mnie na trop:-)
A tak wygląda cała trasa:
piątek, 9 lipca 2021
Korona 3 - zaliczona!
W weekend 26-27 czerwca tak się dziwnie złożyło, że w najbliższej okolicy nie było żadnych biegów, ani nawet marszy na orientację i choć dało nam to czas na ogarnięcie spraw domowych, to jednak podskórnie czuliśmy jakiś taki niepokój. Ów niepokój udało się ukoić dopiero we czwartek na kolejnej odsłonie Korony Mazowsza. Cieszyłam się tym bardziej, że zawody miały się odbyć na jednej z moich ulubionych map, w ślicznym terenie. Może moja mina z drogi na start nie emanuje radością, ale to tylko pozory:-)
Tym razem udało mi się zaliczyć całą koronowaną trasę. Mało tego - sporą część nawet przebiegłam, no ale pogoda była tym razem odrobinę bardziej łaskawa niż poprzednio. A może to ja tak nabrałam wigoru?
czwartek, 8 lipca 2021
GPS-O Special Bródno
A tak wyglądała mapa:
środa, 7 lipca 2021
Korona Mazowsza z abdykacją
wtorek, 6 lipca 2021
Spóźniona Niepoślipka
Jak przystało na 13-stą edycję, Niepoślipka spóźniła się. Wprawdzie tak prawie ze dwa miesiące, ale grunt, że w ogóle się pojawiła.
Już od dłuższego czasu chciałem zrobić InO na wydmach wokół Horowego Bagna. Nigdy tam nie byłem, ale z okien samochodu wydmy te wyglądają całkiem fajnie. Mapę – taką teoretyczną - miałem narysowaną już wcześniej, ale kiedyś wreszcie należało iść w teren. Wreszcie znalazłem chwilę czasu i odwiedziłem okolicę. Wydma rzeczywiście jest fajna!
Ale wydma to jeden etap. Drugi to okolice Jeziora Czarnego. Teren znany, mapa jest i to mało użyta (na jakiejś niezbyt odległej Niepoślipce z minimalną frekwencją), więc trasę narysowałem „na pamięć”. Oszczędziłem w ten sposób sporo czasu, ale….
Udało się narysować mapy (o dziwo, nie na ostatnią chwilę), uzyskać wymagane zgody, patronat Burmistrza, wydrukować co trzeba. Zostało powiesić lampiony. W piątkowy wieczór zaczęliśmy od wycieczki nad Jezioro Czarne. Komary były, sporo ludzi nad wodą, więc troszkę baliśmy się, że lampiony znikną. Ale nie ma wyjścia, trzeba wieszać. Te koło jeziorka - nie było problemu (no, może poza drobnymi rozbieżnościami na mapie, ale same takie nieistotne dla istoty trasy. Problem zaczął się w dołach po gliniankach. Ostatni raz gdy tu byłem, roślinność była stanowczo "mniej wybujała". Może i teraz nie była aż tak wysoka, ale przy podłożu zagnieździły się kujące jeżyny, czy inne kolczaste pnącza. A ja w krótkich spodenkach i krótkich skarpetach…Oczywiście zapomniałem, że pod linią energetyczną na kopczykach i w dołach gdzie miały stanąć PK to dżungla jest iście amazońska… O zmroku zakrwawieni i co nieco wyssani przez komary wyszliśmy z lasu….
Sobota - pobudka o 5 rano. Marsz do lasu z lampionami. Las na szczęście o wiele bardziej przyjazny. Dystans trochę dłuższy (poprawiałem jeden PK z piątku), ale wyrobiłem się przed czasem i nawet mimo awarii suwaka w plecaku (musiałem rozerwać plecak, by wyjąć kluczyki do auta) zdążyłem wrócić do domu na drugie śniadanie.
Dzień zapowiadał się upalny. Nawet bardzo upalny. Niestety, kilka zapisanych zespołów chyba przestraszyło się pogody. A z tych przybyłych niestety wszystkie zespoły TP wymiękły po pierwszym (krótszym) etapie. A szkoda, bo nie zobaczyły malowniczej wydmy nad Horowym Bagnem. I poziomek na tej wydmie ;-) Reszcie udało się szczęśliwie wrócić z lasu. No cóż, wracali lekko wykończeni, ale przy 30-stu stopniach to nic dziwnego. W kategorii TZ walka o zwycięstwo toczyła się wręcz do „ostatniego lampionu”;-)
Zostało zebranie lampionów, tu znacząco pomógł Przemek i zebrał ich połowę, więc spokojnie udało się jeszcze za dnia dotrzeć do domu.



















































