piątek, 16 lipca 2021

Wawel Cup - Model Event 2

Ponieważ drugi trening, podobnie jak pierwszy, przewidziany był na popołudnie, wtorkowy poranek  przeznaczyliśmy na zwiedzanie. Mimo, że od świtu żar lał się z nieba, postanowiliśmy zobaczyć zamek w Ogrodzieńcu. W przypływie szaleństwa kupiłam bilety "na wszystko", nie dociekając, co mieści się pod pojęciem "wszystko". Dopiero Tomek doczytał, że oprócz Ogrodzieńca możemy zwiedzić także Gród na Górze Birów leżący w cholerę daleko od zamku w Ogrodzieńcu i jeszcze nie ma tam za bardzo jak dojechać. Ale uznawszy, że nie jesteśmy tu dla przyjemności, zdecydowaliśmy, że zwiedzamy zamek, a potem popylamy nóżkami na ten Birów. 
 
Przed wejściem na zamek spotkaliśmy Hanię i dziękujemy za fotkę.
 
Z minuty na minutę robiło się coraz cieplej i jeszcze nie dotarliśmy do połowy zamku, a ja już ledwo zipałam z gorąca.  Na dodatek wzięliśmy sobie bardzo mało wody. Jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby sobie dokupić na kramikach. Magnesiki na lodówkę - owszem - tak, ale woda....
 
W sumie to bardzo tam ładnie.
 
Wpół żywi zeszliśmy z zamku i w poczuciu obowiązku poczłapaliśmy obejrzeć Birów. Tak prawdę mówiąc to spokojnie można było sobie odpuścić, bo cudów to tam nie ma, ale skąd mieliśmy wiedzieć. Zresztą zapłacone - obejrzeć trzeba:-)
 
 Dwie drewniane budowle i... już.

No dobra, jaskinia była fajna.

Tym zwiedzaniem załatwiliśmy się na cacy i nie wiem jak Tomek, ale ja kompletnie nie nadawałam się już do biegania. Skoro jednak przyjechaliśmy tu biegać, to cóż było zrobić? Nie ma zmiłuj.

 
Tam pobiegnę!

Na pierwszy punkt ruszyłam niemal spacerkiem i dopiero Tomek trochę mnie pogonił, bo leciał w tę samą stronę, choć w nieco inne miejsce. Przez chwilę udawałam więc, że biegnę, a kiedy oddalił się wróciłam do marszu. 

 Efekt poganiania.
 
Postanowiłam trenować wyłącznie nawigację, a bieganie mogę potrenować kiedykolwiek, nawet bez mapy. A nawet zwłaszcza bez mapy.
Do dwójki pomaszerowałam azymutem, po kresce i tak samo planowałam iść na trójkę, ale odwidziało mi się i skręciłam w stronę drogi. Zawsze to wygodniej. Skały, gdzie miała stać czwórka, znalazłam bez problemu, ale z wyczesaniem lampionu już nie poszło tak łatwo. Nie doczytałam od razu w opisie, że trzeba szukać między dwiema skałami i łaziłam tak dookoła jak sierota. Piątka za to weszła ślicznie. Tak samo pewnie było by z szóstką, gdybym nie zasugerowała się dwoma innymi biegaczami, którzy pobiegli w głupim kierunku, a ja za nimi. A byłam już rzut beretem od lampionu. Że też taka jestem podatna na sugestie....
Do siódemki pobiegłam drogami, dokąd się dało, a skałkę na górce łatwo było namierzyć. Ósemka była na nie wiem czym, bo akurat tego symbolu nie znam, a na mapie w środku kółeczka był koniec poziomnicy. O dziwo, trafiłam bez żadnych problemów. Żeby dobrze namierzyć się na dziewiątkę pobiegłam do skrzyżowania i dopiero stamtąd do skałki. Trochę trzeba było podejść w górę i ledwo już lazłam. Na ostatnim punkcie czekał na mnie Tomek i głosem naprowadzał na lampion. 
 
Ostatni punkt.
 
Potem popędzał mnie do mety, ale nie za bardzo miałam siłę biec.
 
Wreszcie koniec.
 
Uffff.... To był naprawdę ciężki dzień.


czwartek, 15 lipca 2021

Wawel Cup - Model Event 1

Odpuściliśmy w tym roku Grillowanie Kosmatych InOków, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na odpuszczenie kolejnej ulubionej imprezy. Zresztą na Wawel Cup byliśmy zapisani już dawno, dawno temu, noclegi mieliśmy zaklepane i nawet sprawy rodzinne udało się ustawić tak, że mogliśmy jechać.
Pierwsze dwa dni to treningi dla chętnych, bo właściwa impreza zaczyna się dopiero od środy. Ponieważ wzięliśmy sobie urlopy i mogliśmy przyjechać wcześniej, więc na miejscu byliśmy już w niedzielę.
Poniedziałkowe przedpołudnie spędziliśmy na czynnościach gospodarsko-organizacyjnych, czyli zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy obejrzeć miejsce startów nadchodzących treningów, a potem Różę Wiatrów na Pustyni Błędowskiej gdzie miała być baza etapu oraz sławetne doły przewidziane na Hit the Pit.
 
Róża Wiatrów

Posiedliśmy cenną wiedzę o pustyni.

Dołek jak dołek, zasadzka tkwi w ich ilości.

W miarę jak zbliżała się pora treningu, aura z ciepłej zmieniła się w coraz bardziej deszczową. Niby potem miało się poprawić, ale nie mieliśmy tyle cierpliwości i wystartowaliśmy mimo deszczu. Moja trasa (krótsza) miała mieć 3 km z hakiem, więc za mało, żeby się rozpuścić w deszczu. Szybki clear, check i start. 
 
Start.

Ruszyłam ścieżką, która miała mnie doprowadzić do kolejnej, a tymczasem już po kilku metrach gdzieś mi się zgubiła. Tomkowi na przykład się nie zgubiła, ale on biegł chwilę po mnie. Zresztą może to też dlatego, że ja biegam bez okularów, a ponieważ w lesie zrobiło się ciemno i ponuro, niewiele widziałam i na mapie i w naturze. Do tego deszcz zalewał mi oczy i w efekcie po chwili nie wiedziałam za bardzo gdzie jestem. Postanowiłam więc w jakikolwiek sposób (czyli w moim przypadku najgorszy z możliwych) przebić się do drogi (ścieżki) na wschód, bo od niej to już było łatwo. Punkt trochę przebiegłam, ale kiedy na drodze stanął mi wielki rów, wiedziałam przynajmniej, że muszę kawałek wrócić. Grunt to znaleźć dobry punkt orientacyjny.
Do dwójki już bardzo pilnowałam azymutu i poszłam niemal po kresce, dzięki czemu bezbłędnie wyszłam wprost na lampion. Do trójki to już praktycznie ani na metr nie schodziłam z linii łączącej punkty i dopiero czwórka mnie zastopowała. Poptaszkowały mi się obniżenia i czesałam to wcześniejsze. Dla utrudnienia - było znacznie większe niż to właściwe, a pod nogami czerwieniły się pyszne poziomki. Skoro nie mogłam znaleźć lampionu, to przynajmniej postanowiłam się najeść. Nie da się ukryć, że znacząco opóźniło to proces poszukiwania punktu.
Do piątki powędrowałam zygzakowatym łukiem, ale po drodze znowu były poziomki, a nie da się jednocześnie patrzeć na kompas i pod nogi. Tym niemniej na punkt trafiłam. Odnalezienie szóstki ułatwiła mi potrzeba fizjologiczna, bo lampion był dobrze widoczny z poziomu bliższego ziemi. Kiedy się stało, wcale nie było go widać. W drodze na siódemkę najpierw zawędrowałam na czwórkę, co nawet nie było wielkim błędem, bo mogłam się od niej dokładnie namierzyć. Mogłam dokładnie, ale najwyraźniej zrobiłam to za mało dokładnie, bo z siódemką rozminęłam się jakieś 50 metrów. Ponieważ nigdzie w okolicy nie widziałam lampionu, postanowiłam wyjść na drogę i rozejrzeć się w poszukiwaniu natchnienia. Natchnienie nadeszło w postaci skarpki. Na mapie miałam przy drodze dwie skarpki, w naturze miałam jedną z nich więc szybciutko ustawiłam azymut i poszłam jak po swoje. A tymczasem chała proszę państwa. Najgorsze było to, że tak dokładnie to nie wiedziałam czego szukam - te wszystkie "noski" na mapach, dla mnie nie mają żadnego odzwierciedlenia w terenie i praktycznie nic nie oznaczają. Lampion przy takich oznaczeniach stoi w różnych miejscach - na równym, w obniżeniu,  na podwyższeniu. No, za cholerę nie mogę rozgryźć tych nosków. Ale wracając do ad rema... Kiedy pierwsze namierzenie się od skarpki nie dało efektu, znowu wyszłam na drogę, ponownie namierzyłam się, tym razem dbając o maksymalną dokładność i znowu wyszłam gdzieś na manowce. Ponieważ planowe działania nie przynosiły skutku, postanowiłam zdać się na los i zaczęłam łazić sobie to tu, to tam, w nadziei, że w końcu natknę się na lampion. Los niestety nie był dla mnie łaskawy. Kurczę, a taki łatwy wydawał się ten punkt. W akcie desperacji zrobiłam jeszcze trzecie wyjście na asfalt, pobiegłam nim kawałek, znowu weszłam w las, doszłam do biegnącej równolegle ścieżki i już byłam skłonna przypuszczać, że ktoś po prostu gwizdnął lampion. No bo przecież miał być między asfaltem, a ścieżką, a przeczesałam teren niemal miejsce w miejsce. W końcu poddałam się. stwierdziłam, że pobiegnę asfaltem na metę, odpuszczając sobie także ósemkę. Jeszcze w ostatnim akcie nadziei na asfalt postanowiłam zejść dopiero w miejscu, gdzie przecina go linia energetyczna, bo nóż, widelec... No i wyobraźcie sobie, że po jakiś prawie dwustu metrach wyszłam dokładnie na lampion. Okazało się, że od czwórki zniosło mnie w prawo (jak zawsze), a skarpek, od których się namierzałam, w ogóle nie ma na mapie.
 
Upiorny PK 7
 
Skoro znalazłam siódemkę (jedyne 32 minuty), to nie mogłam już odpuścić ósemki. Początek na azymut, potem drogami, na końcu lekkie błądzenie (nic w porównaniu do siódemki) i punkt na skałce był mój. Ufff... Jeszcze tylko dobieg do mety, ale to na szczęście już drogą. 
 
Udało się dotrzeć do mety
 
Oczywiście wraz z zakończeniem treningu zakończyły się też opady deszczu. Ci, którzy startowali później mieli już znacznie lepszą aurę. I po co było się tak spieszyć?

środa, 14 lipca 2021

Letnie Wiosenne 360

Trochę poszperałem w archiwach i wychodzi mi, że pierwsza edycja Wiosennego 360 to miejsce, gdzie po raz pierwszy wystartowałem na długiej trasie biegowej. Startowałem także w innych edycjach i z jednej z nich wywiozłem mój najlepszy rezultat (czasowy) na TP-50. Nie pozostało mi nic innego jak zapisać się na kolejną edycję, z roku 2020, która to wędrowała z wiosny na grudzień, by wylądować ostatecznie w lipcu 2021 (jak widać wiosna to pojęcie mocno względne – ale cóż, taki mamy klimat). 

Ostateczny termin został ogłoszony w ostatniej chwili – właściwie dwa dni później zaczyna się Wawel Cup i trochę obawiałem się, czy po 50-tce (jednak ostatnie dwa lata to tylko sporadyczne starty na dłuższych dystansach) dam radę potem biegać na Jurze, ale skoro zapisałem się rok temu…. \

Miejsce – jak to na Wiosennym „tuż koło domu” – okolice znane z Mazowieckiego Tracka i kilku innych imprez. Poranek wilgotny i ciepły. W południe miało dobić do 30 stopni (jak to na wiosnę;-). Na starcie frekwencja mizerna- przynajmniej na TP50. Ten Wawel Cup pewno przetrzebił uczestników. 

Odprawa
 

Oczywiście porządna dmuchana brama z napisem START, dwa etapy i podbijanie PK oparte na chipach SI. To już któryś raz, gdy Igor robi Wiosenne w formie dwuetapowej – pierwsza pętelka na mapach BnO, a potem na normalnej turystycznej mapie uzupełnienie dystansu. 

Mapy do ręki, odbicie startu i w las. Las jest mokry. Biegnąc do pierwszego PK trzeba przekroczyć jakiś ciek wodny- z lasu słyszę dziwne okrzyki – dobiegam, a tu grupa rowerzystów próbuje przepłynąć ciek, który okazuje się całkiem porządną rzeczką… Mi się udało ekwilibrystycznie po jakimś pniu przedostać na drugą stronę „suchą nogą”. 

 

Dalej bajkowy mazowiecki las - mchy, sosny, wydmy - wszystko jeszcze mokre po deszczu lśni w nieśmiałych promieniach słońca… Nawet kilka przepraw przez rzeczkę czy mokra trawa i mchy nie psują radosnego nastroju. 

 Chrumkająca Ciemność zbliża się do przeprawy

Przez chwilę biegnę z Mateuszem, po PK 38 znika mi w sinej dali. Wszystko idzie fajnie do PK 49. Po nim długi przebieg przecinką na wschodnią część mapy. Droga gruba, w terenie dobra… do czasu. Wkrótce poziom wody zaczyna się podnosić, zaczynam żałować, że nie zabrałem peryskopu… Pod koniec spotykam jadących z naprzeciwka rowerzystów, właśnie z rozpędem wjeżdżają w wodę… 

Wyciągnąć wiosła!

 PK 52 kojarzy się z Lampionadą i jeszcze kilkoma zawodami. PK 51 znowu przydałby się peryskop;-) PK 50 i PK 46 były na treningu WMTour późną zimą. PK 42 rozwala opisem „EX Paśnik”. No cóż, w terenie wygląda to tak: 

 

Jakby ktoś nie widział - paśnik (ex)
 

Przygoda zaczyna się po PK 32. Do ostatniego PK 31 prowadzi „cienka ścieżka”. Cienka na mapie i cienka w terenie. Przechodzi przez jakieś bajorko zarówno na mapie, jak i w terenie. I na koniec gubi się w zaroślach. Zaroślach zalanych wodą po łydki. 

Chlup , chlup..

Chwila czasu i przekleństw mija, zanim wyciągam się z mokradła i podbijam punkt. Jakaś konkurencja dogania mnie przy punkcie – jak widać nie zgubiła ścieżki na końcówce. Pełen złości lecą drogami przez tereny zaznaczone na niebieskawo. Woda po kolana, ale mi już wszystko jedno. Byle nie potknąć się o coś na dnie. Na koniec przeprawa przez tę rzeczkę co do pierwszego PK – już bez żadnego mostka, woda powyżej ud. 

Koniec pierwszej pętli – jestem trzeci jak mówi Igor (nie licząc Kwita, który wystartował znacznie później). Dostaję drugą mapę, a tu… 6 punktów. Coś mało jak na ponad 30 km. Zaczynam od PK 53. Odmierzam odległość, jest górka, więc odbijam od drogi na wschód i nagle… płot. Taki po horyzont w prawo i w lewo. Płot dałoby się przeskoczyć, ale gorzej, że za płotem górki nie ma - jakaś łąka tylko. Lampion byłby widoczny – miał być na górce. Wracam do drogi, chwilę się miotam, aż stwierdzam, że jestem za blisko (potem okaże się, że skala mapy różni się zauważalnie od tej podanej w opisie mapy). Znajduję właściwą górkę, odbijam z drogi i… znowu płot. Tym razem betonowy. Górka za płotem wyraźnie się ciągnie, więc to na pewno tu. Wiem, że w prawo płot ciągnie się po horyzont, ale lewa strona wygląda obiecująca. Po 30 metrach płot nagle się kończy. Więc wracam na górkę i lecę dalej… aż do kolejnego płotu. Tu od razu wiem, że trzeba go brać z lewej;-) 

Tuż za płotem lampion. Miejsce rozpoznaję z Mazowieckiego Tracka. Rok temu był PK w tym samym miejscu, miałem wtedy na liczniku półmaraton i teraz dokładnie to samo!
Uff, Dał Igor popalić z tym płotem! 

Tak wygląda PK53 (gdyby ktoś go nie odnalazł)
 

Teraz duży kawał drogami, przez Górki obok szkoły (tu organizowałem kiedyś Nocne Manewry Stowarzyszy), aż do stawów. Z nieba żar. W takich warunkach bieganie nie idzie – szczególnie gdy pomyślę o Wawel Cup za dwa dni. Tu i ówdzie atakują mnie komary, czy inne latające stwory. Dalej lasami pełnymi zbieraczy jagód, drogami, których nie ma na mapie, przez Jędrzejnik, gdzie nie spotykam sklepu (najlepszy na upał jest gazowany napój prosto z lodówki) docieram do PK 57. Zostały jeszcze „tylko” trzy do mety. 

Wypogodziło się - aż za bardzo
 

W Rzakcie i Gliniance dalej brak sklepu (jak ci ludzie robią zakupy?) Przekraczam Świder kulturalnie mostem. Dalej asfaltem, czy na skróty przez las? Jest na mapie droga na skróty i w terenie także. Przyjemny chłodek w lesie. Niestety, w połowie drogi do następnego PK droga zanika. Chaszcze, potem podmokłe łąki z trawami wyższymi od człowieka, wreszcie jakieś zbudowania. Przedzieram się do nich ścieżkami dzików. Zmęczony i umorusany wychodzę na ubitą drogę. Już rzut beretem do PK 58. Z naprzeciwka jedzie rowerzystka z naszej imprezy. Punkt tuż, tuż. Mam odbić drogą w prawo i szukać lampionu po lewej na górce. Odbijam w prawo, po chwili jest górka po lewej. Wspinam się. Lampionu brak. Dłuższą chwilę przeczesuję okoliczne wzniesienia, aż znajduję właściwe z lampionem. Tak to jest, gdy w terenie jest więcej dróg niż na mapie… Tylko 2 PK do mety. 

W Woli Karczewskiej jest wreszcie sklep z zimnym piwem cytrynowym 0%. Uff. PK 59 z charakterystyczną biblioteczką zrobioną z pnia - znany z TRInO wydanego z okazji Podkurka sprzed kilku lat. Od dawna już idę, a nie biegnę. Za gorąco – nie da się biegać. 44 kilometr zastaje mnie w Wólce Mlądzkiej, tuż obok mostu. 

Dokładnie 44,44 km;-)

 

Kierunek PK 56 – kapliczka znana z Mazowieckiego Tracka. Trzeba ciąć na azymut. Pojawiają się jakieś zabudowania – z mapy wynika, że musiało mnie znieść w lewo, więc koryguję. Wychodzę na drogę i dylemat: kapliczka jest w lewo, czy w prawo? Skoro znosiło mnie w lewo, powinna być po prawej. Idę sprawdzić. Niestety pudło. Wracam więc po śladach i natykam się na odbiegającego od kapliczki Kwito. No tak- wystartował godzinę po mnie, a teraz mnie wyprzedza;-( 

To czerwone to Kwito;-)
 

To był ostatni PK. Zostało z 6 km do mety. Idąc przez Peclin widzę przed sobą jakiegoś piechura z plecaczkiem idącego w tym samym kierunku co ja. I to idącego ciut szybciej niż ja. Piechur dziwnie skręca w te same drogi co ja. Podejrzane. Za Peclinem zaczynam truchtać. Zbliżam się i rozpoznaję twarz widzianą na starcie. Znaczy konkurencja! Nie dam się! Przyspieszam do 5 min/km na ostatnie 3 km i nie daję się nikomu przegonić;-) 

Meta!

 Podsumowanie: miejsce nr 5, czas nie rewelacyjny 8:30, 53 km. 

Na deser: zupka - smaczna ale porcja niezbyt imponująca

 

2x Klubowe 44

Przedostatni etap Korony Mazowsza. Dla nas ostatni, bo w niedzielę będziemy już pod Żelazkiem na Wawel Cup. I to dość specyficzny – Chojrak będzie miał dokładnie 2x44 PK! Nie można tego odpuścić! Tzn. ja nie mogłem, bo Renata przegrzana ostatnimi upałami, zawsze znajdzie dobrą wymówkę, by się jakoś wykręcić;-)

Na start docieram prosto z pracy. Kilka minut zapasu. Za chwilę z lasu wyłania się zgrzany i mocno roznegliżowany organizator. Rzuca „jeszcze chwila”, wsiada w auto i znika w sinej dali… Chwila okazuje się tą „dłuższą chwilą” i ciągle zgrzany i roznegliżowany wraca stanowczo po terminie startu. Trasa długa – 14 km – więc ci, co nie biegają jakoś ekspresowo, chcą wystartować wcześniej, bo głupio gdy nam zbierają lampiony przed powrotem na metę… 

Na start idę 600m
 
A to sam start

Wreszcie dostaliśmy mapy i na start – tak ze 600 m w las. Żar leje się z nieba, duszno, parno, zanosi się na burzę. Nic, trzeba startować. Pii-pii i poszedłem w las. Dobrze, że las dość przebieżny i jakoś idzie. Wystarczy dokładnie pilnować, który PK odbiliśmy i na który biegniemy. Zastanawiałem się nawet nad zabraniem długopisu na trasę i wykreślaniem na mapie co już odbiłem, ale przy mapie w folii, pocie kapiącym z czoła to nie byłby dobry pomysł. Przy takiej ilości PK i to podwójnych, czy potrójnych sztuką jest znaleźć na mapie, gdzie jest kolejny PK. Nieraz stałem na punkcie i ślepiłem w mapę dość długo, aż dopasowałem właściwą kreseczkę i znalazłem kolejny numerek na mapie;-) 

Pierwszy raz zniosło mnie gdy biegłem na PK 9. Na szczęście nie za dużo i w miarę szybko dało się zawrócić w odpowiednim kierunku. Pilnowałem więc dokładnie kierunku, w którym ruszam od lampionu i szło całkiem dobrze. Do czasu, to znaczy do PK 23. Po nim ruszyłem na PK 24. Jest górka, szukam przełączki – jest nawet jakaś, tylko nie ma lampionu. Dopiero po dłuższej chwili zamajaczył mi w krzakach lampion - okazało się, że jest to PK 17, a nie 24. Tyle dobrego, że wiedziałem gdzie przemieszczać się dalej. 

Kolejne miejsce gdzie mi nie szło, to okolice PK 37. Na lampion ten trafiłem nie jeden, a chyba ze 3 razy - najpierw biegnąc na PK 28, potem biegnąc na 31, aż wreszcie ten właściwy raz, biegnąc na 37;-) 

Gdzieś tak w połowie zaczął padać deszcz. Deszcz może był i przyjemny w ten upał, ale w lesie zrobiło się tak ciemno, że niewiele było widać. Do tego dodać zapadane okulary – polecam kiedyś czołówce pobiegać z zapadanych okularach – ciekawe czy by wrócili cało z lasu – jednak przypomina to mocno bieganie z zamkniętymi oczami;-) 

Na punkcie PK 50 zabrakło lampionu. Na sporej ilości tych na końcu trasy także, ale tu zabrakło także drzewa na którym ten lampion miał zawisnąć. W efekcie nieoznakowana stacja SI dyndała na innym charakterystycznym drzewie… a taka stacja staje się prawdziwie „niewidzialna” dla oczu… 

Ostatnia wtopa na PK 70. Miałem znaleźć bunkier, do którego prowadzi wał ziemny. Tyle że od PK 69 odchodziły dwa takie wały pod kątem ok 30 stopni, do dwóch bliźniaczych budowli. Nie zauważyłem na zapadanej mapie tego drugiego wału i pobiegłem niewłaściwym. Co się naszukałem lampionu, to moje;-) 

Uff wreszcie podbijam metę

 
Jeszcze 500m powrotu na parking

I na koniec obowiązkowa fotka z organizatorem

Wyszło 15 km z dobiegiem z mety do biura. Grunt, że dobiegłem na metę i to w dobrym stanie, bez skręconych kostek i innych takich efektów ubocznych... Bo za dwa dni kolejne zawody z PMnO czyli co najmniej 50 km, a za 4 dni zaczyna się Wawel Cup… 


 

wtorek, 13 lipca 2021

Korona Mazowsza, czyli rozdziobią mnie kruki i wrony.

Niedzielna Korona Mazowsza trochę nas zaskoczyła, bo szykowaliśmy się na przedpołudniowe bieganie i całkiem przypadkiem przeczytałam, że zawody zaplanowane są na wieczór. Nieźle byśmy sobie poczekali. Agata by nas chyba zbiła, bo też wybierała się z nami. Ponieważ trasy miały być krótkie (sprint), to dla zachowania rozsądnych proporcji dojazdu i biegu, zapisałam się na najdłuższą trasę. Tomek oczywiście też i tylko Agata wybrała wkręconych.

Ekipa w pełnym składzie.

Po dotychczasowych upalnych biegach szykowała się miła odmiana - bieganie w deszczu. A ponieważ mieliśmy biegać po "morderczej skarpie" przy Warszawiance, zapowiadała się niezła zabawa. Ja w każdym razie byłam przygotowana na wszystko. A przynajmniej tak mi się wydawało.
 
Start z przyklęku.
 
Do PK 6 biegaliśmy między budynkami, więc bez żadnych atrakcji, bo ani nie było się jak zgubić, ani nic ciekawego się nie działo. Siódemka stała już na skarpie, ale w dość dostępnym miejscu, więc w skarpowe klimaty wchodziliśmy stopniowo. Przy ósemce miałam drobne problemy, bo krzaczory, za którymi miał stać punkt niczym nie różniły się od innych okolicznych krzaczorów i szukałam tak trochę na ślepo. W końcu pobiegłam za kimś, bo po co przepuszczać taką okazję. Dziewiątka, podobnie jak ósemka, na dole skarpy, więc dziesiątka dla odmiany musiała być na górze. Już na któryś zawodach wspinałam się tamtędy, więc wiedziałam czego się spodziewać. W zasadzie niczego dobrego, a tym razem dodatkowo zimnego prysznica z poruszanych przy wspinaczce gałęzi. Ale to akurat spoko - całkiem miłe chłodzenie.
Jedenastki o mało nie przekombinowałam. Pomijam już to, że zaraz za dziesiątką niepotrzebnie nadłożyłam drogi, bo zachciało mi się po asfalcie, a nie po krzakach, ale potem zaczęłam próbować przebić się na płytę boiska i polecieć na skróty, a nie naokoło. Na szczęście przypomniałam sobie, że już niemal na samym dole jest pioruński, betonowy (przynajmniej w niektórych miejscach) rów, z którym już kiedyś stoczyłam nierówny pojedynek i chociaż wygrałam, to było to pyrrusowe zwycięstwo. No więc, kiedy tylko to sobie uzmysłowiłam, od razu wycofałam się na z góry upatrzone pozycje i poleciałam przykładnie naokoło, mijając po drodze PK 15. PK od 11 do 14 poustawiane były przy kortach tenisowych, czyli łatwizna. PK 15 zaliczyłam już wcześniej, więc od razu wiedziałam gdzie stoi, a do PK 16 od tej strony świata już dawało się bezproblemowo skrócić przez płytę boiska i to całkiem wygodnie, więc nie omieszkałam. A po szesnastce zaczął się dramat. Ślepota jedna nie zauważyłam, że płot przy kortach nie jest monolitem i posiada zarówno wejście, jak i wyjście ułatwiające dostanie się do siedemnastki. No, nie zauważyłam, głupia, głupia ślepa kura!:-( Pobiegłam więc po złej stronie ogrodzenia. Nawet jeszcze stamtąd mogłam się odratować dziurą w płocie, ale tak byłam zafiksowana na tym, że muszę wzdłuż ogrodzenia zejść na dół skarpy, że nawet nie szukałam na mapie innej możliwości. Wyobrażałam sobie, że jak przy większości płotów, wzdłuż będzie wygodna, a przynajmniej będzie jakakolwiek ścieżka.O jak srodze się pomyliłam - były jedynie krzaki, krzaki i na dokładkę krzaki. Takie, co to nawet maczeta nie pomoże, ewentualnie piła łańcuchowa i to też nie jest pewne. Spróbowałam więc je obejść, co nawet mi się udało, ale w niczym nie poprawiło mojej sytuacji. W pewnym momencie kompletnie utknęłam w roślinności i byłam pewna, że w tak oto głupi sposób dokonam żywota, po czym rozdziobią mnie kruki i wrony. Najpewniej to jednak pożarłyby mnie komary i mrówki. Wobec tej perspektywy wstąpiły we mnie nadludzkie siły i wyrwałam się z tego dzikiego buszu. Teraz dla odmiany wspinałam się do góry, gotowa obiec nawet pół Warszawy, żeby tylko nie skracać sobie przez żadną roślinność. Za płotem słyszałam głosy innych zawodników i bardzo, bardzo zazdrościłam im, że oni są tam, a ja tu. Ktoś o sokolim wzroku wypatrzył mnie z tej drugiej strony płota i podpowiedział, że na górze jest przejście. Ufff, czyli nie musiałam obiegać Warszawy dookoła. W końcu udało mi się dotrzeć do tej nieszczęsnej siedemnastki, ale byłam już wykończona i fizycznie i psychicznie.
 
Moja lekcja pokory.
 
Przy osiemnastce czekał na mnie Tomek zaniepokojony moją przedłużająca się nieobecnością. Osiemnastka stała trochę powyżej połowy skarpy i jakoś trzeba było do niej zejść. Mokre, wyślizgane dziesiątkami butów innych zawodników podłoże zupełnie nie zachęcało do kontynuowania trasy. 
 
 Eeee, może nie schodzić?
 
Tomek litościwie pokazał mi mniej uczęszczane i łatwiejsze zejście, ale i tak nie było łatwo. A po osiemnastce trzeba było zejść na sam dół skarpy i to też była niezła zabawa. Co ja się nakombinowałam jak zejść, a nie zjechać... Wszyscy śmigali w dół to biegiem, to ślizgiem, a ja niczym paralityczka drobiłam kroczki trzymając się kurczowo czego się tam po drodze dało. 
 
Byle się nie połamać.
 
Dziewiętnastka i dwudziestka były na dole. Zdobyłam je statecznym krokiem, bo już kompletnie nie miałam sił, żeby biegać. Kiedy po podbiciu dwudziestki spojrzałam na mapę i uświadomiłam sobie, że do dwudziestki jedynki będę musiała wdrapać się tam, skąd chwilę wcześniej tak mozolnie złaziłam, to aż mi się oczy zaszkliły. Nie!!!!! Tylko nie to!!!!! Niestety, nie było innej drogi powrotnej bez opuszczania terenu zawodów, choć rzeczywiście na upartego mogłabym i przez Gdańsk lecieć Tylko po co? Nie wiem czy wchodzenie nie było jeszcze bardziej widowiskowe niż schodzenie, ale już po półgodzinie (w moim odczuciu) byłam na górze. Kiedy postawiłam stopę na szczycie skarpy, u jej podnóża zobaczyliśmy Agatę. Biedne, biedne dziecko - pomyślałam i pobiegłam dalej, zostawiając Tomka na ratunek córce.
Kolejne trzy punkty były już w ucywilizowanym terenie, a potem tylko meta. Meta! Metunia najukochańsza!
Na Agatę z Tomkiem musiałam chwilę poczekać. Podobnie jak mi, trochę zajęła jej wspinaczka na skarpę. A najlepsze było to, że kiedy już wlazła na szczyt, okazało się, że jej punkt jest na dole. Nooo, prawie na dole - w połowie skarpy. Cha, cha, cha! Ale nie z nią takie numery. Olała niewygodny punkt (srał kot tę stępkę) i nie przejmując się niczym wróciła na metę.
Skarpa to jednak zawsze dostarczy człowiekowi rozrywki. To kiedy następne zawody w tym miejscu?

poniedziałek, 12 lipca 2021

Michałów-Reginów zamiast Lidzbarka Welskiego

W tym roku po raz pierwszy nie pojechaliśmy na Grillowanie Kosmatych InOków. Powstrzymała nas abstrakcyjna cena za nocleg w bazie (a nocleg poza bazą to już nie to) i zbyt duża odległość, żeby pojechać tylko na jeden dzień. Poza tym wizja grillokowych map nieco nas przerażała, bo ostatnio głównie biegamy i przywykliśmy, że na mapie jest wszystko i bez udziwnień Trudno, musimy z tym jakoś żyć. Na szczęście od weekendowej nudy wyratowały nas PUKS Młode Orły i BKS Wataha.
W sobotę świtkiem koło dziesiątej  zjawiliśmy się w okolicach strzelnicy w Michalowie-Reginowie na Puksowym treningu. Moja trasa miała mieć aż 5 km, a Tomka była jeszcze dłuższa.Trochę mnie to przerażało, bo ostatnio to ja ruszam się jak mucha w smole. 
Start spod linii energetycznej i.. prosto w krzaki. 



Dynamiczny start.

Punkt pierwszy wyglądał na łatwy, bo był w bardzo charakterystycznym miejscu, ale mi i tak udało się przejść obok wielkiego drzewa, na którym wisiał lampion, bo wisiał od drugiej strony drzewa i nie rzucał się w oczy. Poza tym bardziej zajęta byłam osobą Włodka wyglądającego Beatki niż śledzeniem, gdzie jestem. Dopiero podpowiedź, żebym się odwróciła naprowadziła mnie na trop:-)
Trochę się ogarnęłam i do piątki szło dobrze. Z piątki na szóstkę był nieco dłuższy przebieg i zniosło mnie w prawo do ścieżki, ale na szczęście z daleka zobaczyłam ogrodzenie, które było zaznaczone na mapie, więc miałam się od czego namierzyć na punkt. Tak po prawdzie to ta szóstka nie stała tam, gdzie była zaznaczona na mapie, ale nawet gdyby stała, to i tak by nic nie zmieniło:-)
Na siódemkę szłam idealnie i musiałam minąć rowek dosłownie o metry, ale bujna roślinność zasłaniała wszystko. Doszłam niemal do ogrodzenia strzelnicy, więc wiedziałam, że muszę zawrócić. No to zawróciłam, ale tak na oko, bez namierzania się od czegokolwiek, na zasadzie - a może się uda. No niestety, nie udało się. Wróciłam więc ponownie do ogrodzenia, tym razem na drogę wchodzącą na teren strzelnicy, ustawiłam kompas i powoli, uważnie śledząc strzałkę i licząc dwukroki ruszyłam przed siebie. Wcale nie wyszłam tak idealnie na punkt, ale na szczęście dojrzałam lampion w oddali. Jak to dobrze, że lampiony są tak ślicznie wściekle pomarańczowe:-) Zabawa w chowanego z siódemką zajęła mi aż 16 cennych minut.
 
Trochę sobie połaziłam.
 
Kolejne punkty wchodziły już bezproblemowo. Gdzieś koło jedenastki, może dwunastki spotkałam Hannę, a ponieważ miałyśmy tę samą trasę, byłyśmy już niemal do końca skazane na siebie. Żadna z nas nie była tym faktem zachwycona, ale co zrobić skoro poruszałyśmy się w zbliżonym tempie - raz jedna była z przodu, raz druga. Do mety dobiegłam pierwsza, ale w ogólnym rozliczeniu Hania była lepsza. Ta kobitka to ma kondycję...
W sumie to myślałam, że będę najostatniejsza, ale kilku osób nie doceniłam. Moja siódemka pokonała jeszcze Janusza i Annę i Andrzeja. Coś w niej jednak było.

 
Po biegu trzeba się nawodnić.

A tak wygląda cała trasa:



piątek, 9 lipca 2021

Korona 3 - zaliczona!

W weekend 26-27 czerwca tak się dziwnie złożyło, że w najbliższej okolicy nie było żadnych biegów, ani nawet marszy na orientację i choć dało nam to czas na ogarnięcie spraw domowych, to jednak podskórnie czuliśmy jakiś taki niepokój. Ów niepokój udało się ukoić dopiero we czwartek na kolejnej odsłonie Korony Mazowsza. Cieszyłam się tym bardziej, że zawody miały się odbyć na jednej z moich ulubionych map, w ślicznym terenie. Może moja mina z drogi na start nie emanuje radością, ale to tylko pozory:-)

 
Na start trzeba było kawałek podejść.

Tradycyjnie obsadziliśmy dwie kategorie - chojrak i wkręcony. Moja trasa nominalnie przewidziana była na 4,3 km.

 
No to start!

Zaczęło się dobrze - najpierw drogą, potem przez górkę do kopczyka. Jest lampion. Dwójka miała być bliziutko, ustawiłam kompas i ruszyłam. Ścieżka, jeszcze kawałek i powinien być punkt. No, ale nie było. Biegłam, biegłam i nic. Byłam już stanowczo za daleko, ale jakoś nie przyszło mi do głowy się zatrzymać. Dopiero na kolejnej ścieżce przyszło opamiętanie, a dokładniejsze obejrzenie mapy i kompasu uświadomiło mi, że pomyliłam północ z południem i pobiegłam w dokładnie przeciwnym kierunku niż powinnam. Boszszsz, po tylu latach biegania takie błędy... Kiedy już północ wróciła na swoje miejsce, bezproblemowo trafiłam na dwójkę.
Teraz już bardziej pilnowałam wskazań kompasu, więc trójka i czwórka weszły gładko. Za czwórką spotkałam Tomka, więc pomachaliśmy sobie i każde pobiegło na swój punkt.

 
W drodze na piątkę.

Piątka była trochę oddalona, nie tak jak poprzednie punkty - wszystkie na kupie, ale udało mi się nie zejść z azymutu i trafić od pierwszego kopa. Przy siódemce trochę się zapędziłam za daleko, ale zobaczyłam gdzie inni podbiegają i skorzystałam z tej podpowiedzi.
Dalsza część trasy przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Gdzieś w drugiej połowie dogoniła mnie Zuza i potem już cały czas widziałam ją przed sobą, a w czerwonej koszulce trudno było jej nie widzieć, nawet w oddali. Myślałam, że może pobiegnie szybciej i zniknie, ale nie. Skoro tak, to już korzystałam z jej nawigacji, co prawda sprawdzając czy na pewno biegnie w dobrym kierunku, ale szło jej dobrze:-) 
Między dwudziestką, a dwudziestką jedynką znowu spotkałam Tomka, a potem czekał na mnie przy ostatnim moim punkcie. Razem pobiegliśmy na metę, z tym, że ja przez krzaczory, a on do ścieżki i dalej ścieżką. Ja to sobie zawsze umiem utrudnić.

Przedzieram się do mety.

Tym razem udało mi się zaliczyć całą koronowaną trasę. Mało tego - sporą część nawet przebiegłam, no ale pogoda była tym razem odrobinę bardziej łaskawa niż poprzednio. A może to ja tak nabrałam wigoru?


 Na początku GPS mi trochę zgłupiał, więc ślad jest, jaki jest.

czwartek, 8 lipca 2021

GPS-O Special Bródno

Nie wiem jak to się stało, ale zamiast odpoczywać po męczącej Koronie Mazowsza, wybraliśmy się testować nową mapę do GPS-O na Bródnie. W sumie to blisko domu, po mieście, więc mniejszy wysiłek, bo po równym i jedynie gorąc pozostawał taki sam.
Mapa okazała się jakaś dziwna - coś pośredniego między mapą do BnO, a mapą do Street-O. Ale spoko - nie takie rzeczy my ze szwagrem... Bałam się tylko, czy pipanie w aplikacji będzie dobrze działać, bo czasem jest z tym kłopot i ewentualnie mogłabym nie wiedzieć czy jestem we właściwym miejscu:-)
Ruszyliśmy z Tomkiem jednocześnie, ale on od razu pobiegł w jakąś abstrakcyjną stronę. Trochę się zdziwiłam, że ma inną trasę, ale co tam. Gdzieś koło szóstego punktu, kiedy mnie dogonił, wyjaśniło się, że od razu na starcie coś mu się poptaszkowało i poleciał za inny blok. Na kolejne punkty leciałam już za nim, nawet sugerując się tym, gdzie biegnie. Zaskoczyła nas dziewiątka. Obydwoje byliśmy pewni, że obiegniemy ogrodzenia od wschodu, ale gdzie tam... Ciągnęły się w nieskończoność i w końcu zrobiliśmy odwrót. Po śladach, przez siódemkę polecieliśmy na dziewiątkę. Dalej poszło już bez niespodzianek, szczególnie, że kolejne punkty były wyznaczone w łatwych i dostępnych miejscach. Tak się jakoś nawet rozochociłam, że większość trasy przebiegłam. W efekcie na mecie ledwo żyłam, co widać poniżej.


Pamiątka z mety:-)

A tak wyglądała mapa:


 

środa, 7 lipca 2021

Korona Mazowsza z abdykacją

Po Niepoślipce zrobiło się nam luźniej czasowo i mogliśmy w końcu wybrać się na jakieś zawody. Padło na Koronę Mazowsza, bo to fajna imprezka i chociaż w środku tygodnia, to zdecydowaliśmy się pojechać. Duszno, parno i gorąco. Ledwo żyłam siedząc, czy nawet leżąc, więc od razu założyłam, że nie biegam, tylko przemieszczam się statecznym krokiem.
Pierwszym wyzwaniem było znalezienie startu, oddalonego od miejsca wydawania map, w sumie nie wiem ile metrów, ale daleko, a dołożywszy wstępne błądzenie, bardzo daleko. Tym niemniej odnieśliśmy pełen sukces i udało się wystartować.
 
W poszukiwaniu startu.
 
 
Pierwsze kroki - udaję, że biegnę.
 
Do pierwszego punktu ruszyłam naokoło drogami, zgodnie z założeniem, żeby się nie forsować przy tej niesprzyjającej pogodzie. Poszło dobrze. Dwójka stała za gęstymi krzaczorami. Tak mniej więcej wiedziałam gdzie jej szukać, ale czy na pewno chciałam szukać? W tej gęstwinie? Stałam tak i medytowałam i dopiero Piotrek zmobilizował mnie do ruszenia się. Pewnie gdyby wtedy nie nadszedł, postałabym jeszcze trochę i w końcu olała ten punkt. Przy trójce poczułam się swojsko, bo to miejsce kojarzyłam z kilku innych zawodów. Co prawda swojskość nie chciała przełożyć się na łatwość - lampion wisiał na samym szczycie kopca i musiałam się tam wdrapać. A przypominam - duszno, parno i gorąco. Dałam radę i "pomknęłam" dalej.
O dziwo, aż do ósmego punktu szło jak z płatka. Nawigacyjnie oczywiście, bo kondycyjnie to umierałam całą drogę. Przed dziewiątką coś mnie zniosło, tradycyjnie w prawo i wylądowałam w pobliżu skrzyżowania, którego przy dziewiątce absolutnie nie powinno być. No, ale skoro było, to przynajmniej umiejscowiło mnie na mapie i pozwoliło namierzyć się gdzie trzeba.
 
Gdzieś na trasie.
 
Dziesiątka, jedenastka i dwunastka były tam, gdzie się ich spodziewałam. Na trzynastkę postanowiłam iść drogami, bo miałam już dość i trochę, a zawsze to łatwiej po w miarę równym i całkowicie przebieżnym niż przeciwnie. W okolicach trzynastki zastałam zupełnie inny teren niż na mapie, o czym zresztą coś tam nawet było mówione, ale nie zwracałam uwagi. A trzeba było, bo trzynastki nie mogłam znaleźć. Powycinany las jakoś mało mi podpowiadał, gdzie powinnam iść i w efekcie dołu szukałam za bardzo na północ i na dodatek po różnych wądołach. W końcu dotarło do mnie, że stosunek wysiłku do rekreacji jest mocno zaburzony i zamiast się relaksować, coraz bardziej się frustruję. I to był znak do odwrotu. Wyszukałam na mapie jak największe drogi (tak dla zdrowia psychicznego) i nimi statecznie wróciłam na metę. I tak czułam się tak, jak bym całą trasę ze dwa razy zaliczyła. Ponieważ Tomek ze swoją mapą walczył do końca, musiałam chwile na niego poczekać.
No, to tak średnio wyszło z tymi zawodami, ale inaczej nie dało rady. Korona koroną, a abdykować czasem trzeba.




wtorek, 6 lipca 2021

Spóźniona Niepoślipka

Jak przystało na 13-stą edycję, Niepoślipka spóźniła się. Wprawdzie tak prawie ze dwa miesiące, ale grunt, że w ogóle się pojawiła.
Już od dłuższego czasu chciałem zrobić InO na wydmach wokół Horowego Bagna. Nigdy tam nie byłem, ale z okien samochodu wydmy te wyglądają całkiem fajnie. Mapę – taką teoretyczną - miałem narysowaną już wcześniej, ale kiedyś wreszcie należało iść w teren. Wreszcie znalazłem chwilę czasu i odwiedziłem okolicę. Wydma rzeczywiście jest fajna!
Ale wydma to jeden etap. Drugi to okolice Jeziora Czarnego. Teren znany, mapa jest i to mało użyta (na jakiejś niezbyt odległej Niepoślipce z minimalną frekwencją), więc trasę narysowałem „na pamięć”. Oszczędziłem w ten sposób sporo czasu, ale….

Udało się narysować mapy (o dziwo, nie na ostatnią chwilę), uzyskać wymagane zgody, patronat Burmistrza, wydrukować co trzeba. Zostało powiesić lampiony. W piątkowy wieczór zaczęliśmy od wycieczki nad Jezioro Czarne. Komary były, sporo ludzi nad wodą, więc troszkę baliśmy się, że lampiony znikną. Ale nie ma wyjścia, trzeba wieszać. Te koło jeziorka - nie było problemu (no, może poza drobnymi rozbieżnościami na mapie, ale same takie nieistotne dla istoty trasy. Problem zaczął się w dołach po gliniankach. Ostatni raz gdy tu byłem, roślinność była stanowczo "mniej wybujała". Może i teraz nie była aż tak wysoka, ale przy podłożu zagnieździły się kujące jeżyny, czy inne kolczaste pnącza. A ja w krótkich spodenkach i krótkich skarpetach…Oczywiście zapomniałem, że pod linią energetyczną na kopczykach i w dołach gdzie miały stanąć PK to dżungla jest iście amazońska… O zmroku zakrwawieni i co nieco wyssani przez komary wyszliśmy z lasu…. 

Sobota - pobudka o 5 rano. Marsz do lasu z lampionami. Las na szczęście o wiele bardziej przyjazny. Dystans trochę dłuższy (poprawiałem jeden PK z piątku), ale wyrobiłem się przed czasem i nawet mimo awarii suwaka w plecaku (musiałem rozerwać plecak, by wyjąć kluczyki do auta) zdążyłem wrócić do domu na drugie śniadanie. 

 

Dzień zapowiadał się upalny. Nawet bardzo upalny. Niestety, kilka zapisanych zespołów chyba przestraszyło się pogody. A z tych przybyłych niestety wszystkie zespoły TP wymiękły po pierwszym (krótszym) etapie. A szkoda, bo nie zobaczyły malowniczej wydmy nad Horowym Bagnem. I poziomek na tej wydmie ;-) Reszcie udało się szczęśliwie wrócić z lasu. No cóż, wracali lekko wykończeni, ale przy 30-stu stopniach to nic dziwnego. W kategorii TZ walka o zwycięstwo toczyła się wręcz do „ostatniego lampionu”;-) 

Zostało zebranie lampionów, tu znacząco pomógł Przemek i zebrał ich połowę, więc spokojnie udało się jeszcze za dnia dotrzeć do domu.