czwartek, 2 marca 2017

Spacer z mapą

Na spacer z mapą – niby tak się nazywa, ale powinno być „zadyszka z mapą”. Bo oczywiście chodzi o biegi z mapą, takie raczej na mapach sprinterskich. Oczywiście długości są ciut większe niż sprinterskie, a dla tych zapisanych na trasę „długą” (czyli mojej osoby) powiedzmy mocno dłuższe. Ale optymalizując przelicznik zł/km bardziej opłaca się startować na najdłuższej trasie, zresztą co to jest 6-7 km po mieście wobec 50 km po zaśnieżonych wąwozach? Ale zadyszka jak nic murowana!
Etap drugi – po Żoliborzu Oficerskim. W zapowiedziach miało być 6,5 km. Spoko.
Wyjątkowo musiałem dojechać komunikacją publiczną. Udało mi się po dłuższym czasie przejechać pociągiem i tramwajem. Nawet udało mi się skasować bezproblemowo bilet (zawsze mam dylemat która stroną włożyć go do kasownika, a potem się z nim siłuję jak mi go wyrywa z ręki). Dotarłem właściwie równo z organizatorami (wiadomo dojazd z peryferii bywa nieobliczalny). Musiałem chwilę poczekać zanim napłynęli uczestnicy. Co kto przychodził znajomy, okazywało się, że startuje na trasie krótszej „normalnej”. Cieniasy! Tylko kilkoro odważyło się na najdłuższą.
Ja miałem 17 minutę startową i dostałem chipa bez udziwnień – nie będzie mi groziło przypadkowe zaliczanie wszystkich PK koło których niechcący przebiegam! Start i poleciałem po mapę. Znowu obrus formatu A3. Wyjątkowo szybko znalazłem start i pierwszy PK. Pobiegłam może mniej optymalnym wariantem, ale różnica była minimalna, a prosta droga pozwoliła przeanalizować mapę i numery lampionów. Na szczęście wszystkie były po kolei i końcówki zgodne z numerami PK. W porównaniu z Szybkim Mózgiem czy podobnymi zawodami raczej kameralnie – więc większość trasy człowiek biegnie sam. Wiadomo – ściganci doganiają i przeganiają – ale to zupełnie oczywiste. Na kolejne PK także niezbyt optymalnie biegłem, ale wolałem nie ryzykować przejść, które niby były zaznaczone na mapie jako otwarte, ale kto tam wie czy na pewno są otwarte. Do PK 4 zbieg po stromej błotnistej skarpie w dół. No powiedzmy – prawie zjazd. Przy piątce dogoniłem i przegoniłem mojego poprzednika i kilka innych osób. Całkiem fajnie tak wyprzedzać! Po siódemce nie zauważyłem na mapie ósemki i próbowałem pobiec na ósemkę. Niestety ze 20 sekund straty (dogonił mnie poprzednik). Do dziewiątki na mapie skrót – przebieżna brama. Ale tylko na mapie przebieżna. Pocałowaliśmy klamkę i trzeba było okrążać! Ech te mapy! Ogólnie sporo długich przebiegów. Ot, choćby taki przebieg 11-12-13 to ok 1400m w linii prostej, a w praktyce znacznie więcej. PK 13 sprytnie umieszczony w fosie Cytadeli,  na dole całkiem wysokiej kamiennej ściany. Nie odważyłem się skoczyć z nastu metrów i zjechałem znowu po stromej i błotnistej skarpie. Inni chyba także nie skakali bo nie widziałem w okolicy krwawych plam. Potem nie popatrzyłem i wbiegłem na skarpę szukać lampionu co był na dole. Po raz kolejny na skarpę wbiegłem elegancko schodami zamiast na czworaka na skróty. Ostatnie punkty to miły biegowy finisz. Meta, a na mecie... sesja zdjęciowa. Fajny banner mety mają organizatorzy!


Odczytuję wyniki. I niestety przegrałem z panią Prezes i Pawłem. O drobiazgi. Po analizie międzyczasów to z Barbarą dokładnie o te popełnione błędy. Niby na prostych odcinkach troszkę nadrabiałem (pojedyncze sekundy), ale błędy przy PK 8, 14 i 17 dały w efekcie różnice ponad minutę. A mogłem biec szybciej, a nie jak z przyzwyczajenia truchtem na 50 km…. Na kolejnym etapie od razu ruszę ostro i ja będę lepszy!

środa, 1 marca 2017

Kusaki, a właściwie prawie kłusaki

Faceci to jednak są z Marsa... Przed wyjściem na drugą część Kusaków mówię do Tomka, że zastanawiam się czy nie iść z Darkiem, bo on ma dla mnie zawsze jakiegoś batonika, a ten zamiast lecieć w te pędy do sklepu, mówi, żebym sobie szła z Darkiem. No, ludzie! Ale najwyraźniej chciał się mnie pozbyć, bo na starcie wepchnął mnie Maćkowi (Darka  nie było pod ręką) i poszedł sam. Przynajmniej nominalnie sam, bo jak tam było, to nie wiem.
Pójście z Maćkiem wymagało ode mnie sprężenia szarych komórek, bo za Tomkiem lezę jak ostatnia ciemnota, ale z nowym partnerem nie uchodziło i jakoś wykazać się trzeba było. Wzięliśmy mapy i poszli pod latarnię, co w zasadzie jest inockim rytuałem przy wieczornych miejskich imprezach. Praktycznie jedyną konkluzją było stwierdzenie, że skoro mapę robiła Ania, to musi być do przejścia, bo ona trudnych nie robi. Za to w żaden sposób nie wiedzieliśmy jak przejść i co się z czym łączy. Zebraliśmy pierwszy punkt leżący tuż przy starcie i żeby głupio nie stać, poszliśmy przed siebie w nadziei, że nazwy ulic coś nam podpowiedzą, bo litościwie mapa była z nazwami. Strategia okazała się słuszna, bo przy Witebskiej zebraliśmy dziewiątkę. Potem metodą marszu na inny bok trójkąta niż ten z którego przyszliśmy, znaleźliśmy się na Smoleńskiej. Na jednym z wycinków, owszem, była Smoleńska, ale jakoś zabudowa wyglądała całkowicie inaczej niż w terenie. Przeszliśmy ulicę kilkakrotnie od krańca do krańca (jak nam się wtedy wydawało) i wciąż zamiast prostego odcinka mieliśmy pięcioblokowy zawijas. Napotkani mieszkańcy na pytanie o ulicę Poleską, która widniała na mapie w pobliżu, bezradnie rozkładali ręce. W pewnym momencie przyuważyłam, że na jednym z drzew wisi lampion i ludzie go biorą. Dopiero Maćka olśniło, że wcale nie jesteśmy na wycinku z PK 7 i 8, tylko przy PK 13. Uff, a wydawało się, że na zawsze zostaniemy na Smoleńskiej.
Z trzynastki przez krzaki, obok rury, przy parkingach, bocznymi dróżkami i nie wiem jakim cudem przedarliśmy się na Pratulińską. Tutaj błysnęłam intelektem i połączyłam rozcięty na dwa wycinki kościół w całość, co pozwoliło nam zlokalizować jedenastkę i dwunastkę. Kto z nas i jak wymyślił jedynkę - nie pamiętam, ale co do czternastki nie miałam wątpliwości. To znaczy miałam, już na miejscu, bo lampion wisiał na złym brzegu bloku, ale już nie chcieliśmy robić Ani przykrości i wpisywać bepeka, więc wzięliśmy co było.
Po zebraniu czternastki znaleźliśmy się zasadniczo w okolicy mety i ze schematu  trasy wynikało, że zrobiliśmy małe kółeczko, a żeby zebrać resztę musimy zrobić duże kółko okrążające to, co już przeszliśmy. Trochę niefajnie. Koło startu/mety usiłowaliśmy iść prawie kanałami, a przynajmniej schowani za krzakami żeby nie dostarczać radości organizatorom, bo zagubiony zawodnik, to wymarzony zawodnik:-)
Przeszliśmy więc ponownie przez wycinek z dziewiątką i szóstką i jak przedtem z Witebskiej skręciliśmy w lewo, tak teraz dla odmiany w prawo. I znów byliśmy na Smoleńskiej, ale tym razem na jej prostym odcinku, przy którym był PK 7, a kawałek dalej ósemka. Na Oszmiańskiej Maćkowi pomyliły się kierunki i zamiast w stronę Świętego Wincentego, ruszyliśmy dokładnie w przeciwną. Maciek prowadził z taką pewnością, że nawet nie popatrzyłam w mapę gdzie idziemy. Zresztą do tej pory dobrze kombinował, to co miałam mu nie ufać. Poza tym  w drodze na zawody pożarłam chałwę (wymusiłam na Tomku) i miałam trochę kalorii do spalenia, więc nie marudziłam na nadkładanie drogi. W końcu zebraliśmy szesnastkę i bezsensownie wpakowaliśmy się w ulicę Biruty prowadzącą donikąd. A nam trzeba było za tory. Nie było zmiłuj, trzeba było wrócić na większą drogę i  przejść przez tory jak cywilizowani ludzie. Za torami bez problemu zgarnęliśmy dwójkę i trójkę, chociaż za mną od jakiegoś czasu chodziła czwórka i piątka i co wycinek miałam nadzieję, że to już. Były po dwójce i trójce i z tej radości, że są, wsmarowałam w kartę stowarzysza, bo tak ucieszył mnie pierwszy napotkany lampion. Maciek na szczęście wykazał się czujnością i dokładniej spenetrował teren. Musieliśmy zrobić przebitkę.
Ponieważ zostały nam już tylko dwa wycinki, dopasowanie ich nie stanowiło problemu i po chwili mieliśmy komplet punktów i parę kilometrów do mety. Ponieważ raz przechodziliśmy przez tory, chciałam przejść z powrotem na drugą stronę, ale Maciek z kamienną pewnością stwierdził, że to nie te tory i poprowadził mniej więcej w kierunku skąd przyszliśmy. Coś mnie tknęło żeby zobaczyć jak na schemacie wygląda miejsce naszego pobytu w stosunku do mety i stron świata i ... okazało się, że idziemy nawet w dobrym kierunku, tylko zwrot mamy nie ten co trzeba. Zawróciliśmy (a trochę już uszliśmy). Pi razy drzwi wiedziałam jak w stosunku do Radzymińskiej umiejscowiona jest meta, ale jak tam dotrzeć przez te wszystkie zagrodzenia związane z budową metra, to już nie. Szliśmy na czuja. Ja po wejściu między bloki od razu pogubiłam się co do kierunku dalszego marszu, ale Maciek po chwili zaczął rozpoznawać miejsca, w których byliśmy za pierwszą rundką i jakoś doprowadził nas do celu. Jeszcze po drodze obliczył przybliżoną odległość z PK 3 do PK 15, czyli zadanie. Nawet mu wyszła zbliżona liczba do przeczuwanej przeze mnie, choć jak się okazało i tak zbyt duża.


Chodzenie z Maćkiem jest wyczerpujące. Sadzi wielkie kroki i na każdy jego krok przypadają moje dwa. Teraz już wiem dlaczego Jola od jakiegoś czasu przestała się pokazywać na imprezach - Maciek zachodził ją na śmierć. Dodatkowo przy każdym przekraczaniu jezdni moje nerwy wystawiane były na wielką próbę, bo Maciek programowo nie uznaje przyjętej powszechnie kolorystyki świateł i przechodzi wyłącznie na czerwonym albo przynajmniej w pewnej odległości od pasów. A może on jest daltonistą?
Jak przyszliśmy (sporo po czasie), Tomka jeszcze nie było. Okazało się, że zrobił jeszcze więcej kilometrów niż my i jeszcze mniej optymalnie. A myślałam, że bardziej już się nie da:-)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Skrótem, ale naokoło

Na drugi etap Czołóweczek zapisało się dziwnie mało osób. Jeszcze to zamieszanie z terminem – prawie w przeddzień imprezy okazało się, że chochlik zmienił datę w zapisach z niedzieli na sobotę. W sobotę na FalInO udało mi się uratować Przemka, który chciał jechać od razu do Mińska;-)
Na niedzielę aura zaserwowała nam deszcz. Przyjechałem znacząco przed 18 do bazy, a już widziałem ludzi z mapami. Spóźniłem się czy co? Uff, to tylko oni wcześniej ruszyli. A ogólnie w bazie całkiem spory tłum – chyba wizualnie więcej osób niż na pierwszym etapie. Wszyscy czekają w kolejce, jakby spieszyło im się by moknąć w lesie. Ja ustawiłem się spokojnie na końcu ogonka.
Jako, że ominęła mnie odprawa, czekając wypytałam organizatora – 16 PK scorelauf, nieprzekraczalny limit 120 minut (kilka razy podkreślany z dziwnym uśmiechem), a taka teoretyczna długość trasy to z 10 km. Teoretycznie 10 km to niewiele więcej niż godzina więc powinno się udać w dwie godziny wrócić. Tak wtedy myślałem. Przyszła moja kolej (ostatni biegacz) i ruszyłem na trasę. Rzut oka na mapę – punkty trochę dalej, ale dam rade. Przy pierwszym lampionie dogoniłem poprzedników. Dołek, a w nim woda i gałęzie oraz oczywiście lampion. Coś podejrzanie mokrawo ten las wyglądał!
Chciałem gdzieś skracać ale widząc stojącą wodę, pobiegłem ścieżką klucząc miedzy kałużami (o ile się dawało). Na kolejnym PK kolejka czekająca do perforatora. Przy kolejnym znowu jakaś ekipa czesząca teren (znaczy nieźle mi idzie skoro co chwila kogoś dopędzam). Teraz PK położony przy znanych mi bagienkach. A gdyby pobiec tak wydmą? Tam nie powinno być wody, choć minimalnie naokoło. Lecę wydmą.  Teraz trzeba odbić w lewo, więc odbijam, bez kompasu. I zaczęło się. Z gęstwiny patrzą na mnie z zainteresowaniem liczne oczy (rogacizny i nierogacizny), po prawej wzniesienie, po lewej teren podmokły – tak miało być. Ale nagle trafiam na jakąś porządną drogę gruntową. Nie ma prawa jej tu być! Nie jest to żadna nowa droga związana z pobliskimi pracami leśnymi, tylko wyraźna porządnie utwardzona droga. Staję i oglądam mapę. Nie ma takiej drogi na mapie w tym rejonie! Co jest??? Gdzieś migają jakieś czołówki, ale w abstrakcyjnym kierunku. Miotam się. Coś się nie zgadza!. Postanawiam dotrzeć do asfaltu na wschodzie – od niego także można namierzyć się na PK. Biegnę jakąś drogą, ale tak bardziej na północ niż na wschód, bo teren jest mało zachęcający do przedzierania się na azymut. Wreszcie dobiegam do cywilizacji - w oddali asfalt, ale wcześniej stadion. Dobra wiem gdzie jestem. Mogę skrócić drogę nie dobiegając do asfaltu. Jest droga z mapy… ale szybko kończy się na zaoranym polu. Dam radę! Mam szukać PK za ostatnim zabudowaniem. Jest jakaś ruinka, za nią już ciemno. Azymut i w krzaki. Mokro i gęsto. Mokro w butach, a dołku z PK nie ma. Nie ma wzniesienia, na którym miał być ten dołek. Coś nie tak! Nagle coś błyska w krzakach - jest jeszcze jedno zabudowanie! Dobiegam do asfaltu, znajduję tablicę z końcem terenu zabudowanego i w las. No miał być las, a jest śmietnisko - jakiś zburzony budynek. Ale jest za nim górka, czyli się zgadza. Jest i dołek bez lampionu! Ale się nie poddaję i kilka dołków dalej jest lampion. Uff! Jak później sprawdziłem na GPS-ie na tym PK straciłem ponad 20 minut, a sam lampion był w innym dołku niż być powinien (miał być w tym pierwszym, co znalazłem). A cały myk polegał na tym, że jak skręciłem na wydmie w lewo, skręciłem za bardzo i zatoczyłem kółko – trafiłem w zupełnie inne miejsce niż powinienem!
Nie poddaję się, może kolejne PK pójdą lepiej. Biegnę w kierunku mostku i najstarszej sosny – pomijam chwilowo PK 4 w jakiś strasznych krzakach – boję się że nie starczy czasu, to go odpuszczę jakby co albo wezmę w drodze powrotnej.
Na górce spotykam jakaś dziewczynę co przeszła obok lampionu i go nie dostrzegła.  Teraz skraj lasu. Łąki zalane, las częściowo także – znowu mokro w bucie. Długi przebieg do PK 14 i 13. W okolicach czternastki widzę w lesie latarki, ale jakoś za wcześnie. Nagle orientuję się, że zginęła jakaś poprzeczna droga z mapy i przebiegłem punkt. Wracam. Jest mało wyraźna droga  - wpadam w las. Jest dół – znowu jakiś taki bez lampionu. Krążę. Jest. Ale jakiś dziwny ten lampion - ma nie ten numerek. Może numer na mapie nieaktualny? Dziurkuję kartę ale… ten dół jest coś zbyt blisko drogi. Sprawdzam czy nie ma następnego. Jest z takim „utopionym” lampionem, ale tym właściwym. Przebijam. Kolejne 8 minut w plecy. W drodze z PK 12 na PK 8 wpadam w wodę. Buty przemoczone dokumentnie. Przy PK 8 dobiegam do skrzyżowania, azymut i w las. Nie ma dołka, wracam. Próbuję inaczej - do przodu i w lewo dokładnie odmierzam odległości – nie ma dołka! Ale zaczyna się gęstwina – szukam dalej. Wreszcie jest, ale mapa się tu wyraźnie nie zgadza co do odległości!
Patrzę na zegarek - jestem około 75 minut na trasie, powinienem zdążyć – teraz prosta droga i długi przebieg. Do PK 10 dobiegam szybciej niż myślałem. Zostaje mi jeszcze prawie 30 minut limitu. Na azymut do PK 6. Coś nie trafiam. Chwilę się miotam, nim znajduję co trzeba. Jeszcze 23 minuty i ostatnie 2 PK. PK 5 szybko znajduję. Zostaje 18 minut. Niedużo - lecę jednak na ostatni PK 4 w krzakach. Daje sobie 8 minut na znalezienie i 10 minut na powrót na metę. W 4 minuty dobiegam w okolice punktu i wpadam w krzaki. Dobrze, że lampion świeci się z daleka, bo stoi dalej niż na mapie. Wychodzę z krzaków godzina 20:06 - czyli mam ok 12 minut do limitu. Droga prosta i znana – biegnę ile mogę - aż do zadyszki. Spokojnie zdążam przed limitem – znaczy treningi biegowe nie poszły na marne.
Zamiast 10 km GPS wskazał 14,77 km. Na „stowarzyszoną” czternastkę podobno nabrali się i inni. Gdyby nie ten „wielbłąd” byłoby o wiele lepiej (powiedzmy przyzwoicie) , a tak pewnie spadnę znacząco w generalce:-(

sobota, 25 lutego 2017

Miało być wiosennie….

Weekend bez marszy – wtedy zostaje czas na FalInO. Miało być wiosennie, po mchu i piasku, a w piątek wieczorem – śnieżyca. Śnieg utrzymał się do sobotniego poranka. Całkiem dobrze się utrzymał i dobrą chwilę auto skrobać musiałem. Gdy jechałem na zawody rozszalała się ,zgodnie z prognozą, kolejna śnieżyca. Człowiek przygotowany na wiosnę, a tu taka „niespodzianka”. Jako, że byłem wcześniej, z ciekawości pojechałem naokoło. Po drodze dojrzałem 3 przysypane śniegiem lampiony. Znaczy zawodów nie odwołali.Do szkoły dotarłem przed organizatorem. Ale otwarte było już biuro WGB gdzie chwilę spędziłem ze znajomymi. Wreszcie dotarł i rozstawił majdan organizator, a w międzyczasie przeszła zadymka i wyszło zza chmur piękne wiosenne słonko.
Dostałem minutę zerową. Mapę chwilę wcześniej, by ogarnąć te planowane 30 PK. Jakaś konkurencja (w charakterystycznym kolorze zielonym) – też dostała chyba minutę zerową i wcześniej mapę – siedziała i pracowicie kreśliła na papierze optymalny przebieg. Janek włączył zegar i krzyknął start. Potruchtałem w kierunku wyjścia oglądając mapę w biegu. Punkty ułożone były właściwie równomiernie po całym terenie – czyli tradycyjny dylemat lewo czy prawosktrętnie? Wiadomo ja zwykle wybieram wariant „na lewo”. Czyli najpierw „pod kościół”. Zawsze zastanawiam się czy organizator ma jakiś układ z proboszczem, bo na mapach loga parafii nie widzę.  Potem w las. Trochę arytmetyki i wychodzi, że te 30 PK na dystansie coś ponad 6 km to są „co chwila”, czyli co jakieś 200-300m. Gdzieś tam za mną pojawia się „zielona konkurencja”. Zaczynają się punkty „dziewicze”, przysypane dla utrudnienia śniegiem i zamarznięte dziurkacze. Konkurencja po PK 53 odbija gdzieś w prawo (chyba na PK 33), a ja lecę na wydmę. I tak kilka razy muszę ją przebiec, a lepiej to zrobić zanim ruszy WGB, bo wtedy trzeba przepuszczać szybkobiegaczy. Pierwsza wtopa przy PK 45. Są dwa drzewa, lecę za nie, a lampionu nie ma. Krążę. Jest, ale jakoś z drugiej strony. Znowu na wydmę i lecę załatwić te lampiony przy ul. Technicznej. Dziewicze. Znowu wbieg na wydmę i Morskie Oko. Po 41 przedzieram się przez jakieś zarośla w kierunku PK 38 zamiast od razu do PK 43. Znowu wydeptuję ślady w śniegu. Po PK 47 na azymut do PK 48. Jest jakiś dołek, ale bez lampionu. Zamiast czesać zmieniam koncepcję, lecę na 51 i 52 i udaje mi się pomiędzy jakąś marną grupą biegaczy górskich przemknąć i namierzam się powtórnie na PK 48 od ścieżki. Ktoś tu był w międzyczasie bo są ślady! Teraz do ul. Podkowy – dziwne - tu jestem pierwszy. Na drodze do PK 57 spotykam biegnącego z kosmiczną prędkością naprzeciwko Marcina. Ech żebym ja tak potrafił…
Zostało już niewiele do mety. Z PK 53 na 33 biegnę „jakoś tak” na coś w rodzaju azymutu. Mijam jedną ścieżkę, drugą, trzecią… gdzieś tu powinien być lampion. Nie widać. Jakieś ślady się pojawiają, ale coś mi się nie zgadza. Patrzę dokładniej na mapę pomimo zaparowanych okularów – mam szukać przy takiej małej górce. Kojarzę ją z wcześniejszych zawodów. Wiem gdzie! Lecę, jest górka, jest dołek… nie ma lampionu! Co jest? Wbiegam na szczyt by się rozejrzeć. Jest! Ewidentnie w złym dołku! Aż w domu naniosłem ślad GPS na mapę – i rzeczywiście nie ten dołek!
Ostatnie 3 punkty. Lawirowanie wśród aut i biegaczy WGB czekających na start. Kolejny PK 59 znów źle rozstawiony – jedną ścieżkę dalej (taką nienaniesioną na mapę). Dobrze, że widoczny z daleka więc nie tracę czasu. Meta. Czas coś tam 65 minut. Za dużo. Ale Zielony przybiega po mnie!
Na mecie cały tłum znajomych. Można ustalić sprawy weryfikatu, wycieczki rowerowej wokół Zielonki którą organizuje Paweł, oraz kolejnych wyjazdów extremalnych na które wybiera się Ania M. Na metę wkrótce dobiega Marcin, którego mijałem i Przemek, którego nie spotkałem. Instruujemy Przemka jak ukryć puchar, by mu czasem go jakiś protestujący skorpionowicz nie odebrał. No cóż, ile można siedzieć, kto nie biegał do lasu, a ja do domu do tradycyjnych katorżniczych sobotnich prac domowych. Dobrze, że za tydzień jedziemy na NMP w MnO i sprzątanie przejdzie na dzieci:-)

piątek, 24 lutego 2017

Mokre Kusaki

Jakoś rzadko ostatnio chodzę na InO, więc naprawdę czekałam na te Kusaki, żeby się trochę poruszać, a tu pogoda takie świństwo mi zrobiła. Jak dojechaliśmy na start - kropiło, w oczekiwaniu na mapę zauważyłam, że lekko pada, a potem miało być już tylko gorzej.
Do pogody dołożyli się organizatorzy, bo nie zaplanowali trasy TU i znowu musiałam się męczyć na tezetach. Mapa oczywiście była pączkowa, ale pączek osobno, lukier osobno i wisienka na wierzch też osobno. I weź sobie człowieku połącz sensownie te ingrediencje, zwłaszcza, jak pączki z innej mapy, lukier z innej, wisienki z innej. Do tego aż 23 PK do zebrania, co od razu nasunęło mi myśl o punktach podwójnych. Nawet chciałam je wypatrzyć przed ruszeniem na trasę, ale Tomek poganiał żeby od razu iść.
No to poszliśmy - on przodem (bo wiedział gdzie), ja z tyłu (żeby mieć go w zasięgu wzroku). PK 1 był blisko i prosty i gdybym miała więcej czasu, to na pewno bym go znalazła i bez Tomka. Wymyślenie gdzie dalej zajęłoby mi już więcej czasu, ale na pewno zgadłabym, że następny będzie wycinek z PK 6 i 7 albo ten z PK 11. Poszłabym i sprawdziła. Tymczasem powlokłam się za Tomkiem, który od razu wiedział, że idziemy na PK 7. No jak on to robi? Po zebraniu szóstki dotarła do nas bolesna prawda, że PK 1 i 8 to to samo. Wróciliśmy podbić. 21 nie udało się znaleźć w pierwszym podejściu, więc zostawiliśmy sobie "na potem". Ja kompletnie nie wiedziałam co dalej, Tomek snuł jakieś tam wizje, które skrupulatnie sprawdzaliśmy. Nic nie chciało się zgodzić, więc pączka przy startomecie zostawiliśmy "na potem". Żeby tych "napotemów" się nam nie namnożyło, wróciliśmy szukać PK 21 i tym razem odnieśliśmy sukces. Połowiczny. Bo nie zauważyliśmy, że to punkt podwójny.
Deszcz padał coraz mocniej, zdjęłam rękawiczki, bo i tak całkiem przemokły - głównie od wycierania mapy. Nie pamiętam, na który punkt poszliśmy dalej, ale napotkany Andrzej K. sprzedał nam informację, że jesteśmy właśnie przy  PK 17. My w zamian wysłaliśmy go na 21. Przy siedemnastce była szesnastka i znowu przeoczyliśmy jej podwójność. Pobłąkaliśmy się trochę po okolicy, bo Tomek wiedział, że gdzieś niedaleko powinien być "Hubal", tylko nie wiedział dokładnie gdzie. Ja nie wiedziałam w ogóle gdzie jestem i w istniejących okolicznościach przyrody (mokrych okolicznościach) interesowało mnie jedynie miejsce mety. Koniec końców znaleźliśmy dziewiątkę, dziesiątkę i czwórkę i wróciliśmy po 24, co to było podwójne z 16.
Byliśmy już konkretnie przemoczeni i nawet Tomek zaczął nieśmiało napomykać, że może odpuścimy część punktów. Przyjęłam tę deklarację z pełnym entuzjazmem, ale z Tomkiem to jest tak, że po drodze znajdziemy jeszcze to, a jeszcze tamto jest blisko i może jeszcze owamto. W efekcie zanim wróciliśmy, to jeszcze kilka punktów nam wpadło. Udało nam się także nie zapomnieć o zadaniach i na szczęście były wyjątkowo łatwe. No, może płyta chodnikowa dała nam trochę popalić, bo uparliśmy się ją przeczytać do góry nogami i nijak nam żadem sens z tego nie wychodził.
W końcu nadeszła upragniona przeze mnie chwila oddania karty startowej i mniej upragniona - zjedzenia pączka. Po całym dniu obżarstwa zaczynałam mieć nudności i doszłam do wniosku, że pączki wieczorową porą smakują jakby mniej. Ale nie chciałam robić organizatorom przykrości i odmówić - lepiej zjeść i zwymiotować, niżby miało się zmarnować! Lub jak mówiła moja babcia - lepiej brzuch styrać, niż dar boży sponiewierać.
Tak z ciekawości zerkałam na oddawane karty startowe i nie tylko nasza tak świeciła pustkami. Poranne wyniki ogłosiły, że zajęliśmy szóste miejsce, a za nami było jeszcze osiem zespołów. Osiem rozsądnych zespołów, które poszły na kilka punktów, choć nie powiem - kilka z nich przekroczyło limit czasu. W taki deszcz - brrrr...

środa, 22 lutego 2017

Deszczowa 10-tka

I przyszła kolej na 10 edycję naszego Stowarzyszonego Treningu na ZPK-ach. Już 10-tą – jak ten czas leci! I pierwszą „wiosenną”, bo ostatnie dni wygoniły śnieg z lasu. Zostały tylko szklisto lodowe główne drogi i dużo wody na drogach głównych i mniejszych.  Ponad 5 stopni ciepła i…. wiosenny deszczo-gradzik na powitanie. ZPK-i tym razem wzbogaciły się o 3 nasze lampioniki. Czemu wymyśliłem by je tak daleko stawiać??? I czemu w miejscach, gdzie do rozstawania miałem mapę niepełną, bez drożni. Przyjechałem odpowiednio wcześniej, ale tylko pierwszy z 3 lampionów wieszałem „za dnia”. Na drugi poszedłem na azymut i…. kompas mnie „wykręcił” tak, że trafiłem na inną drogę. Przez chwilę próbowałem znaleźć dołki nie tam gdzie trzeba, nim wskazania kompasu wróciły do normy i skierowały mnie we właściwe miejsce. O dziwo – był to ten sam rejon gdzie najbardziej gubiłem się na WesolInO! Coś w tym musi być – jakaś lokalna anomalia magnetyczna? W każdym razie kilkadziesiąt metrów dalej kompas pokazywał to co trzeba. Ale czasu przez to straciłem sporo i ostatni punkt w dołku w gęstwinie wieszałem zupełnie po ciemku. Na azymut. Gęstwina była, dołek był, odległość prawie się zgadzała. Powrót przez feralne skrzyżowanie, gdzie znowu kompas chciał mnie wywieść na manowce i wróciłem na start. Po drodze zegarek mi zapipał, iż wyrobiłem ustawioną dzienną normę kroków. I to przed biegiem właściwym!
Na starcie czekali już Basia z Pawłem. Otworzyłem auto do przebrania, bo coś zaczęło pokapywać z nieba. Wkrótce dotarł Mariusz i Mistrz Skorpion Przemek. Szybko się zebrali i poszli w las, pomimo że z nieba coraz bardziej kapało. My zaszyliśmy się w aucie i czekaliśmy na ostatniego uczestnika, który smsował, że niedługo dotrze. A deszczyk zmienił się w ulewę. I coraz większą ulewę… Nie chciało nam się ruszać z auta, a Paweł ciągle udawał, że się przebiera, bylebyśmy tylko go nie wygonili z suchego auta. Nadszedł i drugi Mariusz – dostał mapę i w deszczu pognał w las. Po pewnym czasie deszcz zaczął słabnąć. Nie ma wybacz – trzeba się ruszyć. Paweł ustalił, że pobiegnie w przeciwnym kierunku niż my. Ruszyliśmy. Powiem szczerze, że po skorpionowej 50-tce to i owo mnie jeszcze bolało. Ale dało się nawet potruchtać. I to z każdym metrem było coraz fajniej. Bez śniegu biega się lekko – niczym kozica przeskakując nad ściętymi gałęziami! Punkty fajnie znajdowało się na azymut… poza tymi najłatwiejszymi. Właściwie w lesie jedynie gdzieś daleko błysnęła nam latarka, poza tym pustka. Aż dziwne, bo kogoś powinniśmy spotkać! Doszliśmy do punktów „dowieszanych” i oddałem sterowanie w ręce Basi. Niech trochę ponawiguje, bo to nie fason znajdować własnoręcznie wieszane lampiony. Ale okazało się, że PK 403 znaleźć nie jest łatwo. Dopiero metodą czesania udało się znaleźć. Przy kolejnym „feralnym” skrzyżowaniu tym razem wykręciło kompas Basi. Coś tu jednak musi być!!! Także w drodze na 401 mocno zboczyliśmy. Do auto dobiegliśmy jednak pierwsi! Paweł i Mariusz dotarli chwilę później. Przemek zaś zadzwonił z pytaniem, czy czasem nie zwinęliśmy już lampionu 403. Podpowiedzieliśmy gdzie go szukać. Potem, przy analizie śladu GPS okazało się, że PK 403 stał w złym dołku. O jeden za wcześnie! Dlatego Przemek nie mógł go namierzyć i my także mieliśmy kłopoty. No cóż, rozstawianie lampionów po ciemku tak się kończy! Ale następny ZPK będzie łatwiejszy.

niedziela, 19 lutego 2017

Lemingi wiedzą lepiej

Kolejna 50-tka powoli ciułana do pierwszego „pół litra”- Skorpion 2017 w Szczebrzeszynie. Na imprezę jak zwykle namawiała Pani Prezes. Co w Skorpionie ciekawego?  Stowarzysze! Od razu wiadomo, że Stowarzyszy nie może na czymś takim zabraknąć. Dopiero później coś powiedziała, że to taka prawie górska i wyczerpująca fizycznie 50-tka. Potem uraczyła opowieściami o zeszłorocznej edycji na której była, chodziła 16 godzin czy jakoś tak, po jakimś strasznym błocku i jarach. Ale cóż, klamka zapadła i nie honor teraz się wycofać. Zresztą ostatnio więcej człowiek się rusza, Stowarzyszone Treningi na ZPK-ach i te sprawy.
Udało się do Szczebrzeszyna wyruszyć w piątek przed południem. Wiadomo, impreza „sportowa” to tylko 1 punkcik do OInO, więc jak nic trzeba zaliczyć TRInO. A że jednego się nie opłaca, to co najmniej kilka. Na pierwszy ogień poszedł Nałęczów i dwie trasy.  Standardowo robiliśmy za testerów. Nałęczów okazał się pewnym przedsmakiem czekającego nas Skorpiona. Jeden z PK umieszczony był na całkiem pokaźnej i stromej Górze Poniatowskiego.  Oblodzone i zasypane śniegiem wejście przy naszym obuwiu raczej „miastowym” pozwoliło trenować wchodzenie na czworaka i zjeżdżanie z góry na 4 literach.
Po Nałęczowie był Zamość, krótki i przyjemny, a na deser TRInO w samym Szczebrzeszynie. Ale to po zakwaterowaniu w bazie, połączony z obiadokolacją (trzeba było odzyskać stracone kalorie, bo te TRInA to prawie 20 km wyszło) na mieście i dopingowaniem znajomych startujących o 20:00 w piątek spod ratusza na rynku na trasę 100 km. Gdy biegacze wystartowali i umknęli z rynku, poszliśmy jeszcze zebrać PK na kirkucie. Za nami podążała jakaś samotna czołóweczka. Po chwili jeden z biegaczy na setkę zaczepił nas i zaczął zadawać trudne pytania: „Czy ta czerwona linia to czerwony szlak rowerowy?” – trochę nas zaskoczyło, bo czy droga główna/krajowa to szlak rowerowy? Na upartego rowerem da się przejechać… Udało nam się zagubionego biegacza wykierować w kierunku gdzie pobiegła większość, ale szło to opornie. Jeszcze długą chwilę widzieliśmy go oglądającego mapę przy ulicznej latarni. Takie opanowanie mapy raczej nie wróżyło dobrze na skuteczność nawigowania po nocy….
Dobra, czas do bazy i lulu. Doczekaliśmy w śpiworach przyjazdu jeszcze jednej naszej klubowej ekipy na 20km w kategorii mix, zaraz zgaszono światło i można było spokojnie zasnąć.

Jak zwykle nad ranem na sali rozdzwoniły się alarmy komórek i rozpoczął się poranny ruch. Uczestników zapisanych była cała masa i jeden „firmowy” czajnik na wrzątek. Zerwałem się pierwszy i zająłem miejsce w kolejce po wrzątek. Wkrótce odprawa, na której potwierdzono zapisy z regulaminu, że punktem kontrolnym jest lampion (ulokowany gdzieś na 3 ha wokół miejsca wskazanego na mapie), a nie jak być powinno miejsce charakterystyczne zaznaczone na mapie. Nic, trzeba dać radę. Przed wyjściem obudziliśmy nasz 20-stkowy MIX (odprawa i ogólny harmider nie przerwał im snu) i poszliśmy na rynek. Przed startem zaliczyliśmy zamknięte w piątek punkty TRInO i ustawiliśmy się w kolejce po mapy.
18 PK. Wszystkie „początek wąwozu – na górze” albo „rozgałęzienie wąwozów – na dole”. W jednym tylko dodano słowo „wiata”, ale rozgałęzienie wąwozów zostało;-)
Wystrzał i ruszyliśmy. Pod górę. Pod górę z zasady nie biegamy, więc wszyscy nas wyprzedzali. Potem troszkę po równym podbiegliśmy, ale biegło się ciężko z powodu „sorbetu” na drodze i ogólnej śliskości. Zresztą konkurencja (nawet ta maszerująca) także biegła, więc przy PK 1 dopędziliśmy spory tłumek wyrywający sobie z ręki kredkę do wpisywania kodu na karcie. Dobrze, że kredek było kilka! Na wszelki wypadek sprawdziliśmy czy to nie jest PK stowarzyszony, ale nigdzie stowarzysza nie widzieliśmy. Wiadomo, pierwszy PK na zachętę. Przy drodze do PK 9 tłum zaczął się rozrzedzać. Cześć poszła (no, nawet niektórzy usiłowali biec) górą, część dołem. Ogólnie zaczęliśmy chodzić po śladach wydeptanych przez tych bardziej ambitnych zawodników. Zostało podejmować decyzję, gdy ślady się rozgałęziały, którym wariantem iść dalej. Przy PK 2 spotkaliśmy jednego z „naszych” -  Roberta (biegacza). Nie wyprzedzał nas jakoś znacząco, choć powinien! Tu już mieliśmy pewność, że wyniki najlepszych biegaczy nie będą odbiegały znacząco od naszych „wychodzonych” czasów!

Gdzieś koło nas przewijała się para, z którą o kilkanaście minut przegraliśmy na Rajdzie 4 Żywiołów – podeszliśmy do tego ambicjonalnie i przyspieszyliśmy kroku, by ich wyprzedzić.
Kilka następnych PK szło całkiem dobrze – średnia ok 30 min/punkt. Rokowało to jakiś rewelacyjny czas na mecie! Ale niestety, im dłużej się łazi, tym wolniej człowiek się przemieszcza. Szczególnie po nocy. Przy PK 4 po raz pierwszy spotkaliśmy Przemka. Robił już drugą pętelkę, czyli co najmniej 15 godzin na trasie. Jakoś się trzymał.
Przy PK 6 stała tablica ze szlakami w okolicy. Okazało się, że szlaki wskazują kilka przejść niezaznaczonych na mapie, które mogą ułatwić dojście do kilku PK. Zapamiętaliśmy na wszelki wypadek (tzn. zapamiętała Barbara, bo moja pamięć… jest dobra, ale zbyt krótka). Tu spotkaliśmy także grupkę przebijającą się jarem od dołu – wyglądali na całkiem dobrze umęczonych!
PK 6 był jednym z 2 miejsc kluczowych. Nie wiadomo było gdzie potem iść, który wariant lepszy, bo i tak każdy zły. Jary, góra-dół, sorbet, krzaki… Co chwila w zasięgu wzroku jakaś konkurencja, co chwila wydeptane w śniegu ścieżki w różnych kierunkach. Przemka znowu spotykamy koło 11-stki – wygląda całkiem dobrze.
Okazało się, że im dalej tym ciężej osiągalne lampiony. Od lampionu przy PK 11 musiałem wdrapywać się na czworaka (i tak kilka razy mnie cofnęło). Przy PK 12 ognisko i można było zmienić przemoczone skarpetki na nowe - suchutkie (nie na długo suchutkie, ale zawsze). Z radości posiadania suchych skarpet na nogach wyznaczyliśmy dziewiczą trasę „dołem” do PK 13. Przed nami na drodze było widać tylko w miarę świeże ślady wilków (lub innych psowatych).  Przy PK 13 zaczęliśmy spotykać zawodników idących w odwrotnym kierunki. To całkiem fajne, bo teraz ścieżki z tropami „przeciwnymi” powinny jednoznacznie i bez kluczenia prowadzić na punkt. I rzeczywiście, ścieżki coraz lepiej wydeptane. Zupełnie jakby przeszło stado lemingów. A wiadomo lemingi wiedzą dokąd idą. Tak myśleliśmy, więc poszliśmy za nimi. Okazało się, że lemingi postanowiły zwiedzić każdy jar w pobliżu. Zamiast iść prosto na skróty, krążyły po wąwozach i krzakach. Wreszcie się wkurzyliśmy i poszliśmy „naszą wersją” trasy. Chyba mniej mecząco do przejścia. Przy właściwym wąwozie, okazało się, że organizator na tyle ukrył lampion, że przeczesywanie tych 3 ha lasu trochę trwało. W okolicy buszowały także inne ekipy. Wreszcie znalazłem lampion i umknęliśmy przed konkurencją, a mgła snująca się po terenie szybko nas ukryła.
Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami PK 18 to ostatni zrobiony „w pełni za dnia”. Teraz nawrót i niby w prostej linii 4 ostatnie punkty. Miało być miło i przyjemnie (i oczywiście szybko, bo nawet w pobliżu asfalt). My postanowiliśmy nawigować „bezpieczniejszym wariantem”, choć jakaś ekipa nas minęła i wbijała się na azymut w ciemny las. Nadrobiliśmy pewnie z 500 m, ale widzieliśmy gdzie jesteśmy. W pobliżu PK spotkaliśmy różnych takich krążących i szukających lampionu w zupełnie przeciwnych kierunkach – wiadomo noc i człowiek traci orientację;-) Tam gdzie się spodziewaliśmy znowu ścieżka lemingów (nie jakaś specjalnie szeroka, ale ślady dobrych profesjonalnych butów – znaczy zawodowcy ją robili). Niestety, jak to zawodowcy, wybrali zejście do jaru w jego najstromszym miejscu. Coś za coś, krótko ale trudno!

Na 14-stkę ścieżka była. Poszliśmy. Niestety, lemingi znowu próbowały czesać o kilkaset metrów za wcześnie, a my jak głupi za nimi (wrrr). Dalej znowu za lemingami. A tak na marginesie, to widział ktoś kiedyś leminga? Skąd one się wzięły na Roztoczu??? I to jakieś zdesperowane mocno bo wybrały drogę przez największe krzaki. Niby w dół, ale co kilkanaście metrów próg wysokości dobrze ponadmetrowej. Ile można skakać w dół? I wszystko w otoczeniu krzaków z taaakimi kolcami. Jeden z tych kolców usiłował spenetrować moje szare komórki i przebijając czapkę utknął w moim czole. Jak ja się w domu taki pokiereszowany pokażę???
Uff, koniec krzaków, ale jesteśmy wykończeni. A tu podeście na całkiem sporą górę, za którą powinna być 7-ka przedostatni punkt. Za nami błyskają światła konkurencji, która poszła na łatwiznę i wycofała się z penetracji krzaków obchodząc wszystko drogami. Ślad lemingów niewyraźny - przechodziły tędy jedna czy dwie osoby. Ale w dobrym kierunku. A za szczytem – autostrady. W każdym z możliwych kierunków! Kierując się kompasem, intuicją i szukając największego wydeptanego traktu (aby na 100% ustalić gdzie jesteśmy, trzeba by spenetrować teren na kilkaset metrów w prawo i lewo szukając wierzchołka) gdzieś schodzimy. Jest lampion i wąwóz. Kierunek się zgadza. Konkurencja chyba znajduje drugi lampion gdzieś bardziej na wschód. To oznacza, że nasz lepszy:-)!
Kolejne koszmarnie strome zejście (a właściwie zjazd) do wąwozu.. Dalej lepsza droga i w dół. Niestety, co dobre szybko się kończy. Na dole potop. Rozmoknięta breja, woda wlewa się górą do butów i nie ma jak tego obejść. Pierwotnie chcieliśmy iść do asfaltu i spokojnie z tamtej strony dotrzeć na ostatni PK. Ale znowu pomocą służą lemingi (pewnie nie lubią wody) i pojawia się skrót w kierunku właściwym. Na początku nie jest różowo (znaczy jest mokro, woda płynie strumyczkiem), ale jakoś się daje przejść. Na koniec wąwóz z pionowymi  gliniastymi ścianami. Widać ślady ambitnych, co potrafili tam wleźć. My się nie podejmujemy i okrążamy. I oczywiście lemingi wydeptały super ścieżkę dokładnie na punkt. I żadnych stowarzyszy – jak to na punkcie startowym! Teraz do asfaltu i do mety. Drogę do asfaltu blokują nam drzwi jakieś stodoły – musimy okrążać. Na skraju Szczebrzeszyna mamy jeszcze brakujące dwa punkty TRInO. Zaliczamy je. I na metę! Biec nam się jakoś nie chce, zresztą żadnych mixów w zasięgu wzroku (tylko pojedyncza czołówka), więc duch rywalizacji zanika. Oddajemy kartę!
Niestety, musimy awaryjnie wracać zaraz do Warszawy. Zostaje zaliczenie jednego z trudniejszych zadań orientalistycznych – znaleźć jadłodajnię, gdzie dają smaczny obiad i spakować się.
W międzyczasie odwiedzamy salę setkowiczów. Przemek dochodzi do siebie – szedł coś tam koło 22 godzin. Ale obiecuje wpaść na wtorkowy trening na ZPK-ach. Dopytujemy się jeszcze o wyniki. Wiemy już wcześniej, że nasz mix dwudziestkowy wygrał swoją kategorię. Wiszą wyniki części męskiej TP 50, ale naszych mixów nie.
Okazuje się że mamy podium – przejście na czysto i drugie miejsce! Czekamy na wypisanie dyplomów, przyspieszoną dekorację, a w międzyczasie dociera na metę kolejny znajomy setkowicz – Mariusz P. Wygląda na lekko wykończonego. Dyplomacja, pucharacja fanfary i wracamy do domu. Jeszcze 250 km i można iść spać. Właściwie przy naszym przebiegu (250km + 50 km) to setkowicze mogą się schować!
W międzyczasie na metę wpada jeszcze jedna ekipa, którą spotykaliśmy kilka razy na trasie. Nominalnie całkiem dobra ekipa (powinni być daleko przed nami). Chwalą się przebiegiem – z pięćdziesiątki wyszła im jakaś 72-ka! Ci to mają przebicie i dobry przelicznik wpisowego na kilometr! My ze swoimi niecałymi 52 km możemy się schować;-(

piątek, 17 lutego 2017

44.OrtInO

Na jubileuszowe (44-te) OrtInO Tomek namówił mnie na TZ-ta. Zawsze sobie mówię, że to ostatni raz, a potem ulegam. Bez sensu, bo przecież wiem, że za wysokie progi na moje nogi. No, ale dobra, niech mu będzie.
Mapa produkcji Darka W. jak zawsze okazała się lekko schizofreniczna, a szczytowym osiągnięciem był wycinek drogi tak cienki, że praktycznie pokazywał sam asfalt. Niech mi ktoś wytłumaczy: czym z wyglądu różni się asfalt na jednaj ulicy od asfaltu na drugiej i w jaki sposób zlokalizować miejsce położenia tego asfaltu? Udało się to tylko dwóm zespołom, które zresztą szły razem i strasznie jestem ciekawa jak to zrobiły. Ja to w swojej ślepocie nawet tych ciut grubszych wycinków nie mogłam do końca rozszyfrować, zwłaszcza, że jakieś takie czerwonawe były i przez to niewyraźne.
Naprawdę, bardzo starałam się ogarnąć sytuację i zrozumieć gdzie i dlaczego idziemy i nawet kilkakrotnie udało mi się to osiągnąć, ba - raz nawet zawróciłam Tomka ze złej drogi, ale ogólnie lekko nie było. Przez część trasy po prostu tylko szłam i podziwiałam Tomka inteligencję, mądrość, logikę, konsekwencję. Wiem, że on taki jest (w końcu byle czego bym nie brała), ale na co dzień jakoś nie zwracam uwagi, a na marszach to normalnie daje mi po oczach. No więc tak szłam, podziwiałam, spisywałam kody, już prawie dochodziliśmy do mety, a tu dwóch wycinków (tych cieniutkich) wciąż nie mieliśmy. Tomek wymyślił, że wróci się kawałek sprawdzić, czy nie ma czegoś w okolicy, ale już ja dobrze wiem jak wygląda jego sprawdzanie - przeleci całą trasę jeszcze raz. W związku z tym wymiksowałam się ze sprawdzania, przekazałam mu kartę i poszłam na metę. Meta wyjątkowo tym razem nie była naturalnie klimatyzowana, tylko w porządnej prywatnej szkole, czyli luksusowe. Ale w końcu jubileusz to jubileusz:-)
Zgodnie z moimi podejrzeniami Tomek wrócił po jakiejś godzinie, ale zapierał się, że wcale, ale to wcale nie przebiegł trasy jeszcze raz. No, niech mu będzie. Wycinków nie znalazł, ale powbijał jakieś stowarzysze, dzięki czemu zajęliśmy dobre trzecie miejsce, przy czym drugiego nie było, bo dwa zespoły zajęły pierwsze. Nawet od Marcina byliśmy lepsi!
Już miałam mówić, że więcej na żadne tezety nie idę, ale przypomniało mi się, że na Kusaki podstępnie nie zaplanowano trasy TU, a przecież na TP nie pójdę. Chociaż... może to nie byłby taki głupi pomysł....

czwartek, 16 lutego 2017

ZPK na -9

Dziewiąty już trening na ZPK. Podobno miała się zima kończyć i nastąpić ocieplenie. Może w ciągu dnia się ociepliło, ale jak przyszedł wieczór… na termometrze było dobrze ponad 6 stopni mrozu. Wyszedłem wcześniej bo miałem dowiesić jeden lampion. Wychodząc za drzwi ciepłego domu nie spodziewałem się, że te sześć stopni mrozu tak szczypie w twarz i ręce! Ale mus to mus. Jak dojechałem na miejsce i wysiadłem z auta, wydało mi się, że jest jeszcze zimniej. Z wrażenia (znaczy wyziębienia) nie mogłem znaleźć właściwego dołka – na mapie był jeden, a w terenie dwa. Porobiłem trochę „mylnych śladów” i wreszcie lampion zawisł. Oczywiście robiłem to w ciepłej kurce i rękawiczkach, ale z radością powitałem ciepłe wnętrze samochodu.
Wkrótce na horyzoncie pojawiła się Barbara, która rozwieszała kolejne 2 lampiony. Także z przyjemnością wbiła się do samochodu.
Zgłoszonych było 7 osób. 2 „wymarły” zawiadamiając o tym telefonicznie. Wkrótce na końcu ulicy pojawiła się biegnąc postać. Jak nic Przemek. Jemu to nigdy dość biegania!
Po dłuższej chwili zmieniania warstw wierzchnich i dylematu czy biec „na grubo czy na cienko” Przemek ruszył w las. Dość nagle, bo usiłował włączyć najpierw zegarek, który przy ujemnych temperaturach odmawia współpracy w tym temacie. Więc chuchał i dmuchał na niego aż niespodziewanie stoper ruszył i Przemek zerwał się do biegu w dość niespodziewanym momencie.
Wkrótce, właściwie już po czasie, dotarł niezwodny Mariusz G. Zostało nam poczekać na ostatniego – drugiego Mariusza S. Na smsa z pytaniem czy przyjdzie nie odpowiedział. Gdy mieliśmy już dość czekania mapę włożyliśmy „za wycieraczkę” wysłaliśmy smsa z powiadomieniem o tym i pobiegliśmy w las. Początki były trudne. Zamarzały ręce, płuca i inne części ciała. Przez pierwsze dwa PK ścigaliśmy się z Mariuszem, a potem się oderwaliśmy. Gdzieś tak w połowie trasy zaczęło być cieplej. Ale rękawiczek nie zdjęliśmy do końca. Muszę powiedzieć, że bieganie po ciemnym lesie idzie coraz lepiej. Oczywiście jakieś drobne błędy nawigacyjne się zdarzają – krzaki w nocy wyglądają znacznie groźniej niż za dnia i starając się je ominąć czasami lekko zbaczamy z kursu. Na pewno mam już dobre wyczucie odległości – wiem że „to już tu powinien być PK”.
Mapa za wycieraczką pozostała nienaruszona. Później Marusz S. sms-ował, że był na starcie i nas nie znalazł. Okazało się, że nie doczytał gdzie ten start jest i szukał nas w innym miejscu. No cóż, zdarza się.
Po powrocie do domu sprawdziłem termometr. Dobrze ponad 9 stopni mrozu! A odczuwalnie pewnie ze 20. Miejmy nadzieję, że to ostatni tak mroźny ZPK w tym sezonie

wtorek, 14 lutego 2017

Nocna masakra?


Do dopełnienia tego niepełnego Maratonu został etap nocny. Od razu po ujawnieniu autora trasy – czyli przed zawodami,  wszyscy tego etapu najbardziej się bali. Oj, znamy nocne etapy Michała, które masakrowały uczestników!
Wywieszono listy startowe i zgodnie z tendencją tych zawodów, minuta zerowa została znacznie przyspieszona w stosunku do komunikatu technicznego. A że na start było 3 km i ta minuta zerowa już za chwilę, to część rzuciła się do gorączkowych przygotowań. Druga część nieświadoma zmiany godziny startowej oddawała się miłemu lenistwu. Na szczęście gdy już pierwsi tłoczyli się w wyjściu wciągając na nogi obuwie, po raz kolejny zmieniono minutę zerową tym razem dano nam troszkę czasu na zebranie się.
Na start pojechaliśmy autem – gotowi i zwarci do szybkiego powrotu do domu. Nie ma to jak spać we własnym łóżeczku, a że do domu niezbyt daleko, to powinno udać się i wyspać.  Dołączył do nas Paweł (tzn. do szybszego powrotu) – pewnie w nocy dał mu do wiwatu skrzypiący potępieńczo wentylator (za dnia ciężko wytrzymać, a spać przy czymś takim…).
Na start, o dziwo, udało się trafić. Dobrze że jechaliśmy autem, bo rzeczywiście daleko. Na starcie już w dobre rozwija się Impreza Jubileuszowa Skrótów. Co chwila zespoły oglądające mapy próbują zadeptać ludzie niosący gorące napoje do stolika. Widać kogoś zadeptali, bo kolejność na starcie zmienia się dynamicznie – kto pierwszy ten lepszy. Wreszcie dostajemy nasze mapy. Wyglądają ciężkawo jak na noc – dużo ciemnych trójkątów, a wiadomo - nocą wszystko i tak jest czarne. Wychodzimy na zewnątrz bo w tym ścisku ciężko się skupić, a opisu sporo.  Szukamy północy – bo jak rozumieć zdanie „Północ: krótszy brzeg kartki”? Znaczy północ jest w kierunku krótszego brzegu kartki? Którego? A, że startowy trójkąt może być obrócony i zlustrowany….
Chyba udaje się odgadnąć intencje autora. Ruszamy na pierwszy PK – taki na mapie BnO. Róg granicy kultur przy rozwidleniu cieków. Lampion jest. Niedaleko jest PK 9, zastanawiamy się czy tam iść, ale krzaki skutecznie nas zniechęcają. Pewnie można obejść je z lewej i nawet widzimy - idą tam światełka Mojej Drugiej Połowy i D. M. Ale zniechęceni krzakami postanawiamy iść z drugiej strony. W międzyczasie dopasowujemy wszystkie trójkąty – jakoś dziwnie proste to się wydaje – i wiemy, że trasa układa się w pętelkę z pustym środkiem. Logiczne. Gdzieś tu dorywa Barbarę telefon „służbowy”. Ona gada i gada (ile można) ja podbijam kolejny PK. Przy następnym PK 13 kończy rozmowę – zawsze lepiej jest skonsultować swój wybór z partnerem. Nawet jak nie widać żadnych stowarzyszy w okolicy. Hmm, to podejrzane, że tych stowarzyszy nie widać… zabrakło lampionów czy co? Przy PK 14 jakiś tłumek. O i pierwszy stowarzysz na horyzoncie! Dalej do drogi. Lampion do PK 18 źle wisi. Ogólnie wg mapy „punkt na niczym”, gdzieś „obok skrzyżowania”, a lampion także „obok” tyle, że na tym drugim „obok”. Tym bardziej, że było gdzie lampion powiesić. Tak patrzymy dokładniej na mapę – sporo jest kółeczek, w których geometrycznym środku „nic nie ma”. Autor rysował je na drzewkach gdzie zawiesił lampiony, czy co?
Koło PK 15 pojawia się ekipa krakowska. Znowu biega kurcgalopkiem w dziwnych kierunkach. I będzie tak biegała zanim zniknie przez kilka najbliższych PK.
PK 11 znowu wisi jakoś tak „mało dokładnie”, a przy skali 1:5000 i dokładnej mapie lidarowej można by lepiej. PK 1 ... wskazuje na środek prostej drogi, potem PK 10 wskazuje… na drzewo w przebieżnym lesie? Oj, chyba jakieś okulary korygujące by się autorowi przydały! Chwilami aż by się chciało wbić BPK-a, ale użeranie się potem z protestami…
W każdym razie etap okazał się łatwy. Kolejny na poziomie standardowego TU. Czyli nie będzie zróżnicowania wyników i zostanie 3-cie miejsce.

Na mecie wyżerka. Całkiem dobra. Nie planowałem obżarstwa, ale musieliśmy zaczekać na Pawła więc coś tam uszczknęliśmy. Moja Druga Połowa i DM jak wynika z zeznań nie wytrzymali i wbili na swoim etapie TU BPK-a na źle postawiony lampion.  Z tego co widziałem na mapie i słyszałem wyjaśnienia autora trasy, mieli do tego pełne prawo. Ale Darek zaspał i się nie wnosił protestów pisemnych, a SG zaliczył go im wbrew przepisom jako PM. Zdarza się, choć niesmak zostaje.  I w dodatku będę musiał teraz bronić DM przed Renatą, która grozi mu „jesienią średniowiecza” za tego BPK-a. Choć z drugiej strony ciekawe jak taka jesień wygląda?
W ramach podsumowania (bo kiedyś zmieszałem Maraton z błotem) – tym razem się organiaztorom udało. Wprawdzie wkurzyła mnie wpadka z podwyższaniem ceny już po zamknięciu zapisów, bez żadnej alternatywy, ale rzeczywiście jedzenie było dobre i widać, że wszystkim smakowało. Trochę zbyt asekuracyjnie łatwe etapy – w TZ tylko jeden powodował jakieś zróżnicowanie wyników. Ale za to wszystkie „do przejścia” - nikt nie miał wątpliwości jak ruszyć i gdzie iść, by trafić na metę. Gdyby wszystkie były jak ten pierwszy, byłoby idealnie. Sprawne liczenie i publikowanie wyników.
Ze uwag krytycznych – puszczenie TU i TZ po tych samych trasach z mapami, które mogły pomóc i „niestaranność” przy ustawieniu lampionów w E3. I szkoda, że mapy krajoznawcze po Skaryszewie pojawiły się zbyt późno, bo z chęcią bym zrobił wycieczkę po mieście.