Leniwe 150
Zgodnie z przewidywaniami, aby dobić do obiecanego pół litra, kolejna 50-tka. Tym razem padło na Siedlce. Kolejna, jesienna edycja imprezy TEAM 360. Na wiosennej edycji spróbowałem 25-tki, więc jak nic trzeba było i teraz się pojawić. Szczególnie, że to jakaś rozbudowana impreza wyszła i była okazja zobaczyć Lenie w Terenie!
Rzutem na taśmę udało nam się u organizatorów wynegocjować przesunięcie startu o godzinę wcześniej - dzięki temu mieliśmy szansę większość trasy pokonać w świetle dnia.
Jak zwykle przyjechałem wcześniej (bo to nigdy nie wiadomo jak z dojazdem wyjdzie) i po lekkim pobłądzeniu po Siedlcach załapałem się akurat na start trasy AR. Właściwie po ciemku kłębił się tłum rowerzystów wymachując wielkimi płachtami map. Podobno mieliśmy na TP 50 dostać podobne płachty! W tym miejscu należy zauważyć, że ów tłum kłębił się w oparach strasznego chłodu. Wsiadając do auta w Zielonce oceniałem, że jest fajnie ciepło, a w bazie zawodów przeżyłem szok termiczny. AR-owcy ruszyli i spokojnie mogłem przygotować się do startu. Jako pierwszy dostałem oczywiście numerek „50”. Wkrótce zaczęli pojawiać się inni uczestnicy 50-tki. Miało być kameralnie – zapisane raptem 5 osób – za to na 25 miał dowalić większy tłum. Dotarła także moja partnerka, bo jak zwykle na dłuższe trasy paruję się z nasza Panią Prezes. Na 25-kę miał dotrzeć jeszcze z klubowiczów Paweł R. – tak w ramach treningu przed GEZNem.
Dostaliśmy opis PK wywieszony na drzwiach, a do ręki mapy. Podobną stertę jak przygodowcy. Mapa ogólna (50-tka) w formacie A3, mapa do BnO (dziesiątka) także w formacie A3 i normalnego już rozmiaru mapki z rozświetleniami PK. Niestety nikt z organizatorów nie pomyślał o taśmie klejącej do zabezpieczenia karty, ale niebo ładne, prawie bezchmurne, może jakoś się uda. Jeszcze pamiątkowa fotka i poszliśmy. Na początku marszem. Ogólnie z planem by utrzymać naszą tendencję wzrostową i pokonać kolejną granicę, tak by wyszło 10 godzin z kawałkiem.
Obejrzeliśmy mapę - 13 PK na pięćdziesiątce + 10 na mapie BnO. I niestety kilka dłuuugaśnych przebiegów. I to takich „bez sensu” bo właściwie tylko główną drogą. A nie jest miło drałować kilka kilometrów poboczem ruchliwej drogi. Dla rowerzystów to fajny – szybki przelot, a nas jak widać potraktowano „na doczepkę” i puszczono po trasie rowerowej;-( Postanowiliśmy zacząć od BnO, bo było blisko bazy – z wyliczeń czasowych wynikało, że ostatnie punkty będą po ciemku – lepiej szukać wtedy 3, a nie 11!
Po starcie zauważyliśmy, że jesteśmy „śledzeni”. Za nami po cichu poruszał się uczestnik, w charakterystycznym pomarańczowym wdzianku. Nie biegł tylko maszerował. Może uda się go gdzieś zgubić na trasie!

Ogrodzenie strzelnicy za PK C ma zupełnie inny przebieg niż na mapie, ale nic to. Od PK B do PK J piachy, a nie ryzykujemy przeprawy przez jakiś „grząskie” tereny na skróty. I pojawiają się rowerzyści. Szukamy lampionu o jedną górkę za wcześnie, ale na szczęście szybko się orientujemy. Przy PK L znowu znikąd pojawia się pomarańczowy! Co jest??? Kawałek podbiegaliśmy, a On poszedł szukać poprzednich PK w złą stronę! Fruwa czy co??? Znowu gdzieś znika niepostrzeżenie. Teraz będzie wpadka w punktem D. Ścieżki są dość niewyraźne w terenie, nie liczymy dokładnie odległości i idziemy na czuja. I trafiamy… nie wiadomo gdzie. Zaczynamy czesać. Czesząc znajduję górkę i dołek pasujący, ale bez śladu lampionu. Idę się namierzyć dokładniej. Gdy się lokalizuję i zmierzam do PK Barbara gwizdkiem sygnalizuje, że ma PK. To ta górka na której byłem…ale dołek z drugiej strony wrrrr. Oczywiście przy PK pojawia się POMARAŃCZOWY!!!.

Przed nami PK G. Punkt mistyczny dla orientalistów, bo wiadomo, że nie ma punktu G i znajduje się go tylko przez przypadek. Akurat PK G był na swoim miejscu i łatwo znajdowalny. No, może trzeba było trochę drogę omijać, bo była z lekka zalana. I znowu wystawiliśmy lampion pomarańczowemu!

PK 17 – jest idealnie – przydaje się rozjaśnienie. Przed nami masakra - znaczy ze 6 km asfaltami. Spotykamy Leszka I. z trasy AR. Przez część asfaltu jest chodnik, potem brniemy poboczem. Otwarte pola, wiatr bardzo wyziębia. Podmuchy przejeżdżających TIRów praktycznie stopują nas w miejscu. W oddali widać jakąś ciemną chmurę. Gdy dochodzimy do Gostchórza zaczyna padać. PK 19 w jeszcze niewielkim deszczu. Chowam głębiej kartę startową. Ruszamy skrajem lasu, kierunku PK 19. Nagle błysk i huk. W oddali widać chmurę liści zwiewanych z drzew gwałtownym podmuchem. Robi się ciemno i… biało w około. Grad. Na szczęście nieduży, ale bije mocno, aż bombardowane nim dłonie bolą!

Przed nami P2 – najdalszy punkt trasy i przy okazji punkt regeneracyjny. Przestaje padać. Znowu niebieskie niebo. Spotykamy konkurencję z TP 50 idąca „pod prąd” – i to suchutką – nawałnice przeczekali w szkole na P2!.

Na 12 tłumy. Oczywiście nie zabrakło Pomarańczowego!. Wszyscy szukają wyrobiska na skraju lasu. Jest wyrobisko, a nawet dwa, ale bez lampionów. W akcie desperacji Barbara zapędza się dalej na północ i znajduje właściwe, większe wyrobisko z lampionem. Tyle, że granice lasu idą zupełnie inaczej! Chwila dekoncentracji – odwrotnie przyłożyłem kompas i próbuję prowadzić w przeciwnym kierunku. Dobrze że tylko kilkanaście metrów! Do 11-stki staramy się podbiegać. Znowu jacyś rowerzyści szukają lampionu widocznego z daleka. Teraz ponad 4 km asfaltem do 13-stki. Podbiegamy kilka razy. Po drodze autem przegania nas jeden z organizatorów wracający chyba z P2 i dopytuje się, czy wszystko w porządku. Czy my jakoś źle wyglądamy, że koleni chcą pomagać?

Jest 18:30. Do mety ze 2 km. Podbiegamy, na ile kolano Barbary pomaga i wpadamy na metę z czasem 10:54! I oczywiście z dyplomami – Barbara była bezkonkurencyjna w swojej kategorii, a ja tylko 3-cie miejsce;-)
Teraz czas na kolejną 50-tkę i wynik taki bliższy 10 niż 11 godzinom!
A dla dociekliwych track:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?submit=Open+routes+in+2DRerun&idmult%5B%5D=-385970&idmult%5B%5D=-385969