Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinne MnO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodzinne MnO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2016

Na familijnych nie ma mocnych!



Ostatnia, decydująca runda Rodzinnych MnO stresowała mnie bardziej niż poprzednie, bo jednak miło zostawić po sobie na koniec dobre wrażenie. Dlatego starałam się nie zawalić sprawy i ogarnąć porządnie chociaż najważniejsze rzeczy, czyli mapę i nagrody. Wiadomo - bez mapy, nie ma imprezy, bez nagród - nie ma po co przychodzić:-) No, a poza tymi dwiema rzeczami było przecież jeszcze mnóstwo innych spraw do ogarnięcia i prawdę mówiąc, gdyby nie Tomek, to chyba poza namiastką mapy niczego by nie było. Tylko on miał czas jeździć i załatwiać różne sprawy, tylko on pamiętał o milionie różnych drobiazgów i tylko on gonił mnie do roboty, bo ja to nie mam sumienia tak samą siebie poganiać.
W końcu nadszedł TEN DZIEŃ. Po moich rozpaczliwych mailach do znajomych o jakąkolwiek pomoc w dniu zawodów, do Zielonki przyjechało aż sześcioro pomagierów i początkowo nawet się bałam, że organizatorzy będą w przewadze, bo zawodnicy wyjątkowo nie zwalili się hurmem, tylko przychodzili w odstępach czasu. Było to całkiem praktyczne, bo na starcie nie tworzyły nam się zatory, a i odstępy między zespołami były chwilami spore.
Basia z Darkiem szaleli z aparatami fotograficznymi, Darek M. i Bartek poszli na trasę, a Ania z Adamem dotrzymywali nam towarzystwa. W przeciągu godziny wysłaliśmy w las wszystkich zawodników.
Byłam ciekawa jak sobie poradzą z wyznaczaniem azymutu i liczeniem odległości, ale na nich nie ma mocnych. Robię trasę TF o trudności TT+, a i tak 10 zespołów przechodzi na zero, a reszta niewiele gorzej. Wydaje mi się jednak, że robienie trasy TF o trudności TZ, to trochę za duże odstępstwo od wszelakich regulaminów:-)
Na wykończenie tych, którzy zbyt rześcy wracali z lasu, mieliśmy w zanadrzu jeszcze dojściówkę z mety etapu do szkoły, gdzie planowana była dalsza część imprezy. My z Basią zrobiłyśmy ją samochodowo, jadąc zorganizować zaplecze w szkole. Ustawiłyśmy sobie stoliki, na nich pryzmy nagród, biuro z weryfikatem i pieczątkami i czekałyśmy aż dotrą wyniki, które na bieżąco liczyły się na mecie. W końcu Tomek z resztą ekipy dotarł do szkoły, po czym zamknęli się w klasie i dalej liczyli, liczyli, liczyli. W końcu policzyli. No i nastąpiła ta najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia, bo trzeba było przemówić ludzkim głosem i musiałam to zrobić ja. Orator ze mnie nędzny, więc męczyłam się jak dusza potępiona, ale jakoś udało się dobrnąć do ogłoszenia wyników, a wyniki to już mogłam czytać z kartki. Obdarowaliśmy więc zwycięzców nagrodami, medalami, a dyplomów zapomniałam im dać. Dopiero wieczorem Tomek znalazł je w kopercie i wyraził zdziwienie, że tyle zostało. No żesz kurka wodna! W sumie i tak lepiej, że zapomniałam o dyplomach, a nie o mapach.  Trzy dni się męczyłam z tymi dyplomami, potem męczył się Tomek i nie odpuszczę - chcą, czy nie - dyplomy i tak dostaną. Jeszcze nie wiem jak, ale dostaną!
Na zakończenie na środek wystąpił nasz burmistrz i wystartował do mnie z ooogrooomną torbą. W pierwszej chwili pomyślałam:
- Chce mi dać telewizor - i włos zjeżył mi się na głowie, bo telewizji programowo nie oglądam. Ale na telewizor za lekkie jakieś. Na szczęście telewizor okazał się przefajną walizko-torbą, a Tomek dostał super plecaczek. Z wrażenia zaniemówiłam i w popłochu wydukałam jakieś podziękowania, bo poza tym to się wzruszyłam, że zostałam tak uhonorowana. Torba pal licho, ale fakt docenienia naszych starań był bardzo miły. Nasi pomocnicy też dostali upominki i w ogóle zrobiło się słodko jak w fabryce czekolady. Tak myślę, że to późniejsze odkrycie dyplomów było po to, żeby nie dostać mdłości z nadmiaru słodyczy.
Po południu w końcu i ja miałam okazję przejść się po lesie, bo lampiony same nie chciały wrócić do domu i, kurczę, w tym lesie było tak ładnie, że szkoda mi było wracać. Trzeba tam zrobić jeszcze jakąś imprezę. Kiedyś. Bo na razie, do końca roku planuję być tylko uczestnikiem. No, chyba, że się coś trafi....

wtorek, 13 września 2016

Relaks i Rodzinne MnO

Na piątek wzięłam sobie urlop wypoczynkowy.  Wstałam o szóstej, wywiozłam córki do szkoły i pracy i aż do południa wypoczywałam przy przeróbce map, co to za trudne wyszły. Potem wypoczęłam w Urzędzie Miasta, gdzie drukarka drukowała mapy na Rodzinne MnO, a ja sobie siedziałam na krzesełku - pełen relaks! Żeby jednak wypocząć w pełni, pojechałam z Tomkiem (razem fajniej się wypoczywa) wydrukować mapy niepoślipkowe, a prosto stamtąd na zakupy. Potem (już w domu) wypoczywałam w kuchni robiąc pasty do chleba na sobotni wieczór, a jak już skończyłam i nie czułam się do końca wypoczęta, to jeszcze do północy razem robiliśmy wzorcówki - takie z rysowaniem kredkami.
W sobotni poranek zerwałam się rześka i kwitnąca. Co prawda miałam przejściowe kłopoty z otworzeniem oczu i utrzymaniem się w pionie, ale to taki drobiazg. Spakowałam lampiony i pojechałam rozstawić trasę rodzinną. Co było cudaczenia na osiedlu (bo trasa miejska):
- A po co to?
- A dlaczego na drzewie*, słupie*, ogrodzeniu*, mostku*? (* - niepotrzebne skreślić)
- A kto pozwolił?
- A nie wolno tu wieszać ogłoszeń!
- A kto to posprząta?
 W sumie nie ma się co dziwić, bo na terenie osiedla InO pojawiło się pewnie po raz pierwszy. Cierpliwie tłumaczyłam co, dlaczego, komu, kiedy itd., itp. Jednym się spodobało, inni przyjęli jako dopust boży, a ja zostałam z wątpliwościami, czy do zawodów uchowają mi się wszystkie lampiony.
W międzyczasie Tomek dowiózł na miejsce startu całe potrzebne oprzyrządowanie, czyli stolik, bannery i wszystkie papierzyska i jak tylko dotarłam do niego, rozłożyliśmy biuro zawodów.
Wkrótce dotarli do nas Darek W. i Ania N. i to był odpowiedni moment, bo pierwsi uczestnicy pojawili się już na horyzoncie. A potem było całe normalne zamieszanie, czyli odhaczanie na liście, wydawanie kart, map i pooooszli. Poszedł też Tomek rozstawiać swoje i moje trasy popołudniowe. Trasy co prawda częściowo się nam pokrywały, ale mimo to miał strasznie dużo lampionów do powieszenia.
Wbrew moim obawom wszystkie "rodzinne" lampiony pozostały na swoich miejscach i nikt z powracających z trasy nie uskarżał się na żadne trudności. Ania z Darkiem od razu wzięli się za sprawdzanie kart (co w przypadku trasy TF czasem stanowi nie lada wyzwanie), a ja usiłowałam zapanować nad powracającym tłumem żądnym wyjaśnień, wody, słodyczy i upominków (dzieci). Kiedy już udało się sprawdzić wszystkie karty, podsumować wyniki, ogłosić je i rozdać nagrody, okazało się, że zaginął nam jeden zespół. Co gorsza, nie mieliśmy do nich telefonu i nie było wiadomo - zgubili się, idą sobie spacerowo, czy zrezygnowali. Na szczęście zespół po prawie godzinie się odnalazł, a trwało to tak długo, bo dwie pary kilkuletnich nóżek potrzebowały dużo czasu na przejście trzykilometrowej trasy.
I wtedy dopiero mogłam odetchnąć z ulgą, że jedna  część imprezy za nami i wszystko poszło dobrze.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Gabryśka! Ja pitole...

... ale impreza była wczoraj!
Myślałam, że Rodzinne Marsze będą taką kameralną, lokalną imprezą i w zasadzie już pierwsza runda powinna dać mi do myślenia. Ale nie. Jakoś umyśliłam sobie, że frekwencja to się bierze od Niepoślipki.
Na drugą rundę, w przepisowym terminie zapisało się sześćdziesiąt kilka osób. Łyknęłam, a nawet ucieszyłam się, że takie zainteresowanie, bo na wiele klubowych imprez przychodzi mniej.
W piątek drukowałam mapy. Między zamknięciem zapisów, a drukiem zaczęły się maile i telefony. No, przecież nikomu nie odmówię pójścia do lasu. Miętka jestem i łatwo ulegam wpływom. No to uległam tak, że po terminie przyjęłam jeszcze ze trzydzieści osób. Ostatni chętni zapisywali się już na starcie.
-To się nie uda. To się nie może udać. - powtarzałam sobie w duchu widząc rosnący tłum.
W sobotę mieliśmy jeszcze dużą imprezę rodzinną, więc przygotowania weekendowe szły dwutorowo. Jako, że wmanewrowałam się w kierownictwo imprezy (czasem trzeba się wykazać), czułam się zobowiązana do załatwienia kilku spraw, zresztą Tomek nie rwał się do wyręczania mnie, tylko najwyżej podpowiadał, co jeszcze trzeba zrobić. No to załatwiałam wszystko, co dało się załatwić mailowo lub telefonicznie, zostawiając mu rzeczy wymagające fizycznej obecności, bo pracując w domu jest bardziej dyspozycyjny. W końcu wszystko wyglądało na dopięte na ostatni lub przynajmniej przedostatni guzik.
W niedzielę rano, zamiast odsypiać imprezę rodzinną, zerwaliśmy się tuż po siódmej i pognali w las rozwieszać trasy - ja pieszą, Tomek rowerową. Nawet szybko i sprawnie poszło. Potem jeszcze skontrolowałam stan mety organizowanej przez przedszkole (grunt, to się umieć kimś wyręczyć:-) i pojechaliśmy rozkładać biuro zawodów i start. Niezawodny Darek już tam na nas czekał. Z własnej inicjatywy, żeby nie było.
O dziwo, udało się nawet zrobić oficjalne rozpoczęcie, bo na ogół tłum rzuca się od razu do map i wyjścia na trasę. Może ostrzeżenie, że trasa będzie trudniejsza niż zwykle tak ostudziło zapał? Ponieważ kolejka do startu rosła z każdą chwilą, już się nie bawiłam w odstępy między kolejnymi zespołami i puszczałam co dwie minuty. W końcu głównie chodziło o dobrą zabawę. A zabawa była dobra zwłaszcza na LOP-ce, bo pojawiła się po raz pierwszy i kto nie dosłuchał na rozpoczęciu o co chodzi, miał problem. Zuza, która robiła fotki i ustawiła się akurat przy LOP-ce, opowiadała ile niektórzy musieli się nakombinować.
Na metę dotarli wszyscy i obyło się bez strat w ludziach. Usiłowałam sprawdzać karty, w międzyczasie sprzedając książeczki inowskie, pieczętując i podpisując wpisy w nich, wydając upominki dla dzieci i odpowiadając na tysiące pytań. Dobrze, że Tomek weryfikował, bo okazało się, że mamy już recydywistów, którzy nazbierali punkty i na InO i na TRInO. Mało tego, niektórzy zaczynają już wyrastać z tras familijnych i ruszają na podbój wyższych kategorii. Jeśli w przyszłym roku też będziemy robić "Rodzinne", to chyba trzeba będzie już sięgnąć po TP i TT co najmniej.