Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMP Kurnędz 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMP Kurnędz 2016. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 października 2016

DMP-y są super!

Cóż - poranek nie był łatwiejszy niż wieczór. Po siódmej z trudem otwarłam oczy, wzięłam w garść kubek z kawą i poszłam kończyć wypisywanie dyplomów. Reszta w międzyczasie dzieliła nagrody, sprzątała teren
ogniska, gdzie miało być zakończenie i każdy czymś tam był zajęty. W końcu udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik i mogliśmy ogłosić wyniki, nagrodzić zwycięzców i oficjalnie zakończyć imprezę.
Z tym zakończeniem to taki trochę pic na wodę, bo przed nami była jeszcze masa roboty - pozbierać lampiony, napisać protokół, rozliczyć imprezę. Mnie na szczęście dotyczyło jedynie pozbieranie lampionów, a taka dyrekcja do dzisiaj się kotłuje z niektórymi rzeczami.
Na zbieranie poszłam z Kasią, która skruszona po długim niebycie, powróciła na inockie łono. Udało nam się nie zgubić, nie zasnąć po drodze i jeszcze pozbierać wszystkie lampiony, które Tomek nam przydzielił. A ponieważ wróciłyśmy do bazy pierwsze, to jeszcze ogarnęłyśmy nasz domek i miałyśmy czas pójść nad rzekę. Wreszcie w pełnym świetle zobaczyłam tę Pilicę i bardzo, bardzo żałowałam, że sobie nią nie spłynęłam. Żeby jednak cokolwiek mieć kontaktu z wodą, wlazłam sobie do niej i trochę pomarzłam. Ot, taka namiastka przeprawy albo spływu.
A potem wrócił Tomek usiłowaliśmy zmieścić kontener rzeczy w naszym niewielkim samochodzie. Udało się! Co prawda siedzieliśmy z nogami pod brodą i na wdechu, ale zawsze to do przodu.

Podsumowanie?
DMP-y są super, ale chyba trochę lepiej mają uczestnicy:-)))

czwartek, 6 października 2016

Uchodźcy nad Pilicą.

Tego, że będę pomagać  przy organizacji dalszej części zawodów - jasne, że się spodziewałam. Ale, że niemal do rana, to jednak łudziłam się, że nie. Wiadomo - nadzieja umiera ostatnia. Kiedy dyrekcja zapytała czy wolę nad rzekę, czy do ogniska, od razu odpowiedziałam, że do ogniska. I tym sposobem znalazłam się nad rzeką. Moim zadaniem miało być doprowadzanie ludzi z przystani kajakowej do miejsca przeprawy przez rzekę.Tak się to przynajmniej teoretycznie nazywało. W praktyce miałam ich przekonywać, że piesza przeprawa na drugi brzeg nie jest ponurym żartem, że naprawdę muszą to zrobić jeśli chcą wystartować, a to co świeci na drugim brzegu - to zegar startowy. Oczywiście na moją głowę spadały też gromy rzucane przez zdegustowanych zawodników i ich opinie na temat przechodzenia przez rzekę.
Nie powiem, nieliczne jednostki były zachwycone i od razu potraktowały rzecz jako wspaniałą przygodę. Trafiły się też pojedyncze osobniki mocno oporne i dla tych Darek przywlókł kajak i przewiózł ich niczym Charon na drugi brzeg.
Opornego Wojtka, który chciał zrezygnować z etapu, kara spotkała od razu - tak się migał na tym brzegu, że w końcu poślizgnął się i wpadł w wodę po pas. Co gorsza - zgubił przy tym telefon. Darek niemal nurkował przy brzegu, a reszta macała rękami w wodzie w poszukiwaniu zguby.  Telefon na szczęście znalazł się na brzegu, a Wojtek uszczęśliwiony jego odnalezieniem dał się przewieźć i mokry poleciał w las. Brrrr.
Wiele osób rozbierało się oddolnie do tego przekraczania rzeki i ile ja się striptizu naoglądałam, to jak nigdy w życiu. Więc może i warto było iść nad rzekę zamiast do ogniska :-)
Jak już wszyscy piesi przeszli przez rzekę, to przez chwilę posiedziałam przy kajakach, a potem zaczęły się powroty. Grupy przeprawiające się przez rzekę, z tymi światełkami i dobytkiem w kajaku wyglądały jak fala uchodźców. O dziwo, przeprawa w odwrotnym kierunku wydała się ludziom już świetną zabawą i nawet ci, którzy wcześniej klęli na czym świat stoi, teraz mówili, że jest super. Rowerzyści przewozili swoje rowery kajakiem, a co silniejsi przenosili na plecach. Dla nich była to jedyna przeprawa, bo startowali z suchego lądu.
Najbardziej jednak podziwiałam Darka i Zuzię, którzy przez kilka godzin brodzili po rzece przeprowadzając i przewożąc innych z brzegu na brzeg, a woda jakoś nachalnie gorąca nie była. Fakt - lodowata też nie, ale jednak.
Kiedy już wszyscy wrócili ze swoich tras, zaczęła się praca "biurowa". Kto żyw, sprawdzał karty startowe, żeby rano móc ujawnić zwycięską drużynę, Tomek wyniki wklepywał do komputera, ja (jako jedyna piśmienna w stopniu czytelnym) wypisywałam dyplomy, Ania przeliczała nagrody i razem z Basią kombinowały jak podzielić cały ten dobytek - równo, czy sprawiedliwie? :-) W pewnym momencie doszliśmy już do ściany - nie pomagała kawa, ani wzajemne budzenie się. Spaliśmy z otwartymi oczami mechanicznie wykonując jakieś czynności. W tej sytuacji dyrekcja zarządziła koniec  harówy i zbiórkę po siódmej rano, czyli praktycznie za chwilę (no, taką ciut dłuższą). Doszłam do naszego domku i padłam.
c. d. n.




środa, 5 października 2016

Gdy uczestnik jest lepiej zorientowany od autora trasy...

W sobotę budzik bezlitośnie zadzwonił przed siódmą, ale wstałam nawet dość żywa. Tomek pojechał po drożdżówki do piekarni (noga trzymała się na miejscu już nawet bez plastrów), a ja gromadziłam sobie wszystkie rzeczy, które muszę wziąć na start i za nic ich nie mogę zapomnieć.

Na rozpoczęciu (po przemówieniach i wszelkich komunikatach) poczęstowaliśmy uczestników ciasteczkami, co to je parę dni piekłam powtarzając sobie, żeby mi kto w łeb dał jak znowu coś pracochłonnego wymyślę, rozdaliśmy żółte chusty ze smokiem przecudnej urody i już mogliśmy ruszyć na swoje starty. Ponieważ Ania miała jeszcze do rozwieszenia kilka lampionów, więc zbieraliśmy się żwawo. Tomek wywiózł nas do lasu, pomógł mi się zagospodarować, potem jeszcze pojechał na miejsce gdzie autobus wysadzał uczestników, żeby im wskazać drogę dojścia na start i pojechał pomagać Pawłowi.
Ania szybko uporała się ze swoimi lampionami i kiedy nadeszli pierwsi zawodnicy byłyśmy silne, zwarte i gotowe. Ja prawie nie miałam roboty, bo na pierwszy etap TP były zapisane tylko dwa zespoły. Wystartowałam pierwszy, udzieliłam wskazówek Ani kiedy i jak drugi i poszłam dowiesić jeszcze jeden lampion do trasy TM. A potem miałyśmy duuużo czasu, bo Ani trasa była długa, więc zanim wrócili pierwsi startujący mogłyśmy w zasadzie wrócić do bazy (gdybyśmy miały czym:-)
W końcu jednak zaczęli wracać i teraz ja miałam pełne ręce roboty ze startowaniem TM-ów.
Mapy-pudełeczka (co to znowu nikt mi nie dał w łeb, jak je wymyśliłam) zrobiły furorę, aczkolwiek podzieliły zawodników na tych, którzy chcą natychmiast startować (żeby je szybko dostać) i tych, co do lasu nie pójdą, bo im się pudełka zepsują. W końcu jakoś udało się wypchnąć wszystkich.
Nasza startometa była metą dla wszystkich pieszych kategorii i po jakimś (dość długim) czasie zaczęli, oprócz naszych, nadciągać także uczestnicy z tras TS  i TJ. Wszyscy czekali na autobus, a autobus czekał aż zbierze się duża grupa żeby nie wozić powietrza. W końcu oba te oczekiwania zakończyły się kursem do bazy, gdzie na stołówce stygł już obiad, a resztę niedobitków woziliśmy naszymi samochodami.
W międzyczasie sprawdzałam karty startowe i okazało się, że jeden punkt źle rozstawiłam, a dołki (co to przy stawianiu trasy mało nie doszło do rękoczynów) inaczej były zaznaczone na mapie, a inaczej na wzorcówce. Jednym słowem d..., a nie budowniczy trasy ze mnie. Na szczęście łatwo dało się wybrnąć z tych błędów, bo zawodnicy okazali się bardziej zorientowani ode mnie i brali to, na co wskazywała im trzymana w rękach mapa.
Kiedy wróciliśmy do bazy, kiedy zjadłam obiad i skończyłam sprawdzanie kart usiadłam wreszcie z ulgą i łudziłam się, że moja praca skończona, a teraz najwyżej jakieś drobne wynieś, przynieś, pozamiataj mi zostanie. Jak bardzo się myliłam .... już wkrótce.
c. d. n.

wtorek, 4 października 2016

Krwawy piątek

Tak się trochę łudziliśmy, że będziemy mogli pójść przynajmniej na InO po ośrodku, czyli na "Oswój Smoka", ale gdzie tam. Ania M., która miała startować tę trasę, gdzieś się zapodziała, więc wzięliśmy to na siebie.
Specyfika "Oswoja" z liczeniem punktów, znana warszawiakom, a obca innym, zrobiła na uczestnikach wrażenie. Nie na wszystkich początkowo pozytywne, ale chyba po rozgryzieniu na czym to polega, wrażenia złagodniały. Chyba żadnemu zespołowi nie udało się wyjść na trasę w limicie podstawowym, ale trochę o to chodziło, żeby potem pokombinować, jak zdobyć wymaganą liczbę punktów. Ludzie liczyli, liczyli, obmyślali strategię, w końcu wszyscy rozbiegli się w różne strony.
Jakoś koło 23-ciej mieliśmy mieć odprawę u dyrekcji imprezy, czyli ustawienie nas do pionu i przydział zadań. Tomek został obsługiwać "Oswoja", ja poszłam po instrukcje dla nas obojga. Po zebraniu zajrzałam do naszego domku, a tam... dramat! Tomek siedzi z urwaną nogą, krew się leje, a Paweł rozpaczliwie usiłuje za pomocą plastrów przyczepić mu tę nogę z powrotem. Od razu stanęła mi przed oczami wizja zdejmowania tras swoich i tomkowych, a potem powrót do domu w roli zasypiającego kierowcy. Na szczęście Paweł okazał się zdolnym medykiem, nogę przyczepił, a Tomek wstał, otrzepał się i poszedł dalej obsługiwać InO. Na drugi dzień okazało się, że w starciu z asfaltowym podłożem oprócz nogi ucierpiał także obiektyw od aparatu, ale na szczęście w stopniu naprawialnym domowym przemysłem.
W końcu długi dzień zakończył się, część rozeszła się spać, część integrować w węższych gronach, a my padliśmy zbierać siły do najważniejszej części imprezy - etapów głównych.
c. d. n.

poniedziałek, 3 października 2016

DMP od zaplecza - część 1

W czwartek wieczorem wszystkie DMP-owe sprawy były dopięte na przedostatni guzik (a przynajmniej ekipa organizatorska tak się łudziła) i w piątek zostawało jedynie pojechać rozstawić trasy i czekać na uczestników. Tomek władował rower do bagażnika ( w razie cusia), stertę tobołów (naszych i klubowych), żonę (czyli mnie) i pojechaliśmy. Zaraz po zakwaterowaniu się w domku i zjedzeniu marnej bułeczki ruszyliśmy w las. Ja miałam rozstawiać trasy razem z Anią K., Tomek poszedł na swój kawałek.
Zaczęłyśmy od moich. Teren zobaczyłam na oczy pierwszy raz w życiu, bo na rekonesansie był tylko Tomek, ale miałam nadzieję, że z pełną mapą to będzie pestka. Tak jakby się pomyliłam. Mimo zapewnień Tomka, że na mapie mam wszystko, okazało się, że połowy dróg nie ma i w ogóle wszystko wygląda inaczej niż sobie wyobrażałam. Kiedy już się przekonałam, że nie ma co się orientować względem dróg, tylko trzeba liczyć odległości, musiałyśmy przewiesić kilka początkowych punktów, bo źle stały. Górka, która początkowo na mapie miała jeden wierzchołek, po rekonesansie rozrosła się do dwóch wierzchołków, a my dodatkowo znalazłyśmy jeszcze trzeci. Na jednym szczyciku miał stać punkt dla trasy TP, na drugim dla TT, a trzeciego szczyciku teoretycznie nie było. I bądź tu mądry.
Potem już szło lepiej i trafiałyśmy w zaplanowane miejsca, aż w końcu się zacięło. Utknęłyśmy na najdalszych górkach i zablokowało nas całkowicie. Nic nie zgadzało się z mapą i czułam się tak, jakbym była w całkiem innym miejscu. Powiesiłyśmy ze dwa lampiony, zdjęłyśmy je, powiesiłyśmy na innych górkach, znowu przewiesiły, w końcu poddałyśmy się i postanowiły powiesić najpierw trasę Ani, bo tam trudniej było się zgubić, a na moją wrócić potem, albo wręcz w sobotę rano. Jeszcze w drodze na teren Ani powiesiłyśmy kilka moich lampionów, bo zupełnie przypadkiem trafiłyśmy we właściwe miejsca.
Trasa Ani była łatwiejsza do ogarnięcia, ale za to dłuuuga i nogi zaczęły nam włazić w odwłoki. Poza tym okazało się, że odległości liczyć też musimy, bo ona również nie naniosła wszystkich ścieżek i przecinek i strasznie arytmetycznie nam się zrobiło. Zaczynało się lekko ściemniać, kiedy zadzwonił Tomek, że on już swoje skończył. Nam do końca wszystkich czterech tras było jeszcze daleeeeko. Umówiliśmy się przy moim PK 7 i stamtąd Tomek poszedł sprawdzić moje górki, a my wieszać to, co nam zostało. Spotkaliśmy się znowu przy kopczykach i dołkach na początku trasy, które przedtem były nam nie po drodze. Przy dołkach doszło do krótkiego spięcia, bo ja chciałam stawiać w innym dołku niż Tomek i za nic nie mogliśmy dojść do porozumienia. Ostatecznie poddałam się, jak przystało na uległą żonę, ale co sobie pomyślałam, to moje. Kilka punktów z trasy Ani zostawiliśmy na sobotę, bo były blisko startu i przy drodze i na zakończenie pojechaliśmy powiesić punkt dla rowerzystów, bo dostaliśmy taką misję.
Wreszcie wróciliśmy do bazy, która w międzyczasie zapełniła się uczestnikami. Fajnie było zobaczyć te wszystkie znajome gęby, szkoda tylko, że nie było czasu na życie towarzyskie, bo dyrekcja zaraz zagoniła nas do roboty.
c. d. n.