Na dziewiątkę trafiłam cudem, choć nie tak od razu, ale za to od najtrudniejszej strony, bo nie zwykłam ułatwiać sobie trasy. Dziesiątka była dość łatwa, a potem znowu poleciałam za człowiekiem napotkanym na dziesiątce. Przed samą jedenastką był już lekki tłum, który razem przemieścił się do kolejnego punktu. Jeszcze do trzynastki udało mi się utrzymać tempo grupy, a potem odpadłam. Ostatnie cztery punkty zdobywałam samiuteńka, bo chyba większość wróciła już na metę. Jeszcze jakieś pojedyncze światełka pojawiały się w oddali, co i tak dodawało mi otuchy, choć niespecjalnie pomagało. Prawdę mówiąc to nie wiem jakim cudem natrafiłam na te lampiony, ale jak widać cuda się zdarzają:-) Z ostatniego punktu przedarłam się już do drogi i szłam wzdłuż barierek wypatrując mety. Tak trochę spodziewałam się tam Tomka czekającego ze zniecierpliwieniem, a tymczasem okazało się, że dotarłam do celu pierwsza. Cóż, jemu też nie poszło jakoś rewelacyjnie.
piątek, 26 lutego 2021
Dystans Stołeczny 12 - w środku tygodnia, w środku nocy.
środa, 24 lutego 2021
Nie taki Orient straszny, jak na mapie wygląda.
wtorek, 23 lutego 2021
WesolInO i zaginiona czternastka.
Ruszyłam wygodnie drogą, potem kawałek ścieżką, ciut na przełaj i pierwszy punkt był mój. Na dwójkę - przełaj, droga, ścieżka, jest. A potem ustawiłam sobie kompas odwrotnie i zamiast na trójkę, ruszyłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Doszłam do ścieżki i za nic nie chciał mi się zgodzić jej kierunek. Bo i dziwne byłoby gdyby się zgodził. Dopiero wtedy mnie olśniło, że zgodnie z normami matematycznymi kierunek to może i mam dobry, ale zwrot to na pewno nie. Zawróciłam do dwójki i namierzyłam się już prawidłowo.
Strasznie byłam zdegustowana po tej czternastce i całe szczęście, że reszta trasy poszła mi dobrze, bo inaczej na metę chyba wpadłabym gryząc i plując jadem. Po czternastce zaliczyłam jeszcze dziesięć punktów, więc złość zdążyła wyparować i dzięki temu organizator ocalił życie:-) Na metę dotarłam ledwo żywa bo przez to błądzenie zrobiłam prawie osiem kilometrów, zahaczając o rekord długości czasu przebywania na trasie - godzina i czterdzieści kilka minut. Akurat na czas wpłynęło też marne tempo przemieszczania się i jedynie pociesza mnie dobry przelicznik opłaty w stosunku do czasu trwania zabawy. Ten zresztą zawsze mam dobry:-)
Nie chcecie wiedzieć jak na drugi dzień bolały mnie nogi, w każdym razie posiadanie schodów w domu uznałam za duży, duży błąd. Ale cóż - bieganie po wydmach musi boleć.
piątek, 19 lutego 2021
ZZK - Szkółka Skierdy
Startowaliśmy jako jedni z pierwszych, więc wiedziałam, że nie mam co liczyć na wydeptane ścieżki, a przynajmniej nie na początku. Do pierwszego punktu i tak biegło się szeroką przecinką i dopiero końcówka na azymut. Poszło jak po maśle, podobnie dwójka.
Z trójką miałam lekki problem. Ruszyłam na azymut, ale szybko mi przeszło i jak najszybciej skierowałam się do przecinki, żeby chociaż kawałek mieć wygodnie. Niestety, trójka stała tak, że jak by nie kombinować to i tak większość trasy leciała na przełaj. Od skrzyżowania ruszyłam więc azymutem i szybko natrafiłam na ścieżkę. Jeszcze nie była to inostrada, ale widać było, że kilka osób tędy szło. Sprawdziłam z kompasem - kierunek pasował idealnie, więc ruszyłam. No niestety, skoro mi kierunek pasował idealnie, to znaczyło po prostu, że znosi mnie w prawo. Tak znosiło, znosiło aż w końcu przestało mi się to podobać, bo punkt powinien już być, a teren się nie zgadzał. Podeszłam jeszcze kawałek i zobaczyłam jakiegoś zawodnika wpatrzonego w mapę. Okazało się, że szuka tego samego punktu i też mu się coś nie zgadza. Wspólnym wysiłkiem ustaliliśmy, że jesteśmy jedno wzniesienie za bardzo na południe. I faktycznie - lampion stał na zboczu sąsiedniej wypukłości.
wtorek, 16 lutego 2021
Dystans Stołeczny 11 - odwzajemnione uczucie?
piątek, 12 lutego 2021
Fatalne zauroczenie, czyli dlaczego pojechałam na DS 10
czwartek, 11 lutego 2021
Mroźny ZZK w Chotomowie
poniedziałek, 8 lutego 2021
***** ***, czyli Lubię BnO :-))
piątek, 5 lutego 2021
Dystans Stołeczy Świątecznej Pomocy
Niedziela była jeszcze bardziej nieleśna niż sobota, bo biegaliśmy zupełnie po terenie zabudowanym, na Młocinach. No dobra, była kępka drzew, ale to tylko trzy drzewa na krzyż, ot - taki nieużytek, bo nawet nie park. Wyjątkowość tego etapu nie kończyła się na bieganiu mimedzy budynkami, bo nie biegaliśmy sobie a muzom tylko dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Część wpisowego organizator przekazywał Orkiestrze, a dodatkowo można było wrzucić co nieco do puszki. Na ten specjalny bieg zaopatrzyliśmy się z Tomkiem o orkiestrowe koszulki i tak wyekwipowani ruszyliśmy na podbój Młocin.

Podobno wiele osób pokonywało niektóre fragmenty trasy w niedozwolony sposób. Nie wiem jak ja to zrobiłam, bo przecież połowy rzeczy na mapie zawsze nie dowidzę i nie wykluczam, że może gdzieś wlazłam na nielegalu. Jak ktoś wyłapie na przebiegu jakieś przestępstwo, to śmiało można mnie zgłaszać organizatorowi do dyskwalifikacji! Tego co pobiegałam przecież i tak mi nikt nie odbierze, no nie?
środa, 3 lutego 2021
Czekoladowa Zima na Pradze, czyli - czy można się zgubić w Parku Skaryszewskim?
Ten weekend różnił się od poprzednich. Nie żebyśmy w domu siedzieli, co to, to nie! Oczywiście, że biegaliśmy ale tym razem nie po lesie. W sobotę we trójkę wybraliśmy się na Zimę na Pradze. Fajna impreza, bo blisko domu, po bardzo miejskim parku, trasy zarówno marszowe, jak i biegowe - do wyboru, a na koniec jeszcze czekoladę dają. Szczególnie ten ostatni argument do mnie przemawiał:-) Zdecydowaliśmy się na bieganie, bo mnie po chodzeniu plecy bolą, Tomek się dostosował, a Agaty przezornie nie pytaliśmy co woli. Byłam pewna, że jestem zapisana na trasę B, ale okazało się, że jednak na C. W sumie dobrze, bo C miała raptem 4,6 km. Nominalnie oczywiście.
Punkt szesnasty był podwójny z dziewiętnastką i okazał się dla mnie podwójnie pechowy. O ile nie miałam problemów z trafieniem do siedemnastki i osiemnastki, to potem znowu utknęłam. Z osiemnastki to nawet spory kawałek biegłam w dobrym kierunku, a potem nie wiem co mi odwaliło i poszłam w bok. Chyba stwierdziłam, ze przecież trafię bez patrzenia bez przerwy w kompas. No to okazało się, że nie trafię. Znowu jakoś dziwnie przyciągała mnie siódemka i w ostatniej chwili wyrwałam się spod jej wpływu, co oczywiście nie znaczy, że dalej pobiegłam dobrze. Dopiero przy jeziorku, widząc w oddali mostki ogarnęłam gdzie jestem. 16/19 okazało się dla mnie czarną dziurą.
Ostatnie punkty na szczęście były już dla mnie łatwe, zresztą wiele osób biegło w stronę mety, więc wystarczyło podążać ich śladem. Już po chwili dobiegłam do rynny, na której wisiał lampion metowy i gdzie czekali już na mnie Agata i Tomek.
Po sczytaniu czipów odebraliśmy medale, słodycze i kupon na czekoladę. Medale poza tym, że są bardzo ładne, to mają jeden trick, który odkryłam dopiero w domu - jedna strona medalu jest dla biegaczy bez orientacji (Bieg Wedla), a druga dla biegaczy na orientację (Zima na Pradze). Dla każdego coś dobrego!
A potem nastąpił najważniejszy punkt programu - ruszyliśmy po nasz przydział czekolady do picia. Jak już wspomniałam, zaparkowani byliśmy bardzo strategicznie, bo tuż obok sklepiku Wedla. Chwilę odstaliśmy w kolejce, bo do środka mogło wejść tylko 6 osób, ale szło szybko i już po chwili mogliśmy delektować się przepysznymi kaloriami.