Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chotomów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chotomów. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 listopada 2024

Powrót ZZK

Koniec sezonu BnO jak zwykle powoduje nagły wysyp imprez. Nie są to wprawdzie imprezy o rankingu 1, 3, a wręcz przeciwnie - o rankingu bliskim zera. Ale za to są. W każdy weekend (i nie tylko), a właściwie w każdy dzień weekendu. Pierwsze w szranki stanęły treningi ZZK. Na pierwszy trening jakoś mi nie styknęło, ale na drugi wybrałem się z Renatą. Do Chotomowa. 

Przed startem

Teren znany, ale jak mówi prawda zasłyszana w Rejsie: najbardziej podobają mi się trasy, które już biegliśmy;-) 


Start... i od razu w tył do płotu

Strat – tradycyjnie już wzdłuż płotu. Wzdłuż płotu, bo las raczej tak sobie przebieżny by biec po kresce. Wyprzedzam Renatę, dobiegam w okolice pierwszego PK, skręcam w las…. A tu las usłany pozostałościami wycinki drzew: metrówki, gałęzie, słowem krajobraz jak po bitwie. Szukam w tym bałaganie karpy. Nie tylko ja, bo szukają tłumy, które nieświadome terenu biegły do PK 1 po kresce. Dogania mnie Renata i to chyba ona pierwsza znajduje właściwą kupkę gałęzi, pod którą ukryty jest lampion! 

 Tak wyglądał odwrót z PK 1

Z PK 2 idzie już lepiej. Punkt dopadam z jakimś szbkobieżnym dziewczęciem, które zamiast porządnie drogami, próbowało znowu biec po kresce. 


PK2

Do PK 3 ruszamy razem, ale ja wybieram bezpieczniejszą wersję drogami. Znowu spotykamy się w okolicy PK 3. Jak widać, nie zawsze bieganie po kresce jest najszybsze! 

Niestety do PK 4 nie daje się inaczej niż przez krzaki. Po PK 4 tracę towarzystwo – widać dziewczę startuje na innej trasie niż ja. 

Po PK 5 zaczyna się pierwszy długi przebieg. Gdy jestem niedaleko PK 3 widzę na drodze… Renatę. Powinna być już znacznie dalej! Chwila konwersacji – zgubiła się, bo…. biegła po drogach, a nie na kreskę…. Oj ta Renata:-) Ratuję ją wskazując gdzie jesteśmy i w jakim kierunku szukać PK 3. 


I gdzie jest ta trójka????

Biegnę dalej. Las dalej przypomina pobojowisko po pracach leśnych. Gdzieś w oddali słychać warkot jakiegoś mechanicznego potwora zajmującego się trzebieniem lasu. Koło PK 7 las jest zupełnie nieprzebieżny z powodu wyrębu, a to punkt podwójny, będę musiał tu wrócić jeszcze raz! 

Na szczęście po PK 8 sytuacja się poprawia – daje się biegać po lesie bez zagrożenia utraty nóg. 

W okolicach PK 9 zyskuję towarzystwo psa. Pies ma właścicielkę, także biegającą w poszukiwaniu lampionów, ale wyraźnie wybrał moją kompanię! 

Przy PK 12 daję ciała. Ze śladu wynika, że prawie rozdeptałem lampion, ale go nie zauważyłem i pobiegłem poszukiwać go na sąsiedniej polance. 

Po PK 13 przegonił mnie Michał, ale on zwykle biega ciut szybciej niż ja. Dlatego zdziwiłem się, że na drodze za PK 14 zamiast biec, Michał idzie i wyraźnie utyka…. Co tu ukrywać, dodało mi to skrzydeł i przyspieszyłem;-) Tym bardziej, że teraz była kolej na dłuższe przebiegi i to drogami. 

Zwolniłem dopiero na dobiegu do PK 7 (tego samego co PK 7) z powodów „zaśmiecenia” podłoża. Do PK 18 to już się nie biegło, tylko ostrożnie szło. Przed PK 20 musiałem omijać pracujący w lesie traktor. Leśnicy przesadzają z tym gospodarczym wykorzystywaniem lasów – wycinać w niedzielę???? 

Na mecie czekała na mnie już Renata z aparatem. Trochę ją zmyliłem przebijając się przez największy gąszcz do lampionu, zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec naokoło drogą;-) 

Dobieg do mety

Trochę zakręciłem się koło mety...
Udało się metę podbić:-)

Niniejszym ogłaszam zimowy sezon Zimowych Zawodów Kontrolnych za otwarty! 

Ja biegałem na niebiesko, Renata na czerwono

 

 

czwartek, 13 czerwca 2024

Techniczny Chotomów

Przez tydzień po Jadze-Korze czułem uda i lekki wstręt do używania dolnych odnóży w celach wyczynowych. Ale siódmego dnia należało się ruszyć. Trening techniczny KOS Azymut – nazwa zaciekawiała. Udałem się na start bez Renaty, która swój trening „odpracowywała” w kuchni. 

Miejsce znane - ulica Konwaliowa w Chotomowie. Na starcie zjawiłem się jako jeden z pierwszych. Wokół kręcili się jacyś harcerze – jak się później okazało, robili jakieś podchody w lesie. 


Pobrałem mapę, cyknąłem zdjęcie dla potomności i ruszyłem. Na azymut, prosto w krzaki. Teren znany jest z zieloności na mapie, ale co tam, dam radę. Nie ma to jak szlifować technikę biegania na azymut po zielonym;-) 

Jeszcze pusto na starcie

Na PK 2 było tak jakoś bardziej zielono, więc ruszyłem lekko naokoło, ale za to drogami. Do PK 3 także dawało się dobiec drogami – co to za „techniczny” trening? Biegnę sobie tymi drogami i wypluwam płuca, widzę skrzyżowanie. Po prawo powinien być dół, ale jakoś nie widzę, więc biegnę dalej. Biegnę i biegnę…. Coś za daleko mi to bieganie wychodzi. Jest skrzyżowanie, dół… ale bez lampionu. Patrzę zdezorientowany na mapę…. Przebiegłem jedno skrzyżowanie!!! Tu na mych ustach pojawiają się słowa, których nie należy cytować. Wracam więc do właściwego PK 3. 

Do PK 4 drogami dobiegam bez skuchy, do PK 5 zaś bez błędu przedzieram się przez zielone. Trzeba jakoś odreagować tę „porażkę” na PK3. 

Przed PK 6 zaczynają się góry. No może górki, nie góry, ale zawsze to trochę męczy. Wybieram wariant jak najbardziej drogowy i dopiero z charakterystycznego miejsca na wydmie kieruję się na azymut. Znajduję granice zarośli, ale dołu z lampionem ani śladu. Jest nawet jakiś dołek, ale to nie ten. Chwila analizy otoczenia i dochodzę do wniosku, że trzeba kierować się w prawo. I znajduję lampion. 

PK 7 kojarzę – tam kiedyś się gubiłem w chaszczach. Teraz bezpiecznie kieruję się elementami terenowymi i znajduję szybko lampion, choć rów, na którego miał być końcu, jest bardzo „umowny”. Późniejsza post analiza śladu GPS pokazuje, że lampion nie stał na rowie, tylko na jakimś małym zaoraniu ze 25 metrów wcześniej. 

Kolejne PK 8, 9, 10 to „łatwizna” – w większości wygodny dobieg drogami. Przebieg PK 5-10-11 jest tożsamy z przebiegiem PK 5-6 i tu już nie popełniam błędu z szukaniem dołka. 

PK 12, 13, 14 to trochę azymutu, ale przy bardzo wyraźnych obiektach w terenie pozwalających łatwo się zorientować. PK 15 to długi przebieg drogą – tu zaczyna się pojawiać jakaś konkurencja. Przebieg na PK 16 to azymut po zielonym – ale biegnąc uważnie, trafiam „jak po kresce”. 

Za to PK 17 dał popalić. 1400m w linii prostej. Normalnie sadyzm w czystej postaci;-).

Została końcówka – prosta, choć z jednym moim małym błędem nieoptymalnej trasy na PK 19. 

Malowniczy przebieg z PK20 na PK21

Prawdę mówiąc nie wiem co oznaczało sformułowanie „Trening techniczny”. Ciekawe było dwa razy pokonywanie tego samego przebiegu – można było naprawić swoje błędy lub szukać bardziej optymalnej trasy (ale nie wiem, czy taka była). Przebieg na PK 17 to było trenowanie techniki biegu. Brakowało takich zaskakujących PK np. bardzo blisko obok siebie, czy wyboru wariantowości. 

Nie ma co narzekać - swoje pobiegałem i czekam na następny trening techniczny – może uda go się przebiec już bez błędów! 


 

wtorek, 16 maja 2023

Majówka w lesie - finisz imprezy.

Nadszedł ostatni dzień GP Mazowsza. Tym razem jechaliśmy do Chotomowa. Jazda już coraz mniej robiła na mnie wrażenie i gdyby majówka potrwała jeszcze z tydzień, to pewnie zostałabym mistrzem kierownicy.

3-ci maja, więc i my trzeciomajowi.
 
Teren nie był obcy, kilka razy już tutaj biegaliśmy, więc miałam nadzieję, że jakoś pójdzie. Chociaż po ostatnich kilku biegach... Nic nie wiadomo.
 
 Ja i mój cień szykujemy się do startu.


I ruszamy!

 Do pierwszego punktu nie planowałam nawet próbować biec na azymut, tylko obiec sobie teren ścieżkami. Gdyby nie Tomek, to od razu ruszyłabym tak, jak trzeba, ale wynalazł mi w lesie jakąś ścieżynę i przekonał, że doprowadzi mnie, gdzie trzeba. W swojej naiwności ruszyłam nią, a po kilku metrach okazało się, że ścieżka zanika i trzeba wrócić do pierwotnego planu. No tak się zdenerwowałam, że aż pomyliłam się w liczeniu do dwóch i zamiast wejść w las na wysokości drugiej uliczki, weszłam przy pierwszej. Oczywiste, że lampionu nie znalazłam i musiałam wrócić. Na szczęście zobaczyłam innych zawodników wyłaniających się z lasu kawałek dalej, więc miałam już jakiś punkt zaczepienia.
 
Wtopa już na jedynce:-(
 
Drugi punkt na końcu rowu, więc od razu jak tylko się dało, ruszyłam rowem, bo to najpewniejsze. Ale też nie najwygodniejsze. Trudno. Trójka blisko i łatwo. Poszło. Czwórka za to była daleko, daleko. Tak gdzieś do połowy odległości dawało się ścieżkami, ale potem już trzeba było na azymut. Wydawało mi się, że jedyną karpę w przebieżnym lesie, między dwoma zboczami znajdę bez trudu, ale słusznie mi się tylko wydawało. Na śladzie widać, że początkowo trzymałam się azymutu, a nagle odbiłam (odbiło mi) w prawo i po ptokach - karpy nie znalazłam. Kiedy już na tyle długo błąkałam się po krzakach, że nabrałam pewności o bezcelowości takiego działania, postanowiłam dojść do drogi na południe od punktu i namierzyć się z niej od nowa. Jedyna sensowna decyzja przyniosła oczekiwany efekt i w końcu trafiłam na czwórkę.

Nie tak miało być:-(
 
Piątka również była na karpie i to w gęstwinie, a jednak znalazłam ją dużo szybciej niż czwórkę i bez większych trudności. Już sama nie wiem od czego to zależy.
Pozostałe cztery punkty również nie nastręczyły większych trudności, choć przy szóstce leciutko szukałam, ale w dobrym miejscu. Od ostatniego punktu do mety był długaśny przebieg, a że byłam już mocno zmęczona, to ciągnął się jak guma u majtek (takich staroświeckich, bo w obecnych to już nawet gumy nie ma). W sumie to nie miałam się co spieszyć, bo Tomek znowu był na najdłuższej trasie, więc i tak musiałam czekać.
Podobno w ogólnej klasyfikacji całej Majówki na trasie B zajęłam pierwsze miejsce wśród kobiet, ale w tak nędznym stylu, że przynależny mi puchar mogę spokojnie nazwać pucharem hańby. Nawet go nie odebrałam. Blamaż, wstyd, sromota, kompromitacja i w ogóle...
Jak żyć panie premierze? Jak żyć?
 
Cała trasa.
 

niedziela, 8 stycznia 2023

Dziki Zakątek

Renata wypadła z wszelakich ruchowych aktywności i niestety muszę nadrabiać aktywności za dwoje. Tym razem padło na ZZK i trening na Choszczówce w „Dzikim Zakątku”. Dziki Zakątek kojarzy mi się z jakimś takim lokalem z dużym ogródkiem, parasolami gdzie kilka razy była już baza jakiś zawodów. Tym razem nietypowo… baza na „końcu ulicy, tuż przy stacji PKP”. Stolik, samochód i więcej nie trzeba, by zorganizować zawody. 

Baza jest "na końcu ulicy"

 Temperatura gdzieś koło zera, resztka śniegu, aura prawie zimowa;-) 

Aura prawie zimowa w drodze na start

Do startu - daleko. I wcale nie tak łatwo trafić – liczne dróżki zasypane śniegiem, niewydeptane i ciężkie do zidentyfikowania na mapie. 


Na starcie tłoczno - cykam sobie fotkę i lecę. Przez krzaki, na azymut do pierwszego PK. Dobiegając do lampionu widzę, że co niektórzy obiegli drogami. Cieniasy;-) Choć nie wiadomo, czy drogami nie byłoby szybciej… 

Kolejka do startu

Na PK 2 dłuuugaśny przebieg. Prawie tak długi jak na PK 5, tyle że w miarę po „czystym” lesie. Za to PK 3 bliziutko, prawie w zasięgu wzroku. 

PK 4 lekko mnie zakręcił – chwilkę szukałem dołka, nie tam gdzie trzeba. 

Teraz największe wyzwanie: na azymut, przez największe chaszcze na mapie do PK 5. Znowu zapomniałem, że czasami lepiej jest obiec drogami. Ale i tak problemem jest zlokalizowanie samotnego lampionu w mocno zielonej części mapy. Wprawdzie nie trafiam idealnie, ale szybko udaje się dojrzeć pomrańcz przebłyskujący wśród suchych badyli. 

Uff do PK 6 i PK 7 nie ma już zielonego. Zaczynają się za to górki. Możliwość sprawdzenia, czy czwartkowe bieganie Wesołych Górek daje efekty. Udaje się na wszystkie górki wbiec, a nie wejść! Zmęczony wybiegam z PK 7, trafiam na drogę i nią biegnę…. Tyle, że to nie ta droga którą biec powinienem. To efekt podbiegania – przy zbyt dużym wysiłku wyłącza się myślenie;-( Nie ma sensu wracać, biegnę dalej ciut naokoło, ale za to drogą. Docieram do lampionu z PK 8 na najwyższej górze w okolicy. To jakiś punkt zborny wszystkich orientalistów;-). Zwrot w tył i po własnych śladach wracam na PK 9. 

Na PK 10 jest prosto - drogą na górkę, a potem w prawo grzbietem i zaraz powinien być dołek z lampionem. Jest górka, skręcam w prawo, rozglądam się, dołka nie widać. Przebiegłem? Zawracam, dołki są, ale bez lampionów. Więc może jednak jestem za blisko? Miotam się niczym mucha w słoiku. Widzę lampion… sprawdzam kod - to PK 6! Przynajmniej wiem gdzie jestem. Wracam po śladach i znajduję lampion. Przebiegałem przez ten dołek na początku poszukiwań, ale lampionu nie widziałem! Tak już bywa gdy człowiek ślepy;-( 

Po takiej wtopie wiadomo, że dalej nie idzie. Na PK 11 znosi mnie i docieram na punkt przez PK 14. Dalej zaczyna dobrze żreć: PK 12, 13… Na PK 14 byłem wcześniej, więc teraz także dobrze trafiam. 

Do PK 15 daleko, ale bezpiecznie docieram do lampionu drogami, podobnie do PK 16. 

PK 17 jest znany - ten sam lampion co PK 5 (w tych największych chaszczach na Choszczówce!). Teraz trafiam niczym po sznurku - jakbym widział wyrysowaną na gruncie linię łączącą punkty. 

Do PK 18 przeprawa przez chaszcze. Na początku jest wydeptana w śniegu inostrada. Przy największej gęstwinie się rozmywa (jedni pobiegli z prawej, inni z lewej, a ci najbardziej zdesperowani przez środek krzaków). Ja omijam gęstwinę z prawej. Znajduję dołek, ale bez lampionu! Dobra – z mapy wynika, że lampion powinien być w kolejnym dołku, tyle że go tam także nie ma! Zajumali? Chwila konsternacji. Dostrzegam jakiś spacerowiczów idących ścieżką. Już wiem, zniosło mnie w prawo! Uff podbijam PK 18.

Na PK 19 już byłem (to samo co PK 4). Zostają dwa punkty do mety. Na PK 19 ruszam ścieżkami – niby las na mapie jest biały, ale jest poorany bruzdami i bieganie w ich poprzek jest mordęgą. Mam skręcić w którąś tam ścieżkę w prawo. Widzą jak konkurencja skręca, to ja także. Po chwili orientuję się, że to nie ta ścieżka, oni lecieli na moje PK 3! Tak to jest sugerować się innymi!
Nie mam ochoty skakać po tych bruzdach, więc wracam do głównej ścieżki i spokojnie dobiegam do PK 20. Dalej jak to w zimowych zawodach - wyraźna inostrada na azymut. Biegnę na PK 21 i spotykam tam tych, co mnie zwiedli przed PK 20. 

Do mety wszyscy ruszamy ścieżkami. Niby biegam szybciej, ale mam awersję do zielonego (meta jest znowu w zielonym), więc obiegam ile się da ścieżkami i na metę wpadam razem z konkurencją. 

Zostaje jeszcze zbieg do cywilizacji i sczytanie chipa. Wszystko jest OK. Uff kolejny trening zaliczony;-)


 

wtorek, 16 lutego 2021

Dystans Stołeczny 11 - odwzajemnione uczucie?

BKS Wataha - doceniam, doceniam. Fantastycznie zareagowaliście na moje wyznania miłosne dotyczące Dystansu Stołecznego i rozumiem, że chcieliście mnie uszczęśliwić na maksa, ale czy jednak troszkę, tak ociupinkę, odrobineczkę nie przesadziliście? No bo aż 38 punktów i prawie 7 km dla wkręconych? Jak na starcie zobaczyłam same opisy, to już mi skóra ścierpła, a o mapie to już wolę nie mówić. Niby wiedziałam na co się piszę, ale inaczej się to widzi w domu, a inaczej w lesie.

Moje na szczęście to zielone, Tomek dostał to dłuższe.

Na domiar złego w sobotę w pogodzie zaczęły się różne przetasowania z ocieplaniem i wzrostem ciśnienia na czele, więc jak przystało na meteopatkę, czułam się fatalnie. Nawet brałam pod uwagę możliwość skrócenia trasy, jeśli zajdzie taka potrzeba. 
 
Przed startem.

Pierwsze dwa punkty mieliśmy z Tomkiem te same, bliziutko od startu, tylko azymut wskazywał akurat największe krzaki. Tuż przede mną ruszył Przemek, więc ja szybciutko myk, myk, po jego śladach. W te krzaczory oczywiście.

No to start!

Po chwili dogonił mnie Tomek i razem, tropem Przemka podążaliśmy na te wspólne punkty. Potem nasze drogi się rozeszły. 
 
Pierwszy punkt zdobyty.
 
 Ponieważ startowaliśmy w miarę na początku stawki, więc na pierwsze punkty nie było jeszcze wydeptanych inostrad, a przynajmniej nie były one jednoznaczne i wyraźne.  Z każdym kolejnym punktem jednak było coraz lepiej pod tym względem, bo przecież kto chciał, to mnie wyprzedzał i torował mi drogę. Poczciwe ludziska:-)
Zauważyłam, że gdybym kierowała się wyłącznie azymutem, to za każdym razem znosiło by mnie w prawo. Wykoncypowałam więc sobie, że będę wybierać te wydeptane ścieżki, które są trochę w lewo w stosunku do tego, jak ja bym poszła. Sprawdziło się. Oczywiście patrzyłam też na rzeźbę, bo jednak tak na 100% to ja nikomu nie wierzę i wolę trzymać rękę na pulsie.
Przy jedenastce musiałam podjąć decyzję - idę na całą trasę, czy wracam przez 35, 36, 37 i 38. Ponieważ trochę się już rozkręciłam, a zimne, leśne powietrze postawiło mnie do pionu, postanowiłam zaliczyć całość. Tak na luzie, bez spiny, trochę idąc, trochę biegnąc - czyli w sumie, tak jak zawsze:-)
Siedemnastka i osiemnastka, mimo że znane z innych zawodów, znowu zrobiły na mnie wrażenie. O ile z siedemnastką nie miałam problemów, to na osiemnastkę nie mogłam się jakoś wdrapać, mimo kolców, a na dół zjechałam na tyłku, kiedy grunt nagle usunął mi się spod nóg. Dużo tego zjazdu nie było na szczęście, bo zaraz złapałam się jakiejś roślinności. Tomek miał tam mniej szczęścia, bo co prawda strat w ludziach nie zaliczył, ale w sprzęcie już tak - zgubił kolce z obu nóg.
Przy PK 30 spotkałam Tomka - dla niego był to już czterdziesty drugi punkt!
 
PK 30
 
Punkty na mapie rozmieszczone były bardzo gęsto, więc cały czas trzeba było zachowywać czujność i pilnować, żeby któregoś nie przeoczyć. Dobrze, że potem już były inostrady jak Marszałkowska i że szybko wypracowałam patent na wybór właściwej, bo pilnowania mapy, kierunku i kolejności punktów to już bym chyba nie ogarnęła. Inostradę zgubiłam dopiero po PK35. Oczywiście od razu zniosło mnie w prawo i kiedy sobie przypomniałam o tej dolegliwości, to zaczęłam szukać bardziej w lewo, aż w końcu znalazłam. Potem już lepiej pilnowałam ścieżek, zresztą nagle pojawili się inni zawodnicy, bo meta była tuż tuż i lecieliśmy już w kupie. No nie powiem - łatwo się biega po czyichś śladach, ale już trochę tęsknię za możliwością wyboru własnych wariantów. Jest wtedy więcej emocji, bo albo się trafi, albo nie. Po śladach to wiadomo.
Na mecie, w biurze zawodów czekała połowa tomkowych kolców, a żeby mieć komplet, od organizatorów dostał drugie, które mieli zdobyczne z jakiś poprzednich zawodów. Tym sposobem wyszedł na swoje.
Ja w sumie też wyszłam na swoje, bo zaliczyłam całą trasę, nie zamęczyłam się na śmierć i mam satysfakcję, że dałam radę.

Przebiegi pewnie takie same jak u wszystkich:-)

czwartek, 11 lutego 2021

Mroźny ZZK w Chotomowie

W niedziele zaserwowaliśmy sobie podwójną dawkę BnO - rano ZZK, a wieczorem Dystans Stołeczny. Trochę się bałam jak to wytrzymam, bo zrobiło się jeszcze zimniej niż w sobotę, ale podjęłam wyzwanie. Na poranny bieg ubrałam ciepłą czapkę, najgrubszego buffa na szyję, dwie pary rękawiczek, no i oczywiście tym razem pamiętałam o kolcach. I całe szczęście, bo już parking wyglądał tak: 
 
 
Bez kolców ani rusz.
 
Na parkingu spotkaliśmy Anię, która po kilku miesiącach leczenia kontuzji wreszcie zjawiła się na zawodach i razem ruszyliśmy na start.

 
Mimo kolców niełatwo było utrzymać równowagę.
 

 
Jeszcze pamiątkowa fotka.
 

Przygotowanie sprzętu...
 

 I niczym rącza łania pognałam w las...
 
No dobra, z tym pognaniem był lekki problem, bo od razu zaczęły się krzaki, które skutecznie ograniczyły tempo, usiłując za wszelką cenę pozbawić mnie oczu. Poza tym w biegu trudno się rozmawia, a z Anią nie widziałyśmy się tak długo...
Pierwsze dwa punkty miałyśmy te same, więc trzymałyśmy się razem. Oba były blisko mety, łatwe do znalezienia. Potem musiałyśmy się już rozstać. Na trójkę ruszyłam ścieżkami, choć początkowo nie mogłam się zdecydować czy biec najpierw na zachód, a potem na południe, czy najpierw na południe, a potem na zachód. Druga opcja zwyciężyła. Wydawałoby się, że marne nakładki na buty, kupione za grosze w owadzim sklepie, nie dadzą rady oblodzonym ścieżkom, a jednak. Biegło się dobrze, czułam, że trzymam się podłoża i nie stresowałam się, że zaraz wygrzmocę.
Czwórka, piątka i szóstka były w zakolu wydmy i żeby się do nich dostać trzeba było wleźć na górę i zleźć na dół, ale że to początek trasy to jeszcze dałam radę zrobić to sprawnie.
Siódemka i ósemka znowu za grzbietem, ale tym razem niższym. Nawigacyjnie nieustannie łatwizna.  I praktycznie tak już było do końca - raz jedna strona wydmy, raz druga, potem zmieniła się wydma, prawie wszędzie bieganie na azymut, punkty łatwe (albo mi tak dobrze szla nawigacja) -czyli praktycznie nuuuda.  Ponieważ trasa była dość długa, to od tego ganiania w górę i w dół (no wiem, dla innych to żadne przewyższenia) już w połowie drogi byłam wykończona, a przecież musiałam zostawić sobie jeszcze jakieś siły na wieczór. Niestety, zwolnić za bardzo nie można było, bo od razu robiło się zimno. 
Gdzieś od PK 16 w stronę mety biegła już cała grupa, więc trzymałam się ich wzrokiem, sprawdzając tylko czy aby na pewno lecą na te same punkty co ja. Na ostatniej prostej do mety jeszcze zdobyłam się na zryw, oczywiście na taki, na jaki można sobie pozwolić na lodzie:-)
Nigdzie nie udało mi się zgubić, żadne atrakcje mnie nie spotkały i nawet zajęłam przyzwoite piętnaste miejsce na ponad trzydziestkę zawodników. Kurcze, najwyraźniej coś poszło nie tak:-) To chyba ten mróz tak mnie zmobilizował do jak najkrótszego przebywania na trasie. Co prawda nadłożyłam jeden kilometr w stosunku do dystansu nominalnego, ale na pięciu kilometrach to jak na mnie wcale nie dużo.
Tomek przybiegł niedługo po mnie (nawet nie zdążyłam konspiracyjnie zjeść mrożonego ciastka) i czym prędzej (nawet nie rozciągając się) ruszyliśmy do domu, żeby zdążyć odpocząć przed wieczornym bieganiem.

czwartek, 5 marca 2020

ZZK w Chotomowie.

Coraz bardziej kocham Zimowe Zawody Kontrolne, a tu jak na złość zima się kończy. W niedzielę byliśmy na przedostatnim spotkaniu, w Chotomowie.  Ambitnie zapisałam się na najdłuższą trasę, ale taką w pełni pełną, czyli z drogami i bez niespodzianek.
Zaczęłam od sczytania czipa, bo po bieganiu w Twierdzy Modlin byłam tak rozemocjonowana, że w ogóle nie myślałam o takim drobiazgu i dopiero kiedy w domu chciałam przeanalizować swój bieg okazało się, że nie mam wyników. Na szczęście dało się to nadrobić:-)
Przed ruszeniem na trasę dokładnie obejrzałam mapę, żeby odpowiednio nastawić się psychicznie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to okropnie długi przebieg z jedynki na dwójkę, oraz bogactwo rzeźby.
Jedynka (jak to zwykle) była lajtowa, aczkolwiek zauważyłam, że z lekka ściąga mnie w prawo. Miejsce jednak było tak charakterystyczne, że rozsądniej było kierować się oczami niż kompasem. Dwójki trochę się bałam, bo na tak długim przelocie można narobić bardzo dużo błędów, a jak się skumulują, to człowiek nagle znajduje się w czarnej d... i nie wie co robić. Większość osób poleciała na azymut, ale ja postanowiłam dobiec do drogi i potem się jej trzymać. Nawet jeśli coś tam nadłożyłam, to skórka była warta wyprawki, bo na miejsce trafiłam bezproblemowo i bezstresowo.. Stres to miałam jak zobaczyłam gdzie wisi lampion. To znaczy, górka może i nie była jakoś dramatycznie wysoka, ale za to dość stroma, taka skondensowana w swojej górkowatości.

 PK 2/13

Trójki szukałam już prawie przy siódemce, bo zamiast patrzeć na kierunek, w jakim mam lecieć, to ja sobie wygodnie podążałam ścieżką, a że ścieżka skręciła nie tam gdzie trzeba... Taki drobiazg. Na szczęście szybko się ogarnęłam  i zawróciłam.
Aż do dziewiątki szło bezbłędnie, a dziesiątki musiałam chwilę szukać. Dziesiątka była tożsama z siódemką, ale przy ataku z innej strony, jakoś wszystko wyglądało inaczej i nic mi nie pomógł fakt, że dopiero co tam byłam.
Na jedenastkę i dwunastkę znowu znosiło mnie w prawo, ale widząc, że inni lecą bardziej w lewo, zaczęłam zwracać większą uwagę na ukształtowanie terenu niż  na kompas.
Trzynastka to znowu ta sama górka co dwójka i kolejna wspinaczka na szczyt. To znaczy - dla mnie wspinaczka, bo byli tacy, co hyc, hyc i już na górze:-)
Reszta trasy bez nawigacyjnych niespodzianek, ale za to między PK 16, a PK 17 na mapie mieliśmy na niebiesko zaznaczone bagienko. Trochę liczyłam na to, że będzie wyschnięte, ale nawet gdyby nie było i tak planowałam przedrzeć się po prostej, bez żadnego obchodzenia. Na szczęście było sucho i tylko trochę niewygodnie ze względu na roślinność. Przy PK 17 czekał Tomek, bo znudziło mu się na mecie. Dzięki temu mam fotki z trasy:

PK 17

PK 18

I efektowny dobieg do mety.

Zamiast 7,4 km udało mi się nabiegać ponad 9 i czułam je w nogach, plecach i całym człowieku. Ale to takie fajne zmęczenie i teraz nie mogę doczekać się kolejnej, niestety chyba już ostatniej tej "zimy", rundy.
A wiecie co jest najfajniejsze w tym całym ZZK? Nie ma żadnych rankingów, dzięki czemu nigdy nie jestem ostatnia:-))))


Tak biegłam/szłam. Nie miał kto podpisać punktów:-(